Book: Menażeria ludzka




Menażeria ludzka


Gabriela Zapolska Menażeria ludzka

Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.

Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Nowoczesna Polska.


Menażeria ludzka


Ża­bu­sia

By­ła ja­sną blon­dyn­ką, ja­sną jak słoń­ce pro­mien­ne...

Drob­na jej, ma­luch­na bu­zia; ró­żo­wa i bia­ła, śmia­ła się ja­kimś dzie­cin­nym, na­iw­nym śmie­chem, żło­bią­cym w pulch­nych po­licz­kach dwa roz­kosz­ne doł­ki.

Z ca­łej jej po­sta­ci zda­wa­ła się wy­dzie­lać woń wła­ści­wa ró­żo­wym hia­cyn­tom, a gdy ubra­na w ró­żo­wą ma­ti­née1 prze­su­wa­ła się ze śmie­chem z po­ko­ju do po­ko­ju, ja­kaś srebr­na smu­ga zna­czy­ła jej przej­ście, smu­ga, któ­rą po­zo­sta­wia po so­bie wscho­dzą­ca ju­trzen­ka.

Śmia­ła się ona za­wsze, ta roz­kosz­na, ja­sno­wło­sa ko­biet­ka — śmia­ła się le­żąc jesz­cze w ko­ły­sce, po­tem u kra­tek kon­fe­sjo­na­łu — wresz­cie u stop­ni oł­ta­rza, gdy wlo­kła za so­bą szu­mią­cy tren je­dwab­nej bia­łej sza­ty.

Śmiech po­wi­tał na­wet krzyk jej cór­ki — bo na­wet w cier­pie­niach umia­ła coś za­baw­ne­go wy­na­leźć.

By­ła bar­dzo po­boż­ną i co dzień pra­wie bie­ga­ła do ko­ścio­ła.

Mia­ła ład­ną ksią­żecz­kę opraw­ną w kość sło­nio­wą i zbru­dzo­ną na kart­kach, któ­re czer­ni­ły się mo­dli­twą Za mę­ża i ro­dzi­nę.

To by­ła jej świą­tecz­na książ­ka — na co dzień mia­ła wiel­kie­go Du­ni­na, któ­re­go czy­ta­ła, strze­la­jąc oczka­mi na le­wo i pra­wo lub prze­chy­la­jąc głów­kę na atła­so­wą koł­drę swe­go ele­ganc­kie­go łóż­ka.

Lu­bi­ła ła­ko­cie i mia­ła pod po­dusz­ką kil­ka dak­ty­li, któ­re ja­dła prze­bu­dziw­szy się w no­cy, chi­cho­cząc jak sza­lo­na.

Prze­pa­da­ła za wa­ni­lią i mia­ła jej za­wsze peł­ne kie­sze­nie, lu­bi­ła grać w lo­te­ryj­kę, przy tym sza­chro­wa­ła dość zręcz­nie.

Cór­kę swo­ją — ma­łą, pu­co­ło­wa­tą dziew­czyn­kę — prze­zy­wa­ła „Na­bu­cho­do­no­zo­rem2”, a mę­ża „Ra­kiem”. Sie­bie sa­mą, jak­kol­wiek mia­ła na chrzcie św. imię Zo­fii, na­zy­wa­ła „Ża­bu­sią”. Czę­sto sia­dy­wa­ła na dy­wa­nie i ba­wi­ła się z cór­ką, przy czym na­stę­po­wa­ła kłót­nia o za­baw­ki, któ­re mat­ka z cór­ką wy­dzie­ra­ły so­bie wza­jem­nie.

Mąż, do­bry, po­czci­wy fi­li­ster3, urzęd­nik w ja­kimś to­wa­rzy­stwie ase­ku­ra­cyj­nym, pod­krę­cał wą­sa i uśmie­chał się z za­do­wo­le­niem.

— Dzie­cin­na! Ach, ja­ka dzie­cin­na ta mo­ja Ża­bu­sia!

Ona z krzy­kiem zry­wa­ła się z zie­mi, sia­da­ła na ko­la­nach mę­ża i roz­po­czy­na­ła śpie­wać...

Je­chał pan,

Za nim chłop,

A za nim Ży­dó­wecz­ki

Po­gu­bi­ły pa­ty­necz­ki4...

Śpie­wa­jąc, wy­cią­ga­ła z mę­żow­skich kie­sze­ni pie­nią­dze i z po­wa­gą da­wa­ła mu dzie­sięć gro­szy:

— Masz, Ra­ku, na czar­ną ka­wę!...

Resz­tę pie­nię­dzy cho­wa­ła do to­a­let­ki. I Rak pod­da­wał się tej ty­ra­nii, jak­kol­wiek dzie­sięć gro­szy dzien­nie, na­wet dla urzęd­ni­ka w to­wa­rzy­stwie ubez­pie­czeń, chy­ba za ma­ło!...

Jak­że się jed­nak sprze­ci­wić tej roz­kosz­nej isto­cie, któ­ra z ca­łą na­iw­no­ścią pa­trzy mu w oczy i bia­ły, pach­ną­cy kar­czek do po­ca­łun­ków nad­sta­wia? Brał Rak ową wy­tar­tą dzie­siąt­kę i ca­ło­wał Ża­bu­się, znaj­du­jąc w tym wie­le roz­ko­szy.

By­ła więc bo­żysz­czem ca­łe­go do­mu.

Ko­chał ją mąż, po­mi­mo że ty­ra­ni­zo­wa­ła go nie­znacz­nie.

Ko­cha­ło dziec­ko, po­mi­mo że wy­dzie­ra­ła mu za­baw­ki i wy­ry­wa­ła wło­sy, cze­sząc dwu­let­nią dziew­czyn­kę à la Mi­ka­do5.

Ko­cha­ły słu­gi, po­mi­mo że gry­ma­si­ła bez­u­stan­nie i cza­sem ca­łe ran­ki sie­dzia­ła w kuch­ni.

Nad wszyst­ko jed­nak ubó­stwia­li ją ro­dzi­ce.

Tych dwo­je sta­rych lu­dzi w Ża­bu­si swej wi­dzia­ło uoso­bie­nie cnót i do­sko­na­ło­ści wsze­la­kich.

Ża­bu­sia — je­dy­ne, wy­piesz­czo­ne dziec­ko — za wzór by­ła wszyst­kim ko­bie­tom sta­wia­na...

A gdy co wie­czór zgro­ma­dzo­no się do­ko­ła sto­łu oświe­co­ne­go wi­szą­cą lam­pą, Ża­bu­sia, wy­ci­na­ją­ca lal­ki z tek­tu­ry lub le­pią­ca aba­żu­ry, by­ła punk­tem kon­cen­tru­ją­cym wszyst­kie spoj­rze­nia.

Ku niej zwra­ca­no się, uśmie­cha­no, prze­sy­ła­no piesz­czo­tli­we sło­wa.

Ona — ró­żo­wa, bia­ła, we­so­ła — pod­da­wa­ła się tym piesz­czo­tom, tej wiel­kiej mi­ło­ści, ja­ka ją ota­cza­ła, ką­piąc się nie­ja­ko w cie­ple przy­wią­za­nia i roz­sie­wa­jąc do­ko­ła pro­mie­nie szczę­ścia ro­dzin­ne­go. Każ­de­mu od­wza­jem­nia­ła się do­brym sło­wem, uśmie­chem, a draż­niąc Na­bu­cho­do­no­zo­ra, gła­ska­ła dziec­ko po gło­wie; po­trą­ciw­szy słu­gę, uśmie­cha­ła się do niej, na­zy­wa­jąc „po­czci­wą idiot­ką”...

Nie — sta­now­czo nikt się nie mógł na Ża­bu­się gnie­wać, lecz prze­ciw­nie, każ­dy mu­siał ją uwiel­biać ja­ko wcie­le­nie do­bro­ci, wdzię­ku i pro­sto­ty...

By­ła ona uoso­bie­niem ko­bie­co­ści.

Mia­ła ty­le tkli­wo­ści w spoj­rze­niu, w gło­sie, w ru­chach ła­szą­cej się kot­ki, że roz­kosz by­ło pa­trzeć, gdy na pa­lusz­kach skra­da­ła się, by uszczyp­nąć drze­mią­ce­go mę­ża lub na­sy­pać pie­przu w otwar­tą bu­zię cór­ki...

Śmia­ła się przy tym roz­kosz­nie i wdzięcz­nie prze­gi­na­jąc, za­sy­py­wa­ła piesz­czo­ta­mi prze­ra­żo­ne­go mę­ża lub skrzy­wio­ną dzie­ci­nę... mó­wi­ła przy tym cie­niuch­nym gło­si­kiem:

— Nie gnie­waj się na Ża­bu­się!...

Więc mąż uśmie­chał się do te­go bia­ło­ró­żo­we­go zja­wi­ska, dzię­ku­jąc Bo­gu, że dzie­cin­ne uspo­so­bie­nie żo­ny po­zwo­li mu nie lę­kać się o na­ru­sze­nie z jej stro­ny wier­no­ści mał­żeń­skiej...

I rze­czy­wi­ście — krę­cą­ca się po do­mu z we­so­łą pio­sen­ką na ustach, ubi­ja­ją­ca pian­kę w kuch­ni, przy­szy­wa­ją­ca gu­zi­ki do mę­żow­skie­go pal­ta lub ni­cu­ją­ca6 kra­wa­ty, by­ła uoso­bie­niem ko­cha­ją­cej żo­ny i „mi­lut­kiej” ko­bie­ty.

Mie­wa­ła jed­nak chwi­le, w któ­rych przy­cho­dzi­ły jej na myśl po­waż­niej­sze re­flek­sje.

Na przy­kład po prze­czy­ta­niu Pa­ni Bo­va­ry, za­mknąw­szy książ­kę, usia­dła u nóg mę­ża.

W rę­ku trzy­ma­ła ka­wa­łek new­cha­te­lu7, lecz nie gry­zła go, ale po­grą­ży­ła się w za­du­mie.

Mąż, czy­ta­jąc „Ku­rie­ra”, nie prze­ry­wał ci­szy.

— Wiesz, Ra­ku — wy­rze­kła wresz­cie — ta ko­bie­ta to zdra­dza­ła mę­ża... nie­go­dzi­wa, praw­da?

— Hm — od­parł za­gad­nię­ty — je­że­li mąż był nie­do­łę­ga...

Lecz nie mógł do­koń­czyć.

Ża­bu­sia po­rwa­ła się na­gle jak sza­lo­na.

— To nie upo­waż­nia! — wo­ła­ła — i ty, Ra­ku, je­steś nie­do­łę­gą, a prze­cież cię nie zdra­dzam!...

— O — pro­te­sto­wał mąż.

— Nie ma... o! Upiec na roż­nie ta­ką ko­bie­tę... nic jej nie uspra­wie­dli­wia... to po­twor­ne!... W do­dat­ku pa­ni Bo­va­ry mia­ła dziec­ko, o, ta­kie­go Na­bu­cho­do­no­zo­ra!...

I tu Ża­bu­sia, po­rzu­ciw­szy ser, chwy­ci­ła w ob­ję­cia cór­kę, któ­ra gło­śnym krzy­kiem za­pro­te­sto­wa­ła prze­ciw te­mu gwał­to­wi.

Ro­dzi­ce tym­cza­sem spo­glą­da­li po so­bie.

O, tak! — oni wy­cho­wa­li Ża­bu­się w świę­tych tra­dy­cyj­nych prze­pi­sach cno­ty i su­ro­wo­ści. Ona wie, czym się brzy­dzić na świe­cie, co jest nik­czem­no­ścią, fał­szem i pod­ło­ścią...

To anioł!

Anioł do­mo­we­go ogni­ska, któ­ry śmie­chem swym tro­skę z czo­ła mę­ża spę­dza, jest chlu­bą i pod­po­rą ro­dzi­ców, tro­skli­wą i czu­łą mat­ką!...

To anioł ta Ża­bu­sia, krę­cą­ca się w tej chwi­li po po­ko­ju z sze­le­stem je­dwab­ne­go szla­frocz­ka...

Uoso­bie­nie wdzię­ku, mi­ło­ści, nie­win­no­ści, cno­ty!...

Na­gle Ża­bu­sia za­trzy­mu­je się w tań­cu.

Spo­glą­da na ze­gar i ko­ły­sząc się, z wol­na pod­cho­dzi ku mę­żo­wi.

— Ża­bu­się gło­wa bo­li! — mó­wi, sa­dza­jąc cór­kę na ko­la­nach mę­ża. — Ża­bu­sia pój­dzie na spa­cer...

— Bę­dę ci to­wa­rzy­szył... — wo­ła mąż.

— Nie chcę! — pro­te­stu­je z mi­luch­nym dą­sem — pój­dę sa­ma! Rak tu zo­sta­nie i bę­dzie Na­bu­cho­do­no­zo­ro­wi cac­ka8 usta­wiał!...

— Ależ...

— No! Sprze­ci­wiasz się?

— Nie... tyl­ko ka­wa!...

— Pój­dziesz, jak wró­cę... wten­czas dam ci dzie­siąt­kę, ina­czej z czym Rak do cu­kier­ni pój­dzie?

Mąż jesz­cze pró­bu­je opo­zy­cji.

— Ża­bu­sia tak chce! — wo­ła mło­da ko­bie­ta, uśmie­cha­jąc się za­lot­nie. — Ża­bu­sia bar­dzo pro­si, głów­ka ją tak bo­li!...

Ro­dzi­ce uwa­ża­ją za sto­sow­ne in­ter­we­nio­wać.

— Ależ idź, dro­gie dzie­cię!... Przejdź się! — mó­wi oj­ciec.

— Po­bla­dłaś, cier­pisz wi­docz­nie — do­da­je mat­ka.

I za chwi­lę przez po­kój, w któ­rym jest zgro­ma­dzo­na ca­ła ro­dzi­na, prze­su­wa się Ża­bu­sia w no­wym su­kien­nym ko­stiu­mi­ku, okła­da­nym szyn­szy­la­mi.

Wy­glą­da jak mło­dziuch­ne dziew­cząt­ko w tym ob­ci­słym ża­kie­ci­ku, a no­we bu­ci­ki skrzy­pią z każ­dym kro­kiem.

Ca­łu­je rę­ce ro­dzi­ców, mę­żo­wi nad­sta­wia usta do po­ca­łun­ku, cór­kę głasz­cze po gło­wie i że­gna­na, ob­da­rzo­na piesz­czo­ta­mi, sta­je jesz­cze w w pro­gu, prze­sy­ła­jąc po­ca­łun­ki koń­ca­mi pal­ców, ubra­nych w duń­ską rę­ka­wicz­kę.

— Pa!... pa!... — wo­ła — Pa, Ra­ku, pa, Na­bu­cho­do­no­zo­rze!... pa, ma­mu­si i oj­czu­sio­wi... a niech Ró­zia za pół go­dzi­ny po su­char­ki pój­dzie!... pa!!!

I ci­cho zni­ka we drzwiach, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie ga­mę sre­brzy­ste­go śmie­chu i wspo­mnie­nie uoso­bie­nia nie­win­ne­go wdzię­ku ko­bie­ce­go.


*

Prze­cią­gły po­ca­łu­nek prze­rwał ci­szę.

Wśród bla­de­go świa­tła przy­ciem­nio­nej lam­py za­ma­ja­czy­ła na­gle drob­na po­stać ko­bie­ca, po­wsta­ją­ca z oto­ma­ny.

Ka­ska­da ja­snych wło­sów, roz­sy­pa­na na za­ru­mie­nio­ne ra­mio­na, drża­ła zło­ta­wym bla­skiem; oczy błysz­czą­cym fos­fo­rycz­nym ogniem mi­go­ta­ły u tej ko­bie­ty, jak dwa błęd­ne ogni­ki; usta na­mięt­nie roz­chy­lo­ne, zgnie­cio­ne w świe­żym po­ca­łun­ku mi­ło­snym, za­cho­wa­ły jesz­cze wil­goć zmy­sło­wej eks­ta­zy.

Wszyst­ko w tej po­sta­ci tchnę­ło zmy­sło­wo­ścią, sza­łem ba­chant­ki9 pod­da­ją­cej swą pierś pod uści­ski sa­ty­ra10.

Sta­nę­ła, wy­cią­ga­jąc rę­ce wy­so­ko nad gło­wą, prze­chy­la­jąc się w tył, wcią­ga­jąc jak­by w sie­bie cząst­kę mi­ło­sne­go dresz­czu.

Sto­ją­cy przed nią męż­czy­zna za­pa­lał wła­śnie pa­pie­ro­sa.

— Mo­gła­byś zo­stać chwi­lę.

— O, nie, nie — od­par­ła ko­bie­ta — mu­szę wra­cać, aby po­dej­rzeń nie ścią­gać.

I za­czę­ła szyb­ko na­kła­dać ża­kie­cik i resz­tę ubra­nia. On jej po­ma­gał, szu­ka­jąc po ca­łej pra­cow­ni po­roz­rzu­ca­nych dro­bia­zgów, któ­re przed chwi­lą zry­wa­li obo­je drżą­cy­mi od na­mięt­no­ści rę­ka­mi.

Ka­pe­lusz za­padł gdzieś po­za wiel­kie szta­lu­gi, trze­ba by­ło go szu­kać... od­su­wać dra­pe­rię.

Oczy ich spo­tka­ły się, rę­ce splo­tły się w uści­sku. Ca­ła bez­gra­nicz­na zmy­sło­wa po­tę­ga za­drga­ła w tym jed­nym spoj­rze­niu. Go­rą­co aż bi­ło od tych dwoj­ga mło­dych lu­dzi ukry­tych w cie­niu od­osob­nio­nej pra­cow­ni ma­lar­skiej na ustron­nej uli­cy.

— Kie­dy cię zo­ba­czę?... — za­py­tał męż­czy­zna, ca­ły drżą­cy pod wpły­wem do­tknię­cia jej rąk roz­pa­lo­nych.

Ona wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

— Nie wiem, kie­dy się wy­rwę, nie­ła­two to przy­cho­dzi...

On wstrzy­my­wał ją jesz­cze, obej­mu­jąc mi­ło­sną piesz­czo­tą.

— O, ale... nie­dłu­go!

Ko­bie­ta spoj­rza­ła mu znów w oczy.

Zie­lo­ne bły­ski strze­li­ły spod ja­snych rzęs...

— Sza­leń­cze! — wy­szep­ta­ła zdła­wio­nym od wzru­sze­nia gło­sem — czyż ja mo­gę ist­nieć, nie wi­dząc cię dni kil­ka?...

A do pro­gu już zwró­co­na, do­da­ła piesz­czo­tli­wie:

— Ko­chaj two­ją... Ża­bu­się!...

Por­tie­ra11 za­pa­dła, ko­bie­ta zni­kła po­zo­sta­wia­jąc po so­bie ca­łą smu­gę pło­mien­nej na­mięt­no­ści drga­ją­cej w po­wie­trzu.

Męż­czy­zna po­stał chwil­kę, uśmie­cha­jąc się ja­koś iro­nicz­nie.

Po czym otrzą­snął się, po­ło­żył na oto­ma­nie i gwiż­dżąc wal­ca, za­pa­lał zga­słe­go pa­pie­ro­sa.

Na­bu­cho­do­no­zor tę­sk­nił bar­dzo do ma­my. Tę­sk­nił i Rak, tę­sk­ni­li i ro­dzi­ce sie­dząc do­ko­ła sto­łu, na któ­rym na­kry­wa­no do her­ba­ty.

Na bia­łym ob­ru­sie roz­sta­wio­no fi­li­żan­ki, a sta­ry oj­ciec upo­mi­nał po­ko­jów­kę:

— A uwa­żaj, aby sa­mo­war go­to­wał się do­brze, bo pa­ni pew­no zmar­z­nię­ta po­wró­ci...

A mat­ka ukła­da­ła su­char­ki, cho­wa­jąc le­piej lu­kro­wa­ne na spód, aby tyl­ko dla Ża­bu­si się zo­sta­ły.

— Zim­no jest, gdzie też ona tak dłu­go ba­wić12 mo­że? — wy­rzekł wresz­cie mąż.

— Wstą­pi­ła pew­nie do ko­ścio­ła — w ad­went lu­bi prze­cież tam cho­dzić wie­czo­rem — od­rze­kła mat­ka.

— Jesz­cze się za­zię­bi.

— Bóg ją od złe­go uchro­ni!...

Na­sta­ło mil­cze­nie.

Tyl­ko Na­bu­cho­do­no­zor po­cią­gał no­skiem, bo cier­piał na ka­tar okrop­nie.

Na­gle drzwi otwar­ły się z trza­skiem.

We drzwiach sta­nę­ła... Ża­bu­sia.

Ca­ła by­ła jesz­cze ró­żo­wa, w oczach gra­ły do­ga­sa­ją­ce na­mięt­ne bla­ski.

Wszy­scy rzu­ci­li się do niej z krzy­kiem:

— Ża­bu­sia!!!

Ona wi­ta­ła ko­lej­no każ­de­go, roz­sy­pu­jąc ca­łu­sy jak grad cu­kier­ków. Opo­wia­da­ła przy tym wie­le o zi­mie i o mo­dlą­cych się lu­dziach po ko­ścio­łach.

Or­ga­ny pięk­nie gra­ją, świec ma­sy pło­ną, a Ża­bu­sia sie­dzia­ła w ką­ci­ku, a po­tem na spa­cer pięk­nie po­szła...

Zrzu­ci­ła ża­kie­cik i przy­gła­dzi­ła roz­rzu­co­ne wło­sy.

— Her­bat­ki! Prę­dzej! — wo­łał oj­ciec.

— Ja na­le­ję!... — do­da­wa­ła mat­ka. — Bie­dac­two prze­zię­bło, go­to­wa za­cho­ro­wać.

Ale Ża­bu­sia sie­dzia­ła już na ko­la­nach mę­ża i śpie­wa­ła:

Je­chał pan,

Za nim chłop...

Na­bu­cho­do­no­zor uszczę­śli­wio­ny opie­rał swą głów­kę o suk­nię, pa­trząc w oczy mat­ki, w któ­rych ga­sły ko­lej­no zmy­sło­we ogni­ki.

— Masz dzie­sięć gro­szy — wo­ła­ła Ża­bu­sia da­jąc mę­żo­wi mo­ne­tę — idź, za­baw się ty te­raz... bied­ny... Ra­ku!


Ko­te­czek

— Co chcesz do her­bat­ki, ko­tecz­ku?

— Co­kol­wiek!...

— Ale prze­cież!...

— Coś ta­nie­go!...

— Mo­że szyn­ki?...

— Hm!... Za­raz trze­ba brać pół fun­ta.

— Po co? Dla mnie nie trze­ba, ja mam jesz­cze pie­czeń z obia­du!

— Tak?... Ale za­wsze to już du­ży wy­da­tek, nie! — nie po­trze­ba. Zjem bu­łecz­kę z ma­słem, mnie to wy­star­czy zu­peł­nie. Zresz­tą oszczę­dzać mu­si­my, da­le­ko jesz­cze do koń­ca mie­sią­ca...

Mło­da ko­bie­ta spoj­rza­ła z uwiel­bie­niem na mę­ża.

Jej ko­te­czek był­by w sta­nie za­gło­dzić się z oszczęd­no­ści, gdy­by ona na to po­zwo­li­ła. Praw­da, że pen­syj­ka bar­dzo szczu­pła, gra­ty­fi­ka­cji nie ma po­dob­no żad­nych, a pro­cent z jej po­sa­gu za­le­d­wie pią­ty.

Przy­naj­mniej tak ko­te­czek po­wia­da.

A co ko­tuch­no po­wie — to świę­te. Żo­na śle­po ufać po­win­na mę­żo­wi. Tak ją od dziec­ka uczo­no.

Tym­cza­sem ko­te­czek prze­czy­tał „Ku­rie­ra” i zie­wa­jąc po­wstał z krze­sła.

Był to wiel­ki, ro­sły męż­czy­zna, sze­ro­ki w ple­cach, sze­ro­ki w kar­ku, sze­ro­ki w czo­le. Zdro­wie, si­ła bi­ły aż odu­rza­ją­cym za­pa­chem z tych wspa­nia­le roz­wi­nię­tych człon­ków do­brze od­ży­wia­ne­go czło­wie­ka, twarz mie­ni­ła się nie­mal ró­żo­wą ce­rą. Ja­sne, de­li­kat­ne wło­sy ucze­sa­ne dość sta­ran­nie, za­kry­wa­ły mu wiel­ką ły­si­nę, usta fo­rem­nie wy­kro­jo­ne mia­ły w so­bie zmy­sło­wą wil­goć, jak­by od świe­żych jesz­cze po­ca­łun­ków lub po­ły­ka­nych ostryg, oczy sen­ne, o na­mięt­nym przy­war­ciu po­wiek, pa­trzy­ły spod ja­snych rzęs na wpół ła­god­nie, na wpół zło­śli­wie.

Rę­ka bia­ła, zgrab­na, o dłu­gich kształt­nych pal­cach, gła­dzi­ła sta­ran­nie ucze­sa­ną bro­dę, od któ­rej z da­le­ka roz­cho­dzi­ła się woń ateń­skiej wo­dy.

Ubra­nie let­nie, ja­sne, zdro­wa ce­ra, wresz­cie ca­ła po­stać, wy­pro­sto­wa­na, nie zgar­bio­na, nie skur­czo­na by­naj­mniej, nie mia­ły cech cha­rak­te­ry­zu­ją­cych zwy­kłe­go biu­ra­li­stę, sple­śnia­łe­go w cuch­ną­cej at­mos­fe­rze wil­got­ne­go biu­ra.

Ko­te­czek był wpraw­dzie urzęd­ni­kiem, ale jed­nym z tych po­moc­ni­ków bu­chal­te­ra, któ­rzy po biu­rach ko­le­jo­wych śpią na ce­ra­to­wych ka­nap­kach lub za­da­ją tłu­ste sza­ra­dy do roz­wią­za­nia swym ko­le­gom, za co po­bie­ra­ją pen­sję, a na­wet i gra­ty­fi­ka­cje.

Dziś — ko­te­czek wró­cił wcze­śniej tro­chę z biu­ra, zjadł skrom­ny obia­dek, któ­ry sam za­dys­po­no­wał, ze sma­kiem, prze­spał się dwie go­dzin­ki wśród ko­ściel­nej ci­szy na swej ulu­bio­nej so­fie, a te­raz, ubraw­szy się, czy­tał „Ku­rie­ra” i cze­kał na her­bat­kę, któ­rą mu żon­cia po­da.

Póź­niej pój­dzie przejść się tro­chę.

Ona zo­sta­nie w do­mu, ju­tro pra­nie, bie­li­znę po­li­czyć trze­ba — wresz­cie ko­te­czek zwy­kle sam wy­cho­dzi.

Żon­cia zo­sta­je, już się do te­go przy­zwy­cza­iła. Te­raz do her­ba­ty przy­go­to­wu­je cho­dząc jak cień w swych bied­nych, przy­dep­ta­nych pan­to­fel­kach, ta­ka chu­da, mi­zer­na, znędz­nia­ła przed cza­sem. Ma za­le­d­wie dwa­dzie­ścia pięć lat, a trud­no by­ło­by ozna­czyć jej wiek, pa­trząc na za­pa­dłe pier­si, na żół­te pla­my do­ko­ła oczu, na nos wą­ski, wy­dłu­żo­ny, na ca­łą po­stać schy­lo­ną w tym bo­le­snym po­chy­le­niu, wła­ści­wym chro­nicz­nie cier­pią­cym ko­bie­tom, któ­re za­sy­pia­ją ob­ło­żo­ne mo­kry­mi pła­ta­mi, a me­li­sę po­chła­nia­ją garn­ca­mi pra­wie.

I te­raz, gdy zdej­mu­je z pó­łek kre­den­so­wych fi­li­żan­ki i wy­cie­ra je czy­ściuch­ną ser­wet­ką, krzy­wi się bo­le­śnie, tłu­miąc jęk, któ­ry jej się na usta wy­do­by­wa.

Le­karz mó­wił, że cier­pie­nie jej po­cho­dzi głów­nie z bra­ku sił, i za­le­cił bu­lio­ny, sta­re wi­no, su­ro­we mię­so... ba! na­wet wy­jazd do Kry­ni­cy... Ale le­ka­rzo­wi ła­two mó­wić. Skąd­że ona wziąć by mo­gła na ta­kie zbyt­kow­ne rze­czy, ona, któ­rej ko­te­czek z naj­wyż­szą trud­no­ścią za­le­d­wie jest w sta­nie tę skrom­ną kwo­tę co pierw­sze­go na utrzy­ma­nie do­mu wrę­czyć?...

A po­tem, gdy za­brak­nie... A! niech Bóg za­cho­wa! Ko­te­czek nie do­da ani gro­sza, choć­by gło­dem za­mrzeć przy­szło. Pój­dzie na spa­cer bez obia­du, bez her­ba­ty, a nie do­da nic, na­wet z przy­szłe­go mie­sią­ca nie za­awan­su­je pa­ru ru­bli...

Za­pew­ne nie mo­że.

Ona mu te­go za złe nie ma. O! Gdzież­by zno­wu. Gdy­by miał, to by dał... Ko­te­czek ma prze­cież aniel­skie ser­ce... nie­daw­no ku­pił jej skó­rza­ną bro­szecz­kę za dwa zło­te; kie­dyś zno­wu po­zwo­lił jej... na­trzeć wło­sy wo­dą ateń­ską.

O! Gdy­by on miał, do­dał­by jej nie­raz do mie­sięcz­nej pen­sji... raz na­wet dał jej na to — sło­wo ho­no­ru — choć ona by­naj­mniej nie żą­da­ła ta­kie­go do­wo­du, ona wie­rzy mu we wszyst­kim.

Tyl­ko — jak­że to moż­na po­zwo­lić, aby ko­te­czek jadł do her­ba­ty sa­mą bu­łecz­kę?!...

Trze­ba po­słać po szyn­kę ko­niecz­nie, choć­by się miał roz­gnie­wać, zresz­tą ona wie, że ko­te­czek po­krze­pić się mu­si, wszak więk­sze pół dnia w biu­rze pra­cu­je!

A wia­do­mo, biu­ro strasz­nie zdro­wie nisz­czy. Po­dob­no na­wet su­cho­ty13 spro­wa­dza.

Nie!... Bóg by nie był tak nie­li­to­ści­wy i nie za­brał­by jej ko­tecz­ka — nie na­wie­dził­by go tak strasz­nym cier­pie­niem. Tak! Tak! Trze­ba, że­by się mę­żuś le­piej od­ży­wiał, trze­ba po szyn­kę po­słać ko­niecz­nie.

Bie­gnie do ko­mo­dy, od­su­wa szu­fla­dę, wyj­mu­je ostat­nie­go ru­bla i chwil­kę stoi za­fra­so­wa­na. Cóż bę­dzie z ju­trzej­szym obia­dem?

E! — po­ra­dzi so­bie, już wie, w ja­ki spo­sób. I uśmiech­nię­ta, pod­ska­ku­jąc tro­chę, wy­cho­dzi do kuch­ni. Tym­cza­sem sto­ją­cy przy oknie męż­czy­zna od­wró­cił się i skrzy­piąc bu­ta­mi prze­szedł przez po­kój. Do­był z kie­szon­ki od ka­mi­zel­ki klu­czyk, otwo­rzył ma­łą szaf­kę i spo­mię­dzy po­rząd­nie po­ukła­da­ne­go ubra­nia wy­do­stał nie­wiel­ki pu­gi­la­res14. W pu­gi­la­re­si­ku tym sze­le­ści­ły bank­no­ty. Otwo­rzył go i spiesz­nie prze­ra­cho­wał. By­ło tam oko­ło pięć­dzie­się­ciu ru­bli. Pu­gi­la­res scho­wał do kie­sze­ni, wy­jął cie­niuch­ną chu­s­tecz­kę, z ba­let­nicz­ka­mi po ro­gach za­miast mo­no­gra­mu, zmie­nił szpil­kę u kra­wa­ta, po czym za­mknąw­szy szaf­kę pod­szedł do to­a­let­ki.

Sys­te­ma­tycz­nie za­czął cze­sać rzad­kie wło­sy, przy­ci­ska­jąc je lek­ko do ró­żo­wej skó­ry, po czym wy­jąw­szy z szu­fla­dy pusz­kę z pu­drem pu­dro­wał się lek­ko, sta­ran­nie ście­ra­jąc we­lu­ti­nę z brwi, rzęs i wą­sów. Pu­der osiadł na lek­kim mesz­ku, po­kry­wa­jąc po­licz­ki ko­tecz­ka, two­rząc w ten spo­sób na twa­rzy męż­czy­zny jak­by kre­po­wą za­sło­nę. Po czym lek­kim a wpraw­nym ru­chem ko­te­czek przy­czer­nił so­bie brwi i rzę­sy za po­mo­cą ołów­ka i od­su­nąw­szy się od lu­stra, po­czął roz­ma­ite pod­bój­cze mi­ny pró­bo­wać.

Od kil­ku chwil otwo­rzy­ły się ci­cho drzwi od kuch­ni i do po­ko­ju wsu­nę­ła się żon­cia.

W rę­ce trzy­ma­ła szyn­kę za­wi­nię­tą w pa­pier i w nie­mym uwiel­bie­niu spoj­rzaw­szy na mę­ża sta­nę­ła, przy­ci­ska­jąc szyn­kę do pier­si.

Wy­da­wał się jej w tej chwi­li tak pięk­ny, tak ele­ganc­ki, ty­le od niej wyż­szy dys­tynk­cją i ro­zu­mem, i pięk­no­ścią, że wciąż sta­ła za­pa­trzo­na w swo­je bó­stwo fry­zu­ją­ce so­bie te­raz wą­sy ma­luch­nym, roz­grza­nym że­laz­kiem.

On, spoj­rzaw­szy przy­pad­ko­wo na nią, doj­rzał to uwiel­bie­nie ma­lu­ją­ce się w jej spło­wia­łych oczach.

— Hm, patrz! ja­kie­go masz mę­ża — rzekł z za­do­wo­le­niem.

Ona nie od­po­wie­dzia­ła nic.

Uśmie­cha­ła się tyl­ko, pro­stu­jąc się tak­że, jak­by z du­my... uro­snąć chcia­ła.

— Mo­żesz mnie po­ca­ło­wać — do­dał z po­błaż­li­wo­ścią — ale tu w szy­ję... o!...

Wy­cią­gnął swą tłu­stą szy­ję do­brze zbu­do­wa­ne­go blon­dy­na i przy­mknął oczy z do­bro­tli­wym uśmie­chem.

Ona zbli­ży­ła się szyb­ko, zmie­sza­na, nie­zgrab­na, nie przy­zwy­cza­jo­na do czę­stych te­go ro­dza­ju piesz­czot. Gdy zna­la­zła się tuż przy nim, tak nędz­na, ma­ła, chu­da, zmie­sza­ła się jesz­cze wię­cej.

W lu­strze wi­dzia­ła od­bi­cie po­sta­ci swej i sto­ją­ce­go wciąż ze zmru­żo­ny­mi oczy­ma mę­ża.

Za­wsty­dzi­ła się sa­mej sie­bie, swe­go wy­nisz­cze­nia, swe­go skrom­ne­go szla­fro­ka i sta­ła nie­zde­cy­do­wa­na, ci­snąc wciąż pa­pier z szyn­ką do za­pa­dłej pier­si.

Lecz on znie­cier­pli­wił się wresz­cie.

— No, ko­rzy­staj, kie­dy po­zwa­lam...

Pod­nio­sła się więc na pal­ce i ca­ła spło­nio­na po­ca­ło­wa­ła go w kla­pę od ja­sne­go ża­kie­tu, a sil­na woń whi­te ro­se15, wy­dzie­la­ją­ca się z ubra­nia mę­ża, odu­rza­ła ją do resz­ty.

Jak pi­ja­na zwró­ci­ła się do sto­łu, na któ­rym za­czę­ła usta­wiać ta­le­rzyk i roz­kła­dać na nim szyn­kę.

Rę­ce jej drża­ły, wi­del­ca utrzy­mać nie mo­gła.

By­ła w tej chwi­li bar­dzo szczę­śli­wa.

Łzy jej oczy osła­nia­ły mgłą wil­got­ną, ser­ce bi­ło w pier­si bar­dzo ży­wo.

Tym­cza­sem ko­te­czek na­ło­żył w ele­ganc­kie etui ca­łą ma­sę pa­pie­ro­sów i z ma­łej do­nicz­ki nie­za­po­mi­na­jek, sto­ją­cej przed ob­ra­zem Mat­ki Bo­skiej, uszczk­nął ga­łąz­kę.

Ga­łąz­kę tę za­tknął so­bie w bu­to­nier­kę i za­siadł do her­ba­ty.

Żo­na po­da­ła mu fi­li­żan­kę i na­sma­ro­wa­ną bu­łecz­kę. Po czym, jesz­cze ca­ła zmie­sza­na, z uśmie­chem na po­bla­dłych war­gach, pod­su­nę­ła mu ta­le­rzyk z szyn­ką.

On — ze zdzi­wie­niem po­ru­szył uma­lo­wa­ny­mi brwia­mi.

— Szyn­ka? — za­py­tał.

— Tak, kot­ku — pro­szę cię, jedz! — od­po­wie­dzia­ła nie­śmia­ło.

— Zbyt­ki! Zbyt­ki!... — do­dał, bio­rąc na ta­lerz naj­więk­szy ró­żo­wy pła­tek. — Ale pa­mię­taj! Gdy za­brak­nie, nie do­dam ani gro­sza! Ani gro­sza!

Lecz ona za­pro­te­sto­wa­ła.

— Nie bój się, wy­star­czy!... Jedz tyl­ko! Pro­szę cię!

Krzą­ta­ła się ko­ło nie­go, pod­su­wa­jąc mu cu­kier, ma­sło, śmie­tan­kę.

On — na­wet nie zwa­żał na tę usłuż­ność, snadź16 przy­zwy­cza­jo­ny do tej tro­skli­wo­ści i nie­wol­ni­czej czci, ja­ką go zwy­kle ota­cza­ła.

Jadł po­wo­li, nie spie­sząc się, od­su­wa­jąc z da­le­ka ta­lerz z gra­cją i ma­nie­ra­mi ak­tor­ki, o któ­rej ga­ze­ty pi­szą cią­gle, że jest „dys­tyn­go­wa­na”. Wresz­cie za­py­tał, nie pod­no­sząc gło­wy:

— A ty?

— O, ja mam co in­ne­go — od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta.

Na­sta­ła znów chwi­la mil­cze­nia.

Jak­że chęt­nie pra­gnę­ła żon­cia za­cząć ja­ką dłuż­szą z swym ko­tecz­kiem roz­mo­wę.

Lecz o czym — o czym ona mó­wić mo­gła, po­grą­żo­na ca­ła w drob­nych kło­po­tach swe­go nędz­ne­go go­spo­dar­stwa, po­mię­dzy im­bry­kiem me­li­sy a wiąz­ką rzod­kiew­ki? In­stynk­tem zga­dy­wa­ła, że po­dob­ne przed­mio­ty nie są od­po­wied­nie dla jej ele­ganc­kie­go ko­tecz­ka, któ­ry w tej chwi­li tak de­li­kat­nie, tak ślicz­nie mie­szał łyż­ką her­ba­tę.

I w gło­wie tej ko­bie­ty po­wsta­ła myśl bar­dzo zu­chwa­ła.

Gdy­by tak ko­te­czek ze­chciał dziś ca­ły wie­czór po­świę­cić dla niej, dla niej wy­łącz­nie po­zo­stać w do­mu!

Go­rą­co jej bi­ło do gło­wy na sa­mą tę myśl... jak­że to był­by mi­ły dla niej wie­czór! Jak­że jej szczę­ście by­ło­by zu­peł­ne!...

Ma wpraw­dzie li­czyć brud­ną bie­li­znę, ale mo­że to odło­żyć do ju­tra...

Sie­dzi więc po­chy­lo­na nad swo­ją fi­li­żan­ką i w bied­nej gło­wie szu­ka za­wzię­cie spo­so­bu, aby stać się mi­łą, roz­mow­ną.

Wzrok jej pa­da na le­żą­cy na zie­mi „Ku­rie­rek”.



— Co tam w „Ku­rier­ku”? — za­py­tu­je nie­pew­nym gło­sem.

— Prze­czy­tasz sa­ma — od­po­wie­dział mąż. I znów na­sta­je mil­cze­nie.

Ko­bie­ta pra­wie roz­pacz­li­wie wo­dzi wzro­kiem do­ko­ła.

Tak ma­ją ma­ło spój­ni mo­ral­nej, że wszyst­kie jej wy­sił­ki po­zo­sta­ją bez skut­ku. Wresz­cie on wsta­je, ocie­ra sta­ran­nie wą­sy i raz jesz­cze pod­cho­dzi do lu­stra.

Ona wie do­brze, co to zna­czy.

Za chwi­lę ko­te­czek wyj­dzie, a ona zo­sta­nie sa­ma! Na ca­ły wie­czór, na dłu­gi, smut­ny wie­czór.

Za­pew­ne — jest do te­go przy­zwy­cza­jo­na, ale dziś szcze­gól­nie jej smut­no. Wszak to dziś rocz­ni­ca ich ślu­bu...

On o tym za­po­mniał zu­peł­nie...

Lecz ona nie za­po­mnia­ła i chce mu to po­wie­dzieć, wszak dzień ta­ki to pra­wie uro­czy­ste świę­to... Lecz on wziął już ka­pe­lusz i ele­ganc­ką la­secz­kę, te­raz na­cią­ga rę­ka­wicz­ki, po­gwiz­du­jąc lek­ko. Żo­na zbli­ża się ku nie­mu, prze­ły­ka­jąc z trud­no­ścią śli­nę.

— Wy­cho­dzisz? — py­ta, pa­trząc mu bła­gal­nie w oczy, jak pies świe­żo obi­ty.

— Na­tu­ral­nie!...

Ona prze­stę­pu­je z no­gi na no­gę, rę­ce jej ma­chi­nal­nie wy­cią­ga­ją bry­ty szla­fro­ka.

— Zo­stań w do­mu — pro­si ci­chut­ko.

On od­wra­ca ze zdzi­wie­niem gło­wę.

— Po co?

Tym jed­nym py­ta­niem przy­bi­ja ją do miej­sca.

Tak! Praw­da! Po co?

Ta­ki stroj­ny, mą­dry, pięk­ny męż­czy­zna ma sie­dzieć w tych trzech klat­kach, któ­rych okna wy­cho­dzą na od­lud­ną uli­cę...

Ona — ach! Ona to co in­ne­go!

Pra­gnie go jed­nak za­trzy­mać choć­by chwil­kę jesz­cze.

— A... co chcesz ju­tro na obiad? — py­ta śpiesz­nie, wci­ska­jąc gło­wę mię­dzy ra­mio­na.

— A!... co chcesz, by­le ta­nie — od­po­wia­da ko­te­czek, otwie­ra­jąc drzwi do przed­po­ko­ju — naj­le­piej barsz­czyk, bo mo­że póź­no wró­cę...

Ona już nic nie od­po­wia­da, tyl­ko stoi na środ­ku po­ko­ju, smut­na, zgnę­bio­na — ujaw­nia­jąc w ostat­nich bla­skach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca swą nę­dzę opusz­czo­nej i oszu­ki­wa­nej ko­bie­ty.

Na­gle — po­ry­wa się i bie­gnie do okna.

On — bę­dzie prze­cho­dził przez dzie­dzi­niec, zo­ba­czy go jesz­cze, mo­że się uśmiech­nie do niej, gło­wę od­wró­ci...

— Nie!

Prze­szedł przez dzie­dzi­niec pew­nym i śmia­łym kro­kiem, wy­wi­ja­jąc la­secz­ką i po­gwiz­du­jąc lek­ko.

Dwie dziew­czy­ny sto­ją­ce ko­ło pom­py obej­rza­ły się za nim ze zna­czą­cym uśmie­chem. Znik­nął w ciem­nej bra­mie, nie my­śląc wca­le o tym, że na dru­gim pię­trze spo­za bia­łych po­ce­ro­wa­nych fi­ra­nek śle­dzą go oczy peł­ne łez i mi­ło­ści, bied­ne oczy scho­ro­wa­nej ko­bie­ty, a zżół­kłe i spie­czo­ne usta szep­czą z du­mą i nie­wy­sło­wio­nym uczu­ciem:

— Ko­te­czek! Ko­te­czek!

Sie­dzia­ła tak w oknie z pół go­dzi­ny. By­ła to je­dy­na chwi­la dnia, w któ­rej od­da­wa­ła się próż­no­wa­niu.

Wcią­ga­ła zgni­łe po­wie­trze po­dwór­ka peł­ny­mi pier­sia­mi i wpa­try­wa­ła się w szmat nie­ba, któ­ry za­ry­so­wał się ostro po­mię­dzy szczy­ta­mi da­chów.

W trak­cie te­go ro­bi­ła my­ślą ra­chu­nek wy­dat­ków dnia ca­łe­go i ukła­da­ła bu­dżet na dzień na­stęp­ny.

A wszyst­kie jej my­śli krę­ci­ły się tyl­ko oko­ło jed­ne­go punk­tu.

Punk­tem tym był na­tu­ral­nie... ko­te­czek.

Od pierw­szej chwi­li po­zna­nia ro­sły ten blon­dyn za­im­po­no­wał jej i ocza­ro­wał jej dzie­wi­czą isto­tę.

Gdy się oświad­czył o nią, a wła­ści­wie o jej skrom­ny po­są­żek, nie mo­gła szczę­ściu swe­mu dać wia­ry.

Gdy od­cho­dzi­ła od oł­ta­rza, już pa­trzy­ła na nie­go tym po­kor­nym, bła­ga­ją­cym wzro­kiem, jak pies, któ­re­go po raz pierw­szy na łań­cu­chu pro­wa­dzą.

Od­da­ła mu się z po­ko­rą i wdzięcz­no­ścią, kry­jąc ru­mie­niec w dło­niach i szep­cząc: „Kto się w opie­kę”.

On — wspa­nia­le, jak do­bry ksią­żę z baj­ki, przy­jął klej­not jej dzie­wic­twa i pięć ty­się­cy ru­bli, któ­re ja­ko sie­ro­ta zło­żo­ne mia­ła w ka­sie oszczęd­no­ści.

Od tej chwi­li Jó­zia o pie­nią­dzach tych nie wie­dzia­ła nic.

Na­le­ża­ły do nie­go, roz­po­rzą­dzał ni­mi we­dług upodo­ba­nia.

Ona we­lon ob­lu­bie­ni­cy za­mie­ni­ła na far­tuch ce­ra­to­wy i roz­po­czę­ła swą do­mo­wą krzą­ta­ni­nę. Po­wo­li on od­da­lał się co­raz wię­cej z do­mu — wra­cał póź­no w noc, czę­sto pod­pi­ty, włó­cząc na dru­gi dzień po ką­tach miesz­ka­nia ten „kat­zen­jam­mer”, w za­miej­skich knaj­pach na­by­ty. Ona ko­cha­ła go cią­gle tym psim przy­wią­za­niem ko­bie­ty, dla któ­rej pierw­szy męż­czy­zna chwy­ta­ją­cy ją w ob­ję­cia jest za­ra­zem je­dy­nym przed­mio­tem uwiel­bie­nia.

Ko­te­czek nie miał błę­dów, ko­te­czek był naj­lep­szym, naj­mil­szym, naj­pięk­niej­szym... Dzień, w któ­rym ko­te­czek kładł no­wy gar­ni­tur, był dniem praw­dzi­we­go świę­ta.

Wzru­szo­na, za­ru­mie­nio­na, drżą­ca okrą­ża­ła go w kół­ko, pa­trząc na nie­go z po­dzi­wem. Jak­że pięk­ny i jak zgrab­ny był jej ko­te­czek!... Ona sa­ma, mój Bo­że!... ona nie po­trze­bo­wa­ła się stro­ić. Ot, by­le co na sie­bie wło­żyć. Zresz­tą ni­g­dzie prze­cież nie wy­cho­dzi­ła z ko­tecz­kiem, ni­g­dy — gdzież zno­wu!... Za­wsze jej coś do stro­ju bra­ko­wa­ło. To ka­pe­lu­sza, to bu­ci­ka, to znów rę­ka­wicz­ki. I tak dzień za dniem scho­dził. Zresz­tą nie mia­ła cza­su ani zdro­wia. Cią­gle stę­ka­ła, cho­ru­jąc już od lat czte­rech, za­raz po uro­dze­niu nie­ży­wej dziew­czyn­ki. Dok­tor mó­wił, że to ane­mia, ale ona na­wet w czę­ści nie po­wie­dzia­ła dok­to­ro­wi, co i gdzie ją bo­li. Po co? Le­kar­stwa dro­gie, a le­d­wo ko­niec z koń­cem ścią­gnąć moż­na...

Wpraw­dzie ko­te­czek jest nie­wy­bred­ny, je, co mu po­da­dzą — na­wet ją sa­mą do oszczęd­no­ści za­chę­ca.

Ona nie­raz dzi­wi się, jak ma­ło ja­da w do­mu ten ro­sły, wiel­ki męż­czy­zna, i fra­su­je się, że wi­docz­nie ja­dło mu nie sma­ku­je.

Mój Bo­że! Ro­bi, co moż­na prze­cież. Ona i słu­ga ja­da­ją „ple­ców­kę”, dla ko­tecz­ka bie­rze się na ro­sół pierw­szą krzy­żo­wą, ma­sło tak­że ku­pu­je dla nie­go osob­no...

Mi­mo to on je tak ma­ło!

By­le­by nie za­cho­ro­wał z te­go bra­ku ape­ty­tu... ju­tro trze­ba upiec pa­rę kur­cząt i zro­bić tro­chę sa­ła­ty...

Ostat­ni ru­bel wpraw­dzie wy­szedł, ale Jó­zia ma jesz­cze dwa pier­ścio­necz­ki z po­zo­sta­łych po ro­dzi­cach dro­bia­zgów.

Za­sta­wi je u zna­jo­mej fan­ciar­ki i do­cią­gnie w ten spo­sób do koń­ca mie­sią­ca.

Mój Bo­że!... Ile tam już rze­czy Jó­zi spo­czy­wa u tej fan­ciar­ki! I srebr­ne ły­żecz­ki, i bran­so­let­ki po mat­ce, i me­da­lion z pe­reł­ką, ba! na­wet me­dal od chrztu, i srebr­na port­mo­net­ka, zło­ty ze­ga­rek! Łań­cu­szek! Wszyst­ko wy­nio­sła tak wie­czo­ra­mi, gdy mąż wy­szedł z do­mu, „przejść się tro­chę” — jak mó­wił — a wra­cał póź­no w noc, gwiż­dżąc i śpie­wa­jąc ja­kieś nie zna­ne Jó­zi pio­sen­ki.

Z po­cząt­ku przy­kro jej by­ło roz­sta­wać się z ty­mi dro­bia­zga­mi, póź­niej oswo­iła się z tą my­ślą.

Wszak to dla... ko­tecz­ka.

Ko­cha­ła go bar­dzo, bar­dzo, mi­ło­ścią scho­ro­wa­nej i za­mknię­tej w do­mu ko­bie­ty. Gdy sły­sza­ła je­go kro­ki na scho­dach, ser­ce jej bi­ło bar­dzo sil­nie — w no­cy nie kła­dła się ni­g­dy, do­pó­ki nie wró­cił. Roz­bie­ra­ła się wpraw­dzie, ale bo­sa i w ko­szu­li sie­dzia­ła przy oknie, pa­trząc w ciem­ną ja­mę bra­my, czy nie doj­rzy wy­su­wa­ją­cej się z ciem­no­ści ele­ganc­kiej po­sta­ci mę­ża. Gdy nie wra­cał dłu­go, z naj­wyż­szym nie­po­ko­jem śle­dzi­ła go­dzi­ny i przy­ci­ska­jąc rę­ce do pier­si, szep­ta­ła:

— Bo­że mój! Niech on już wró­ci!...

Zda­wać by się mo­gło, że to na­mięt­na ko­chan­ka ocze­ku­je swe­go wy­bra­ne­go na pierw­szą schadz­kę mi­ło­sną — jed­nak!... jak­że da­le­kie od na­mięt­no­ści by­ło uczu­cie kła­dą­ce w spie­czo­ne od go­rącz­ki war­gi tej ko­bie­ty mo­dli­twę szcze­rą, pra­wie dzie­cię­cą.

— Niech... ko­te­czek wró­ci!...

A po­tem ten po­wrót ko­tecz­ka nie da­wał jej żad­nej piesz­czo­ty mi­ło­snej, żad­nej chwi­li tej roz­pacz­li­wej roz­ko­szy, któ­ra jęk pra­wie z pier­si ko­bie­ty wy­dzie­ra.

Ko­te­czek wcho­dził wol­no, sys­te­ma­tycz­nie, na­krę­cał ze­ga­rek, za­pa­lał pa­pie­ro­sa, zmie­niał obu­wie, wy­sta­wia­jąc je za drzwi po­ko­iku, wy­cią­gał z kra­wa­ta ele­ganc­ką szpil­kę i cho­wał ją w etui.

Wszyst­ko to ro­bił z wła­ści­wą so­bie gra­cją, nie spoj­rzaw­szy na­wet na żo­nę, któ­ra spo­za przy­mknię­tych po­wiek śle­dzi­ła je­go czyn­no­ści, ca­ła w cią­głym wy­cze­ki­wa­niu ja­kie­goś do­bre­go sło­wa, przy­ja­zne­go spoj­rze­nia ze stro­ny mę­ża. Nic, nic!

Ko­te­czek za­sy­piał, uśmie­cha­jąc się do wra­żeń w cią­gu wie­czo­ra otrzy­ma­nych, do ja­kichś wspo­mnień... na myśl któ­rych prze­cią­gał się roz­kosz­nie.

Ona śle­dzi­ła go cią­gle, śle­dzi­ła uważ­nie.

Sła­be świa­teł­ko lamp­ki pło­ną­cej przed Mat­ką Bo­ską oświe­ca­ło w zu­peł­no­ści ró­żo­wą twarz męż­czy­zny, lu­bież­ny wy­raz ust, tę­gą szy­ję wy­chy­la­ją­cą się spod ukra­iń­skich ha­ftów noc­nej ko­szu­li.

In­stynkt sa­mi­cy ostrze­gał ją, że nie o niej, nie o jej ule­gło­ści i zżół­kłej twa­rzy my­śli w tej chwi­li ten czło­wiek.

Lecz tak wie­rzy­ła mu, tak bar­dzo ufa­ła w je­go „mał­żeń­ską uczci­wość”, że myśl zdra­dy nie po­wsta­ła ni­g­dy w jej gło­wie.

My­śli pew­nie o gra­ty­fi­ka­cji, a mo­że... mo­że o niej!

Wszak wczo­raj jesz­cze, wy­cho­dząc, po­wie­dział:

— Dla ko­goż się za­pra­co­wu­ję, je­śli nie dla cie­bie? — Bied­ny! Dro­gi ko­te­czek!...

Ach! Ona by ży­cie swo­je dla nie­go od­da­ła!

I le­ża­ła tak ci­cho, nie śmie­jąc się po­ru­szyć, drę­twie­jąc w jed­nej po­zy­cji, aby nie zbu­dzić ko­tecz­ka, któ­ry w tej chwi­li uśmie­chał się, jak tyl­ko na­sy­ce­ni męż­czyź­ni uśmie­chać się umie­ją!

Ka­re­ta ru­szy­ła wresz­cie z miej­sca.

Lecz pa­ni Le­na by­ła dnia te­go w złym hu­mo­rze.

Na próż­no sie­dzą­cy obok niej męż­czy­zna uśmie­chał się i usi­ło­wał umie­ścić do­god­nie jej ka­pe­lusz, ca­ły z brą­zo­we­go tiu­lu, ist­ne pie­ści­deł­ko wy­dmu­cha­ne z pur­pu­ro­we­go ob­łocz­ka. Na próż­no, zdjąw­szy jej rę­ka­wicz­ki, zwi­jał je sta­ran­nie i wsu­wał po­mię­dzy po­dusz­ki po­wo­zu, na próż­no chwa­lił jej no­wy do­lman17, na któ­ry wy­szło z pięć­set łok­ci ko­ron­ki; ona sie­dzia­ła cią­gle chmur­na, z brwia­mi ścią­gnię­ty­mi, z twa­rzą gniew­nie wy­krzy­wia­ną.

— Dla­cze­go tak póź­no przy­je­cha­łeś? — za­py­ta­ła wresz­cie, zwra­ca­jąc się twa­rzą do swe­go to­wa­rzy­sza.

— Nie mo­głem! Wierz mi! — tłu­ma­czył się męż­czy­zna.

— Dla­cze­go?

— Bo!... bo!... mie­li­śmy go­ści!... — od­parł, uda­jąc non­sza­lan­cję i oglą­da­jąc so­bie pa­znok­cie.

Znać by­ło, że bla­gu­je, lecz ona nie po­zna­ła się na tym.

— Kto był? — na­le­ga­ła już tro­chę udo­bru­cha­na. — Ko­bie­ty?

— O, za­le­d­wie kil­ka! Ku­zyn­ka Es­ter­gha­zy z cór­ką, wiesz... ta hra­bi­na!

Ona po­twier­dzi­ła spiesz­nie.

— Tak! Tak! Mó­wi­łeś już mi o niej, a z męż­czyzn?

— Zwy­kli go­ście czwart­ko­wi.

— Więc to jo­ur fi­xe18?

— Tak!... fi­ve o’clock tea19.

Rzu­cił wy­raz an­giel­ski, po­sły­sza­ny kie­dyś ze sce­ny w te­atrze, któ­ry za­pa­mię­tał i uży­wał w ra­zie po­trze­by, co ni­g­dy nie chy­bia­ło efek­tu. I te­raz do­się­gnął ce­lu.

Ko­bie­ta sie­dzą­ca obok nie­go zda­wa­ła się na chwi­lę przy­bi­ta po­sły­sza­nym sło­wem.

Lecz pręd­ko od­zy­ska­ła rów­no­wa­gę.

— Nie wiem, czy to wy­god­ne — wy­rze­kła — wo­lę już urzą­dzić re­cep­tions ma­ti­na­les20...

Spoj­rza­ła na nie­go trium­fu­ją­co.

On wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Za­pew­ne, lecz już ca­ły dzień jest zde­ran­żo­wa­ny21.

Po­chy­lił się te­raz nad pod­bi­tą już ko­bie­tą.

— No, cóż?... da­ru­jesz mi to opóź­nie­nie? — szep­tał mięk­kim gło­sem — wierz mi, tyl­ko obo­wiąz­ki świa­to­we mo­gły po­wstrzy­mać twe­go ko­tecz­ka; wie­rzysz mi? No... Le­no!...

I ob­jął ją ostroż­nie, co­fa­jąc się w tył, gdyż ka­re­ta skrę­ca­ła w cia­śniej­szą uli­cę, a na chod­ni­kach krę­ci­ło się spo­ro prze­chod­niów.

Le­na po­trzą­snę­ła wspa­nia­ło­myśl­nie gło­wą. Do­brze! Prze­ba­cza mu, ale pod wa­run­kiem, że to bę­dzie raz ostat­ni... za­pew­ne nie wie, że i ona ma obo­wiąz­ki świa­to­we, któ­re trzy­ma­ją ją po­nie­kąd na uwię­zi; je­śli on ma żo­nę pro­wa­dzą­cą dom otwar­ty, ona na­wza­jem ma mę­ża, któ­ry od niej pew­nych ustępstw świa­to­wych wy­ma­ga, a prze­cież...

On przy­zna­je jej ra­cję, ca­ły roz­pło­mie­nio­ny tak bli­ską obec­no­ścią tej ko­bie­ty, któ­rej peł­ny gors i błysz­czą­ce oczy dzia­ła­ją na nie­go jak roz­pa­la­ją­cy tru­nek — ostroż­nie, de­li­kat­nie szu­ka jej rę­ki w ca­łych fa­lach ko­ro­nek i rę­kę tę zna­la­zł­szy ca­łu­je dłu­go, wy­sy­sa­jąc pa­lusz­ki o kro­gul­czo za­gię­tych pa­znok­ciach.

Ona pod­da­je się tej piesz­czo­cie, jak ko­bie­ta przy­zwy­cza­jo­na do po­dob­ne­go ro­dza­ju ob­ja­wów po­wstrzy­my­wa­nej na­mięt­no­ści, dru­gą rę­ką za­sła­nia so­bie twarz, gdy ka­re­ta nad­to się zbli­ży do chod­ni­ków.

Czy­ni to z wpra­wą wiel­ką, w ogó­le czu­je się zu­peł­nie swo­bod­nie w tej cia­snej at­mos­fe­rze po­wo­zu, w któ­rej cu­dzo­łoż­ne szep­ty, śmie­chy, po­ca­łun­ki zda­ją się drze­mać wśród za­gięć znisz­czo­ne­go suk­na okry­wa­ją­ce­go po­dusz­ki.

— Gdzie dziś po­je­dzie­my? — py­ta ko­te­czek.

— Gdzie chcesz... — od­po­wia­da Le­na — by­le nie do Mar­ce­li­na.

— Masz ra­cję, kuch­nia tam wca­le22 nie­szcze­gól­na.

— O, tak! Bor­de­aux nie­po­dob­ne do pi­cia...

I znów za­czy­na grać ze so­bą ko­me­dię tych dwo­je lu­dzi, któ­rzy się po­zna­li pod cie­niem drzew Sa­skie­go Ogro­du i nic pra­wie nie wie­dzie­li o so­bie ani o swej po­zy­cji so­cjal­nej.

Ona — mia­ła w so­bie po­psu­tą krew trzy­dzie­sto­let­niej ko­bie­ty, wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­nej ze swe­go oto­cze­nia, ob­no­szą­cej w czar­nych oczach i peł­nych kształ­tach chęć nie­pra­wych roz­ko­szy i za­ka­za­nych wy­cie­czek. Po­zo­wa­ła jed­nak przed nim na „da­mę” — wy­kwint­ną i wy­twor­ną — pra­gnę­ła mu im­po­no­wać ko­ron­ka­mi, wzię­ty­mi na kre­dyt, i fran­cusz­czy­zną, za­po­ży­czo­ną z Roz­mó­wek pa­ni Bo­cqu­el.

On — do­kła­dał wszel­kich usi­ło­wań, aby ujść w oczach tej wy­kwint­nej da­my za czło­wie­ka bo­ga­te­go, pro­wa­dzą­ce­go dom na wiel­ką ska­lę. Olśnie­wał ją szpil­ka­mi u kra­wa­tów, ja­sny­mi gar­ni­tu­ra­mi i zna­jo­mo­ścią ga­bi­ne­tów re­stau­ra­cyj­nych, po któ­rych włó­czy­li się czę­sto, sie­dząc do póź­nej no­cy i roz­sta­jąc się w peł­ni nie­sma­ku i chę­ci po­now­ne­go zej­ścia się, aby na­wza­jem uda­wać przed so­bą wy­twor­ne ma­nie­ry i... na­mięt­ne po­ry­wy.

Ka­re­ta wje­cha­ła te­raz w uli­cę Mo­ko­tow­ską i po­wo­li skrę­ca­ła na le­wo.

Wo­zy z becz­ka­mi za­stą­pi­ły jej dro­gę, woź­ni­ca wstrzy­mał ko­nie na chwi­lę.

Ko­te­czek wy­chy­lił gło­wę.

— Cóż tam? Dla­cze­go sta­jesz?

Na­gle cof­nął się w głąb po­wo­zu.

To­wa­rzysz­ka mi­mo wo­li spoj­rza­ła w otwar­te okien­ko.

Na chod­ni­ku, po­mię­dzy gro­mad­ką bo­sych dzie­ci cze­ka­ją­cych na opróż­nie­nie uli­cy, sta­ła ciem­no, ubo­go ubra­na ko­bie­ta w znisz­czo­nym ka­pe­lu­si­ku na po­chy­lo­nej gło­wie.

W tej chwi­li ko­bie­ta ta z wy­ra­zem zdu­mie­nia na po­żół­kłej twa­rzy wpa­try­wa­ła się w okien­ko ka­re­ty, a z wpół otwar­tych ust zda­wał się ula­ty­wać ja­kiś głos stłu­mio­ny.

Pa­ni Le­na od­wró­ci­ła się i spy­ta­ła szyb­ko:

— Patrz!... Ta ko­bie­ta dziw­nie tu spo­glą­da, czy mo­że znasz ją?

Lecz męż­czy­zna nie ru­szył się na­wet, przy­tu­lo­ny do ką­ta ka­re­ty, nik­czem­ny, nędz­ny w tej trwo­dze, ja­ka zwy­kle ogar­nia każ­de­go z nich na wi­dok zdra­dzo­nej ko­bie­ty.

— Siedź spo­koj­nie! — wy­rzekł — to szwacz­ka mo­jej żo­ny!...

Ka­re­ta ru­szy­ła wresz­cie z miej­sca, obry­zgu­jąc bło­tem sto­ją­cą na chod­ni­ku ko­bie­tę.

Ona pa­trzy­ła jesz­cze dłu­gą chwi­lę, zdu­mio­na, prze­ra­żo­na, po­wta­rza­jąc ci­chut­ko:

— Ko­te­czek? Ko­te­czek?

Lamp­ka przed Mat­ką Bo­ską do­pa­la­ła się pra­wie, a nikt nie my­ślał o do­la­niu oli­wy.

Ci­cho by­ło bar­dzo w sy­pial­nym po­ko­iku. Oby­dwa łóż­ka mał­żeń­skie by­ły próż­ne, choć już dru­ga wy­bi­ła na ku­chen­nym ze­ga­rze.

Jó­zia, bo­so i w ko­szu­li, sie­dzia­ła sku­lo­na na oknie, cze­ka­jąc na po­wrót mę­ża.

By­ła bar­dzo wzbu­rzo­na, nie­spo­koj­na, smut­na. Wszak­że to wra­ca­jąc od fan­ciar­ki do­strze­gła w ka­re­cie obok ja­kiejś ład­nej ko­bie­ty męż­czy­znę tak bar­dzo po­dob­ne­go do ko­tecz­ka!

Lecz cóż by jej ko­te­czek ro­bił w ka­re­cie o tej po­rze i to jesz­cze z ja­kąś da­mą?... A mo­że to dy­rek­to­ro­wa biu­ra spo­tka­ła go i wzię­ła na prze­chadz­kę...

Szu­ka­ła te­raz w swo­jej bied­nej gło­wie roz­ma­itych kom­bi­na­cji, po­ty­ka­jąc się co chwi­la o ja­kąś myśl zbyt trud­ną...

Nie — sta­now­czo zro­zu­mieć te­go nie mo­gła.

By mąż ją zdra­dzał — nie prze­szło jej na­wet przez gło­wę, jej ko­te­czek, skąd­że zno­wu?

Za­nad­to czy­stą, nie­win­ną by­ła w swym za­sto­ju mo­ral­nym; zdra­dzać? — tak!!! Tak! To ist­nie­je w książ­kach, na sce­nie, ale w ży­ciu!...

Gdy przy­szła od fan­ciar­ki, po­li­czy­ła bie­li­znę, po­ce­ro­wa­ła skar­pet­ki, zro­bi­ła ra­chu­nek ze słu­żą­cą, za­dys­po­no­wa­ła obiad, a te­raz, po­sław­szy łóż­ka, usia­dła w oknie, cze­ka­jąc mę­ża.

Noc za­pa­dła, noc ciem­na, wietrz­na, chłod­na. Z za­cie­nio­ne­go dzie­dziń­ca, po za­mknię­ciu bra­my wzbił się w gó­rę sil­ny za­duch wy­le­wa­nych przez dzień nie­czy­sto­ści.

Ona — otwo­rzy­ła luf­cik i prze­chy­li­ła swą bied­ną, znę­ka­ną gło­wę. Smro­dli­we po­wie­trze owia­ło ją. Ona — nie czu­ła te­go za­du­chu, przy­zwy­cza­jo­na do tej at­mos­fe­ry, któ­rą wcią­ga­ła w sie­bie no­ca­mi ca­ły­mi. Prze­chy­li­ła gło­wę i pa­trzy­ła wciąż w czar­ną prze­paść po­dwór­ka.

Cze­ka­ła.

Lecz on nie wra­cał, roz­ko­szu­jąc się w tej chwi­li wo­nią roz­kwi­tłe­go bzu w pod­miej­skim ogro­dzie i cie­pły­mi war­ga­mi ko­chan­ki, z któ­rych zbie­rał kro­ple wi­na i sło­dycz kom­po­to­we­go sy­ro­pu.

Sie­dzą­cej w luf­ci­ku ko­bie­cie wiatr roz­wie­wał rzad­kie wło­sy i zię­bił ple­cy. Ona — skur­czy­ła się jesz­cze bar­dziej, pod­su­wa­jąc pod sie­bie chu­de, zżół­kłe no­gi.

Jeść się jej chcia­ło, obej­rza­ła się na kre­den­so­wą szaf­kę ma­ja­czą­cą w pół­cie­niu. By­ła tam wpraw­dzie pie­czeń po­zo­sta­ła z obia­du, ale ko­te­czek dys­po­no­wał barsz­czyk na ju­trzej­szy obiad, z pie­cze­ni bę­dą uszka... nie moż­na więc po­ru­szyć, nie moż­na!...

Jó­zia zwi­nę­ła się te­raz pra­wie w kłę­bek i gło­wę smut­nie zwie­si­ła.

Ja­koś jej tak smut­no! Tak bar­dzo, bar­dzo smut­no, jak ni­g­dy nie by­ło!

Dla­cze­go?

Wszak on wra­ca tak co­dzien­nie, wra­ca póź­no, a ona cze­ka nań i zi­mą, i la­tem, skur­czo­na przy szy­bie, peł­na nie­wy­tłu­ma­czo­nej chę­ci uj­rze­nia go po­wra­ca­ją­ce­go.

Ze­ga­ry miej­skie bi­ją wpół do trze­ciej.

Na twa­rzy Jó­zi pły­ną dwie wiel­kie, go­rą­ce łzy, za­miast ser­ca czu­je, że jej się otwie­ra ra­na... ra­na ta pie­cze, bo­li, pa­li jak­by za­rze­wie... a wy­nędz­nia­łe usta szep­czą:

— Bo­że!... Niech ko­te­czek wró­ci!...

Jej ko­te­czek.


Ko­zioł ofiar­ny

Pan Wen­t­zel zmarsz­czył brwi i po­ło­żył kan­cia­stą li­nię obok sie­bie.

— Pro­szę o spo­kój! — wy­rzekł ochry­płym gło­sem.

— Oko bran­den­bur­skie! — od­po­wie­dział na­tych­miast Ju­lu­siek.

— Z per­ską źre­ni­cą — do­rzu­cił Ma­rian, pa­ku­jąc rę­ce w kie­sze­nie od spodni.

Pan Wen­t­zel pod­niósł swą spi­cza­stą gło­wę, po­kry­tą na­je­żo­nym wło­sem, i spoj­rzał na po­roz­kła­da­ne na krze­słach dzie­ci.

— Pro­szę o spo­kój! — po­wtó­rzył, a war­gi wy­bla­dłych ust drża­ły mu jak w fe­brze.

— Pa­trz­cie... pa­nu „Wen­t­zle­mu” spu­chła z le­wej stro­ny twarz — za­wo­łał Ju­lu­siek, mru­żąc po­wie­ki.

— To od tych pa­pie­ro­sów, któ­re po kry­jo­mu pa­li, a nam na­wet za­cią­gnąć się nie da — od­parł fleg­ma­tycz­nie Ma­rian, ob­ser­wu­jąc z iro­nią wy­chu­dłe po­licz­ki na­uczy­cie­la.

Pa­nu Wen­t­zlo­wi krew ude­rzy­ła do gło­wy.

— Nie pa­lę pa­pie­ro­sów — wy­rzekł ener­gicz­nie — nie wma­wiaj­cie we mnie złych czy­nów, któ­re sa­mi speł­nia­cie.

Ju­lu­siek wzru­szył ra­mio­na­mi. Ma­rian wpa­ko­wał rę­ce jesz­cze głę­biej w kie­sze­nie.

— Nie pa­lisz pan? — za­py­tał, wy­dy­ma­jąc czer­wo­ne i peł­ne po­licz­ki. — Phi!... to ta­ka praw­da, jak to, że pan atra­men­tem dziur w bu­tach so­bie nie czer­nisz... Za­przecz pan te­mu!

— Za­przecz pan te­mu! — za­skrze­czał, jak ma­ły psiak, Ju­lu­siek i w eks­ta­zie trium­fu usiadł na sto­le, gdy tym­cza­sem Ma­rian wciąż ko­ły­sał się na krze­śle, pa­trząc spod oka na na­uczy­cie­la.

Pan Wen­t­zel był przy­bi­ty.

Rze­czy­wi­ście, nie da­lej jak wczo­raj sma­ro­wał ra­no bie­lą­ce się wśród czar­nej skó­ry bu­tów skar­pet­ki... sma­ro­wał atra­men­tem, aby nie prze­świe­ca­ły za­nad­to, gdy wej­dzie do sa­li ja­dal­nej lub sa­lo­nu.

Mil­cząc ujął w rę­kę jed­ną z ciem­no­opraw­nych ksią­żek, któ­rych sto­sy le­ża­ły na sto­le.

— Za­cznij­my wy­kła­dy od Hi­sto­rii świę­tej — rzekł ci­chym gło­sem.

Lecz Ju­lu­siek pra­gnął na­sy­cić się swym trium­fem i ca­ły wlazł na stół, strą­ca­jąc za­bło­co­ny­mi no­ga­mi książ­ki i ze­szy­ty na zie­mię.

— Wzią­łeś pan pa­tyk... o, tak!... Uma­cza­łeś pan w atra­men­cie i sma­ro­wa­łeś pan bu­ty...

Pan Wen­t­zel po­bladł jesz­cze bar­dziej.

— Pro­szę zleźć ze sto­łu i usiąść przy­zwo­icie, ina­czej prze­rwę lek­cję...

— Wiel­ka bę­dzie szko­da... — mruk­nął Ma­rian.

Ju­lu­siek od­su­nął się tro­chę i pod­wi­nął no­gi pod sie­bie.

— Jedź pan — wy­rzekł — mnie to nie prze­szka­dza, ja i tak mo­gę pań­skie­go baj­du­rze­nia słu­chać.

Pan Wen­t­zel otwo­rzył książ­kę i po­wo­li za­czął prze­wra­cać kart­ki ozdo­bio­ne ry­ci­na­mi.

— Skoń­czy­li­śmy na Sam­so­nie i ucię­ciu wło­sów — za­czął po­ły­ka­jąc śli­nę — wie­cie, że uczy­ni­ła to Da­li­la i...

Na twa­rzach chłop­ców po­ja­wił się dziw­ny wy­raz.

— Mu­sia­ła to być szy­kow­na ko­bie­ta — mruk­nął Ju­lu­siek, uśmie­cha­jąc się roz­kosz­nie. — Praw­da, Ma­rian?

Lecz Ma­rian zwró­cił się te­raz ku pa­nu Wen­t­zlo­wi i pa­trząc wprost na twarz na­uczy­cie­la — za­py­tał.

— Jak pan są­dzi? Bru­net­ka by­ła? Co?

— Nie wiem! — od­parł na­uczy­ciel.

— Daj po­kój, Ma­ria­nie!... — wrza­snął Ju­lu­siek. — Al­bo on się zna na tym!

— Hm!... — od­rzekł Ma­rian — jest prze­cież męż­czy­zną.

— E! Ta­ki tam! Bo­że się zmi­łuj!...

Pan Wen­t­zel ze­rwał się z miej­sca.

— Ci­cho! — krzyk­nął ude­rza­jąc książ­ką o stół. — Ci­cho!... bo...

Głos uwiązł mu w gar­dle.

Ma­rian i Ju­lu­siek, mru­żąc oczy, przy­pa­try­wa­li mu się im­per­ty­nenc­ko.

Ty­le iro­nii mie­ści­ło się w wy­ra­zie twa­rzy tych przed­wcze­śnie roz­wi­nię­tych dzie­ci, że na­uczy­ciel naj­czę­ściej czuł swą sztucz­ną ener­gię jak­by zmro­żo­ną i w głę­bi ser­ca do­zna­wał dziw­ne­go ści­śnie­nia, któ­re mu do­tkli­wy ból spra­wia­ło. Czuł swą bez­sil­ność i milk­nął po­ły­ka­jąc łzy i upo­ko­rze­nie.

Tych dwóch mal­ców w kra­cia­stych kurt­kach, nie do­ra­sta­ją­cych mu do no­sa, ty­ra­ni­zo­wa­ło go i kark mu do zie­mi chy­li­ło.

Co po­cząć miał?

Pod­szedł do okna i ma­chi­nal­nie otwo­rzył luf­cik. Świe­że wio­sen­ne po­wie­trze wpły­nę­ło na­gle do po­ko­ju...

Wen­t­zel cof­nął się od okna, jak­by na­gle upo­jo­ny...

Przy­mknął oczy i stał tak bla­dy, nędz­ny w smu­dze świe­tla­nej, któ­ra kła­dła żół­te i bia­łe to­ny na twarz je­go znędz­nia­łą.

— Mo­że byś pan koń­czył lek­cję!... — ode­zwał się na­gle Ma­rian, znu­dzo­ny mil­cze­niem na­uczy­cie­la.

— To się wie — do­rzu­cił Ju­lu­siek — pan zbi­jasz bą­ki jak ja­ki rad­ca. Nic pan w luf­ci­ku nie wy­sto­isz! Jesz­cze pa­nu oko spuch­nie! — Pan Wen­t­zel po­wo­li od­wró­cił się i zbli­żył się do sto­łu. Na twa­rzy je­go ma­lo­wa­ła się smut­na re­zy­gna­cja. Usiadł na krze­śle i uni­ka­jąc spoj­rze­nia w twa­rze chłop­ców, roz­po­czął wy­kład:

— Wie­cie, że Sam­son był bar­dzo sil­ny, wie­cie, że gdy oparł się o ko­lum­ny świą­ty­ni, ra­mio­na­mi wstrzą­snął, ko­lum­ny w gru­zy się roz­sy­pa­ły i dach ca­ły ru­nął...

— Al­bo to praw­da — prze­rwał Ju­lu­siek uśmie­cha­jąc się scep­tycz­nie.

Ma­rian po­prze­stał na iro­nicz­nym wzru­sze­niu ra­mio­na­mi.

Pan Wen­t­zel cią­gnął da­lej:

— Dach ca­ły ru­nął, przy­gnia­ta­jąc zgro­ma­dzo­ne tłu­my. W ten spo­sób więc nie­przy­ja­cie­le Sam­so­na...

— E, to ta­ka praw­da jak to, że Ewa jabł­ko zja­dła... — prze­rwał znów Ju­lu­siek.

— Po­ko­na­ni zo­sta­li... — brzmiał głos na­uczy­cie­la.

Te­raz Ma­rian po­ru­szył się na krze­śle.

— A Adam ogryz­kiem się udła­wił... — wy­rzekł śpie­wa­ją­cym gło­sem.

— I gdy­by nie Da­li­la, któ­ra...

Lecz już sło­wa pa­na Wen­t­zla brzmia­ły je­dy­nie chy­ba dla nie­go sa­me­go. Dzie­ci, po­bu­dzo­ne w swej prze­kor­nej we­so­ło­ści, jak pił­kę od­rzu­ca­ły so­bie wza­jem­nie le­gen­dy, po­da­wa­ne im przez na­uczy­cie­la za fakt. Dla nich, dla tych roz­bu­dzo­nych przed­wcze­śnie umy­słów, nie ist­niał już ża­den urok na­iw­nej wia­ry — ze śmie­chem i drwi­na­mi szar­pa­li treść Pi­sma, nie mo­gąc jesz­cze zro­zu­mieć prze­no­śni.

Pod gra­dem tych słów wy­zie­wa­nych przez drob­ne, dzie­cię­ce usta, któ­re zda się stwo­rzo­ne by­ły do szep­ta­nia mo­dli­twy, pan Wen­t­zel sie­dział przy­bi­ty, bez­sil­ny, z gło­wą na pier­si zwie­szo­ną. Co­dzien­nie po­wta­rza­ło się to sa­mo.



Co­dzien­nie na­uczy­ciel i je­go sło­wa by­ły przed­mio­tem szy­derstw, żar­tów i śmie­chu.

Ju­lu­siek le­żał już te­raz na sto­le, wy­wi­ja­jąc z ra­do­ści no­ga­mi, Ma­rian na­pa­wał się spo­koj­nym trium­fem i pe­łen nie­opi­sa­nej bło­go­ści wy­dy­mał usta do nie­by­wa­łych roz­mia­rów.

— Jak tam by­ło z tym No­em? Opo­wiedz pan, pa­nie Wen­t­zel!

— Al­bo z tym Da­wi­dem!

— A Zu­zan­na? Co?...

Pło­mie­nie prze­bie­ga­ły zmy­sło­wą twarz Ma­ria­na.

— Tak! Tak!... Zu­zan­na!... To pysz­ny ka­wał!...

I na­gle, ni stąd, ni zo­wąd, roz­le­ga się z pier­si dzie­ci wrza­skli­wy śpiew:

Hopsz­tyn­der!... Ma­da­liń­ski

Fiu­ta!... z ko­py­ta!...

Sza­ra, ciach, ciach! Tań­czy so­bie

Z Ba­ra­ba­szem ma­zu­ra!...

— Pro­szę o spo­kój!... — ję­czy bła­gal­nie pan Wen­t­zel.

Hej ko­lę­da!... ko­lę­da!...

Po­do­bał się Je­wie! Jeź­dzi na cho­le­wie,

A bo­so go znać!... znać!... znać!...

Pan Wen­t­zel gło­wę ukrył w dło­nie.

A bo­so go znać!...

Lecz na­gle drzwi się otwie­ra­ją i dwie po­sta­cie ko­bie­ce uka­zu­ją się w pro­gu.

— Co się tu dzie­je? — py­ta pa­ni do­mu, chu­da, pła­ska blon­dyn­ka, no­szą­ca na schy­lo­nych ra­mio­nach fał­dzi­ste sza­ty wdo­wie.

C’est atro­cé23! — od­zy­wa się dru­ga, od­pi­na­jąc żwa­wo gu­zi­ki znisz­czo­ne­go płasz­czy­ka.

— Pa­nie Wen­t­zel, jak pan mo­żesz po­zwo­lić na coś po­dob­ne­go?!

Pan Wen­t­zel po­wstał już z krze­sła i w mil­cze­niu ukła­da książ­ki i ze­szy­ty. Czu­je, że wszyst­ko, co po­wie na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie, na nic się nie przy­da.

W prze­ko­na­niu mat­ki „dzie­ci” są tro­chę roz­pusz­czo­ne, ale osta­tecz­nie moż­na na nich le­kar­stwo zna­leźć i do po­słu­szeń­stwa do­pro­wa­dzić.

Wpraw­dzie ona sa­ma ni­g­dy do­ka­zać tej sztu­ki nie mo­gła, ale... prze­cież... pan Wen­t­zel jest męż­czy­zną! Po­wi­nien umieć na­ka­zać sza­cu­nek dla swo­ich słów i oso­by.

Więc — słod­ko­kwa­śnym gło­sem mó­wi to wszyst­ko, a sło­wa jej jak ude­rze­nia bi­cza sma­ga­ją zbo­la­łą gło­wę na­uczy­cie­la.

Tak! Tak!... Pa­ni ma za­pew­ne ra­cję — każ­dy in­ny na je­go miej­scu po­ra­dził­by so­bie z pew­no­ścią, tyl­ko on! On! Nie wie, nie umie po­skro­mić swych uczniów, na­ka­zać ci­szę i po­trzeb­ny spo­kój.

— Uwa­żasz pan... — cią­gnie da­lej pa­ni Szym­czyń­ska, a głos jej pły­nie ła­god­nie jak szmer stru­my­ka — Ju­lu­siek i Ma­rian są dzie­ci wy­jąt­ko­we, na­le­ży więc z ni­mi po­stę­po­wać w wy­jąt­ko­wy spo­sób. Tym­cza­sem pan!

Wy­jąt­ko­we dzie­ci z nie­zrów­na­ną iro­nią spo­glą­da­ją na pa­na Wen­t­zla, któ­ry zmie­sza­ny, drżą­cy, spło­nio­ny, szo­ru­jąc no­ga­mi po pod­ło­dze, ustę­pu­je przy sto­le miej­sca gu­wer­nant­ce, któ­ra — wy­tar­ty płasz­czyk ostroż­nie na łóż­ku Ju­lu­sia zło­żyw­szy — przy­stę­pu­je do krze­sła z bar­dzo wo­jow­ni­czą mi­ną.

Mat­ka tym­cza­sem za­chwy­co­nym wzro­kiem ogar­nia peł­ne po­licz­ki Ma­ria­na i żół­tą gło­wę Ju­luś­ka, któ­ry zde­cy­do­wał się wresz­cie zsu­nąć ze sto­łu i usiąść na po­rę­czy krze­sła.

— Tak! Tak! Wy­jąt­ko­we dzie­ci! — po­wta­rza ma­chi­nal­nie i po bla­dych jej ustach prze­bie­ga uśmiech za­do­wo­lo­nej ma­cie­rzyń­skiej próż­no­ści.

Pan Wen­t­zel po­chy­la po­kor­nie gło­wę i od­wró­ciw­szy się, drżą­cy­mi rę­ka­mi szu­ka w pu­deł­ku, za­stę­pu­ją­cym mu sza­fę, czy­stej chust­ki i swej wy­tar­tej port­mo­net­ki. Pu­deł­ko to stoi pod je­go łóż­kiem, bied­nym, smut­nym po­sła­niem opusz­czo­ne­go wy­rob­ni­ka, na­rzu­co­nym dla de­co­rum24 sza­fi­ro­wą ka­pą, sta­no­wią­cą wła­sność pa­ni do­mu, któ­rą skrom­ny ko­cyk bied­ne­go chłop­ca ra­ził i har­mo­nię przy­zwo­ite­go ume­blo­wa­nia dzie­cin­ne­go po­ko­ju psuł zu­peł­nie.

W pu­deł­ku — pan Wen­t­zel nie znaj­du­je chust­ki, ale za to wy­do­sta­je zde­chłą mysz, ucze­pio­ną przy za­mecz­ku port­mo­net­ki, w któ­rej kil­ka mie­dzia­ków się ko­ła­cze. Jest to spraw­ka „wy­jąt­ko­wych” dzie­ci, któ­re du­szą się ze śmie­chu na wi­dok bla­do­ści po­kry­wa­ją­cej na­gle twarz pa­na Wen­t­zla.

Wie­dzą o tym, że pan Wen­t­zel boi się kon­wul­syj­nie my­szy, i uda­nie się roz­kosz­ne­go fi­gla uczu­ciem bło­gim na­peł­nia ich ser­dusz­ka.

Lecz sie­dzą­ca przy sto­le Fran­cuz­ka marsz­czy brwi i groź­nie, pod­nió­sł­szy rę­kę do gó­ry, wo­ła ochry­płym gło­sem:

At­ten­tion, sa­les ga­mins! Ou je va­is vo­us fi­cher des cla­qu­es25!

Chłop­cy milk­ną i ko­ły­szą się na krze­słach z mniej­szym niż zwy­kle za­pa­łem. Mat­ka zaś prze­sy­ła dys­kret­ny pół­u­śmiech w stro­nę Fran­cuz­ki, któ­ra prze­ślicz­nym żar­go­nem z Mont­mar­tre roz­po­czy­na wy­kład grec­kiej mi­to­lo­gii.

I po­wo­li fał­dzi­sta suk­nia mat­ki-wdo­wy zni­ka we drzwiach, spo­za któ­rych do­la­tu­je wy­stu­ki­wa­ne na for­te­pia­nie ja­kieś Rêve­rie Asche­ra.

Pan Wen­t­zel tym­cza­sem sza­mo­cze się ze zde­chłą my­szą, sta­ra­jąc się od­cze­pić ją od port­mo­net­ki. Pot po­kry­wa mu skro­nie, wy­raz wstrę­tu ma­lu­je się w je­go smut­nych, wiel­kich oczach.

Trwa to dłu­gą chwi­lę — dzie­ci cią­gle spod oka ob­ser­wu­ją na­uczy­cie­la, trium­fu­ją we­wnętrz­nie.

Wresz­cie Ju­lu­siek dłu­żej wy­trzy­mać nie jest w sta­nie.

— To ci pan Wen­t­zel zde­se­niał!... — wo­ła pod­ry­wa­jąc się na krze­śle.

— Jak ka­ra­luch w ta­ta­ra­ku!... — do­rzu­ca śpie­wa­ją­co Ma­rian.

Lecz Fran­cuz­ka ude­rze­niem pię­ścią w stół prze­ry­wa wy­bu­chy ra­do­ści mi­łych chłop­czy­ków.

Ta­isez ous, tas des sa­lauds26! — I na­gle się­ga­jąc do bocz­nej kie­sze­ni suk­ni, wy­do­by­wa dość du­ży re­wol­wer, któ­re­go otwo­ry po­za­kle­ja­ne są umie­jęt­nie kul­ka­mi z chle­ba.

— No! — mó­wi kła­dąc re­wol­wer na sto­le — j’espère, que vo­us al­lez vo­us te­nir tra­nqu­il­les... au­tre­ment — je ti­re27!...

I da­lej cią­gnę­ła wy­kład przy wzo­ro­wej ci­szy ze stro­ny obu chłop­ców, po któ­rych twa­rzach prze­mknął na­wet cień sza­cun­ku.

Pan Wen­t­zel tym­cza­sem upo­rał się z my­szą i wziąw­szy ze sto­li­ka wy­tar­ty i zru­dzia­ły ka­pe­lusz, go­to­wał się do wyj­ścia. Z ro­dza­jem za­zdro­ści spoj­rzał na znisz­czo­ną twarz Fran­cuz­ki i na le­żą­cy na sto­le re­wol­wer.

Tak! Wi­docz­nie in­ni lu­dzie po­sia­da­li dar wpły­wa­nia do­dat­nio na te... wy­jąt­ko­we dzie­ci — on je­den tyl­ko nie, on je­den!...

Stłu­miw­szy wes­tchnie­nie, ujął ci­cho za klam­kę i wy­su­nął się z po­ko­ju.

Ju­non, dévo­rée par la ja­lo­usie, épia­it Ju­pi­ter28... — mó­wi­ła Fran­cuz­ka ochry­płym gło­sem, wy­krzy­wia­jąc przy tym swą twarz na kształt ma­ski klow­na — et Ju­pi­ter aima­it Jo29...

Za­głę­bi­ła się te­raz w mi­łost­ki Jo­wi­sza z ca­łą lu­bo­ścią bul­wa­rów­ki; po jej ustach igrał od cza­su do cza­su uśmiech, a rę­ka ma­chi­nal­nie po­pra­wia­ła rzad­ką na czo­le grzyw­kę.

Ju­lu­siek, tro­chę znu­dzo­ny, go­nił cza­sa­mi mi­ga­ją­ce po su­fi­cie sło­necz­ne pla­my i usi­ło­wał zwi­nąć ję­zyk w łuk, zwa­ny „klops”. Tyl­ko Ma­rian, za­słu­cha­ny w sło­wa Fran­cuz­ki, śli­zgał się wzro­kiem po jej pier­si, ry­su­ją­cej się dość wy­raź­nie pod opię­tym sta­ni­kiem.

Pa­trzył, oczy mru­żył i usta wy­dy­mał...

— Chwil­kę, pa­nie Wen­t­zel, pro­szę tyl­ko o krót­ką chwil­kę!...

I Ewe­lin­ka po­wstaw­szy od for­te­pia­nu po­trzą­snę­ła gło­wą ubra­ną w ca­łe pę­ki lo­ków.

— Gdzie pan ucie­kasz? Ni­g­dy nie masz cza­su... a ja tu sa­ma tak sie­dzę!...

Ostat­nie sło­wa pod­kre­śli­ła zna­czą­co po­włó­czy­stym spoj­rze­niem.

Pod wpły­wem te­go spoj­rze­nia pan Wen­t­zel po­bladł jesz­cze bar­dziej niż na wi­dok my­szy.

O! Gdy­by wie­dział, że Ewe­lin­ka obec­nie „ma­rzy” w sa­lo­nie i for­te­pian... „gnie­cie”, jak mó­wił Ju­lu­siek, był­by z pew­no­ścią umknął przez kuch­nię, choć i tam ku­char­ka wi­ta­ła go nie­dwu­znacz­nym mru­cze­niem i do­wo­dze­niem, że „ro­sół się jej utrzę­sie w garn­ku, sko­ro pa­na Wen­t­zla bez30 kuch­nię nie­sie”...

Lecz pan Wen­t­zel sto­kroć wo­lał­by już na­ra­zić się na gniew ku­char­ki, niż pod­da­wać się ma­gne­tycz­nym spoj­rze­niom Ewe­lin­ki, do­peł­nia­ją­cej w ten spo­sób pen­syj­nej edu­ka­cji i pró­bu­ją­cej si­ły swych wdzię­ków na nie­szczę­snym na­uczy­cie­lu swych bra­ci.

— Za­gram pa­nu Asche­ra... — wy­rze­kła, sznu­ru­jąc dość du­że usta — prze­wra­caj mi pan kart­ki...

Pan Wen­t­zel roz­pacz­li­wie za­czął prze­stę­po­wać z no­gi na no­gę.

— Chcę iść... na pocz­tę — wy­ją­kał ci­chym gło­sem.

— Pocz­ta nie uciek­nie — szep­ta­ła pan­na, prze­chy­la­jąc się w łuk dla uwy­dat­nie­nia wy­pu­kło­ści bio­der — a wresz­cie, ja pro­szę!...

Ostat­nie­mu sło­wu to­wa­rzy­szy­ło znów wy­mow­ne spoj­rze­nie.

W cho­rej pier­si pa­na Wen­t­zla ser­ce za­bi­ło gwał­tow­nie, krew ude­rzy­ła mu do gło­wy i czer­wo­nym pło­mie­niem oczy za­sło­ni­ła.

Ewe­lin­ka uśmie­cha­ła się za­do­wo­lo­na. Chcia­ła do­świad­czyć, czy „po­włó­czy­ste” spoj­rze­nie „dzia­ła”, i prze­ko­na­ła się, że istot­nie jest to do­bry lek i nie kosz­tu­je zbyt wie­le za­cho­du.

Lecz, po­bu­dzo­na w swych do­świad­cze­niach ko­kie­te­ryj­nych, pra­gnie da­lej pro­wa­dzić roz­po­czę­te dzie­ło.

— Pan mnie uni­ka, pa­nie Wen­t­zel — za­czy­na zno­wu, gra­jąc dość fał­szy­wie „nok­tur­no” — pan mnie uni­ka, o! Ja to czu­ję!...

Pan Wen­t­zel nie śmie za­prze­czyć. Stoi jak słup so­li, za­ci­ska­jąc kon­wul­syj­nie pię­ści. W gar­dle czu­je dła­wie­nie, usta mu drżą ner­wo­wo.

Tym­cza­sem dziew­czy­na prze­chy­la gło­wę i mru­żąc lek­ko oczy, wpa­tru­je się w swą ofia­rę.

— Pan ode mnie ucie­ka, a ja cier­pię!...

„Nok­turn” roz­pły­wa się w przy­ci­szo­nym akor­dzie. Ewe­lin­ka z wdzię­kiem opie­ra gło­wę o pul­pit i po­zo­sta­je w tej po­zie chwil kil­ka, ża­łu­jąc, że nie mo­że wi­dzieć sie­bie sa­mej i oce­nić w ca­łej ma­low­ni­czo­ści sy­tu­acji, w któ­rej się znaj­du­je.

Pan Wen­t­zel tym­cza­sem mie­ni się na twa­rzy wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi tę­czy.

Bo­że mój! Ona... przez nie­go cier­pi, a on stoi jak wku­ty w dy­wan, nie ma­jąc si­ły, aby po­wie­dzieć sło­wo na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie!...

Ewe­lin­ka ob­ser­wu­je go spod oka.

Cie­szy się ser­decz­nie roz­pa­czą wy­ry­tą na chu­dej twa­rzy chło­pa­ka.

Cier­pi! Męż­czy­zna cier­pi z jej po­wo­du.

O ra­do­ści!

Nie wie jed­nak, jak wy­brnąć z tej sy­tu­acji.

Czy, po­daw­szy rę­kę, zmu­sić go do uklęk­nię­cia, czy od­da­lić się jak „sen­ne zja­wi­sko”, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie „szmer je­dwab­nej sza­ty”...

Wy­bie­ra to dru­gie, od­kła­da­jąc triumf zu­peł­ny na póź­niej i ze­rwaw­szy się z wdzię­kiem z ta­bo­re­tu, prze­bie­ga sa­lon z sze­le­stem świe­żych spód­ni­czek, a od­wró­ciw­szy się na pro­gu, rzu­ca osłu­pia­łe­mu Wen­t­zlo­wi dwa sło­wa:

— Do wie­czo­ra!...

Lecz sce­na ta ma świad­ka w oso­bie mat­ki-wdo­wy, któ­ra su­wa się jak cień po ca­łym miesz­ka­niu, uda­jąc gor­li­wie wy­peł­nia­nie swych obo­wiąz­ków.

Przed wry­tym w zie­mię Wen­t­zlem zja­wia się te­raz na­gle su­ro­wa, sztyw­na, peł­na god­no­ści.

— Co pan tu ro­bisz, pa­nie Wen­t­zel — py­ta ma­je­sta­tycz­nie — pro­szę się nie za­po­mi­nać! Nie za-po-mi-nać!...

I od­wra­ca się jak­by z jed­nej sztu­ki wy­ku­ta, owi­ja­jąc no­gi nie­szczę­sne­go na­uczy­cie­la w fał­dy swej dłu­giej sza­ty.

Pan Wen­t­zel skła­nia się ni­sko i co­fa się ty­łem w stro­nę przed­po­ko­ju. Otwie­ra­jąc, drzwi sły­szy brzęk szkła i od­wró­ciw­szy się do­strze­ga Ju­sty­się, po­ko­jów­kę, strą­ca­ją­cą szczot­ką po­gru­cho­ta­ne kin­kie­ty.

— Wszyst­ko przez pa­na — mru­czy po­ko­jów­ka — szarp­ną­łeś pan drzwia­mi, że się we mnie wszyst­ko za­trzę­sło...

Pan Wen­t­zel na pal­cach su­nie przez przed­po­kój.

— Czy­sto jak zmo­ra, al­bo ha­ła­su­je, al­bo milcz­kiem le­zie...

Pan Wen­t­zel przy drzwiach pro­wa­dzą­cych na scho­dy pod­no­si za­suw­kę i uj­mu­je klam­kę.

Ju­sty­sia, opar­ta na szczot­ce, pa­trzy z po­gar­dą na je­go wy­tar­ty sur­du­cik i wą­skie ra­mio­na.

— To ci męż­czy­zna! — szep­cze po­cią­ga­jąc no­sem. — Ni do Bo­ga, ni do lu­dzi...

Pan Wen­t­zel go­rącz­ko­wo za­czy­na zbie­gać po scho­dach.

Tym­cza­sem w po­ko­ju Ewe­lin­ki ci­cho od­by­wa się sce­na. Pa­ni Szym­czyń­ska uzna­je za sto­sow­ne prze­strzec cór­kę przed nie­bez­pie­czeń­stwem, na ja­kie się na­ra­ża, po­zo­sta­jąc sam na sam z męż­czy­zną.

Lecz Ewe­lin­ka sma­ru­je so­bie nos kre­mem Si­mo­na i po­gar­dli­wie wzru­sza ra­mio­na­mi.

— Z ja­kim męż­czy­zną mnie wi­dzia­łaś? — py­ta wy­dy­ma­jąc usta.

— Z pa­nem Wen­t­zlem!...

— A!...

— No... nie za­prze­czysz te­mu, że by­łaś z nim przed chwi­lą... w sa­lo­nie — mó­wi ją­ka­jąc się mat­ka, któ­rej zim­na krew Ewe­lin­ki i wzgar­dli­we mi­ny pra­wie od chwi­li uro­dze­nia cór­ki im­po­nu­ją i pew­ność sie­bie od­bie­ra­ją.

Ewe­lin­ka te­raz pu­drem Si­mo­na bie­li się na po­tę­gę.

— By­łam... — od­po­wia­da wresz­cie — by­łam, ale ta­ki pan Wen­t­zel prze­cież się nie li­czy...

— Prze­cież jest męż­czy­zną...

Ewe­lin­ka spoj­rza­ła na mat­kę z li­to­ścią.

— Męż­czy­zna?... To nędz­na imi­ta­cja, nie ża­den męż­czy­zna!...

I po­szła, od­wi­ja­jąc z cien­kich ob­sło­nek my­dło Si­mo­na, ma­ją­ce wła­sność „ude­li­kat­nia­nia na­skór­ka”.

„I fto­bie jed­nym ca­ła na­sza na­dzie­ja sy­nu naj­mil­szy, com cię wła­sny­mi pier­sia­mi wy­kar­mi­ła i sbo­le­niem ser­co­wym wy­ho­do­wa­ła”...

Pan Wen­t­zel rę­kę prze­su­nął po oczach, bo ja­kaś mgła wil­got­na źre­ni­ce mu przy­sła­niać po­czę­ła. Ten ka­wa­łek gru­be­go, or­dy­nar­ne­go pa­pie­ru, za­kre­ślo­ny krzy­wym i nie­wpraw­nym pi­smem, szar­pie mu du­szę na ka­wał­ki.

Ode­brał przed chwi­lą z pocz­ty ten list od mat­ki, ubo­giej skle­pi­kar­ki w ma­łej pod­gór­skiej mie­ści­nie, gdzie i on spę­dził swe dzie­cin­ne la­ta. Gdy li­sty przy­cho­dzi­ły daw­niej do do­mu pa­ni Szym­czyń­skiej, „wy­jąt­ko­we” dzie­ci na do­bre ba­wi­ły się „kosz­lo­na­mi”, z ja­kich zło­żo­ny był ad­res.

Od pew­ne­go cza­su więc pan Wen­t­zel od­bie­ra li­sty od mat­ki z biu­ra pocz­to­we­go i sia­da w ma­łym ogród­ku, ota­cza­ją­cym gmach pocz­to­wy, dla31 od­czy­ta­nia i od­cy­fro­wa­nia hie­ro­gli­fów, z ja­kich się zwy­kle li­sty te skła­da­ją.

I te­raz sie­dzi na wil­got­nej ław­ce, tuż pod krza­kiem bzu, któ­ry do­pie­ro pącz­ki wy­pusz­czać za­czy­na.

Do­ko­ła kil­ka chu­dych drzew wzno­si swe bez­list­ne ga­łę­zie, pies ja­kiś błą­ka się po traw­ni­kach, grze­biąc ła­pa­mi w czar­nej zie­mi, po­prze­ci­na­nej wą­ski­mi pa­ska­mi zie­lo­no­ści.

W po­wie­trzu uno­si się cie­pła wil­goć, któ­ra pier­si smut­kiem tło­czy i moc wspo­mnień na­su­wa. Pan Wen­t­zel raz jesz­cze po­wo­li list prze­czy­tał, po czym, po­chy­liw­szy na pier­si gło­wę, my­śleć po­czął.

W nim jed­nym ca­ła na­dzie­ja!

Ca­ła na­dzie­ja tych dwoj­ga star­ców, zgię­tych od pra­cy, nę­dzy i smut­ku! Jak w tę­czę, tak pa­trzą w nie­go ci ro­dzi­ce, któ­rzy — od­ma­wia­jąc so­bie ka­wał­ka mię­sa, chwi­li spo­czyn­ku — do szkół go wy­sła­li i te­raz cze­ka­ją plo­nów z tej mo­zol­nej, cięż­kiej pra­cy.

On wie, on to czu­je, że je­mu usta­wać w pra­cy nie wol­no, że wszyst­ko, co zno­si w do­mu pa­ni Szym­czyń­skiej, na­dal zno­sić po­wi­nien, bo ma kąt, w któ­rym stoi łóż­ko je­go, ma dach nad gło­wą, bo łyż­ka stra­wy, któ­ra mu nie­raz przez ści­śnię­te gar­dło przejść nie mo­że — trzy­ma go przy ży­ciu — je­go i tam­tych dwo­je...

I wi­dzi ich w czar­nej ja­mie skle­pi­ku po­mię­dzy wor­ka­mi kar­to­fli, becz­ką naf­ty, pę­ka­mi drzazg, wi­dzi ich schy­la­ne po­sta­cie, sły­szy ka­szel oj­ca, stę­ka­nie mat­ki, woń stę­chli­zny i wil­go­ci owie­wa do­ko­ła...

Bied­ni! Bied­ni sta­rzy!...

Lecz on? On sam, czyż nie cier­pi, czyż te upo­ko­rze­nia, te tor­tu­ry, któ­re co­dzien­nie z Ju­lu­siem i Ma­ria­nem prze­by­wa, te no­ce bez­sen­ne spę­dzo­ne nad książ­ką, te ran­ki, wśród któ­rych znu­żo­ne cia­ło do­ma­ga się chwi­li snu, te za­par­cia się wszel­kich uciech mło­do­ści, uśmie­chów, swo­bod­niej­szej my­śli!... czyż to się li­czyć da­je?

Zresz­tą dość spoj­rzeć na nie­go, gdy tak sie­dzi, nędz­ny i bla­dy w ja­snych pro­mie­niach wio­sen­ne­go słoń­ca. Twarz ma żół­ta­wą z zie­lo­na­wym, pra­wie tru­pim na skro­niach od­cie­niem, pier­si wklę­słe, ple­cy wy­pu­kłe, no­gi wy­chu­dłe.

Jest brzyd­ki, nędz­ny, śmiesz­ny — wie o tym, czu­je to i jest bar­dzo nie­szczę­śli­wym.

A jesz­cze w do­dat­ku ser­ce mu bi­je gwał­tow­nie i coś się przed nim ma­ja­czy, ja­kiś uśmiech dziew­czy­ny, ja­kiś akord „nok­tur­na”, za­sły­sza­ne­go przed chwi­lą...

Wszyst­ko to gnę­bi go i drę­czy nad wy­raz.

Cia­sna klat­ka pier­sio­wa nie mo­że po­mie­ścić ty­lu wra­żeń, któ­re ra­zem z cie­płą wo­nią wio­sen­ną do je­go pier­si się ci­sną.

Coś go dła­wi w gar­dle, od­dech mu ta­mu­je. O! Ta wio­sna!... Czyż ona ist­nieć po­win­na dla ta­kich jak pan Wen­t­zel nę­dza­rzy?!...

Pies, plą­czą­cy się po traw­ni­ku, zbli­żył się te­raz do ław­ki i przed no­ga­mi Wen­t­zla prze­su­wać się po­czął.

Był tak jak Wen­t­zel nędz­ny, wy­chu­dły i od­dy­chał cięż­ko.

Chło­piec na­chy­lił się nad zwie­rzę­ciem i brud­ne je­go ku­dły de­li­kat­nie gła­dzić po­czął.

Bez­dom­ne zwie­rzę opar­ło łeb o ko­la­no czło­wie­ka, wpa­trzy­ło się w bla­dą twarz, po­chy­lo­ną nad nim i na­gle prze­cią­gle za­wy­ło.

Wów­czas z ciem­nych, smut­nych oczów pa­na Wen­t­zla sto­czy­ły się dwie wiel­kie łzy...

Gdy „wy­jąt­ko­we” dzie­ci we­szły do sa­lo­nu wraz ze swym na­uczy­cie­lem, kil­ka­na­ście osób na wzór ma­ne­ki­nów za­peł­nia­ło fo­te­le i ko­zet­ki. Był to jo­ur fi­xe32 i pa­ni Szym­czyń­ska uwa­ża­ła­by so­bie za strasz­ne uchy­bie­nie, gdy­by przy­naj­mniej ze sześć brzyd­kich jak noc pa­nien, ta­każ ilość wy­chu­dłych męż­czyzn i od­po­wied­nia licz­ba mam nie wy­nu­dzi­ła się wśród ścian jej sa­lo­nu.

Pan Wen­t­zel wpro­wa­dzał zwy­kle swych uczniów, drżąc na myśl wy­sta­wie­nia na świa­tło licz­nych kan­de­la­brów wy­pla­mio­ne­go tu­żur­ka33 i gu­mo­wych koł­nie­rzy­ków.

By­ła to dla nie­go naj­cięż­sza chwi­la w ca­łym ty­go­dniu.

Zwy­kle Ma­rian i Ju­lu­siek ukło­niw­szy się go­ściom zwra­ca­li się z dow­cip­ny­mi uwa­ga­mi w stro­nę swe­go ko­zła ofiar­ne­go.

Lecz dziś pan Wen­t­zel był sto­kroć wię­cej zmie­sza­ny niż zwy­kle. List mat­ki, po­ran­ne przej­ście z pa­nią do­mu, a wresz­cie sce­na z Ewe­lin­ką ode­bra­ły mu resz­tę przy­tom­no­ści.

Ewe­lin­ka w gro­nie pa­nien roz­po­czę­ła wła­śnie zaj­mu­ją­cą roz­mo­wę o eman­cy­pa­cji ko­biet, pra­gnąc ją oprzeć na cał­kiem no­wym grun­cie, bo na dar­wi­now­skiej prze­mia­nie ga­tun­ków. Ewe­lin­ka lu­bi­ła po­pi­sy­wać się ze swą „głę­bo­ką wie­dzą”, nie za­nie­dbu­jąc przy tym po­włó­czy­stych spoj­rzeń.

Wy­pró­bo­wa­ła je ra­no na pa­nu Wen­t­zlu, by­ła więc pew­na swe­go i gra­dem ogni­stych spoj­rzeń ob­sy­py­wa­ła mło­dziuch­ne­go blon­dyn­ka, któ­ry jak wi­śnia ru­mie­nił się i ob­ry­wał gu­zi­ki u rę­ka­wi­czek. Pan Wen­t­zel, wci­śnię­ty w kąt, stał opie­ra­jąc się ple­ca­mi o ścia­nę.

Po­nad nim pło­nę­ły świe­ce kin­kie­tu i ob­le­wa­ły go zło­ta­wym bla­skiem i kro­pla­mi ste­ary­ny. Ma­rian za­jął jed­no z lep­szych miejsc, tuż obok do­brze wy­de­kol­to­wa­nej mę­żat­ki, i wło­żyw­szy rę­ce w kie­sze­nie, pa­trzył i usta wy­dy­mał.

Ju­lu­siek za­trzy­mał się chwi­lę przed pa­nem Wen­t­zlem.

— Cóż pan tak tkwi ko­ło ścia­ny? Nie mo­że pan usiąść?...

Pan Wen­t­zel obej­rzał się za fo­te­lem, czu­jąc, że pa­rę osób zwra­ca na nie­go uwa­gę.

W po­bli­żu wła­śnie stał wspa­nia­ły fo­tel, ob­rzu­co­ny ma­ka­tą.

Pan Wen­t­zel osu­nął się na nie­go ma­chi­nal­nie.

Ju­lu­siek wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Na fo­te­lu? — za­skrze­czał pod­ska­ku­jąc na jed­nej no­dze — jak ja­ki oby­wa­tel?... Nie mo­żesz pan na krze­śle?...

Oso­by sie­dzą­ce bli­żej za­czę­ły się uśmie­chać.

Ju­lu­siek uczuł, że od­no­si suk­ces, i pod­niósł gło­wę z praw­dzi­wym trium­fem.

Pan Wen­t­zel za­ci­snął usta i nie śmiał oczów34 ode­rwać od zie­mi.

Wnie­sio­no her­ba­tę.

Ju­lu­siek po­rwał z ta­cy fi­li­żan­kę i zbli­żył się z nią do na­uczy­cie­la.

— Na­pij się pan her­ba­ty! — mó­wił, pa­ku­jąc się na ko­la­na Wen­t­zlo­wi — wy­glą­dasz pan jak śmierć an­giel­ska... pij pan...

I po­trą­cił fi­li­żan­kę, wy­le­wa­jąc go­rą­cy płyn na rę­ce i tu­żu­rek Wen­t­zla.

— Po­tem po­wie­dzą, żeś się pan u nas za­gło­dził... — do­dał, wy­krzy­wia­jąc się jak sta­ry pa­jac.

Pan Wen­t­zel ujął fi­li­żan­kę i oglą­dał się za ły­żecz­ką.

— Cze­go pan szu­ka?

— Ły­żecz­ki!

— A to po co?

— Za­mie­szać!

— A nie mo­żesz pan pal­cem?

I zla­zł­szy z ko­lan na­uczy­cie­la, „wy­jąt­ko­we” dzie­cię zmie­sza­ło się z tłu­mem go­ści, dep­cząc po je­dwab­nych tre­nach dam i la­kier­kach męż­czyzn.

Pan Wen­t­zel po­zo­stał w swo­im ką­ci­ku z fi­li­żan­ką her­ba­ty w rę­ku.

Przed nim ja­kaś tę­ga bru­net­ka pre­zen­to­wa­ła swą peł­ną szy­ję w oświe­tle­niu pły­ną­cym z gó­ry. Jej ob­na­żo­ne ra­mio­na, fał­da cia­ła na kar­ku, fał­da peł­na ta­jem­ni­cze­go cie­nia, mie­sza­ła pa­na Wen­t­zla i na­peł­nia­ła ja­kąś bo­jaź­nią. Sam, nędz­ny i chu­dy, lę­kał się do­brze roz­wi­nię­te­go ko­bie­ce­go cia­ła.

Za­pach wy­dzie­la­ją­cy się z su­kien bru­net­ki odu­rzał go do resz­ty.

Przy tym głos Ewe­li­ni­ki, do­no­śny, tro­chę no­so­wy, jej śmiech ner­wo­wy, nad­to do­brze „uło­żo­nej” pan­ny, wstrzą­sał mu ser­ce.

Uczuł się bli­skim ze­mdle­nia.

Na­gle z te­go pół­snu zbu­dził go skrze­czą­cy głos Ju­luś­ka:

— Czyś pan kie­dy ko­chał?

To wy­jąt­ko­we chło­pię w ten spo­sób in­ter­pe­lo­wa­ło ru­mia­ne­go blon­dyn­ka, sie­dzą­ce­go obok Ewe­lin­ki. Mi­mo wo­li roz­mo­wy uci­chły. Ju­lu­siek miał wła­sność śmie­sze­nia ca­łe­go to­wa­rzy­stwa, ocze­ki­wa­no na coś bar­dzo dow­cip­ne­go.

Ma­lec czuł się pa­nem sy­tu­acji.

Po­trzą­snął żół­tą czu­pry­ną i roz­sta­wił sze­ro­ko no­gi.

— No! Po­wiedz pan, czyś już się ko­chał?...

— Nie... — wy­bąk­nął blon­dy­nek — je­stem jesz­cze za mło­dy...

Ju­lu­siek sze­ro­ko otwo­rzył oczy.

— Phi! — skrzek­nął — a pan Wen­t­zel młod­szy od pa­na, a już się ko­cha.

Wszyst­kie oczy zwró­ci­ły się ku na­uczy­cie­lo­wi, któ­ry otwo­rzył usta, jak­by chcąc coś po­wie­dzieć, lecz gło­su mu za­bra­kło.

— Ja bym pa­nu po­wie­dział, w kim — cią­gnął da­lej Ju­lu­siek — ale uprze­dzam pa­na, że oni mnie za­raz za drzwi wy­rzu­cą, bo praw­dę pa­wiem. O! Je­we­lin­ka i pan Wen­t­zel to się ma­ją ku so­bie...

Pur­pu­rą ob­la­ła się twarz Ewe­lin­ki.

— Pa­nie Wen­t­zel! — za­wo­ła­ła, drżąc ca­ła ze zło­ści — pro­szę Jul­ka wy­pro­wa­dzić i za­mknąć się z nim w dzie­cin­nym po­ko­ju...

Pan Wen­t­zel pod­niósł się, cze­pia­jąc po­rę­czy fo­te­la. Ży­ły mu na skro­niach na­bie­gły, wy­glą­dał jak pi­ja­ny.

Chciał po­dejść do Ju­luś­ka, lecz ma­lec szedł już ku drzwiom, dum­ny, za­do­wo­lo­ny z uczy­nio­ne­go wra­że­nia, mru­cząc cią­gle:

— A co? Nie mó­wi­łem, że gdy po­wiem praw­dę, to mnie za drzwi wy­rzu­cą?!

W dzie­cin­nym po­ko­ju pa­li się nie­wiel­ka lam­pa, przy­sło­nię­ta zie­lo­nym aba­żu­rem. Ju­lu­siek i Ma­rian, zda­je się, śpią spo­koj­nie w swych łóż­kach, po­na­kry­wa­nych sto­sem koł­der i koł­de­rek.

Ko­ło sto­łu sie­dzi pan Wen­t­zel, kur­cząc pod sto­łem no­gi w za­pla­mio­nych atra­men­tem skar­pet­kach. Przed nim le­żą no­życz­ki, gru­ba igła, mo­tek ni­ci i kil­ka gu­zi­ków. Pan Wen­t­zel za­brał się do ła­ta­nia swej co­dzien­nej kurt­ki i ja­koś mu idzie nie­spo­ro. Kłu­je się w pal­ce, ście­gi da­je mon­stru­al­nych roz­mia­rów! Miał za­miar spra­wić so­bie no­wą kurt­kę na wio­snę, ale na­my­ślił się — zro­bi ina­czej. Pie­nią­dze te po­śle ro­dzi­com, wła­śnie mat­ka pi­sa­ła, że skle­pik nic nie przy­no­si, oj­ciec co­raz słab­szy...

Pan Wen­t­zel mat­ce od­pi­sał, gul­de­ny w list wło­żył i te­raz, szy­jąc, spo­glą­da z roz­rzew­nie­niem na ko­per­tę, któ­ra za pa­rę dni w sczer­nia­łych od pra­cy rę­kach mat­ki bę­dzie.

I wśród tej ci­szy noc­nej w wy­obraź­ni swej wi­dzi po­marsz­czo­ną twarz oj­ca, wy­bla­dłe li­ca mat­ki, któ­rzy z ra­do­ścią się nad li­stem po­chy­lą i sy­la­bi­zo­wać li­te­rę po li­te­rze bę­dą.

Bied­ni! Bied­ni sta­rzy!...

Pan Wen­t­zel pra­wie uśmie­chać się za­czy­na. Na chwi­lę za­po­mi­na o swej nę­dzy, cie­sząc się, że ra­dość in­nym spra­wia.

Na­gle jak­by na ko­men­dę z dzie­cin­nych łó­żek pod­no­szą się dwie roz­czo­chra­ne gło­wy i roz­le­ga się wrzask, od któ­re­go pan Wen­t­zel drżeć i bled­nąć po­czy­na:

Hopsz­tyn­der! Ma­da­liń­ski!

Fiu­ta!... z ko­py­ta...

Sza­ra, ciach, ciach!... tań­czy so­bie

Z Ba­ra­ba­szem ma­zu­ra!

Hej ko­lę­da!... ko­lę­da!...



Ośli­ca

Go­rącz­ko­wo Ho­nor­ka za­czę­ła spo­wi­jać kwi­lą­ce ci­chut­ko dziec­ko.

A wy­cią­ga­jąc dłu­gi — na trzy łok­cie po­wi­jak, mó­wi­ła ochry­płym gło­sem:

— Cho­dzi! Cho­dzi! Sy­nul­ku!... pój­dzie­my na we­se­le two­je­go oj­casz­ka! Cho­dzi sy­nul­ku, pój­dzie­my mu druż­bo­wać, ale nie oł­tarz mu spra­wi­my, ni ja­kie we­se­le­nie, je­no35 łaź­nię go­rą­cą, że aż mu w pię­tach po­sty­gnie!

Sto­ją­ca obok bar­ło­gu, na któ­rym le­ża­ło dziec­ko — ku­ma Ka­zi­mie­rzo­wa za­czę­ła na­gle szlo­chać.

— A bez­boż­nik! Wy­dzi­wiacz, roz­bi­ja­ka! Ta­ką ci uczci­wą dziew­czy­nę z do­brej dro­gi spro­wa­dził i te­raz ni­ja­kiej pa­mię­ci o niej nie ma!...

Ho­nor­ka szarp­nę­ła sil­nie po­wi­jak.

— On ci pa­mię­ci o mnie nie ma, ale ja go za to w pa­mię­ci mam i niech mi Pan Je­zus i Mat­ka Naj­święt­sza rę­ce i no­gi po­uła­mu­je, je­śli ja go do oł­ta­rza do­pusz­czę!... Beze mnie i bez36 tę dzie­ci­nę przejść mu­si!...

— Praw­dę masz! — przy­ta­ki­wa­ła ku­ma, ob­cie­ra­jąc łzy pły­ną­ce gra­dem po tłu­stej i czer­wo­nej twa­rzy — już ci ta­kiej krzyw­decz­ki to i Trój­ca Świę­ta nie da­ru­je. Ty się o swo­je upo­mnij, Ho­nor­ka, w twarz mu na­pluj — od mło­dej od­cią­gnij, a swe­go nie da­ruj!

— I nie da­ru­ję! — po­wtó­rzy­ła za­ci­na­jąc zę­by dziew­czy­na.

Wzię­ła du­ży szmat bar­cha­no­wy37, któ­ry się su­szył ko­ło pie­ca, i przy­trzy­maw­szy je­den ko­niec w zę­bach, dziec­ko nim owi­jać po­czę­ła.

Ob­ra­ca­ne jak pił­ka chło­pię ża­ło­śnie pła­kać po­czę­ło.

— Ci­cho, psia­krew, cho­ro­bo jed­na! A bo­daj­żeś się za­dła­wił wła­snym ozo­rem, ty kun­dlu za­tra­co­ny! A bo­daj cię mór wy­du­sił! — wy­buch­nę­ła Ho­nor­ka, drżąc pra­wie ca­ła od we­wnątrz tłu­mio­nej roz­pa­czy. I wstrzą­snę­ła dziec­kiem tak sil­nie, że aż jęk­nę­ło jak zdła­wio­ne szcze­nię.

Wów­czas ko­bie­ta przy­pa­dła twa­rzą do bar­ło­gu i gry­ząc koc, w nad­mia­rze roz­pa­czy wo­ła­ła:

— A nie jęcz ty nad mo­ją bied­ną gło­wą — sie­ro­to nie­szczę­śli­wa... bo jesz­cze mnie w zbrod­nię ja­ką ze­pchniesz.

Ku­ma Ka­zi­mie­rzo­wa po­chy­li­ła się nad klę­czą­cą ko­bie­tą.

— A daj­że spo­kój, Ho­nor­ko, dziec­ku i nie wi­dzi­wiaj się nad tym ro­ba­kiem!

— Bez nie­go to wszyst­ko, bez nie­go!

Ka­zi­mie­rzo­wa wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

— Oj, ty ośli­co! — wy­rze­kła z po­wa­gą — jak to: bez nie­go te rze­czy się dzie­ją? Czy to on ci się ka­zał z tym pę­dzi­wia­trem wda­wać? A toć je­go, ro­ba­ka, na świe­cie wte­dy nie by­ło, ja­ke­ście się zła­zi­li to w piw­ni­cy, to w ko­mór­kach!

I ode­braw­szy dziec­ko z rąk Ho­nor­ki, sa­ma je spo­wi­jać i ubie­rać za­czę­ła.

— Nie w tym rzecz, aby nad nie­wi­niąt­kiem po­msto­wać — cią­gnę­ła no­so­wym, mo­no­ton­nym gło­sem — ale w tym rzecz, aże­by na czas do ko­ścio­ła tra­fić i pa­nu mło­de­mu dro­gę mą­drze zajść. — Sły­szysz?

Ho­nor­ka klę­cza­ła wciąż ko­ło tap­cza­na, mnąc w wy­chu­dłych rę­kach po­tar­ga­ny i znisz­czo­ny ko­cyk. Z ma­łe­go okien­ka, umiesz­czo­ne­go wy­so­ko w ścia­nie tuż nad po­sła­niem, pły­nę­ła ja­sna stru­ga świa­tła i bi­ła wprost na twarz dziew­czy­ny znisz­czo­nej sła­bo­ścią i zgry­zo­tą, któ­ra jej du­szę szar­pa­ła.

Nie od­po­wie­dzia­ła wprost na za­py­ta­nie ku­my, lecz ścią­ga­jąc brwi, przez ści­śnię­te zę­by wy­szep­ta­ła:

— Nie da­ru­ję! Nie da­ru­ję!...

Ka­zi­mie­rzo­wa skoń­czy­ła ubie­ra­nie dziec­ka i zdjąw­szy z koł­ka ciem­ną chust­kę, na ple­cy Ho­nor­ki na­rzu­ci­ła.

— Cho­dzi! — wy­rze­kła — cho­dzi, już czas!

Po twa­rzy dziew­czy­ny prze­mknął jak­by cień prze­stra­chu. Przy­mknę­ła oczy i po­zo­sta­ła chwi­lę nie­ru­cho­ma, jak­by do tap­cza­nu przy­ku­ta. Ku­ma już sta­ła owi­nię­ta w chu­s­tę, go­to­wa do dro­gi, huś­ta­jąc lek­ko kwi­lą­ce dziec­ko.

— Ho­nor­ko! Có­żeś tak przy­ku­cła? Jak chcesz szkan­dał zro­bić — to du­chem38 nam iść trza. Już czas!

— Chwi­lę jesz­cze, ku­mo! — pro­si­ła Ho­nor­ka — cze­go­sić mnie te­raz lęk ogar­nia!

Ka­zi­mie­rzo­wa żach­nę­ła się z gnie­wu.

— A ty ośli­co cho­ler­na! — za­wo­ła­ła, kła­dąc dziec­ko na tap­czan — ty nad tym ro­ba­cząt­kiem ni­ja­kie­go „li­to­sier­dzia” nie masz! Toć na ca­łe już ży­cie prze­pa­dło ci wszyst­ko, boć „hu­nor” i cno­tę w oczach ludz­kich ten zgni­łek ci ode­brał, a dzie­cia­ka na rę­kę ci rzu­cił i tro­skać się o nie­go ka­zał. Jak się „ob­że­ni”, ty­le już pra­wa do nie­go nie masz! Już ci ni Bóg, ni ksiądz żad­nej spra­wie­dli­wo­ści nie da. Jak że­nia­ty, to od wszyst­kie­go ochron­ny! Ale ty od pę­dra­ka by­łaś ośli­cą i słusz­nie cię nie­boszcz­ka mat­ka tak prze­zwa­ła! No! Czy to nie ośli­ca? — kie­dy jesz­cze mo­że co na swą stro­nę wy­cią­gnąć... to ku­ca i mó­wi, że bo­ja ma! Oj ośli­ca ty! ośli­ca!...

Ho­nor­ka pod­nio­sła się z zie­mi i schwy­ciw­szy dziec­ko na rę­kę, ku drzwiom szyb­ko po­su­nę­ła.

— Chodź­my! — wy­rze­kła krót­ko, drzwi od stan­cji kop­nię­ciem no­gi otwie­ra­jąc.

Oczy jej się świe­ci­ły, usta mia­ła znów za­ci­śnię­te i zę­ba­mi przy­gry­zio­ne.

— Na­resz­cie! — za­mru­cza­ła ku­ma za­my­ka­jąc drzwi na kłód­kę — aby go tyl­ko do­brze po mor­dzie spra­ła i pu­bli­kę zro­bi­ła!...


*

Nie­szpo­ry się skoń­czy­ły, lecz świe­ce przy wiel­kim oł­ta­rzu go­rza­ły wciąż, ob­le­wa­jąc żół­tym, mi­go­cą­cym bla­skiem sczer­nia­łe płót­no, z któ­re­go bie­li­ło się cia­ło Je­zu­sa za­wie­szo­ne­go na krzy­żu.

Po­mię­dzy „wier­ny­mi”, prze­peł­nia­ją­cy­mi la­kie­ro­wa­ne ław­ki, za­pa­no­wał ruch i oży­wie­nie wiel­kie.

Jed­na „sio­stra” za­py­ty­wa­ła dru­gą — dla­cze­go nie ga­szą świec, sko­ro już wszyst­kie pięk­ne pie­śni zo­sta­ły wy­śpie­wa­ne.

— Zda­je się ślub jesz­cze bę­dzie — do­szedł szept z ła­wek zaj­mo­wa­nych przez męż­czyzn.

Ko­bie­ty wdzięcz­nie po­chy­li­ły gło­wy.

— Dzię­ku­je­my! Dzię­ku­je­my! — A czyj!

— Su­biek­ta39 z cu­kier­ni i cór­ki ko­lej­ni­ka!

Wszy­scy za­szem­ra­li za­do­wo­le­ni.

War­to zo­stać, ta­ki ślub to już pa­ra­da. Ko­le­ja­rze, wia­do­mo, lu­bią wszyst­ko z pom­pą — a ta­ki su­biekt z cu­kier­ni to „oso­ba”.

Tym­cza­sem ko­ściel­ny wy­niósł dwie po­dusz­ki i przy­klą­kł­szy, ukła­dać je po­czął na stop­niach.

— Po­dusz­ki! — za­szem­ra­ło na ław­kach.

Lecz znów męż­czyź­ni udzie­la­ją in­for­ma­cji bliż­szych co do oso­by pa­na mło­de­go.

Ko­bie­ty skła­da­ją z wes­tchnie­niem książ­ki i owi­ja­jąc na rę­kach dłu­gie ró­żań­ce, wy­cią­ga­ją szy­je — cie­ka­we, żąd­ne wia­do­mo­ści o tych lu­dziach, któ­rzy za chwil kil­ka jak pa­pu­gi po­wta­rzać bę­dą sło­wa sa­kra­men­tal­nej przy­się­gi.

— Więc cóż? Cóż? — py­ta jed­na przez dru­gą.

Pan mło­dy — tak! — za­pew­ne, czło­wiek bar­dzo uczci­wy, po­rząd­ny, uczo­ny na­wet — zdol­ny, ma ja­kieś oszczęd­no­ści. Kto wie! Mo­że nie­dłu­go za­ło­ży i cu­kier­nię. Z ta­ki­mi jak on „gło­wa­cza­mi” to wszyst­kie­go spo­dzie­wać się moż­na.

Ko­bie­ty ki­wa­ją gło­wa­mi, na­gle spo­waż­nia­łe, jak­by ta do­bra opi­nia, któ­rą się cie­szy ów su­biekt, prze­ję­ła je sza­cun­kiem i po­wa­gą. Ko­ściel­ny wno­si kro­pi­dło i na­czy­nie z wo­dą świę­co­ną.

W ław­kach po­wsta­je znów szmer.

— Kro­pi­dło!... pa­trz­cie, kro­pi­dło!...

Ale już dwa ście­śnio­ne sze­re­gi usta­wia­ją się wzdłuż ła­wek, two­rząc ro­dzaj alei bra­mo­wa­nej40 ludź­mi. Ale­ja ta od ba­lu­stra­dy prze­cią­ga się aż ku drzwiom głów­nym, któ­re za­kry­stian w tej chwi­li na oścież otwie­ra. Tur­kot po­wo­zów, ha­łas ulicz­ny, ca­ły szum let­nie­go, nie­dziel­ne­go po­po­łu­dnia wpa­da na­gle w wil­got­ną ci­szę ko­ścio­ła.

Przez ko­lo­ro­we szy­by wpa­da­ją­ce pro­mie­nie słoń­ca kła­dą ko­lo­ro­we pla­my na gło­wach i grzbie­tach lu­dzi.

— Przy­je­cha­li! Przy­je­cha­li! — do­cho­dzi wo­ła­nie z tłu­mów za­le­ga­ją­cych stop­nie pe­ry­sty­lu41.

Jest to jed­nak fał­szy­wy alarm.

W pro­gu ko­ściel­nym uka­zu­je się druż­ba w świe­cą­cym cy­lin­drze i ja­snym pal­cie na­rzu­co­nym na ra­mio­na. Dum­ny jest i wą­sy ma pod­fry­zo­wa­ne że­laz­kiem fry­zjer­skim. Sto­jąc w pro­gu ko­ścio­ła, ogar­nia jed­nym rzu­tem oka ca­łą prze­strzeń. Mru­żąc oczy, zda się chce po­li­czyć świe­ce pło­ną­ce na oł­ta­rzu, po czym szyb­ko, za­afe­ro­wa­nym kro­kiem prze­bie­ga wą­skie przej­ścia, po­zo­sta­wio­ne wśród tłu­mu.

— Druż­ba! Druż­ba! — szem­rze tłum, po­py­cha­jąc się i wy­cią­ga­jąc szy­je za zni­ka­ją­cym we drzwiach za­kry­stii męż­czy­zną.

Znów no­wy na­pływ cie­ka­wych tło­czy się po­mię­dzy bocz­ny­mi fi­la­ra­mi ko­ściel­nej na­wy. Peł­no już jest i gwar­no, ko­bie­ty pół­gło­sem po­wta­rza­ją so­bie plot­ki o ro­dzi­nie pan­ny mło­dej. Plot­ki te wy­ra­sta­ją spod zie­mi; słu­żą do za­bi­cia cza­su i skra­ca­ją nu­dy ocze­ki­wa­nia.

Ko­ło drzwi wcho­do­wych42 sły­chać przy­ci­szo­ne śmie­chy. Ja­kiś żar­tow­niś opo­wia­da dzi­wy o sa­mej pan­nie mło­dej.

— Ależ tak — po­dob­no ja­kiś hra­bia do­ło­żył do po­sa­gu kil­ka ty­się­cy — ot! Z przy­jaź­ni dla oj­ca.

— Hra­bia dla kon­duk­to­ra?

— Co pan chcesz, dziś ta­kie cza­sy...

I śmie­chy za­czy­na­ją się w naj­lep­sze, star­sze ko­bie­ty sznu­ru­ją usta i spusz­cza­ją oczy.

Ta­kie nie­skrom­no­ści w świę­tym miej­scu, nie! — ci męż­czyź­ni już żad­nej wia­ry w ser­cach nie ma­ją!

Lecz śmie­chy milk­ną, bo w pro­gu po­ja­wia się na­gle Ho­nor­ka z dziec­kiem na rę­ku, w asy­sten­cji Ka­zi­mie­rzo­wej.

Po­ja­wie­nie się dwóch ko­biet nie by­ło­by rze­czą nie­zwy­kłą, lecz Ho­nor­ka, z któ­rej gło­wy spa­dła chust­ka, z twa­rzą po­kry­tą pur­pu­ro­wy­mi pla­ma­mi, z pa­sma­mi wło­sów po­tar­ga­nych nad czo­łem i z kon­wul­syj­nie za­ci­śnię­ty­mi war­ga­mi, wno­si z so­bą ja­kąś po­nu­rą gro­zę, któ­ra wy­dzie­la­jąc się z jej ca­łej po­sta­ci, ka­że zwró­cić na dziew­czy­nę oczy tłu­mu.

Ka­zi­mie­rzo­wa od­da­ła jej przed ko­ścio­łem dziec­ko — uzna­jąc za sto­sow­ne, aby mat­ka z dziec­kiem po­ja­wi­ła się przed wszyst­ki­mi, i tak stoi te­raz Ho­nor­ka, ci­snąc go­rącz­ko­wo mil­czą­ce dziec­ko do pier­si, stoi jak przy­ku­ta w pro­gu, pod­nie­ca­jąc się w ener­gii i roz­pa­czy, któ­ra jej bied­ną du­szę szar­pie.

Oczy ma su­che, bez łez, pod­si­nia­łe i z osła­bie­nia pra­wie ze­zem pa­trzą­ce.

Stoi i zda się nie do­strze­gać tłu­mu, któ­ry zbi­tą ma­są do­ko­ła niej szem­rze, z zwie­rzę­cą cie­ka­wo­ścią rzu­ca­jąc się na no­wą zdo­bycz. Lecz Ka­zi­mie­rzo­wa nie za­sy­pia spra­wy. Na wi­dok oświe­co­ne­go oł­ta­rza oczy ku­my na­bie­ga­ją łza­mi. Po­pra­wia chust­kę i ki­wa gło­wą ża­ło­śnie.

— Tak! tak! — za­czy­na z po­cząt­ku stłu­mio­nym gło­sem — przy­szli­śmy do Pa­na Je­zu­sa po spra­wie­dli­wość i sąd Je­go naj­święt­szy! A niech­że On na­szą spra­wę roz­są­dzi i nad sie­ro­ta­mi zmi­ło­wa­nie oka­że!

Tłum wę­chem prze­czu­wa skan­dal.

Ten i ów przy­su­wa się do Ho­nor­ki, sto­ją­cej cią­gle w pro­gu z dziec­kiem na rę­ku.

— A cóż to się wam krzyw­da ja­ka sta­ła?

Ka­zi­mie­rzo­wa znów głos za­bie­ra.

— Sta­ła się nam krzyw­da cięż­ka, bo oto tę sie­ro­tę, co tu stoi, ten dzi­siej­szy pan mło­dy spo­spo­no­wał43, cno­tę jej wy­darł, że­nić się przy­rze­kał i oto te­raz z pę­dra­kiem po­rzu­cił jak psa na roz­sta­ju!...

W tłu­mie za­szem­ra­no i uci­szo­no się na­gle. Ja­kieś zim­no smut­ku i ko­bie­cej nie­do­li po­wia­ło na­gle nad gło­wa­mi obec­nych.

Męż­czyź­ni in­stynk­tow­nie kur­czy­li się i po­chy­la­li gło­wy, ko­bie­ty otwie­ra­ły sze­ro­ko oczy, wpa­tru­jąc się w dziew­czy­nę i w dziec­ko, któ­re zda­wa­ło się być umar­łym, tak le­ża­ło ci­cho wśród szmat i fałd chust­ki mat­czy­nej.

Lecz ku­ma na­bie­ra­ła co­raz więk­szej śmia­ło­ści i pew­no­ści sie­bie.

— A ino... nie po co in­ne­go my przy­szły, ino po to, aby pan­nie mło­dej się spre­zen­to­wać, pu­bli­kę zro­bić i nie do­pu­ścić, aby ten wy­rwi­pię­ta ob­że­nił się na uczci­wą wia­rę.

— Do­brze ro­bi­cie! — pod­par­ła ja­kaś po­de­szła jej­mość — do­brze ro­bi­cie, ta­kie­mu się prze­pu­ścić nie go­dzi.

— Tak! tak! — do­rzu­cił si­wy miesz­cza­nin — za­słu­gu­je lek­ko­myśl­ny czło­wiek na ka­rę. Po­win­na go spo­tkać!

— I spo­tka! — wo­ła­ła kum­cia skła­da­jąc pal­ce — ja­ko ta dziew­czy­na przy­się­ga­ła so­bie, że go spie­rze i do oł­ta­rza mu do­stę­pu nie da. Co, Ho­nor­ka? Nie da­ru­jesz?

— Nie da­ru­ję! — po­wtó­rzy­ła zdła­wio­nym gło­sem dziew­czy­na.

Lecz tu i owdzie przy­ci­szo­ne śmie­chy od­zy­wać się za­czę­ły. Już i u oł­ta­rza wie­dzia­no, że bę­dzie „pu­bli­ka” i ja­kaś dziew­czy­na z dziec­kiem ślub „aresz­to­wać44” bę­dzie.

Ucie­cha więc wśród tłu­mu wzro­sła i ob­ja­wi­ła się dość gło­śno. Ja­kiś zmy­sło­wy prąd prze­biegł na­gle zgro­ma­dzo­nych lu­dzi i usta im do uśmie­chu roz­chy­lał. Ko­bie­ty pa­trzy­ły spod oka, sznu­ru­jąc usta, lecz na od­sło­nię­tych kar­kach czu­ły wzra­sta­ją­cą w męż­czy­znach go­rącz­kę zmy­sło­wą. Rzec moż­na, że od sto­ją­cej na pro­gu dziew­czy­ny, z owo­cem swych nie­uświę­co­nych mi­ło­stek na rę­ku, bie­gły prą­dy cie­pła i prze­ni­ka­ły cia­ła ci­sną­ce­go się tłu­mu. W ci­szę i po­wa­gę ko­ściel­nych mu­rów, jak to­ny mi­ło­snej pie­śni wpa­dła ta ga­ma cie­le­snych po­żą­dań i zda­ła się bu­rzyć spo­kój świą­ty­ni. Sie­dzą­ce w kruch­cie ba­by po­zwi­ja­ły ró­żań­ce w drżą­cych dło­niach. Świę­ty Pa­nie! ta­ki „szkan­dał” w ko­ście­le! Tu i owdzie dow­cip­ni­sie żar­to­wać za­czy­na­ją.

Tak! tak! Or­szak we­sel­ny już przy­był. Na­wet ten rak się trosz­kę po­śpie­szył... nie wia­do­mo, czy go pro­si­li — ot! gość nie­ocze­ki­wa­ny dla pa­na mło­de­go!

Kto wie! Mo­że mło­dzi bę­dą kon­ten­ci45, że przy­szli, ot, tak — do go­to­we­go, a mo­że i pan­na ze swej stro­ny cho­wa ja­ką nie­spo­dzian­kę...

Ten i ów ci­śnie się przyj­rzeć bli­żej Ho­nor­ce. Hm!... wy­chu­dła, źle zbu­do­wa­na, gło­wa roz­tar­ga­na...

Ko­bie­ty szep­cą mię­dzy so­bą:

— Mo­gła się choć ucze­sać uczci­wie, kie­dy szła na pu­bli­kę mię­dzy lu­dzi.

Ja­kiś pan pod­szedł do niej i zaj­rzaw­szy jej w oczy, wyj­mu­je z kie­sze­ni ma­łą no­tat­kę. Pół­gło­sem za­da­je dziew­czy­nie za­py­ta­nia, na któ­re ona nie od­po­wia­da wca­le, pa­trząc cią­gle w prze­strzeń spod brwi ostro ścią­gnię­tych. Pan ów, nie zra­żo­ny mil­cze­niem, nie od­stę­pu­je wszak­że, tyl­ko z kie­szon­ki do­byw­szy ołó­wek, śli­ni go i coś w ksią­żecz­ce za­pi­su­je.

— Ga­zet­nik!... ga­zet­nik!... — szem­rze tłum do­ko­ła.

Ka­zi­mie­rzo­wa uzna­je za sto­sow­ne prze­mó­wić:

— Nie w ga­ze­cie, ale tu na ta­bli­cy win­na być wy­ry­ta opo­wieść o ta­kim włó­czy­drą­gu, co uczci­we dziew­czy­ny z do­brej dro­gi zma­nia46!

— Nikt ją ta znów za łeb nie trzy­mał — wtrą­ca ja­kiś mło­dy chło­pak.

Ka­zi­mie­rzo­wa ob­ra­ca się jak na sprę­ży­nach.

— Za łeb! za łeb!... Ta­kie nie­wo­le­nie słod­ką mo­wą i przy­się­ga­niem to gor­sza niż za łeb trzy­ma­nie!...

Chło­pak mla­snął ję­zy­kiem.

— Nie trza by­ło wie­rzyć!

W tłu­mie po­wstał szmer.

Nie wie­rzyć przy­się­ga­niu? A to coś no­we­go! Od­kąd świat świa­tem — Bóg przy­się­ga­nia po­sta­no­wił, a tych, co krzy­wo przy­się­ga­ją, cięż­ko ka­rze.

— A jesz­cze przy­się­ga­nie sie­ro­cie? — wo­ła try­um­fu­ją­co Ka­zi­mie­rzo­wa — sie­ro­tę ukrzyw­dzić, to jak ob­rus z oł­ta­rza ścią­gnąć!

Wy­mo­wa jej i łzy ka­pią­ce po twa­rzy pod­bi­ja­ją po­wo­li wszyst­kich. Te­raz miej­sce przed wiel­kim oł­ta­rzem opu­sto­sza­ło zu­peł­nie, wszy­scy ci­sną się do drzwi wcho­do­wych, zgo­rącz­ko­wa­ni, pod­nie­ce­ni tą sce­ną, ja­ka wy­buch­nie za przy­by­ciem pań­stwa mło­dych. Tu i owdzie sta­ją na ław­kach, zwłó­czą z ką­tów krze­sła, cze­pia­ją się cho­rą­gwi. Ja­sna, roz­czo­chra­na gło­wa Ho­nor­ki sta­no­wi te­raz punkt świe­tla­ny, ścią­ga­ją­cy oczy ca­łe­go tłu­mu, żąd­ne­go wi­do­wi­ska, łak­ną­ce­go skan­da­lu, choć­by zań ko­bie­ta łza­mi za­pła­cić mia­ła!

Ho­nor­ka tym­cza­sem stoi cią­gle mil­czą­ca, nie zda­jąc się zwra­cać uwa­gi na za­cie­ka­wie­nie i wzru­sze­nie, któ­re­go jest przy­czy­ną. Wpa­tru­je się w świe­ce mi­go­cą­ce na oł­ta­rzu i jak bły­ska­wi­ca tak przed nią prze­su­wa się rok ubie­gły, w któ­rym ty­le bó­lu i smut­ku za­zna­ła.

Wi­dzi pa­na Teo­do­ra, jak zza kon­tu­aru47 rzu­ca na nią spoj­rze­nia, któ­re ni­by ukrop w jej ży­ły wle­wa­ją. Gdy ją pań­stwo, u któ­rych za młod­szą słu­ży­ła, po­sy­ła­li po su­char­ki do her­ba­ty, bie­gła z ra­do­ścią, a przed drzwia­mi cu­kier­ni sta­ła dłu­go, nie mo­gąc ośmie­lić się wejść i prze­mó­wić do pa­na Teo­do­ra, któ­ry jak świę­ty z ob­raz­ka wy­da­wał się jej na tle błysz­czą­cych lu­ster zdo­bią­cych pół­ki bu­fe­tów. Im­po­no­wał jej nie­zmier­nie, po­mi­mo że Ho­nor­ka do nie­śmia­łych dziew­czyn nie na­le­ża­ła wca­le i nie­jed­ne­go „chło­pa od­sta­wi­ła” wca­le tę­go, gdy na udry po­mię­dzy ni­mi po­szło. Lecz wo­bec Teo­do­ra za­po­mi­na­ła ję­zy­ka w gę­bie i sta­ła tak przed kon­tu­arem, ca­ła w pło­mie­niach, beł­ko­cząc i sie­jąc po zie­mi mie­dzia­ki trzy­ma­ne w gar­ści. On mru­żył oczy, uśmie­chał się, żar­to­wał — przy­zwy­cza­jo­ny do do­mi­no­wa­nia nad ko­bie­ta­mi, z nie­dba­ło­ścią pięk­ne­go sam­ca. I na­wet póź­niej, gdy już po­sia­dał ją o sza­rej go­dzi­nie wśród stę­chli­zny piw­ni­cy lub du­szą­cej at­mos­fe­ry stry­chu — Ho­nor­ka — za­wsze po­zo­sta­wa­ła nie­śmia­łą, prze­ra­żo­ną je­go pięk­no­ścią, zdła­wio­ną — z oczy­ma łez peł­ny­mi, nie śmie­jąc po­ru­szyć się, uczy­nić jed­ne­go ge­stu, ode­tchnąć gło­śniej. A gdy wresz­cie — po­rzu­co­na, za­po­mnia­na przez swe­go uwo­dzi­cie­la, któ­re­mu od­da­ła z ja­kąś po­ko­rą klej­not swe­go dzie­wic­twa, uczu­ła się mat­ką — do­zna­wa­ła głu­chej nie­na­wi­ści, gnie­wu na sa­mą myśl o tym czło­wie­ku. Nie na­pa­sto­wa­ła go, nie cho­dzi­ła za nim, uro­dzi­ła dziec­ko za­ci­snąw­szy zę­by — i w du­szy swej za­czę­ła gro­ma­dzić ca­łe mo­rze ja­du, któ­re gro­zi­ło la­da chwi­la wy­la­niem.

Ku­ma za­wia­do­mi­ła go prze­cież o uro­dze­niu dziec­ka, lecz pięk­ny su­biekt mruk­nął coś tyl­ko i wzru­szył ra­mio­na­mi.

Gdy Ka­zi­mie­rzo­wa sce­nę tę przed bar­ło­giem po­łoż­ni­cy od­twa­rza­ła, Ho­nor­ka wle­pi­ła w nią oczy od go­rącz­ki błysz­czą­ce.

— Łaj­dak! — wy­rze­kła przez za­ci­śnię­te zę­by.

Pierw­szy to raz gło­śno wy­mó­wi­ła na nie­go obe­lgę.

Umil­kła prze­ra­żo­na.

Lecz po­wo­li, pod­nie­ca­na przez Ka­zi­mie­rzo­wą, da­wa­ła fol­gę swe­mu ża­lo­wi. Za­po­mi­na­ła, jak wy­glą­dał spraw­ca jej nie­szczę­ścia, nie wi­dząc go tak daw­no, nie od­czu­wa­ła już przy­gnia­ta­ją­ce­go wpły­wu, ja­ki wyż­szo­ścią swą, ele­gan­cją i ca­łym obej­ściem48 na nią wy­wie­rał. Roz­pacz prze­peł­nia­ła jej ser­ce i wstrzą­sa­ła nią ca­łą. Wi­dok dziec­ka pod­nie­cał ją. Chwi­la­mi zda­wa­ło jej się, że jest zdol­na za­mor­do­wać męż­czy­znę, któ­ry rzu­cał ją bru­tal­nie o zie­mię, aby póź­niej — na wia­do­mość o jej nę­dzy i cier­pie­niu wzru­szać ra­mio­na­mi z po­gar­dą. „Ścier­wo so­ba­cze!” — mó­wi­ła, szar­piąc pa­zu­ra­mi aż do krwi pierś swo­ją od po­kar­mu wzdę­tą — „Zgiń! Prze­pad­nij! Oślep­nij! Zgnij do ko­ści!”. Zda­wa­ło się jej, że mi­łość, ja­ką mia­ła dla Teo­do­ra, wy­mar­ła w niej od daw­na, że nic prócz ża­lu, gnie­wu i nie­na­wi­ści, nic już w głę­bi swej du­szy nie cho­wa.

Na wia­do­mość o ślu­bie su­biek­ta wy­buch­nę­ła wresz­cie ca­łą wście­kło­ścią, na ja­ką tyl­ko cier­pli­we i nie­śmia­łe isto­ty zdo­być się umie­ją.

Ka­zi­mie­rzo­wa pod­su­nę­ła jej myśl wstrzy­ma­nia ślu­bu i zro­bie­nia pu­blicz­ne­go skan­da­lu. Ucze­pi­ła się te­go pro­jek­tu na­tych­miast, go­rącz­ku­jąc się, pod­nie­ca­jąc — prze­kli­na­jąc bez­u­stan­nie. Ani jed­nej łzy nie mia­ły jej oczy, chwi­la­mi zda­wa­ła się być obłą­ka­ną.

Teo­dor, któ­re­go kon­tu­ry w jej wy­obraź­ni za­tar­ły się zu­peł­nie, przed­sta­wiał jej się ja­ko zwie­rzę znie­na­wi­dzo­ne, wstręt­ne, plu­ga­we, któ­re­mu chcia­ła sko­czyć do oczów i zdep­tać za krzyw­dę jej uczy­nio­ną. Nie wi­dząc go — czu­ła się sil­ną, moc­ną, jak­kol­wiek coś w jej wnę­trzu szarp­nę­ło się trwoż­li­wie, gdy ku­ma za­wo­ła­ła jesz­cze w stan­cji: „już czas!...”

Lecz tu — w ko­ście­le, przed oł­ta­rzem oświe­tlo­nym ja­rzą­co, w chłod­nej at­mos­fe­rze świą­ty­ni — ja­kaś moc wstę­pu­je w nią po­wo­li, lecz moc to ja­kaś dziw­na, jak­by bo­leść jej umniej­sza­ją­ca. Nie mo­dli się, a prze­cież zda jej się, że ktoś do­ko­ła niej szep­ce mo­dli­twy, pa­cie­rze...

Nie mo­dli­twy to jed­nak szep­cą do­ko­ła, tyl­ko żar­ty, uwa­gi, sło­wa cie­ka­wo­ści.

Tłum ca­ły aż drży z pra­gnie­nia ta­kie­go „gru­be­go skan­da­lu”.

Ta­ka rzecz nie­czę­sto się tra­fia.

Na­resz­cie tur­kot za­jeż­dża­ją­cych kół oznaj­mia przy­by­cie go­ści we­sel­nych.

Nie do­roż­ki to — ale ka­re­ty przy­wo­żą pań­stwa mło­dych i licz­ną dru­ży­nę, ka­re­ty z bia­ły­mi lej­ca­mi, umy­te i lśnią­ce w pro­mie­niach słoń­ca.

— Przy­je­cha­li! Przy­je­cha­li!

W tłu­mie po­wsta­je nie szmer, lecz ja­kiś krzyk cie­ka­wo­ści ludz­kiej.

Krzy­kiem tym pu­blicz­ność zda się chce pod­nie­cić Ho­nor­kę do zro­bie­nia skan­da­lu. Jak zwie­rzę wy­głod­nia­łe rzu­ca się na pa­dli­nę, tak tłum ten, chci­wy wra­żeń, drży z ra­do­ści i nie­szczę­śli­wą do uka­za­nia swej zra­nio­nej du­szy po­py­cha.

Wol­no — z szu­mem je­dwa­biu wcho­dzi or­szak we­sel­ny do kruch­ty49.

Przo­dem idzie pan­na mło­da, wy­so­ka blon­dyn­ka, o pła­skiej twa­rzy i krę­co­nych wło­sach. Z bez­czel­no­ścią nie­mal dźwi­ga ko­ro­nę dzie­wi­czą, to­ną­cą w ob­ło­kach bia­łej ilu­zji. Idzie, pew­na sie­bie, uśmiech­nię­ta, wy­su­wa­jąc na­przód wa­to­wa­ny biust je­dwab­ne­go sta­ni­ka. Pro­wa­dzą ją druż­bo­wie we fra­kach i glan­so­wa­nych rę­ka­wicz­kach. Przed tym bia­łym zja­wi­skiem tłum usu­wa się in­stynk­tow­nie, po­zo­sta­wia­jąc opar­tą ple­ca­mi o fi­lar Ho­nor­kę. Pan­na mło­da prze­cho­dzi próg i wol­no, po­prze­dza­na przez dziad­ka ko­ściel­ne­go, su­nie do oł­ta­rza, a tren jej suk­ni, wlo­ką­cy się po zie­mi, po­zo­sta­wia za so­bą jak­by smu­gę świe­tla­ną...

Lecz Ho­nor­ka zda się nie spo­strze­gać na­wet przej­ścia pan­ny mło­dej. Te­raz drży ca­ła i bla­da jest jak opła­tek. Gdy ka­re­ty za­je­cha­ły przed ko­ściół, do­zna­ła na­gle jak­by sil­ne­go ude­rze­nia z ty­łu gło­wy. Tchu jej za­bra­kło, ser­ce jej mło­tem wa­li...

Na­gle — wśród ja­sno­ści sło­necz­nej uka­zu­je się sam pan mło­dy.

Jest dziś pięk­niej­szym niż kie­dy­kol­wiek.

Frak no­wy le­ży na nim jak ula­ny, wło­sy za­fry­zo­wa­ne, twarz sta­ran­nie wy­go­lo­na, spin­ki u ko­szu­li zło­te i wiel­kie jak zło­tów­ki.

Z try­um­fem spo­glą­da w głąb ko­ścio­ła na oł­tarz ja­sno oświe­tlo­ny i ba­wi się bre­lo­ka­mi u ze­gar­ka.

Dwie druż­ki w lek­kich suk­niach, z wa­chla­rza­mi i włócz­ko­wy­mi pe­le­ryn­ka­mi, pro­wa­dzą go, śmie­jąc się ochot­nie.

Oczy wszyst­kich zwra­ca­ją się te­raz w stro­nę Ho­nor­ki...

Co to bę­dzie! Co to bę­dzie!... Czy da mu w pa­pę? Czy go po pro­stu na­wy­my­śla i w oczy na­plu­je!

Lecz — o dzi­wo... dziew­czy­na na sam wi­dok Teo­do­ra bled­nie jesz­cze wię­cej i oczy przy­my­ka. On — nie wi­dzi jej wca­le, za­ję­ty te­raz jed­ną z dru­żek, któ­ra upu­ści­ła na zie­mię ko­ron­ko­wą chu­s­tecz­kę.

I na­gle — Ho­nor­ka, kur­cząc się i sta­ra­jąc znik­nąć sprzed oczu wszyst­kich, za­su­wa się po­wo­li za fi­lar — wy­bu­cha­jąc ci­chym, zdła­wio­nym pła­czem.

Na próż­no ku­ma sta­ra się ją po­pchnąć na­przód, na próż­no oso­by ota­cza­ją­ce ją do­ko­ła po­chy­la­ją się ku niej i szep­cą sło­wa za­chę­ty. Ona jed­ną rę­ką ci­śnie do pier­si dziec­ko, dru­gą cze­pia się fi­la­ru, a z oczów jej pły­ną stru­mie­nie łez go­rą­cych.

— Nie mo­gę! Nie mo­gę! — szep­ce, łka­jąc ci­cho.

Or­ga­ny tym­cza­sem hu­czą prze­raź­li­wie, pan mło­dy prze­cho­dzi kruch­tę i idzie pew­nym, śmia­łym kro­kiem, kła­nia­jąc się lek­ko zna­jo­mym wśród tłu­mu.

Ku­ma pró­bu­je raz jesz­cze pod­bu­rzyć Ho­nor­kę.

— Bój się Bo­ga! Nie bądź ośli­cą! De­spekt50 so­bie ro­bisz nada­rem­ny!... Wstań, leć! Jesz­cze czas! Ty­le lu­dzi cze­ka!... Ho­nor­ka, nie bądź ośli­cą!...

Lecz Ho­nor­ka nie ru­sza się z miej­sca. Na wi­dok Teo­do­ra daw­ny lęk ją ogar­nął.

Gdy sta­nął tak te­raz przed nią pięk­ny, uśmiech­nię­ty, zdrów, wy­stro­jo­ny — gdy go po­czu­ła znów od sie­bie kil­ka kro­ków — nie! — ona nie mo­gła rzu­cić się na nie­go, krzy­cząc tak, jak to so­bie uło­ży­ła, i pluć mu w twarz, i dziec­ko po­ka­zać. Nie! Nie! Ra­czej wo­li umrzeć, niż ta­ką rzecz zro­bić.

Tłum, za­wie­dzio­ny w swych na­dzie­jach, szyb­ko zwró­cił się do oł­ta­rza, gdzie już ce­re­mo­nia ślu­bu się za­czy­na­ła. Zło­ci­sta ka­pa księ­dza mi­ga­ła po­nad gło­wa­mi lu­dzi. Głu­chy szmer nie­chę­ci i gnie­wu prze­bie­gał sze­re­gi. Jak to? Nie bę­dzie skan­da­lu? Cóż so­bie my­śli ta głu­pia dziew­czy­na, zwo­dząc lu­dzi w ten spo­sób?... e! — kto wie — to pew­nie ja­kaś ulicz­ni­ca, to dziec­ko, kto wie, czy to pa­na mło­de­go, sko­ro ona nie śmie do oczów mu sta­nąć...

Tak! tak! Ta­ki po­rząd­ny męż­czy­zna wie, co ro­bi, je­śli po­rzu­ca. Już mu­siał mieć w tym swo­ją ra­cję...

Nie­któ­rzy wszak­że usi­łu­ją bro­nić Ho­nor­kę.

— Stchó­rzy­ła!

— Roz­be­cza­ła się!

— A to głu­pia!

— Idiot­ka!

— Ośli­ca!

— Wszyst­ko jed­no, dość, że sta­nąć do oczów nie śmia­ła. Chodź­my le­piej do oł­ta­rza.

— Ślub szy­kant­ny!

Te­raz wszy­scy ci­sną się do oł­ta­rza, przed któ­rym ksiądz za­mie­nia mło­dej pa­rze ob­rącz­ki. Wśród ci­szy ko­ściel­nej sły­chać skrze­czą­cy głos pan­ny mło­dej i ba­so­wy głos księ­dza, mó­wią­cych na prze­mia­ny przy­się­gę mał­żeń­ską:

— Ja — ja, Sta­ni­sła­wa, Sta­ni­sła­wa, bio­rę — so­bie — so­bie...

Ko­ło fi­la­ra, po­za któ­ry ukry­ła się Ho­nor­ka, zro­bi­ła się pust­ka. Dziew­czy­na klę­cza­ła sa­ma, szlo­cha­jąc ci­cho. Ku­ma Ka­zi­mie­rzo­wa, czu­jąc się ob­ra­żo­ną, wy­szła z ko­ścio­ła, czer­wo­na z do­zna­ne­go wsty­du.

Scho­dząc ze wscho­dów, po­przy­się­gła so­bie szma­ty Ho­nor­ki wy­rzu­cić na czte­ry wia­try.

O! nie — mo­gła mieć li­tość nad nę­dzą tej idiot­ki, ale to­le­ro­wać jej głu­po­tę i brak od­wa­gi w do­po­mi­na­niu się o swo­je pra­wa, a wresz­cie na na­ra­że­nie Ka­zi­mie­rzo­wej na po­śmie­wi­sko i po­dej­rze­nia ludz­kie, że bro­ni­ła nie­czy­stej spra­wy — na to Ka­zi­mie­rzo­wa przy­stać nie chce i nie mo­że.

Tym­cza­sem ce­re­mo­nia ślub­na szła da­lej nie­prze­rwa­nie. Pan mło­dy przy­się­gał czy­stym, dźwięcz­nym gło­sem i z pod­nie­sio­nym czo­łem od­po­wia­dał wy­raź­nie na za­py­ta­nie księ­dza:

— Nie ślu­bo­wa­łeś ko­mu in­ne­mu wia­ry mał­żeń­skiej?

— Nie.

Po­wo­li za­czął pod­bi­jać i uj­mo­wać tłum ca­ły i prze­cią­gać na swo­ją stro­nę. Je­go ja­sne spoj­rze­nie, kark do­brze wy­my­ty, frak wpa­da­ją­cy do sta­nu51 — im­po­no­wa­ły ciż­bie. W ogó­le ślub ca­ły, or­szak we­sel­ny sze­lesz­czą­cy je­dwa­biem, srebr­na tka­ni­na suk­ni pan­ny mło­dej i jej biust ob­cią­gnię­ty ma­te­rią — wszyst­ko to pod­bi­ja­ło zgro­ma­dze­nie i spra­wia­ło jak naj­lep­sze wra­że­nie.

Ho­nor­ka ze swą roz­czo­chra­ną gło­wą, ob­tar­ga­ną chust­ką i dzie­cia­kiem spo­wi­tym w szma­ty tra­ci­ła sym­pa­tię i ci, któ­rzy usi­ło­wa­li przez chwi­lę trzy­mać jej stro­nę, umil­kli — zwy­cię­że­ni.

Tym­cza­sem ona klę­cza­ła cią­gle ko­ło fi­la­ra, pła­cząc i pła­cząc bez koń­ca. Zda­wa­ło się, że ja­kiś stru­mień nie­prze­bra­ny z oczów jej spły­wa. Ca­ła jej roz­pacz, gniew, ura­za, bo­leść w łzach tych top­nia­ła i je­no dziec­ko tu­li­ła do twa­rzy, mo­cząc szma­ty, któ­ry­mi owi­nię­te by­ło. Or­ga­ny ję­cza­ły, wstrzą­sa­jąc jej du­szą do głę­bi. Jak ro­bak zdep­ta­ny wi­ła się na zim­nych fli­zach świą­ty­ni, ca­ła drżą­ca od bó­lu, któ­re­go okre­ślić nie by­ła w sta­nie. Czu­ła do­brze swą krzyw­dę, ale kry­ła się z nią w cie­niu, i choć on tam był o kil­ka kro­ków — nie chcia­ła mu się już na­rzu­cać z nę­dzą swo­ją.

Gdy go zo­ba­czy­ła, gdy ta ma­ra jej no­cy bez­sen­nych znów sta­ła się cia­łem, sta­nę­ła przed jej ocza­mi w peł­ni ży­cia i ma­je­sta­tu wszech­po­tę­gi mę­skiej — ona upa­dła na ko­la­na, zwy­cię­żo­na, bez­sil­na, drżąc z bó­lu i w po­czu­ciu swej nę­dzy.

— A was wszyst­kich tu obec­nych bio­rę za świad­ków, ja­ko to mał­żeń­stwo zo­sta­ło praw­nie i przy­kład­nie za­war­te.

Po czym ksiądz za­czął że­gnać i kro­pić obec­nych, któ­rzy czy­ni­li zna­ki krzy­ża i ob­cie­ra­li z no­sów i po­licz­ków kro­ple świę­co­nej wo­dy.

Or­ga­ny za­brzmia­ły we­so­łym mar­szem.

Ko­ło oł­ta­rza ruch się zro­bił nie­ma­ły, po­czę­to znów się tło­czyć, za­glą­dać w oczy pan­nie mło­dej i druż­kom. Wresz­cie ca­ły or­szak z szu­mem, sze­le­stem i śmie­chem po­su­nął ku wyj­ściu.

Ka­re­ty jed­na po dru­giej pod­jeż­dżać za­czę­ły. Prze­chod­nie za­trzy­my­wa­li się na chod­ni­kach, gru­py dzie­ci ci­snę­ły się do drzwi­czek po­wo­zów.

Tren pan­ny mło­dej po­krył się ca­ły ku­rzem i sza­re smu­gi ciem­nia­ły na fał­dach je­dwa­biu. Pa­ni Teo­do­ro­wa po­ciem­nia­ła ze zło­ści pod ob­ło­ka­mi dzie­wi­cze­go we­lo­nu.

— Psia­krew, cho­le­ra! — wy­mó­wi­ła wsia­da­jąc z fu­rią do ka­re­ty.

Za nią wsko­czył Teo­dor, na­cią­ga­jąc na ple­cy zie­lon­ka­we kró­ciut­kie pal­to, pod­bi­te żół­ta­wym je­dwa­biem.


*

W ko­ście­le Ho­nor­ka po­zo­sta­ła sa­ma. Ko­ściel­ny sprzą­tał po­dusz­ki, za­gi­nał ro­gi dy­wa­nu.

Ho­nor­ka pła­ka­ła cią­gle, czu­jąc jak­by ogień pod czasz­ką. Pier­si i ple­cy bo­la­ły ją jak­by od sil­nych ude­rzeń pię­ścią. Czu­ła do­brze, iż wszyst­ko się dla niej skoń­czy­ło, że te­raz już na­wet żyć nie mo­że na­dzie­ją ja­ką­kol­wiek. Zro­zu­mia­ła, że ni­g­dy nie bę­dzie mia­ła dość od­wa­gi, aby sta­nąć przed czło­wie­kiem, któ­re­mu wszak­że od­da­wa­ła się z ule­gło­ścią su­ki, i po­wie­dzieć mu w oczy:

— Uczyń co­kol­wiek dla mnie, któ­rą za­prze­pa­ści­łeś, i dla dziec­ka, któ­re spło­dzi­łeś!...

Ko­ściel­ny prze­szedł kil­ka­krot­nie ko­ło niej, dzwo­niąc klu­cza­mi.

Wie­dział, co ją spro­wa­dzi­ło do ko­ścio­ła, do­strzegł ją wśród tłu­mu jesz­cze przed ślu­bem, gdy sta­ła groź­na u pro­gu i mó­wi­ła przez za­ci­śnię­te zę­by:

— Nie da­ru­ję!

Wi­dząc, że pła­cze cią­gle, nie po­ru­sza­jąc się z miej­sca, pod­szedł do niej i po­trą­cił ją lek­ko.

— Wsta­wać i iść do do­mu... nic już tu nie wy­klę­czy­cie.

Ona pod­nio­sła gło­wę i przez łzy za­le­wa­ją­ce jej oczy spoj­rza­ła w ciem­ną prze­strzeń ko­ścio­ła. Spoj­rza­ła i na­raz ca­ła przy­szłość sta­nę­ła jej przed ocza­mi.

Dziec­ko drze­mią­ce u jej pier­si za­cią­ży­ło jej bez mia­ry.

— O Je­zu! — szep­nę­ła przy­my­ka­jąc oczy.

Lecz ko­ściel­ny nie­cier­pli­wił się na­praw­dę.

— Idź­cież so­bie — cóż to, my­śli­cie tu no­co­wać?

Po­wo­li, z wy­sił­kiem, dziew­czy­na pod­nio­sła się z klę­czek i ku drzwiom kie­ro­wać się po­czę­ła. Łzy dwie­ma stru­ga­mi pły­nę­ły jej zno­wu z oczu zbo­la­łych.

Po­tknę­ła się o krze­sło, wresz­cie od­na­la­zła drzwi i wy­su­nę­ła się na uli­cę.

Gdy drzwi się za nią za­war­ły52, ko­ściel­ny chwil­kę się za­my­ślił, cień smut­ku prze­mknął po je­go sta­rej, za­wię­dłej twa­rzy.

Na­gle ra­mio­na­mi wzru­szył i pod­no­sząc prze­wró­co­ne krze­sło, wy­rzekł krót­ko:

— Ośli­ca!

Tym­cza­sem Ho­nor­ka za­głę­bia­ła się wol­no w uli­cę, po któ­rej su­nę­ły świą­tecz­nie przy­stro­jo­ne tłu­my, szła, ko­ły­sząc lek­ko kwi­lą­ce ci­cho dziec­ko i idąc, ocie­ra­ła łzy pły­ną­ce z oczu stru­mie­niem.


Ku­kuł­ka

Tiens! tiens! c’est du pro­pre!53 — mruk­nął przez zę­by pan Se­we­ryn, gdy rząd­ca wy­szedł już z po­ko­ju.

— Wy­pro­wa­dzić się? Tak, to­ut d’un co­up54... ni stąd, ni zo­wąd, wy­pro­wa­dzać się z te­go miesz­kan­ka, urzą­dzo­ne­go z ta­kim sta­ra­niem, opu­ścić te ką­ty, w któ­rych me­ble sto­ją jak­by przy­ro­śnię­te do lśnią­cej po­sadz­ki! Wy­pro­wa­dzić się, i to dla tej bła­hej przy­czy­ny, że go­spo­darz że­ni się i pra­gnie po­łą­czyć dwa są­sia­du­ją­ce ze so­bą lo­ka­le i spro­wa­dzić się do nich z żo­ną!

Se­we­ryn wzru­szył ra­mio­na­mi.

Że­nić się!

Tak­że mą­dra in­sty­tu­cja! Że­nić się! Po co? Na co? Wszak­że o wie­le wy­god­niej moż­na urzą­dzić ży­cie en ga­rçon55, wy­god­niej i we­se­lej...

Że­nić się!

Dzi­ka myśl Se­we­ry­no­wi nie po­wsta­ła ni­g­dy w gło­wie, choć trzy­dzie­ści pięć lat skoń­czył przed mie­sią­cem. I do­brze mu w tym bra­ko­nier­skim56 sta­nie, w tej włó­czę­dze po cu­dzych za­go­nach, któ­re zwie­dza z cie­ka­wo­ścią do­brze roz­wi­nię­te­go sam­ca, po­szu­ku­ją­ce­go za­spo­ko­je­nia swych chę­ci. Wsta­je ra­no bez tro­ski o ży­cie ca­łej ro­dzi­ny, bez pi­sku dzie­ci, swa­rów mam­ki z ku­char­ką i bra­ku gu­zicz­ka z ty­łu ko­szu­li. Wszyst­ko jest w po­rząd­ku, bu­ty wy­czysz­czo­ne, wo­da prze­go­to­wa­na, zmie­sza­na z tink­tu­rą57 ben­zo­eso­wą do my­cia twa­rzy, my­dło Ho­ubi­gan­ta od­wi­nię­te z ob­sło­nek, krem mig­da­ło­wy tuż obok fla­ko­nu gli­ce­ry­ny, a ocet Bul­ly’ego, świe­żo przy­nie­sio­ny, ma już mar­kę ode­rwa­ną i ko­re­czek lek­ko uchy­lo­ny.

Ko­ło łóż­ka, na ma­łym sto­licz­ku przy­go­to­wa­na fi­li­żan­ka zió­łek Jam­bard; obok le­ży ręcz­ne lu­ster­ko znacz­nie po­więk­sza­ją­ce i fisz­bin do ję­zy­ka. Zma­cza­na w let­niej wo­dzie i na­po­jo­na esen­cją we­rwe­ny ser­we­ta wi­si na po­rę­czy łóż­ka tuż obok pa­ry je­dwab­nych, prze­wró­co­nych na le­wą stro­nę i opy­lo­nych lek­ko prosz­kiem Vi­gu­ie­ra skar­pe­tek. W ca­łym po­ko­ju ci­sza i pół­cień dys­kret­ny. Por­tie­ry58 ciem­ne brą­zo­we, łóż­ko sze­ro­kie fran­cu­skie na pod­wyż­sze­niu po­kry­tym ciem­nym dy­wa­nem.

W ką­cie to­a­let­ka, ca­ła gra szczo­tek z ko­ści sło­nio­wej, wiel­kie flasz­ki z eks­trak­tem cor­dia­li­su i bzu bia­łe­go. Tych­że za­pa­chów wo­da do wło­sów i nie­zli­czo­na moc ma­łych pu­de­łe­czek bry­lan­to­we­go prosz­ku do pa­znok­ci. Po­mię­dzy ni­mi — pil­nicz­ki, sio­deł­ka, no­życz­ki spi­cza­ste i za­gię­te. W ką­cie tuż przy po­du­szecz­ce peł­nej szpi­lek — pu­deł­ko z ve­lo­uti­ną am­bre, pu­szek ła­bę­dzi i jak­by ze wsty­dem wci­śnię­te kil­ka wi­deł szyl­kre­to­wych59, ko­bie­cych, do spi­na­nia grec­kich fry­zur. Oprócz tych „wi­deł” — wszst­ko w naj­wyż­szym po­rząd­ku po­ukła­da­ne, świe­cą­ce, błysz­czą­ce jak sa­mo­wa­ry Ży­dów­ki. Wiel­ka lam­pa w sty­lu bi­zan­tyj­skim, wy­sa­dza­na ka­mie­nia­mi, zwie­sza się od su­fi­tu, na­da­jąc tej sy­pial­ni fał­szy­wy ton ka­pli­cy. W lu­strza­nej szy­bie sza­fy od­bi­ja się sto­ją­cy pod ścia­ną ni­ski szez­long Ma­rie An­to­inet­te, po­kry­ty ak­sa­mit­ną dra­pe­rią. Na ak­sa­mi­cie, jak wąż mi­kro­sko­pij­ny, le­ży w łuk skrę­co­ny ka­wa­łek błę­kit­ne­go je­dwab­ne­go sznu­ro­wa­dła, ze­rwa­ne­go sil­ną, a ner­wo­wą rę­ką...

Opo­dal — na dy­wa­nie nie do­je­dzo­ne ma­luch­ne cia­stecz­ko z wy­gry­zio­ną kon­fi­tu­rą i zli­za­nym lu­krem.

Se­we­ryn pod­niósł się na łóż­ku i się­gnąw­szy rę­ką po fi­li­żan­kę zió­łek, zrzu­cił na zie­mię pu­deł­ko pâte des prélats60, któ­ry nada­wał ala­ba­stro­wy ton rę­kom.

Był zde­ner­wo­wa­ny i sil­nie po­draż­nio­ny przez tę nie­spo­dzie­wa­ną wi­zy­tę rząd­cy wy­po­wia­da­ją­ce­go mu miesz­ka­nie.

Trze­ba szu­kać no­we­go lo­ka­lu.

Hm! Ale czy to tak ła­two...

Wresz­cie — tu ka­mie­ni­ca dys­kret­na, lo­ka­to­ro­wie nie zaj­mu­ją się plot­ka­mi, zda­ją się nie­ży­wi po­za uro­czy­ście za­mknię­ty­mi drzwia­mi głów­ne­go wej­ścia. Kto wie — na co tra­fi Se­we­ryn i czy nie wy­nik­nie z te­go ca­ły sze­reg przy­krych zajść i ko­li­zji.

Się­gnął rę­ką po skar­pet­ki i wol­no wsta­wać za­czął.

Spoj­rzał w okno.

Dzień był je­sien­ny, cie­pły jesz­cze, ale tro­chę po­chmur­ny. Ja­kieś sza­re, smut­ne świa­tło pły­nę­ło przez szy­by przy­sło­nię­te ja­poń­ską siat­ką, po któ­rej la­ta­ły z pod­nie­sio­ny­mi skrzy­dła­mi dzi­wacz­ne pta­ki.

Se­we­ryn skrzy­wił się i tro­chę przy­ga­sły­mi ocza­mi po­wlókł do­ko­ła. Jak­kol­wiek sza­ra­we cie­nie włó­czy­ły się po ką­tach, miesz­ka­nie to wy­da­wa­ło mu się po pro­stu ra­jem. Ta­ka ci­sza, ta­ki spo­kój, pa­nu­ją­cy na­wet po­za okna­mi! Nie­le­d­wie sły­chać by­ło kro­ki rzad­kie­go prze­chod­nia, idą­ce­go wzdłuż do­mów.

Od cza­su do cza­su za­skrze­cza­ła pa­pu­ga sie­dzą­ca na bal­ko­nie prze­ciw­le­głe­go do­mu.

To by­ło wszyst­ko.

Se­we­ryn kładł te­raz na sie­bie kom­plet z bia­łej fla­ne­li w nie­bie­skie pa­ski i wło­żyw­szy rę­ce w kie­sze­nie od kurt­ki, przy­glą­dać się so­bie po­czął. Po­mi­mo lek­kie­go znu­że­nia w oczach, miał ce­rę zdro­wą i świe­żą. Wy­cią­gnął ję­zyk, po­tem przyj­rzał się uważ­nie gał­kom ocznym, wresz­cie, wy­cią­gnąw­szy mu­sku­lar­ne ra­mio­na, stał tak chwi­lę, pa­trząc zmru­żo­ny­mi oczy­ma w lu­stro. W tej bia­łej pu­szy­stej fla­ne­li wy­da­wał się o wie­le tęż­szym i bar­dziej roz­ro­śnię­tym, niż był w rze­czy­wi­sto­ści. Ude­rzył się po pier­siach rę­ka­mi i klat­kę na­przód wy­su­nął w nie­zwy­kły spo­sób. Po czym kurt­kę na sznu­ry za­piął i ob­ró­ciw­szy się pro­fi­lem, wy­giął się jak pan­na na wy­da­niu. Przy­glą­dał się ry­sun­ko­wi ły­dek, któ­re pod mięk­ką tka­ni­ną fla­ne­li wy­raź­nie się za­zna­cza­ły. Po­ma­cał się po udach, syk­nął lek­ko i po­ru­sza­jąc tor­sem, po­czął pró­bo­wać so­lid­ność bio­der...

Tak! Tak — był w ca­łym roz­wo­ju si­ły i zdro­wia. Her­ba­ta Jam­bard utrzy­my­wa­ła mu żo­łą­dek wy­bor­nie, a brak wszel­kich eks­ce­sów nie wy­czer­py­wał go ani na jo­tę. Odło­żył so­bie wła­śnie ty­le, ile mógł zu­żyć bez na­ru­sze­nia zdro­wia... Uży­wał bez wstrzą­śnień i wzru­szeń nie­po­trzeb­nych, a czy­ta­jąc Ca­tul­le Men­dèsa, wzru­szał ra­mio­na­mi przy opi­sie wy­czer­pu­ją­cych walk mi­ło­snych.

C’est idiot61! — de­cy­do­wał, za­my­ka­jąc książ­kę. On sys­te­ma­tycz­nie wy­pi­jał roz­kosz po­ca­łun­ku tak jak swą prze­czysz­cza­ją­cą her­ba­tę. Gdy nad­cho­dzi­ła chwi­la mi­ło­snej schadz­ki, wyj­mo­wał z sza­fy ko­szy­czek z drob­ny­mi cia­stecz­ka­mi i bu­tel­kę, przy­go­to­wy­wał ocet Bul­ly’ego, szpil­ki, pu­der i naj­spo­koj­niej usiadł­szy w sa­lo­ni­ku, ocze­ki­wał zja­wie­nia się ko­bie­ty. Gdy spóź­ni­ła się co­kol­wiek i wpa­dła za­dy­sza­na, zmę­czo­na, szep­cząc sło­wa uspra­wie­dli­wie­nia, on spo­koj­ny, uśmiech­nię­ty zdej­mo­wał z jej twa­rzy wo­al­kę, któ­rą się szczel­nie osła­nia­ła, i mó­wił tro­chę iro­nicz­nym gło­sem:

— Cóż wiel­kie­go! Spóź­ni­łaś się — to rzecz bar­dzo na­tu­ral­na.

Po czym szedł ku drzwiom i uchy­liw­szy je, rzu­cał do przed­po­ko­ju za­wsze jed­no i to sa­mo zda­nie:

— Ka­rol! Nie ma mnie w do­mu!

Z przed­po­ko­ju wy­do­by­wał się bez­dź­więcz­ny głos:

— Do­brze, ja­śnie pa­nie! — i za­suw­ka drzwi wcho­do­wych opa­da­ła z su­chym ło­sko­tem.

W ten spo­sób roz­po­czy­na­ła się każ­da schadz­ka, w rów­nie spo­koj­ny koń­czy­ła się ca­ła mi­łost­ka.

Se­we­ryn bo­wiem za­wią­zy­wał sto­sun­ki je­dy­nie z... mę­żat­ka­mi, ma­jąc w tym sta­ły sys­tem, od któ­re­go ni­g­dy nie od­stę­po­wał. By­ły to naj­czę­ściej żo­ny przy­ja­ciół, do­brych zna­jo­mych, któ­rzy, roz­ma­rze­ni char­treu­se’ą62 lub ko­nia­kiem w czar­nej ka­wie, z łok­cia­mi opar­ty­mi na sto­le, roz­ta­cza­li ta­jem­ni­ce al­ko­wy mał­żeń­skiej, na wzór kró­la Can­dau­la, i w za­mian za swo­ją wia­rę otrzy­my­wa­li wpraw­dzie nie pchnię­cie śmier­tel­ne, lecz szczer­bę w ho­no­rze i mi­ło­ści żo­ny. Se­we­ryn bo­wiem skwa­pli­wie chwy­tał za wło­sy każ­dą oka­zję i umie­jęt­nie czy­nił le­gion ko­cha­nek z tych mę­ża­tek spra­gnio­nych no­wo­ści, cie­ka­wych wy­stęp­ku, a kry­ją­cych dys­kret­ne łzy i roz­pacz w chwi­li ze­rwa­nia. Wy­bór je­go pa­dał zwy­kle na ko­bie­ty dba­ją­ce o po­zy­cję zaj­mo­wa­ną w świe­cie i miej­sce w do­mu mę­ża; wie­dział, że te­go ro­dza­ju ko­chan­ka nie od­wa­ży się na sce­ny, na uciecz­ki, na opo­wie­dze­nie w chwi­li po­draż­nie­nia wszyst­kie­go mę­żo­wi... Wie­dział, że gdy chwi­la sta­now­cza na­dej­dzie, chwi­la nie­unik­nio­ne­go ze­rwa­nia, po chwi­lo­wej bu­rzy przy­wi­ta­ją się znów z uśmie­chem i spo­ko­jem wo­bec zwró­co­nych na nich czuj­nych oczu to­wa­rzy­stwa. Wspa­nia­ło­myśl­nie — pod­czas trwa­nia mi­łost­ki — po­zo­sta­wiał wol­ność ko­bie­cie, nie kon­tro­lu­jąc sto­sun­ków z mę­żem, ow­szem, po­py­cha­jąc ją nie­le­d­wie w ob­ję­cia smut­ne­go ry­wa­la.

— Trze­ba mieć furt­kę w ra­zie wy­pad­ku.

Kil­ka­krot­nie „furt­ka” ta oka­za­ła się de­ską oca­le­nia. Ko­bie­ty z uśmie­chem wdzięcz­no­ści przy­zna­wa­ły Se­we­ry­no­wi słusz­ność, dziec­ko mia­ło na­zwi­sko i pra­wo do ma­jąt­ku, mat­ka nie stra­ci­ła wzglę­dów i sza­cun­ku świa­ta, a praw­dzi­wy oj­ciec usu­wał się w cień, za­cie­ra­jąc rę­ce!...

Jed­na tyl­ko żo­na urzęd­ni­ka ko­le­jo­we­go sta­wi­ła mu się opor­nie i wpra­wi­ła go przez pe­wien czas w kło­pot nie­ma­ły swym głu­pim sen­ty­men­tal­nym po­stę­po­wa­niem. Ale by­ła to ko­bie­ta nie z to­wa­rzy­stwa, spo­tka­na przez Se­we­ry­na w Ale­jach, w chwi­li ner­wo­we­go roz­draż­nie­nia. Pod­bi­ła go od ra­zu dziw­nym spoj­rze­niem bla­dych, błę­kit­nych oczów i twa­rzycz­ką Ma­don­ny. Gdy, wbrew swe­mu zwy­cza­jo­wi, po­szedł za nią i prze­mó­wił przy­ci­szo­nym gło­sem — sta­nę­ła, spoj­rza­ła mu w oczy i wy­cią­gnę­ła doń rę­kę ob­na­żo­ną, na któ­rej błysz­cza­ła ob­rącz­ka.

Se­we­ryn rę­kę po­da­ną ujął, nie mo­gąc zro­zu­mieć, co go cią­gnę­ło w ten wie­czór wio­sen­ny do tej źle ubra­nej i tro­chę po­chy­lo­nej ko­bie­ty, na­rzu­ca­ją­cej mu się nie­le­d­wie pod cie­niem szu­mią­cych drzew.

Sto­su­nek ich trwał pa­rę mie­się­cy. Se­we­ryn nie był ni­g­dy w do­mu An­ny, znał tyl­ko jej ży­cie z opo­wia­dań ko­chan­ki. Wpręd­ce znu­dzi­ła go bra­kiem ele­gan­cji i cien­kiej bie­li­zny, ra­zi­ła zbyt­kiem uczu­cia, w któ­rym do­pa­try­wał się prze­sa­dy.

Ona, za­ko­cha­na do sza­leń­stwa w tym wspa­nia­łym męż­czyź­nie, któ­re­go każ­de zbli­że­nie mie­sza­ło ją i słod­ką roz­ko­szą przej­mo­wa­ło, by­ła nie­zręcz­ną jak każ­da za­ko­cha­na ko­bie­ta. Przy­no­si­ła mu za gor­se­tem z gru­bej sza­rej dy­my pą­ki fioł­ków lub skra­pia­ła wło­sy olej­kiem pe­ru­wiań­skim. No­si­ła ni­skie bu­ci­ki z po­wy­cią­ga­ną gu­mą i pod­wiąz­ki pod ko­la­na­mi.

W do­dat­ku upar­ła się być mu wier­ną, wier­ną do głu­po­ty, i mó­wi­ła mu o tym bez­u­stan­nie, kła­dąc gło­wę na pier­si.

On, zde­ner­wo­wa­ny, po­wta­rzał sło­wo „furt­ka” po raz set­ny i prze­my­ślał o spo­so­bie ze­rwa­nia z tą nie­wy­god­ną ko­chan­ką, ci­chą i ule­głą, przy­się­ga­jąc so­bie ni­g­dy nie wy­kra­czać z prze­pi­sa­nych gra­nic po­stę­po­wa­nia. Pew­ne­go let­nie­go wie­czo­ra An­na, ru­mie­niąc się i ją­ka­jąc, wy­szep­ta­ła Se­we­ry­no­wi do ucha ta­jem­ni­cę, któ­ra ją ra­do­śnie przej­mo­wa­ła.

On drgnął ca­ły i po­rwał się z miej­sca.

— Co te­raz zro­bisz?

Ona spoj­rza­ła na nie­go słod­ko i uśmiech­nę­ła się spo­koj­nie.

— Bę­dę two­ją do śmier­ci. Ju­tro dom mę­ża opusz­czę!

Na czo­ło Se­we­ry­na wy­stą­pi­ły kro­ple po­tu.

— Dla­cze­go?

— Prze­cież te­raz ja­ko mat­ka twe­go dziec­ka, miesz­kać z nim nie mo­gę...

— Dla­cze­go?

Na­stą­pi­ła chwi­la mil­cze­nia.

Głos na­gle za­marł w pier­siach ko­bie­ty, klę­cza­ła cią­gle obok szez­lon­ga, na któ­rym le­ża­ły po­roz­rzu­ca­ne szpil­ki wy­pa­dłe z jej wło­sów, ka­pe­lusz i rę­ka­wicz­ki; twarz na­gle po­bla­dłą zwró­ci­ła ku Se­we­ry­no­wi, któ­ry prze­bie­gał po­kój wzdłuż i wszerz, po­trą­ca­jąc me­ble.

— A mó­wi­łem o furt­ce, mó­wi­łem ty­le ra­zy — ale cóż, pa­ni chcia­łaś się ba­wić w sen­ty­men­ta­lizm, w wier­ność! Tiens... c’est du pro­pre! c’est mi­gnon!63...

Z okru­cień­stwem męż­czy­zny, któ­ry wi­dzi na­gle po­rzą­dek swe­go ży­cia za­kłó­co­ny nie­po­trzeb­nym zda­rze­niem, wy­rzu­cał z sie­bie Se­we­ryn ca­ły po­tok słów, któ­re jak chło­sta spa­da­ły na po­chy­lo­ną gło­wę ko­bie­ty.

— Czyż to nie czy­ste sza­leń­stwo by­ło z mej stro­ny? — mó­wił da­lej to­nem, na ja­ki tyl­ko nie­ko­cha­ją­cy męż­czy­zna zdo­być się mo­że — czyż to nie by­ła de­men­cja brnąć da­lej i nie prze­wi­dzieć, do cze­go mnie pa­ni do­pro­wa­dzić mo­żesz! Ale ja umy­wam od wszyst­kie­go rę­ce... To nie mo­ja wi­na. Ti­rez vo­us de cet­te af­fa­ire vo­us même... Vo­ilà!64...

Stał tuż przed nią, po­chy­la­jąc nad nią swą ma­skę roz­złosz­czo­ne­go vi­veu­ra65, ma­jąc wiel­ką ocho­tę kop­nię­cia tej ko­bie­ty, któ­ra daw­szy mu tak sła­bą i nie­wy­raź­ną roz­kosz, mia­ła śmia­łość wkra­cza­nia w wy­god­nie urzą­dzo­ne ży­cie, z dziec­kiem w do­dat­ku!

Nie, te­go by­ło za wie­le! Wszyst­kie in­ne, te któ­re miał po­przed­nio, oznaj­mia­ły mu po­dob­ny wy­pa­dek z dys­kret­nym uśmie­chem, a on — przy­bie­rał mi­nę roz­czu­lo­ne­go pa­py, wie­dząc, że nic nie ry­zy­ku­je, i sze­ro­ko otwar­tą furt­ką mo­że wy­je­chać, nie tyl­ko wyjść naj­spo­koj­niej; ta jed­na! — ta głu­pia mieszcz­ka — upar­ła się przy swej wier­no­ści, jak­by on te­go wy­ma­gał!...

Bi­zan­tyj­ska lam­pa za­wie­szo­na u su­fi­tu rzu­ca­ła róż­no­ko­lo­ro­we, po­kra­ja­ne świa­tło. Przez zie­lo­ne ka­mie­nie tru­pie pra­wie pa­da­ły bla­ski.

W bla­skach tych pod­nio­sła się na­gle An­na, bla­da, z sze­ro­ko roz­war­ty­mi oczy­ma. I z wło­sa­mi roz­wia­ny­mi, z rę­ka­mi na­przód wy­cią­gnię­ty­mi ku drzwiom kie­ro­wać się po­czę­ła.

Se­we­ryn po­stą­pił za nią kil­ka kro­ków.

Ti­rez vo­us de l’af­fa­ire!66... — po­wtó­rzył, lecz ona, nie od­wra­ca­jąc na­wet gło­wy, otwo­rzy­ła drzwi i znik­nę­ła w ciem­nej głę­bi sa­lo­nu.

Po chwi­li trzask za­my­ka­ją­cej się bra­my do­le­ciał przez pół­u­chy­lo­ne okno.

Se­we­ryn chciał biec za tą ko­bie­tą, któ­rej bla­dość i mil­cze­nie dziw­nie nań po­dzia­ła­ły, lecz... ego­izm prze­mógł67. Z uczu­ciem nie­wy­sło­wio­nej bło­go­ści usiadł na fo­te­lu, od­dy­cha­jąc cięż­ko.

Ach... unik­nął nie la­da nie­bez­pie­czeń­stwa, ko­bie­ta wy­krę­ci się z tej mat­ni, a on przy­się­ga so­bie ni­g­dy nie ba­wić się w sen­ty­men­ty, lecz czer­pać da­lej roz­ko­sze w cu­dzych, a do­brze zna­jo­mych mu gniaz­dach...

Cze­kał jesz­cze dni kil­ka, są­dząc, że An­na po­wró­ci lub pa­rę słów na­pi­sze.

Nie — mil­cze­nie zu­peł­ne.

Te­raz Se­we­ryn ode­tchnął peł­ną pier­sią. Uczuł się oca­lo­nym rze­czy­wi­ście i na do­bre.

Od te­go zda­rze­nia upły­nę­ło lat sie­dem.

Przez te la­ta Se­we­ryn miał znów kil­ka in­tryg; a prze­cho­dząc przez Ogród Sa­ski, uśmie­chał się na wi­dok ma­łej dziew­czyn­ki, ba­wią­cej się ka­mycz­ka­mi i kasz­ta­na­mi zbie­ra­ny­mi wśród żwi­ru.

Dziew­czyn­ka mia­ła ciem­ne oczy i krę­co­ne wło­sy Se­we­ry­na, a li­nia jej ły­dek wy­gi­na­ła się w cha­rak­te­ry­stycz­ny spo­sób.

Niań­ka, za­py­ty­wa­na o na­zwi­sko ro­dzi­ców ma­lut­kiej, od­po­wia­da­ła uprzej­mie:

— Pań­stwo Wan­der­kraft. — A dziew­czyn­ka uśmie­cha­ła się do prze­chod­niów uśmie­chem, któ­ry przy­po­mi­nał chwi­lę naj­wyż­szej ko­kie­te­rii pod­bój­czej Se­we­ry­na.

Cza­sem sa­ma pa­ni Wan­der­kraft sia­da­ła obok niań­ki i pre­zen­tu­jąc swe sil­nie roz­wi­nię­te bio­dra w ob­ci­słej fu­la­ro­wej suk­ni, do­zo­ro­wa­ła za­ba­wę dziew­czyn­ki.

Gdy Se­we­ryn zbli­żał się do ław­ki, ko­bie­ta uśmie­cha­ła się przy­jaź­nie pod pur­pu­ro­wą osło­ną roz­pię­tej pa­ra­sol­ki i gło­śno przy­wo­ły­wa­ła có­recz­kę.

— Se­wer­ciu! Przy­wi­taj się z... pa­nem!

Dziec­ko dy­ga­ło, wy­cią­ga­jąc tłu­stą łap­kę, a ko­bie­ta spo­glą­da­ła po­god­nie w twarz męż­czy­zny, któ­ry od­po­wia­dał jej rów­nież tym spo­koj­nym, praw­dzi­wie mę­skim uśmie­chem. Cu­dzo­łoż­na żo­na i jej wspól­nik jak do­brze wy­cho­wa­ni lu­dzie za­ła­twi­li ca­łą spra­wę!

Furt­ka by­ła otwar­ta.

Furt­ką tą wsu­wa­ło się ku­kuł­cze pi­sklę do cu­dze­go gniaz­da.

Ain­si va le mon­de!68

Pa­ni Wan­der­kraft po­stą­pi­ła w tym wy­pad­ku, jak każ­da świa­to­wa i do­brze wy­cho­wa­na ko­bie­ta po­stą­pić po­win­na. Da­ła do­wód tak­tu i usza­no­wa­nia wła­snej god­no­ści.

Dla­te­go Se­we­ryn prze­cią­gał ten sto­su­nek i czuł się zu­peł­nie za­do­wo­lo­nym.

I dziś — dziś wła­śnie, kie­dy wczo­raj­sza schadz­ka po­wio­dła się zna­ko­mi­cie, żo­łą­dek funk­cjo­nu­je wy­bor­nie, a żół­te plam­ki pod le­wym okiem zni­ka­ją pod dzia­ła­niem „An­ti-Bol­bo­su” — dziś wła­śnie wy­mó­wio­no mu miesz­ka­nie...

— Nie! C’est du gu­ignon! Rien de plus69.

I na­chmu­rzo­ny od­ry­wa się Se­we­ryn od kon­tem­pla­cji wła­snej oso­by, a prze­giąw­szy się w tył wo­ła:

— Paul!

Spo­za przy­mknię­tych drzwi sa­lo­nu od­zy­wa się ochry­pły głos:

— Słu­cham, ja­śnie pa­nie!

I oto na pro­gu, w sza­ra­wym oświe­tle­niu, uka­zu­je się Pa­weł w pan­to­flach i bia­łym far­tu­chu, się­ga­ją­cym mu aż pod bro­dę.

Jest to męż­czy­zna lat trzy­dzie­stu, wy­bla­dły i wy­chu­dły, ob­no­szą­cy swą twarz znisz­czo­ne­go roz­pu­stą ulicz­ni­ka w ob­ra­mo­wa­niu ru­dych rzad­kich fa­wo­ry­tów.

Se­we­ryn w tej chwi­li prze­glą­da się w lu­strze, wy­szcze­rza­jąc zę­by.

Pa­weł cze­ka na pro­gu, zim­ny, spo­koj­ny, utkwiw­szy wzrok przy­ga­sły w prze­ciw­le­głą ścia­nę.

Wresz­cie Se­we­ryn zmie­nia po­zy­cję i usi­łu­je doj­rzeć ma­luch­ną plam­kę czer­wie­nie­ją­cą się pod le­wym uchem:

— Nic in­ne­go, tyl­ko ta Kla­ra... a pro­si­łem... pro­si­łem. — Paul!

— Słu­cham, ja­śnie pa­nie!

— Zo­bacz! Co ja mam pod le­wym uchem.

— Plam­kę, ja­śnie pa­nie.

— Plam­kę?

— Plam­kę.

— Pew­nie mnie... coś uką­si­ło.

— Pew­nie ja­śnie pa­na coś uką­si­ło.

— Daj kre­mu ogór­ko­we­go, mo­że znik­nie!

— Mo­że znik­nie, ja­śnie pa­nie.

Na­stą­pi­ła chwi­la mil­cze­nia.

Se­we­ryn wy­cie­rał szy­ję bia­łą tłu­stą ma­są, od­chy­liw­szy do­brze koł­nierz kurt­ki i fla­ne­lo­wej bleu de Fran­ce70 ko­szu­li.

Bla­dy pro­mień słoń­ca prze­bił się w tej chwi­li przez chmu­ry i, przy­ciem­nio­ny ga­zą roz­pię­tą w oknach, ob­lał żół­ta­wym bla­skiem tę­gi i po­tęż­ny kark zwy­cięz­cy, trium­fa­to­ra z za­pa­sach mi­ło­snych.

— Paul!

— Słu­cham, ja­śnie pa­nie.

— Mu­si­my się stąd wy­no­sić!

— Mu­si­my, ja­śnie pa­nie.

— Trze­ba szu­kać miesz­ka­nia!

— Trze­ba, ja­śnie pa­nie!

Se­we­ryn ujął po­więk­sza­ją­ce lu­ster­ko i po­stą­piw­szy do okna, bacz­nie się szyi przy­glą­dał.

— Zni­ka? Co?

Pa­weł zbli­żył się tak­że.

— Zni­ka, ja­śnie pa­nie.

— Przy­go­tuj wo­dę!

— Do­brze, ja­śnie pa­nie.

Se­we­ryn po­ło­żył lu­ster­ko i roz­pi­nać po­czął kurt­kę.

Pa­weł ro­ze­słał na pod­ło­dze ce­ra­tę, po czym roz­wi­nął i usta­wił gu­mo­wą ba­lię, a przy niej ro­dzaj po­le­wacz­ki z kau­czu­ko­wym wę­żem.

— Pe­niu­ar71 wy­grza­ny?

— Wy­grza­ny, ja­śnie pa­nie.

Se­we­ryn po­wo­li zdjął kurt­kę i za chwi­lę tors je­go mu­sku­lar­ny, wspa­nia­ły, lśnią­cy za­bły­snął w pół­cie­niu po­ko­ju.

Pro­mień słoń­ca śli­zgał się po tym ró­żo­wym cie­le o ciem­na­wych, si­na­wych to­nach.

Wą­ska ścież­ka krę­co­nych wło­sów prze­ci­na­ła tors na dwie po­ło­wy.

Wte­dy oczy Se­we­ry­na pa­dły na le­żą­ce na zie­mi na wpół roz­gnie­cio­ne ciast­ko. Zmarsz­czył brwi, jak­by doj­rzał coś nie­przy­jem­ne­go.

— Paul!

— Słu­cham, ja­śnie pa­nie.

— Patrz!

Na­gim ra­mie­niem wska­zy­wał dy­wan klę­czą­ce­mu na ce­ra­cie słu­gu­so­wi.

— Sprząt­nij!

Pa­weł na klęcz­kach po­su­nął się po dy­wa­nie i pod­nió­sł­szy ciast­ko, dru­gą rę­ką się­gnął po zo­sta­wio­ne na so­fie błę­kit­ne sznu­ro­wa­dło.

Po czym wstał, cią­gle spo­koj­ny i nie­wzru­szo­ny, ple­cion­kę dys­kret­nie po­ło­żył obok szyl­kre­to­wych szpi­lek w ką­cie to­a­le­ty, a ciast­ko ci­snął zręcz­nie skrze­czą­cej na bal­ko­nie pa­pu­dze.

Od dwóch ty­go­dni po­szu­ki­wał Se­we­ryn miesz­ka­nia.

Zro­bił pięć­set osiem­na­ście pię­ter i nie mógł zde­cy­do­wać się na wy­bór.

Wszę­dzie bra­my by­ły za­nad­to wid­ne, za wie­le drzwi wy­cho­dzi­ło na klat­kę scho­do­wą, lo­ka­to­ro­wie zda­wa­li się za­nad­to ru­chli­wi.

W dwu­znacz­nej po­zy­cji, ja­ką Se­we­ryn so­bie w ży­ciu ob­rał, by­ły to rze­czy nad­zwy­czaj waż­ne. Do tej chwi­li la­wi­ro­wał szczę­śli­wie po­śród znie­wa­ża­nych mę­żów, któ­rym ści­skał uprzej­mie rę­ce i od­da­wał drob­ne usłu­gi.

Nie miał ocho­ty po­znać tra­gicz­nej stro­ny me­da­lu.

We­so­ła wy­star­cza­ła mu zu­peł­nie.

To­też szu­kał i szu­kał od­po­wied­niej bra­my, w któ­rej cie­niu mo­gła­by jak w prze­pa­ści zgi­nąć bie­gną­ca do nie­go ko­chan­ka.

Paul ze swej stro­ny do­kła­dał sta­rań nie­ma­ło. Oby­dwaj wie­czo­ra­mi scho­dzi­li się w sy­pial­ni, znie­chę­ce­ni, po­żół­kli, ze skó­rą dziw­nie na twa­rzy wcią­gnię­tą.

Snadź72 po­dob­ne for­sow­ne prze­chadz­ki obu tym vi­veu­rom nie do­da­wa­ły zdro­wia.

I gdy Se­we­ryn, kła­dąc się, owią­zy­wał gło­wę fu­la­rem73, twarz na­cie­rał ma­gno­li­ną, a rę­ce pa­stą kar­dy­nal­ską, spo­glą­dał ża­ło­śnie na Pau­la, skra­pia­ją­ce­go mie­sza­ni­ną octu to­a­le­to­we­go i wo­dy ko­loń­skiej fi­ran­ki ota­cza­ją­ce łóż­ko.

— Nic nie zna­la­złem — mó­wił ję­czą­cym gło­sem.

— I ja tak­że, ja­śnie pa­nie — od­po­wia­dał lo­kaj.

— Roz­pacz!

— Roz­pacz, ja­śnie pa­nie.

I Se­we­ryn ję­cząc za­kła­dał na twarz ro­dzaj ma­ski ir­sza­nej, na­po­jo­nej gold­cre­mem, a fa­wo­ry­ty pod­wią­zy­wał dłu­gim ka­wał­kiem fu­la­ru, skro­pio­nym wo­dą por­tu­gal­ską.

— Mo­że... ju­tro — beł­ko­tał przez wą­ski otwór, wy­kra­ja­ny w szma­cie ir­cho­wej.

— Mo­że... ju­tro, ja­śnie pa­nie — od­po­wia­dał lo­kaj.

Tym­cza­sem prze­cho­dzi­ło ju­tro bez żad­ne­go re­zul­ta­tu i tak sa­mo dni na­stęp­ne.

Pew­ne­go je­sien­ne­go po­po­łu­dnia Se­we­ryn zde­ner­wo­wa­ny wlókł się wzdłuż ka­mie­nic, za­trzy­mu­jąc się przed każ­dą wy­wie­szo­ną kart­ką.

Wstą­pił już do dwóch do­mów, po­mi­mo że uli­ca nie przy­pa­dła mu do gu­stu.

Ru­chli­wa by­ła, co chwi­la prze­le­cia­ła przez nią do­roż­ka, to znów o kil­ka kro­ków gra­ła ka­ta­ryn­ka wy­jąt­ki z Car­men.

Ja­kiś ma­ły pie­sek usiadł na tro­tu­arze74 i wył pod­no­sząc do gó­ry spi­cza­stą mord­kę.

Se­we­ryn dnia te­go czuł się w dziw­nym uspo­so­bie­niu.

Obu­dził się z nie­sma­kiem w ustach i w du­szy.

Ca­ła skó­ra go bo­la­ła na cie­le i czuł nie­le­d­wie każ­dy wło­sek swych fa­wo­ry­tów, któ­re dziś ster­cza­ły su­che i bez żad­ne­go po­ły­sku.

Uspo­so­bie­nie je­go we­wnętrz­ne by­ło sza­re i znu­żo­ne. Czuł mi­mo wo­li ja­kiś prze­syt i wspo­mnie­nie cia­ła Kla­ry, któ­re go prze­śla­do­wa­ło, by­ło mu wstręt­ne nad wy­raz wszel­ki.

Spo­tkał ją w Sa­skim Ogro­dzie prze­cho­dzą­cą z có­recz­ką. Nie ro­zu­miał, dla­cze­go coś go pchnę­ło ku dziec­ku, któ­re by­ło krwią je­go krwi, je­go wła­snym pło­dem.

Lecz ma­ła — roz­ka­pry­szo­na, zde­ner­wo­wa­na, od­wró­ci­ła się, nie chcąc się przy­wi­tać z „pa­nem”. Chciał na­le­gać, schy­lił się, aby ująć ją za rącz­kę, pra­gnąc do­tknię­ciem się te­go świe­że­go, dzie­cię­ce­go ra­mie­nia obro­nić prze­ciw ja­kiejś tę­sk­no­cie, któ­ra go tra­wi­ła.

Lecz niań­ka uję­ła dziec­ko, wo­ła­jąc:

— Se­wer­ciu! Patrz... ta­ta idzie!...

Dziec­ko od­wró­ci­ło głów­kę i wy­cią­gnę­ło rę­ce w stro­nę nad­cho­dzą­ce­go męż­czy­zny.

Se­we­ryn cof­nął się i prze­szedł szyb­ko, za­mie­nia­jąc lek­ki ukłon z przy­ja­cie­lem.

Za­czął znów szu­kać miesz­ka­nia.

Szedł pro­stu­jąc się z ca­łej si­ły wo­li i przy­bie­ra­jąc obo­jęt­ną mi­nę. Lecz pio­sen­ka z Car­men i wy­cie psa wstrzą­snę­ły nim do głę­bi.

— Ach, te ner­wy! — po­my­ślał.

Szyb­ko wszedł do bra­my, przy któ­rej wid­nia­ła kart­ka.

Za chwi­lę dzwo­nił do drzwi par­te­ro­wych, przed któ­ry­mi le­ża­ła zu­ży­ta sło­mian­ka.

Drzwi otwo­rzył ma­ły chło­piec, nja­wy­żej lat sze­ściu, do­brze roz­wi­nię­ty, sze­ro­ki w ra­mio­nach, z kar­kiem do­sko­na­le osa­dzo­nym.

Otwo­rzyw­szy drzwi, po­chy­lił głów­kę, jak­by ocze­ku­jąc wy­tłu­ma­cze­nia.

— O miesz­ka­nie... — wy­ce­dził Se­we­ryn.

Chło­piec, stu­ka­jąc gwał­tow­nie ob­ca­sa­mi, znik­nął w ciem­ni przed­po­ko­ju.

Za chwi­lę sły­chać by­ło do­no­śny głos dzie­cię­cy:

— Ma­mo!... Ja­kiś o miesz­ka­nie!

— To po­każ! — ode­zwał się głos ko­bie­cy z głę­bi miesz­ka­nia wy­cho­dzą­cy.

Se­we­ryn wszedł do przed­po­ko­ju i za­mknął za so­bą drzwi wcho­do­we75.

Za­pach go­tu­ją­cej się bru­kwi i to­pio­ne­go ma­sła ude­rzył go na wstę­pie.

— Kuch­nia mu­si być bli­sko — wy­szep­tał z nie­za­do­wo­le­niem.

Lecz nie miał już cza­su od­da­wać się dłuż­szym uwa­gom nad roz­kła­dem miesz­ka­nia, bo drzwi pro­wa­dzą­ce do sa­lo­ni­ku otwo­rzy­ły się z im­pe­tem i w jed­nej smu­dze świa­tła uka­zał się chło­piec a po­trzą­sa­jąc ener­gicz­nie gło­wą, za­wo­łał:

— Pro­szę pa­na za mną. Mam­cia nie ubra­na, a tat­ki nie ma. Dzie­ci ma­ją lek­cje i nie ma ni­ko­go star­sze­go, tyl­ko ja je­den.

Mó­wiąc to, wy­dy­mał w dziw­ny spo­sób klat­kę pier­sio­wą i ude­rzał się po niej z za­do­wo­le­niem.

— Sa­lon! O! — wy­rzekł wy­cią­ga­jąc szy­ję — niech pan wej­dzie, choć pan za­bło­ci, nic nie szko­dzi, ju­tro bę­dą fro­te­ro­wać!

Se­we­ryn spoj­rzał do­ko­ła.

Dziw­nym mu się wy­da­wał ten „sa­lon” pe­łen szy­deł­ko­wych kap i ser­we­tek, któ­re wszę­dzie cze­pia­ły się jak rój noc­nych czep­ków miesz­czan­ki, opa­dłych na ciem­ną weł­nę me­bli, na je­sio­no­we sto­licz­ki, na trzci­nę eta­że­rek76, na pu­dło nędz­ne­go for­te­pia­nu. Przed ka­na­pą, na płasz­czyź­nie sto­łu po­kry­te­go siat­ko­wą sza­rą ser­we­tą, ster­cza­ła lam­pa, któ­rej pod­sta­wa to­nę­ła w pa­ta­raf­ce77 ze strzy­żo­nej włócz­ki i szkla­nych owo­ców.

Ma­ła, czwo­ro­gra­nia­sta cza­pecz­ka okry­wa­ła szkieł­ko.

Chło­piec stał te­raz na środ­ku po­ko­ju, roz­sta­wia­jąc no­gi. Ma­łe, sza­re oczy o sta­lo­wych bły­skach utkwił w twa­rzy Se­we­ry­na, któ­ry z pu­stych ścian sa­lo­ni­ku wzrok swój mi­mo wo­li prze­niósł na źre­ni­ce dziec­ka. I przez krót­ką chwi­lę te dwie pa­ry oczu o jed­na­ko­wym, ciem­nym a przej­mu­ją­cym, po­ły­sku to­nę­ły w so­bie, jak­by zle­wa­jąc swe sta­lo­we pro­mie­nie w jed­ną chłod­ną, sza­ra­wą smu­gę.

Wresz­cie Se­we­ryn ock­nął się pierw­szy.

— Czy jest jesz­cze co wię­cej? — za­py­tał.

— Jest, pro­szę pa­na, po­kój ma­my i ta­ty, dzie­cin­ny, ja­dal­ny, kuch­nia, pa­saż i scho­wan­ko — re­cy­to­wał ma­ły.

Przez uchy­lo­ne drzwi, pro­wa­dzą­ce do dal­szych po­ko­jów, wyj­rza­ła ma­ła dziew­czyn­ka.

Chło­piec przy­brał po­waż­ną mi­nę.

— Niech Ma­ryś idzie do kuch­ni, do Mag­da­le­ny — wy­rzekł mru­żąc oczy, a od­wró­ciw­szy się w stro­nę Se­we­ry­na, do­dał ze śmie­chem: — Mo­ja sio­strzycz­ka!

Ma­lut­ka scho­wa­ła się czym prę­dzej, nie omiesz­kaw­szy po­ka­zać nie­zna­jo­me­mu koń­ca ró­żo­we­go ję­zy­ka.

Chło­piec wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Pan da­ru­je, ale to jesz­cze ma­łe! — wy­rzekł otwie­ra­jąc drzwi na ro­ścież — pro­szę pa­na, ja­dal­nia!...

Se­we­ryn prze­stą­pił próg i sta­nął ko­ło ścia­ny, opie­ra­jąc się o nią ple­ca­mi.

Przed nim, na so­sno­wym, dość du­żym sto­le, okry­tym ce­ra­tą, sta­ły ta­le­rze z gru­be­go fa­jan­su o żół­ta­wych, gli­nia­stych cie­niach, gru­be szklan­ki zie­le­ni­ły się w od­stę­pach, ser­wet­ki sta­ran­nie wy­pro­sto­wa­ne i po­zwi­ja­ne wsu­nię­te by­ły w czar­ne, bla­sza­ne kół­ka.

Pod ścia­ną kre­dens, na wpół otwar­ty, z wy­su­nię­tym bla­tem, uka­zy­wał ubo­gie wnę­trze za­peł­nio­ne bla­sza­ny­mi pusz­ka­mi cu­kru, ka­wy i her­ba­ty. Wiel­ki bo­che­nek chle­ba, świe­żo na­po­czę­ty, roz­kła­dał wśród ma­sy okru­chów swe ciem­na­we wnę­trze, oko­lo­ne bru­nat­ną, spie­czo­ną skó­rą.

Pod oknem ma­szy­na do szy­cia, na wpół przy­kry­ta sztyw­ną mer­lą78 zszy­wa­nej spód­ni­cy, i krze­seł­ko wy­pla­ta­ne od­su­nię­te na śro­dek po­ko­ju. Do­ko­ła sto­łu kil­ka krze­seł wy­pla­ta­nych i dwa wy­so­kie fo­te­li­ki dzie­cin­ne z za­su­wa­ny­mi li­nij­ka­mi. Na jed­nym po­du­szecz­ka czer­wo­na per­ka­lo­wa i prze­wie­szo­ny przez po­ręcz śli­nia­czek szy­deł­ko­wy, na­wle­czo­ny czer­wo­ną ta­siem­ką. Wszyst­ko to jed­nym rzu­tem ob­jął Se­we­ryn. Ja­kieś dziw­ne przy­gnę­bie­nie ogar­nia­ło go wśród tych ścian pu­stych, przed tym ubo­gim sto­łem, po­śród tej du­szą­cej wo­ni ku­chen­nej i stu­ko­tu ta­sa­ka o stol­ni­cę, do­la­tu­ją­ce­go spo­za drzwi źle przy­mknię­tych.

Ca­ła nę­dza ro­dzin­ne­go ży­cia, smut­ne­go, peł­ne­go po­świę­ceń, pry­wa­cji79 i obo­wiąz­ków, zda­wa­ła się spły­wać tu z try­wial­no­ści trosk co­dzien­nych. Tyl­ko ró­żo­wa i uśmiech­nię­ta twa­rzycz­ka chłop­ca mia­ła w so­bie świe­żość ma­łe­go ego­isty, za­bie­ra­ją­ce­go w swe płu­ca naj­zdrow­sze cząst­ki po­wie­trza, a w usta naj­więk­szy kęs mię­sa i naj­więk­szy ka­wał chle­ba.

I znów oczy Se­we­ry­na spo­czy­wa­ły na drob­nej a do­brze roz­wi­nię­tej po­sta­ci dziec­ka, któ­re po­gwiz­du­jąc lek­ko, wy­szar­py­wa­ło z bo­chen­ka chle­ba ka­wa­łek ośrod­ka i ma­cza­jąc go w sol­nicz­ce, za­ja­da­ło ze sma­kiem.

Se­we­ryn przy­po­mniał so­bie, że dziec­kiem bę­dąc lu­bił na­mięt­nie chleb z so­lą i za­kra­dał się przed obia­dem do sa­li ja­dal­nej, aby wy­pro­sić u lo­ka­ja ka­wa­łek ośrod­ka.

Wspo­mnie­nie to spra­wi­ło mu pe­wien ro­dzaj przy­jem­no­ści.

Mi­mo wo­li uśmiech­nął się do chłop­ca uśmie­chem ko­le­żeń­skim, przy­jem­nym, po­ro­zu­mie­waw­czym.

Ma­lec nie zo­stał mu dłuż­nym.

Jak­by w zwier­cia­dle od­bił się na ró­ża­nych ustach dziec­ka uśmiech męż­czy­zny.

To sa­mo za­drga­nie ner­wo­we ką­ci­ków, to sa­mo zmarsz­cze­nie bro­dy.

— To do­bre przed obia­dem — beł­ko­tał chło­piec i ude­rzył się znów po klat­ce pier­sio­wej, sma­ru­jąc przód fla­ne­lo­wej bia­łej bluz­ki tłu­sty­mi rę­ka­mi.

Se­we­ryn stał cią­gle przy ścia­nie, ob­ser­wu­jąc dziec­ko. Pod­dał się bez­wol­nie po­cią­go­wi ku tej ma­łej, kę­dzie­rza­wej głów­ce, krę­cą­cej się przed nim w mgła­wym świe­tle dnia je­sien­ne­go. Chło­piec ten za­cie­ka­wiał go i śle­dzić wzro­kiem za so­bą ka­zał. Sza­re źre­ni­ce spod dłu­gich rzęs bły­ska­ły mu po­żą­dli­wie, gdy sku­bał ośro­dek chle­ba... tę­gi kark od­sła­niał się z sze­ro­ko roz­war­te­go koł­nie­rza blu­zy, kark o za­ry­sach wspa­nia­łe­go w przy­szło­ści sam­ca, pod­bi­ja­ją­ce­go ko­bie­ty si­łą spra­wia­nej roz­ko­szy.

Na kar­ku tym za­trzy­mał się dłu­żej wzrok Se­we­ry­na, zda­wa­ło mu się, że gdzieś już wi­dział po­dob­ny szmat cia­ła, tyl­ko więk­szy, grub­szy, po­ro­sły krót­ki­mi wło­sa­mi, ma­ja­czą­cy we mgle ze­sta­wio­nych umie­jęt­nie lu­ster... i osło­nię­ty dra­pe­rią bia­łej fla­ne­li.

— Te­raz po­ka­żę pa­nu dzie­cin­ny po­kój, póź­niej mam­ci i kuch­nię!

Z ło­sko­tem ma­lec szarp­nął drzwia­mi i przed oczy­ma Se­we­ry­na uka­zał się po­kój po­dłuż­ny, za­sta­wio­ny koł­der­ka­mi z pą­so­we­go wy­tar­te­go kasz­mi­ru. Du­ży stół, za­rzu­co­ny książ­ka­mi i za­baw­ka­mi, czer­nił się na środ­ku.

Ko­ło pie­ca su­szy­ło się prze­ście­ra­deł­ko, na zie­mi le­ża­ła na­ga lal­ka, z któ­rej sy­pa­ły się tro­ci­ny.

Ja­kieś go­rą­co wil­got­ne pa­no­wa­ło tu, wy­ziew mo­krej bie­li­zny i roz­la­nych na pod­ło­dze my­dlin.

Pod sto­łem sie­dzia­ła ma­lut­ka dziew­czyn­ka, wy­dzie­ra­ją­ca kart­ki z wiel­kiej książ­ki.

Pod oknem na ob­dar­tym skó­rza­nym ko­niu huś­tał się czte­ro­let­ni chłop­czyk, chu­dy, ane­micz­ny, wy­bla­dły.

Chło­piec opro­wa­dza­ją­cy Se­we­ry­na jak sza­lo­ny rzu­cił się ku dziec­ku ko­ły­szą­ce­mu się na ko­niu.

— Złaź! To mój koń! Złaź na­tych­miast!

I sil­ny, z pa­sją wy­ry­tą na drob­nej twa­rzycz­ce, strą­cał bra­ta, któ­ry z po­ko­rą dziw­ną zlazł z sio­dła, za­cze­pia­jąc się o po­wią­za­ne sznur­ka­mi strze­mio­na.

Chło­piec, ca­ły pur­pu­ro­wy, z krwią na­bie­głą do oczów, rzu­cił się te­raz pod stół i wy­rwał dziew­czyn­ce książ­kę.

— Ty, od­daj, to mo­je!

Książ­kę rzu­cił na łóż­ko, po czym, po­rwaw­szy za łeb ko­nia, wsu­nął go w kąt tuż przy łóż­ku, któ­re za­pew­ne by­ło je­go miej­scem spo­czyn­ku.

Dzie­ci, mil­czą­ce, przy­tu­li­ły się do sie­bie — nędz­ne, drob­ne, ma­łe, pod­da­jąc się bru­tal­nej prze­mo­cy, ja­ką wy­wie­rał nad ni­mi ten chło­pak, zda­ją­cy się rzą­dzić tu bez­po­dziel­nie, brać pod swe pa­no­wa­nie wszyst­ko, co by­ło jesz­cze do wzię­cia w tej nę­dzy urzęd­ni­czej, w tych ubo­gich sprzę­tach, po­wle­czo­nych ku­rzem try­wial­no­ści.

Se­we­ryn znów oparł się o ścia­nę i śle­dził wzro­kiem drob­ną po­stać chłop­ca, któ­ry z wy­sił­kiem pa­ko­wał ko­nia za łóż­ko.

I zda­wa­ło mu się, że dziec­ko to jest mu do­sko­na­le zna­jo­me, że wi­dy­wał je co­dzien­nie daw­niej i te­raz od­na­lazł na­gle wraz ze wszyst­ki­mi ru­cha­mi, to­na­cją gło­su, kar­na­cją skó­ry...

Wresz­cie — rzecz dziw­na, Se­we­ryn od­czu­wał, jak­by z je­go wnę­trza coś się ode­rwa­ło i po­ru­sza­ło te­raz w ma­łych a sil­nych człon­kach tej isto­ty, nur­to­wa­ło tę kę­dzie­rza­wą głów­kę, ob­ja­wia­ło się w su­chych, ury­wa­nych zda­niach, wy­rzu­co­nych z tej klat­ki dziw­nie wy­dę­tej pod cien­ką tka­ni­ną bia­łej fla­ne­li.

Na­gle — drzwi w prze­ciw­le­głej ścia­nie otwo­rzy­ły się na ro­ścież i sta­nę­ła w nich ko­bie­ta okry­ta ciem­nym fla­ne­lo­wym szla­fro­kiem, wi­szą­cym luź­no na wy­chu­dłym jej cie­le.

Sta­nąw­szy w ra­mie drzwi, któ­re po­za nią roz­war­ły się sze­ro­ko, uka­zu­jąc pro­fil łó­żek okry­tych brą­zo­wy­mi ka­pa­mi i prze­dzie­lo­nych ma­łą, ciem­ną szaf­ką, wy­cią­gnę­ła rę­kę ku ha­ła­su­ją­ce­mu dziec­ku.

— Ma­niek! — wy­rze­kła su­chym, bez­dź­więcz­nym gło­sem — nie ha­ła­suj, wiesz, że mnie gło­wa bo...

Resz­ta słów uwię­zła jej w gar­dle.

Do­strze­gła Se­we­ry­na i obie­ma rę­ka­mi schwy­ci­ła się za pier­si.

Po­bla­dła jak ścia­na i na chwi­lę oczy przy­mknąw­szy, opar­cia cia­łem szu­ka­ła.

On — po­znał ją tak­że, po­znał od ra­zu, jak­kol­wiek strasz­ną zmia­nę te lat sie­dem na­zna­czy­ły na jej twa­rzy.

Był to szkie­let An­ny — tej An­ny, któ­ra pod­nio­sła się wśród bla­sków bi­zan­tyj­skiej lam­py, mil­czą­ca i bla­da, i ode­szła z pło­dem cu­dzo­łoż­nym w ło­nie, nie wy­mó­wiw­szy ani sło­wa do swo­je­go wspól­ni­ka.

Te­raz sta­li przed so­bą, obo­je bla­dzi — ma­jąc po­mię­dzy swy­mi cia­ła­mi ca­łą prze­szłość piesz­czot, zmy­sło­wych po­ry­wów i chwi­lę roz­sta­nia gorz­ką i gwał­tow­ną, z po­cząt­kiem brze­mien­no­ści ko­bie­ty.

Wresz­cie — ona od­zy­ska­ła przy­tom­ność i pod­nio­sła gło­wę.

W wy­bla­kłych jej oczach, oto­czo­nych si­na­wy­mi cie­nia­mi, za­drga­ła ca­ła ga­ma nie­na­wi­ści głu­chej, ta­jo­nej wśród no­cy bez­sen­nych, na sza­fo­cie mał­żeń­skie­go ło­ża, wśród któ­rych — do krwi gry­ząc war­gi — ta­iła wy­zna­nie praw­dy, rwą­ce się na usta w po­ry­wie bez­den­nej roz­pa­czy i cie­le­sne­go obrzy­dze­nia.

Wszyst­ko to mi­gnę­ło w jej oczach i pa­dło na twarz Se­we­ry­na jak ude­rze­nie bi­czem cien­kim, wią­za­nym w sil­ne za­dzierz­gnię­te wę­zły.

— Cze­go? — za­py­ta­ła.

Męż­czy­zna mil­czał, nie mo­gąc zdo­być się na od­po­wiedź.

Ta ko­bie­ta wy­da­ła mu się w tej chwi­li strasz­ną, tra­gicz­ną, wiel­ką w swym gnie­wie.

— Cze­go? — za­py­ta­ła.

Czuł, że ode­zwać się mu­si.

— O... miesz­ka­nie — wy­ją­kał, po­cie­ra­jąc jed­ną łyd­kę o dru­gą.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się iro­nicz­nie.

— To miesz­ka­nie nie­od­po­wied­nie dla pa­na, wyjść pro­szę!...

Wy­cią­gnę­ła drżą­cą rę­kę w kie­run­ku drzwi.

Se­we­ryn stał jed­nak cią­gle, zmie­sza­ny, z oczy­ma spusz­czo­ny­mi w zie­mię.

— Wyjść pro­szę! — po­wtó­rzy­ła ko­bie­ta.

Lecz on po­wo­li, nie­śmia­ło wzrok swój od zie­mi ode­rwał i na chłop­ca sto­ją­ce­go ko­ło łó­żecz­ka prze­niósł.

— To... on? — za­py­tał ci­chym, le­d­wie do­sły­szal­nym gło­sem.

Na twarz ko­bie­ty wy­stą­pił ru­mie­niec.

— Wyjść pro­szę! — po­wtó­rzy­ła przy­ci­szo­nym gło­sem.

Se­we­ryn pa­trzał wprost już w twarz chłop­ca, któ­ry — od­stą­piw­szy od łóż­ka — zna­lazł się po­mię­dzy nim i mat­ką, a wsa­dziw­szy rę­ce w kie­sze­nie od kurt­ki, łyd­ki wy­giął, pierś na­przód po­dał i z uśmie­chem na Se­we­ry­na spo­glą­dał.

I był to on, on sam w zmniej­szo­nym for­ma­cie, on — ego­ista, on — sa­mo­lub, on — bru­tal­ny sa­miec ty­ra­ni­zu­ją­cy wszyst­ko! Ku­kuł­cze pi­sklę za­gar­nę­ło gniaz­do dla sie­bie, roz­pie­ra­jąc się w nim z zu­chwa­ło­ścią bę­kar­ta...

W oczach ko­bie­ty szkli­ły się łzy, gło­wę opar­ła o ra­mę drzwi i po­nu­ro pa­trzy­ła przed sie­bie.

Se­we­ryn ma­chi­nal­nie rę­kę ku dziec­ku wy­cią­gnął.

Się­gnął jak po swo­ją wła­sność, za­po­mi­na­jąc, że w nik­czem­nym ego­izmie swo­im stra­cił pra­wo do isto­ty spło­dzo­nej przez sie­bie i pod­rzu­co­nej nie­zna­ne­mu czło­wie­ko­wi.

Lecz An­na na­gle jak hie­na po­rwa­ła się ode drzwi i schwy­ciw­szy dziec­ko jed­ną rę­ką, dru­gą, chu­dą i drżą­cą, wy­cią­gnę­ła z wspa­nia­łym ge­stem sil­nej w swym pra­wie ko­bie­ty.

Spo­za za­ci­śnię­tych zę­bów wy­bie­gło jed­no je­dy­ne sło­wo:

— Precz!...

I sło­wo to by­ło tak sil­ne, tak tęt­nią­ce obiet­ni­cą nie­cof­nię­cia się przed ni­czym, iż Se­we­ryn po raz pierw­szy w ży­ciu ustą­pił nędz­nie przed wzro­kiem ko­bie­ty, kur­cząc się i co­fa­jąc ku wyj­ściu jak znik­czem­nia­łe, wy­pę­dzo­ne z cu­dze­go le­go­wi­ska zwie­rzę...


Le­wek

Ma­łe to by­ło, brzyd­kie, krę­pe, na krzy­wych no­gach osa­dzo­ne, z gło­wą ku­dła­tą i z bez­czel­nym spoj­rze­niem w zie­lo­na­wych, świ­dro­wa­tych oczach, któ­rych usi­ło­wa­niem naj­go­ręt­szym by­ło rzu­cać pie­kiel­ne, pod­bój­cze bły­ski.

„De­mo­nicz­ny je­stem”, ma­wiał pu­ka­jąc się w wy­pu­kłe pier­si okry­te wy­kroch­ma­lo­ną ko­szu­lą, „de­mo­nicz­na be­stia jak chy­ba nikt na świe­cie”. I pa­ko­wał gał­kę od la­ski w sze­ro­kie usta, któ­re ob­li­zy­wał cią­gle gru­bym, si­na­wym ję­zy­kiem. No­gi obu­te w płyt­kie la­kie­ro­wa­ne pan­to­fle wy­cią­gał przed sie­bie, ohyd­ny, try­wial­ny, śmiesz­ny pod ja­snym bla­skiem po­ran­ne­go słoń­ca, fil­tru­ją­ce­go zło­ta­we świa­tło przez li­ście kasz­ta­nów nad ław­ka­mi się zwie­sza­ją­cych.

Spo­glą­dał na prze­cho­dzą­ce ko­bie­ty z lek­ce­wa­że­niem po­zor­nym, a z uta­jo­ną lu­bież­no­ścią. Ki­wa­niem no­gi, wy­dę­ciem ust zda­wał się mó­wić jak suł­tan roz­par­ty na so­fie w ha­re­mie:

„No! Któ­raż tam!... Pan cze­ka!...”

Lecz w my­śli po­wta­rzał so­bie:

„Ach!... że­by też któ­ra!...”

Lecz ko­bie­ty omi­ja­ły go szyb­ko, nie zwra­ca­jąc nań naj­mniej­szej uwa­gi. Cza­sem za­sła­nia­ły się pa­ra­sol­ka­mi, aby unik­nąć je­go na­tręt­ne­go i bez­czel­ne­go spoj­rze­nia, któ­re on uwa­żał za szczyt de­mo­nicz­no­ści. Czę­sto — gdy znie­cier­pli­wio­ny, roz­draż­nio­ny, wsta­wał z ław­ki i z aro­gan­cją za­glą­dał pod ron­da ka­pe­lu­szy mę­ża­tek pil­nu­ją­cych dzie­ci lub na­stę­po­wał na pię­ty dziew­cząt, uśmie­cha­ją­cych się w pro­mie­niach sło­necz­nych — ta i owa mruk­nę­ła przez za­ci­śnię­te zę­by:

— Bła­zen!

On wte­dy za­ci­skał zę­by z wście­kło­ścią, przy­bie­ra­jąc po­zor­nie roz­pro­mie­nio­ny wy­raz twa­rzy. Sie­dzą­cy bo­wiem na ła­wie przy­ja­cie­le śle­dzi­li go z uwiel­bie­niem, pa­trząc, jak „za­cho­dzi”, i jak ko­bie­ty rzu­ca­ją mu w prze­lo­cie ja­kieś sło­wa, któ­re on, szczę­śli­wiec! z uśmie­chem nie­dba­łym przyj­mu­je. Gdy po­wra­cał do ław­ki, ko­ły­sząc się na swych krót­kich, ka­czych no­gach, go­ło­wą­sy mło­dzie­nia­szek w świat pod­bo­jów wcho­dzą­cy, za­py­ty­wał:

— I cóż? I cóż? Co one po­wie­dzia­ły?...

Ire­ne­usz wy­dy­mał dol­ną war­gę:

— Ha! Le­cą na mnie!

Po ław­ce roz­cho­dził się szmer uwiel­bie­nia.

Wia­do­mo bo­wiem, że Ire­ne­usz na­le­ży do tych wy­brań­ców, któ­rzy ma­ją szczę­ście u ko­biet! Już w czwar­tej kla­sie miał ta­ką re­pu­ta­cję, gdy za brą­zo­wy­mi spód­nicz­ka­mi pen­sjo­na­rek go­nił, spo­co­ny, czer­wo­ny, kro­pla­mi po­tu na krót­kiej, nie­kształt­nej szyi okry­ty.

Pen­sjo­nar­ki plu­ły, zło­ści­ły się, ob­rzu­ca­ły go roz­ma­ity­mi epi­te­ta­mi, on to wszyst­ko ze sto­icy­zmem zno­sił — wie­dząc, że w oczach ko­le­gów ro­śnie na zja­da­cza serc pa­nień­skich, na don­żu­ana, na ko­bie­cia­rza! Pod­trzy­mu­jąc re­pu­ta­cję swo­ją pra­co­wał i na­dal w tym kie­run­ku, za­mie­niw­szy tyl­ko te­ren swych ma­new­rów, wiecz­nie w po­go­ni za ko­bie­tą, za­wsze głod­ny, a uda­ją­cy prze­sy­co­ne­go, drżą­cy na sze­lest kroch­ma­lo­nej spód­ni­cy po­ko­jów­ki, a zie­wa­ją­cy na wi­dok ko­ro­nek wy­ła­nia­ją­cych się spod suk­ni szy­kow­nej stroj­ni­si.

Szla­chec­two obo­wią­zu­je!

Re­pu­ta­cja Ir­ka by­ła usta­lo­na.

De­mo­nicz­ny i szczę­śli­wy do ko­biet!...

Tyl­ko ty­le.

God­ność tę trze­ba by­ło dźwi­gać na swej kwa­dra­to­wej gło­wie pod gro­zą śmiesz­no­ści i od­stą­pie­nia pod­bój­cze­go ber­ła ko­mu in­ne­mu.

Te­go Irek był­by nie prze­żył.

Cho­wał więc „bła­zna” do kie­sze­ni i mó­wił, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa:

— Le­cą na mnie!

Le­cą! Och!

Aku­szer­ka, od­bie­ra­jąc Ir­ka, za­opi­nio­wa­ła w dwie mi­nu­ty po uro­dze­niu się te­go roz­kosz­ne­go dzi­wo­two­ru w na­stę­pu­ją­cych wy­ra­zach:

— Chłop­taś szel­ma, ślicz­ny jak lal­ka, do ma­my po­dob­ny jak dwie kro­ple wo­dy. Bę­dzie miał szczę­ście do ko­biet!

Oj­ciec — su­chy, bied­ny, za­wię­dły urzęd­nik — sto­ją­cy pod pie­cem z pie­lusz­ka­mi w rę­ku, uśmiech­nął się bla­do.

— Jak Bo­ga szcze­rze ko­cham — przy­świad­czy­ła aku­szer­ka, wo­dę na ką­piel szy­ku­jąc — bę­dą za nim hra­bi­ny la­ta­ły, już ja się znam na tym.

Sło­wa pa­ni Ma­lin­kie­wicz, po­wta­rza­ne czę­sto w obec­no­ści już pod­ra­sta­ją­ce­go Ir­ka, głę­bo­kie nań wy­war­ły wra­że­nie.

— Po­wie­dzia­ła! O! Po­wie­dzia­ła!... Mu­sia­ła coś prze­cież wie­dzieć, z pal­ca so­bie te­go nie wy­ssa­ła.

Uczył się, ale za to był bez­u­stan­nie w fał­dach ko­bie­cych spód­nic, wcze­śnie roz­na­mięt­nio­ny i ofia­ro­wu­ją­cy się z mi­ną znu­dzo­nej przy­mu­so­wym dzie­wic­twem ko­bie­ty. Od­py­cha­no go jed­nak, tak był wstręt­ny, z oczy­ma zie­lo­na­wy­mi, po­wle­czo­ny­mi mgłą na­mięt­no­ści, z usta­mi wpó­ło­twar­ty­mi, o za­śli­ma­czo­nych ką­ci­kach. Przez grzecz­ność, w obec­no­ści ro­dzi­ców, dziew­czę­ta zno­si­ły go po­mię­dzy so­bą, uni­ka­jąc do­tknię­cia je­go rąk zim­nych i wiecz­nie spo­co­nych. On — po­ły­kał upo­ko­rze­nia, zno­sił przy­cin­ki, znaj­du­jąc dziw­ną roz­kosz w sło­wach ob­cych, wi­dzą­cych go w gro­nie dziew­cząt.

— Irek ma szczę­ście do ko­biet! Pa­trz­cie!... Za­wsze jest po­mię­dzy ni­mi!...

Gdy pod­rósł, za­czął się za­sta­na­wiać, czym wła­ści­wie moż­na pod­bi­jać ko­bie­ty.

Czy­tał wie­le, za­trzy­mu­jąc się za­wsze nad opi­sa­mi bo­ha­te­rów, któ­rzy — szcze­gól­nie ob­da­rze­ni od na­tu­ry — uwo­dzi­li po sześć ko­biet dzien­nie, po­rzu­ca­jąc je póź­niej na pa­stwę tę­sk­no­ty i roz­pa­czy.

Bo­ha­te­ro­wie ci mie­li prze­waż­nie „czo­ło wy­nio­słe, oto­czo­ne kru­czy­mi kę­dzio­ra­mi, twa­rze po­cią­głe, bla­de, noz­drza na­mięt­ne, roz­dę­te”. Je­den z bo­ha­te­rów Bal­za­ka, uwo­dzi­ciel urzę­do­wy, miał war­gę dol­ną lek­ko ob­wi­słą, „świad­czą­cą o zmy­sło­wo­ści”...

Za­czę­ły się więc tor­tu­ry cia­ła Ir­ko­we­go.

Wło­sy sma­ży­ły się i pie­kły na że­laz­ku od rur­ko­wa­nia spód­nic, nie­ru­cho­me i mię­si­ste noz­drza, roz­cią­ga­ne pal­ca­mi, na­bra­ły pew­nych ru­chów przy wcią­ga­niu po­wie­trza, war­ga zaś dol­na — ta nie­szczę­sna war­ga — mia­ła rze­czy­wi­ście po­zo­ry zmy­sło­wo­ści „sza­lo­nej”.

— Irek, co ro­bisz z usta­mi? — wo­ła­ła mat­ka, ci­cha, po­tul­na ko­bie­ci­na, nie mo­gą­ca po­jąć, jak za­szczyt­ne sta­no­wi­sko za­jąć ma jej syn w spo­łe­czeń­stwie.

Pro­jekt na „lwa” — tym­cza­sem war­gę cią­gnął i noz­drza­mi ru­szał, two­rząc so­bie w ten spo­sób ma­skę pod­bój­czą, nie­zwal­czo­ną...

Wzró­sł­szy w la­ta i w cia­ło, krę­py i na­bi­ty, roz­sa­dza­ją­cy peł­no­ścią kształ­tów ja­sne gar­ni­tu­ry, apli­ko­wał u jed­ne­go z ad­wo­ka­tów, za­peł­nia­jąc cia­sną kan­ce­la­rię try­wial­ną, ostrą wo­nią chy­pru. Lo­ko­wał się przy drzwiach sa­lo­nu, aby za każ­dym ich otwar­ciem rzu­cić w głę­bię prze­ni­kli­we spoj­rze­nie, sa­mą ad­wo­ka­to­wą ma­ją­ce na wzglę­dzie.

Pa­ni ta jed­nak, jak­kol­wiek w nie­bez­piecz­ną trzy­dziest­kę wkro­czy­ła i mia­ła lek­ki pu­szek na wierzch­niej war­dze, po­sia­da­ła tyl­ko jed­ną na­mięt­ność, to jest... rur­ki cze­ko­la­do­we na­peł­nio­ne kre­mem. Po­chła­nia­ła ich ilość ob­fi­tą, zmy­sło­we roz­ko­sze na bok od­kła­da­jąc, na­mięt­ne prze­to drże­nie noz­drzy Ir­ka zo­sta­wia­ło ją zim­ną, na­wet nie zdzi­wio­ną w jej ła­ko­mym, kre­mo­wym roz­le­ni­wie­niu.

De­mo­nicz­ny na­to­miast mło­dzian, ob­ser­wo­wa­ny, po­py­cha­ny przez ko­le­gów, wi­dząc, iż nic nie zy­ska, przy­brał... mi­nę zwy­cięz­cy i czę­sto w pu­stą głę­bię sa­lo­nu rzu­cał po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia i uśmie­chy, ku wiel­kiej ra­do­ści ca­łej de­pen­denc­kiej rze­szy.

— Wzię­ła się! Wzię­ła! — szep­ta­li do sie­bie, gło­wy z pli­ku pa­pie­rów wy­ściu­bia­jąc.

Irek brwi marsz­czył i rę­kę pa­te­tycz­nie wy­cią­gał.

— Pro­szę was — mó­wił — za­prze­stań­cie tych żar­tów. Po­dob­ny­mi po­dej­rze­nia­mi ob­ra­ża­cie mnie i ko­bie­tę, któ­ra ob­da­rza mnie ser­cem za­ufa­nym!

— ...I któ­rej ho­nor jest mi dro­gim!

By­ło w tym gło­sie to „coś”, któ­re drga za­wsze w gło­sie męż­czy­zny, ile ra­zy za­pie­ra się mi­ło­stek z ja­kąś ko­bie­tą. Mó­wi „nie”, a sły­szy się naj­wy­raź­niej „tak”!

Wresz­cie na­stę­po­wał te­raz bu­kiet, wień­czą­cy zwy­kłe po­dob­ne­go ro­dza­ju roz­mo­wy.

— Da­ję wam na to... sło­wo ho­no­ru!

Wszyst­ko tam by­ło — i ho­nor (och, ten nie­szczę­sny), i rę­ka na ka­mi­zel­ce po­ło­żo­na, i przy­mru­ża­nie oczów, sło­wem — ca­ła li­ra.

Mi­mo to, a wła­ści­wie mó­wiąc, dla­te­go — de­pen­den­ci mó­wi­li w kil­ka dni póź­niej w gro­nie swych za­ufa­nych przy­ja­ciół:

— Irek po­le­ciał te­raz na gran­dę, mę­żat­ka, szyk ko­bie­ta! Nie — on ma dziw­ne szczę­ście do ko­biet!...

A za­py­ty­wa­ni przez ro­dzi­nę o pa­nią ad­wo­ka­to­wą, od­po­wia­da­li:

— Phi!... Ko­bie­ta nie­szcze­gól­ne­go pro­wa­dze­nia się! Po­dob­no Irek... i to nie sam!... nie on je­den!

Ad­wo­ka­to­wa tym­cza­sem, kre­mem ca­ła ubie­lo­na, ani przy­pusz­cza­ła, jak czer­nie­je jej do­bre imię, ja­ka smut­na przy­szłość go­tu­je się dla jej có­rek, któ­rych mat­ka nie­dłu­go w opi­nii ca­łe­go mia­sta zo­sta­nie „ta­ką, co przez ca­łą kan­ce­la­rię mę­ża prze­szła!”

Po­wo­li — Irek roz­zu­chwa­lił się co­raz wię­cej.

Tu i ów­dzie ja­kaś po­ko­jów­ka ro­zuz­da­na, skle­pi­kar­ka lub dys­try­bu­tor­ka spra­gnio­na mi­ło­snych wra­żeń zsu­wa­ła mu się w ob­ję­cia.

On — wy­gło­dzo­ny, mi­łost­ki skwa­pli­wie przyj­mo­wał, de­ko­ru­jąc je póź­niej w wy­twor­ne bar­wy w opo­wia­da­niach swych wśród kil­ku przy­ja­ciół. Fra­nu­sia z dru­gie­go pię­tra, cuch­ną­ca my­dli­na­mi, by­ła w tych opo­wia­da­niach pan­ną „z bar­dzo przy­zwo­itej ro­dzi­ny”, od­wie­dza­ją­cą go o sza­rej go­dzi­nie z pan­ną słu­żą­cą. Bie­dac­two! Przy­by­wa­ło za­wsze spło­nio­ne i drżą­ce. Na­rzu­ci­ło mu się pra­wie sa­mo, a te­raz on — z li­to­ści nad bied­ną, sto­su­nek ten prze­cią­gał, któ­ry — na­wia­sem mó­wiąc — nu­żył go nie­wy­po­wie­dzia­nie. Czuł bo­wiem, do cze­go to zmie­rza, pan­na chce ko­niecz­nie do­pro­wa­dzić go do oł­ta­rza, lecz on, Ir­cio, by­naj­mniej te­go nie pra­gnie!

Tym bar­dziej, że... nie­daw­no za­plą­tał się jesz­cze w zna­jo­mość z pew­ną wdo­wą, ma­jęt­ną, po­sia­da­ją­cą han­del na jed­nej z pryn­cy­pial­nych ulic, o!... wie­cie! Sklep wspa­nia­ły, ju­bi­ler­ski, pe­łen bry­lan­tów, tur­ku­sów, ru­bi­nów.

On — uległ tak­że te­mu ka­pry­so­wi, po­cią­gnię­ty wiel­ką pięk­no­ścią wdo­wy, lecz te­raz rad by się wy­wi­nąć uczci­wie, jak na przy­zwo­ite­go czło­wie­ka przy­stoi.

Wdo­wą tą tym­cza­sem by­ła dys­try­bu­tor­ka, roz­la­na w czter­dzie­st­ce, któ­rą prze­kro­czy­ła, żół­ta i nędz­na, ze skrom­nym kon­tu­arem80 ubo­gie­go skle­pi­ku na jed­nej z naj­bar­dziej od­da­lo­nych ulic mia­sta.

Przy­ja­cie­le Ir­ka ci­snę­li się te­raz do nie­go, peł­ni tej dziw­nej ła­two­wier­no­ści, ja­ką ma­ją męż­czyź­ni wo­bec mi­ło­snych blag pa­ten­to­wa­ne­go przez nich sa­mych bez­czel­ni­ka.

— Irek!... Irek!... Po­wiedz, jak się na­zy­wa?

Irek ły­żecz­ką ka­wę mie­szał z ta­jem­ni­czą mi­ną.

— Nie wy­ma­gaj­cie! Ho­nor ko­bie­ty!...

Lecz oni na­cie­ra­li, peł­ni nie­zdro­wej cie­ka­wo­ści sta­rych plot­ka­rek.

— Czy zna­my ją? Po­wiedz?

Irek ra­mio­na­mi ru­szał.

— Mo­że... — rzu­cał z nie­chce­nia.

— Pa­ni Strze­lec­ka?

— A... cóż zno­wu!

— Pa­ni Jack­sohn?

— Ależ...

Uśmie­chał się dwu­znacz­nie, ocza­mi de­mo­nicz­nie bły­ska­jąc.

— Ależ tak, ona, ona, nikt in­ny!

Lecz on po­ry­wał się na­gle, god­no­ści pe­łen:

— Pro­szę, za­prze­stań­cie tych do­my­słów. Gdy­by na­wet tak by­ło... ho­nor mil­czeć mi na­ka­zu­je!

I na­gle wdo­wa po ju­bi­le­rze zo­sta­wa­ła ko­bie­tą „kom­pro­mi­tu­ją­cą się z ja­kimś de­pen­den­tem” — isto­tą zgu­bio­ną, nie umie­ją­cą na­wet sza­no­wać po­zo­rów... Ta i owa, w chwi­li obu­rze­nia, wró­ciw­szy z „Pod Ra­kiem”, gdzie gry­wa roz­stro­jo­na or­kie­stra, a ga­bi­ne­ty zbu­do­wa­ne są z dziu­ra­wych de­sek, mó­wi­ła:

— Wszyst­ko prze­cież moż­na... ale za­cho­wać trze­ba po­zo­ry!...

Ko­ło ko­bie­ty ro­bi­ła się pust­ka, któ­rej ona wy­tłu­ma­czyć so­bie nie umia­ła i nie mo­gła, a le­wek Irek po­wta­rzał tym­cza­sem:

— Gdy­by na­wet tak by­ło, ho­nor mi mil­czeć na­ka­zu­je!

Och!... Ten ho­nor męż­czyzn, lwów, bro­nią­cych czci ko­bie­ty, któ­rą sa­mi zszar­ga­li, ten ho­nor dzwo­nią­cy jak fał­szy­wa mo­ne­ta — „qu’al­la­it — il fa­ire donc, dans cet­te ga­lère?81

Po­wo­li Irek roz­zu­chwa­lał się jesz­cze wię­cej.

Trze­ba by­ło sły­szeć tę po­two­rę, mó­wią­cą o ko­bie­tach w ogó­le, zwłasz­cza gdy wy­pił fi­li­żan­kę czar­nej ka­wy z fi­go­wą cy­ko­rią pod we­ran­dą dys­tyn­go­wa­nej cu­kier­ni.

Ko­bie­ty!... hm... wie­dział on do­brze, co zna­czy to sło­wo! Trzy­sta czter­dzie­ści sie­dem ra­zy grał ko­me­dię mi­ło­ści... tak!... tak!... trzy­sta czter­dzie­ści sie­dem! Ani mniej, ani wię­cej! Zna więc do grun­tu te isto­ty, któ­re bez wiel­kich wy­sił­ków przy­kuć do sie­bie na za­wsze moż­na. Go­rą­cy po­ca­łu­nek, w ucho na przy­kład, zu­peł­nie wy­star­cza! On to pró­bo­wał nie­raz i żad­na mu się nie opar­ła! A ileż ich przez rę­ce mu się prze­wi­nę­ło! Blon­dyn­ki, bru­net­ki, ru­de, ba!... na­wet jed­na si­wa, lecz mło­da i pięk­na! Wy­bie­rał za­wsze bo­wiem pięk­ne i do­brze zbu­do­wa­ne... wszak ty­le jest te­go na świe­cie!... mój Bo­że — rę­ką tyl­ko się­gnąć... już jest, i to nie by­le co, szyk, ele­gan­cja, in­te­li­gen­cja! Wszyst­ko!

Cóż? Ko­bie­ta? — Isto­ta sła­ba, bez wo­li, lgną­ca do tro­chę przy­stoj­niej­sze­go męż­czy­zny na oślep. Tak zwa­nych „uczci­wych” — phi!... to oka­zy do wy­pcha­nia, nie ma ich po pro­stu, Irek ta­kich nie znał, wresz­cie... on za ni­ko­go, za żad­ną by nie rę­czył!

Pod­kre­ślił te sło­wa, przy­bi­ja­jąc tym słu­cha­czy. A wresz­cie, gdy­by oni by­li na je­go miej­scu i prze­szli to, co on prze­szedł, wi­dzie­li ko­bie­ty na po­zór za­cne, świę­te, nie­ska­la­ne... sza­le­ją­ce w chwi­li eks­ta­zy mi­ło­snej w je­go ob­ję­ciach jak kur­ty­za­ny! — tak! tak, jak pro­ste kur­ty­za­ny!

Od pew­ne­go cza­su upodo­bał so­bie wy­raz „kur­ty­za­na” i sza­stał nim na pra­wo i le­wo, wsłu­chu­jąc się w dźwięk te­go te­atral­ne­go sło­wa.

— Zresz­tą — cią­gnął da­lej, pa­znok­cie so­bie oglą­da­jąc — ży­cie trze­ba brać, jak jest! Ko­bie­ta jest przy­jem­nym na­rzę­dziem roz­ko­szy i mi­łą roz­ryw­ką. Tyl­ko...

Tu skła­dał rę­ce jak do mo­dli­twy.

— Na Bo­ga, pa­no­wie, nie żą­daj­cie nie­moż­li­we­go! Nie chciej­cie wi­dzieć w ko­bie­cie isto­ty na wie­ki do was przy­ku­tej, bo w ten spo­sób ży­cie bę­dzie dla was mę­czar­nią. W mło­do­ści mej... wie­dzia­łem coś o tym!

Po­zo­wał się, me­lan­cho­lij­nie gło­wę na dło­ni wspie­ra­jąc.

— Tak!... tak!... — koń­czył ci­chym, przy­tłu­mio­nym gło­sem. — Po­cząt­ko­wo bra­łem ko­me­dię mi­ło­ści na se­rio. To mnie za­bi­ja­ło. Dziś nie ko­cham! Po­zwa­lam się ko­chać... i czu­ję się o wie­le szczę­śliw­szym.

Uśmie­chał się, usta ob­li­zu­jąc — w ką­ci­kach mu ka­wa po­mie­sza­na z śli­ną czer­nia­ła.

— Te­raz już trzy­sta czter­dzie­ste ósme przed­sta­wie­nie nie kosz­tu­je mnie nic i bez naj­mniej­sze­go wzru­sze­nia o schadz­ce wie­czor­nej my­ślę. Ot, spę­dzić wie­czór z ko­bie­tą jest dla mnie to sa­mo, co... fi­li­żan­kę ka­wy wy­pić.

Pe­łen de­zyn­wol­tu­ry82, wspa­nia­ły, nad­zwy­czaj­ny, są­czył resz­tę fu­sów osia­dłych na dnie fi­li­żan­ki. Słu­cha­no go z re­li­gij­nym sku­pie­niem.

Swa­dę miał i wi­docz­ną grun­tow­ną zna­jo­mość przed­mio­tu.

Cza­sem miał od­po­wie­dzi, któ­re po pro­stu hi­sto­rycz­ny­mi się sta­ły, ry­wa­li­zu­jąc ze sło­wem Cam­bron­ne’owi83 przy­pi­sy­wa­nym.

Przy­kład:

Je­den z mło­dzie­ży, wkra­cza­ją­cy do­pie­ro w dzie­dzi­nę ga­lan­te­rii, za­uwa­żył nie­śmia­ło, że po­mię­dzy „szwacz­ka­mi” wie­le się znaj­du­je do­wo­dów szcze­re­go przy­wią­za­nia i mi­ło­ści.

Dys­ku­to­wa­no tro­chę, ten i ów opo­zy­cję za­kła­dał, wresz­cie zwró­co­no się do Ir­ka, któ­ry osten­ta­cyj­nie ja­kiś list, na ró­żo­wym pa­pie­rze na­ba­zgra­ny, czy­tał:

— Jak pan są­dzisz?... Szwacz­ki? Co?

Irek oczy zmru­żył.

— Szwacz­ki — od­po­wie­dział po chwi­li z nie­zrów­na­nym roz­tar­gnie­niem — szwacz­ki?... je n’en sa­is rien84!... nie znam!...

Od pew­ne­go cza­su uży­wał fran­cusz­czy­zny, ucząc się zdań po­je­dyn­czych i roz­mó­wek pa­ni Bo­cqu­el.

— Nie znasz pan szwa­czek? — py­ta­no ze zdzi­wie­niem. On de­mo­nicz­ny wzrok wko­ło ci­skał:

— A od cze­góż... da­my? — za­py­tał.

Ra­zem z la­ta­mi wzro­sła w tym męż­czyź­nie dziw­na za­cie­kłość uda­wa­nia ko­chan­ka każ­dej choć tro­chę wy­bit­niej­szej lub bar­dziej zna­nej ko­bie­ty.

Zwró­cił się przede wszyst­kim do te­atru.

Po­znał ja­kąś nę­dzar­kę, chó­rzyst­kę, obar­czo­ną kil­kor­giem dzie­ci, za­glą­dał czę­sto do jej bied­ne­go miesz­ka­nia i te­raz na­gle za­czął pa­stwić się nad ak­tor­ka­mi. Od owej chó­rzyst­ki wy­cią­gał nie­któ­re szcze­gó­ły co do ar­ty­stek sto­ją­cych na sta­no­wi­sku, i szar­gał je w bło­cie roz­pu­sty, ob­ma­wia­jąc w naj­cy­nicz­niej­szy spo­sób.

Pi­sy­wa­ły do nie­go! O! Tak! Na­wet bar­dzo czę­sto, cier­piąc po pro­stu na ma­nię li­stów! Lecz on, jak­kol­wiek chwi­la­mi znaj­do­wał pew­ne upodo­ba­nie w to­wa­rzy­stwie „tych pań”, umiał po­sta­wić się na od­po­wied­niej sto­pie. Mój Bo­że!... wia­do­mo bo­wiem, jak prze­wrot­ną jest ko­bie­ta, a cóż do­pie­ro ak­tor­ka! Tej ostat­niej głów­nie cho­dzi o świe­ci­deł­ka, bły­skot­ki. Rzu­ca się więc jej ten okup i flir­tu­je we­so­ło w jej bu­du­arze85. Co jesz­cze ma­ją naj­lep­sze­go w so­bie ak­tor­ki — to umie­jęt­ność urzą­dza­nia bu­du­arów.

I dys­kret­nie da­wał roz­ma­ite szcze­gó­ły.

U tej na przy­kład bu­du­ar, ca­ły ró­żo­wy, ma na szez­lon­gu rzu­co­ną bia­łą niedź­wie­dzią skó­rę, u tam­tej bu­du­ar w kształ­cie orien­tal­ne­go na­mio­tu, u in­nej zno­wu lu­stra i lu­stra.

Jesz­cze in­na nie mia­ła bu­du­aru, przyj­mo­wa­ła zwy­kle w sa­lo­ni­ku, w któ­rym by­ła za­cisz­na al­ko­wa, wy­bi­ta li­lio­wą dra­pe­rią. Ak­tor­ka mia­ła ja­sno­zło­ci­ste wło­sy, zwy­kle roz­pusz­czo­ne, i wiel­kie ko­ron­ko­we rę­ka­wy, któ­ry­mi za­mia­ta­ła zie­mię.

Na­wet na nim, na Ir­ku, ro­bi­ło to pe­wien efekt, dla­te­go prze­sia­dy­wał tam czę­sto, po­wta­rza­jąc z „tą pa­nią” — jej ro­le.

Ależ tak — tyl­ko ro­le, a wresz­cie...

Tu — był już dys­kret­nym.

Do­bra wia­ra, któ­rą za­szczy­co­no go od lat kil­ku, wy­ro­bi­ła w nim bez­czel­ność po­su­nię­tą do nie­moż­li­wych gra­nic.

Opi­nia ak­to­rek, szar­pa­na zwy­kle przez wszyst­kich, dla te­go lwa by­ła praw­dzi­wym ką­skiem kró­lew­skim, na któ­ry rzu­cał się z ca­łą za­ja­dło­ścią.

Ak­tor­ki!... fiu!... wszyst­ko kur­ty­za­ny!...

Rzecz ce­ny — nic wię­cej!

Ra­mio­na­mi wzru­szał, usta wy­dy­mał, pe­łen szla­chet­nej po­gar­dy dla istot uj­rza­nych za­le­d­wie z da­le­ka, wśród bla­sku ga­zu, w sze­le­ście je­dwab­nych spód­nic i ca­łej fa­li ko­ro­nek.

Ser­ce bi­ło mu gwał­tow­nie, gdy uj­rzał któ­rą prze­cho­dzą­cą uli­cą.

Je­śli nie był sam, po­cią­gał gwał­tow­nie swe­go to­wa­rzy­sza i prze­cho­dził na dru­gą stro­nę uli­cy.

— Dla­cze­go to ro­bisz? — py­tał to­wa­rzysz — patrz, idzie Mo­rel­ka, przy­wi­tasz się z nią... mo­że mnie przed­sta­wisz?

— Dziw­ny je­steś — od­po­wia­dał — nie wiesz, że od daw­na nie znam tej pa­ni?

Lub za­pusz­czał się da­lej w efron­te­rię86 mó­wiąc ju­nac­ko:

— Wi­tać się z nią? Cóż zno­wu, prze­cież ja nie mo­gę się tak skom­pro­mi­to­wać!

Prze­cho­dził szyb­ko, gło­wę do gó­ry nio­sąc, z usta­mi wy­dę­ty­mi po­gar­dli­wie, iro­nicz­nie, po­gwiz­du­jąc ja­kąś ury­wa­ną me­lo­dię.

Ak­tor­ka tym­cza­sem szła po­wo­li, nie przy­pusz­cza­jąc, że po dru­giej stro­nie chod­ni­ka szedł czło­wiek rzu­ca­ją­cy na nią bło­tem, da­ją­cy jej mia­no „kur­ty­za­ny” i mó­wią­cy z po­gar­dą:

— Ta pa­ni — to rzecz... ce­ny.

Nie­zrów­na­ną miał fan­ta­zję ten kre­owa­ny przez aku­szer­kę po­że­racz serc ko­bie­cych. Wy­jeż­dżał raz do Wied­nia i za­wa­dził o We­ne­cję. By­ło to już po śmier­ci mat­ki i tro­chę klej­no­tów przez nią po­zo­sta­wio­nych prze­szło w rę­ce Ży­dów dla opła­ce­nia kosz­tow­nej dla Ir­ka w świat wy­ciecz­ki:

Lecz za to z po­wro­tem ileż le­gend opro­mie­ni­ło de­mo­nicz­ną po­stać lew­ka!...

Wie­den­ki — hm... cóż! Wie­den­ki — na­mięt­ne, roz­ma­rzo­ne, wy­sia­du­ją­ce na ław­kach Stadt­par­ku pod­czas księ­ży­co­wych no­cy.

Sen­ty­men­ta­lizm strasz­ny... sa­mo­bój­stwo w per­spek­ty­wie! Za­pew­ne — sen­sa­cje no­we i dość mi­łe, lecz dla czło­wie­ka, któ­ry trzy­sta czter­dzie­ści sie­dem ra­zy grał ko­me­dię mi­ło­ści — za­nad­to wstrzą­sa­ją­ce.

Wspa­nial­sze o wie­le Włosz­ki, We­ne­cjan­ki, ta­jem­ni­cze, peł­ne ognia i nie­opi­sa­nej zmy­sło­wo­ści... A gon­do­le! Ach!

Irek gło­wą w takt wio­seł ki­wał i oczy przy­my­kał uśmiech­nię­ty, pe­łen roz­kosz­nych wspo­mnień. Cza­sem... bar­ka­ro­lę87 Tro­schla88 nu­cił fał­szy­wie i po­wta­rzał jak pa­pu­ga:

T’amo89!

Raz — w chwi­li zwie­rzeń wy­znał, iż prze­cho­dząc pla­cem św. Mar­ka doj­rza­ła go pew­na księż­na kar­mią­ca go­łę­bie i wie­czo­rem w gon­do­li swej uwio­zła.

Na Ca­na­le Gran­de na­uczy­ła go sło­wa — T’amo!

W rze­czy­wi­sto­ści Irek miesz­kał w Wied­niu na Le­opold­stadt, zo­stał w Stadt­par­ku zwy­my­śla­ny przez ja­kąś mädel90 wra­ca­ją­cą z „Wa­schan­stalt”, a w We­ne­cji, wy­nu­dziw­szy się nad cuch­ną­cym ka­na­łem, na próż­no usi­ło­wał po­zy­skać wzglę­dy dziew­czy­ny po­słu­gu­ją­cej w ho­te­lu, gru­bej, try­wial­nej Włosz­ki, cze­szą­cej się raz na trzy ty­go­dnie...

W kil­ka mie­się­cy póź­niej Irek ku­pił so­bie wą­skie por­te-bon­heur91 i ka­zał je za­kuć na rę­ku.

By­ło to szczy­tem ele­gan­cji i szy­ku.

Wy­su­wał te­raz rę­kę spod man­kie­tu i bły­skał zło­tem bran­so­let­ki, draż­niąc cie­ka­wych nie­zwy­kłym tym zja­wi­skiem.

Gdy go py­ta­no, wy­mi­jał zręcz­ne od­po­wie­dzi, ho­no­rem się znów za­sta­wia­jąc...

Szcze­gól­nie w te­atrze im­po­no­wał bez­u­stan­nie, bran­so­let­kę na rę­ku na­cią­gał i nią pod oczy sie­dzą­cym w krze­słach ko­bie­tom świe­cił.

Nie­któ­re mó­wi­ły:

— Patrz! To mon­strum ma bran­so­let­kę!

In­ne, za­cie­ka­wio­ne istot­nie, rzu­ca­ły ba­daw­cze spoj­rze­nia.

Irek — uszczę­śli­wio­ny na­dy­mał się jak ża­ba, por­te-bon­heu­rem o spin­ki dzwo­nił i prze­gi­nał się z non­sza­lan­cją przez ba­rie­rę krze­seł.

W tym cza­sie prze­czy­tał Sio­stry Ron­do­liSa­fo. Mó­wił prze­to wie­le o fran­cu­skiej li­te­ra­tu­rze i o głę­bo­ko­ści stu­diów nad ko­bie­tą do­ko­na­nych przez Mau­pas­san­ta i Dau­de­ta.

Roz­ma­rzyw­szy się raz fał­szo­wa­ną char­treu­se’ą92, uło­żył na­gle ca­ły ro­mans o ja­kiejś ta­jem­ni­czej czar­no ubra­nej ko­bie­cie, któ­ra od kil­ku dni przy­cho­dzi­ła do nie­go o zmro­ku wie­czor­nym.

Mia­ło to być „coś z ary­sto­kra­cji” — spo­wi­te­go w ba­tyst i blan­dy­ny (!) i pra­gną­ce­go u stóp Ir­ka po­zo­stać do śmier­ci.

Słu­cha­cze za­in­te­re­so­wa­li się tą opo­wie­ścią i przez kil­ka ty­go­dni ta­jem­ni­cza da­ma uno­si­ła się jak mi­stycz­ne zja­wi­sko nad gło­wa­mi męż­czyzn. Po­wo­li — za­po­mnia­no o niej. Irek prze­stał mó­wić, znu­żo­ny wła­snym kłam­stwem.

Mi­nę­ło kil­ka mie­się­cy.

Na­gle przy­po­mnia­no so­bie ta­jem­ni­czą da­mę i, rzecz na­tu­ral­na, za­py­ta­no o nią lew­ka. On przez chwi­lę stał osłu­pia­ły, nie mo­gąc przy­po­mnieć so­bie, o co tu wła­ści­wie cho­dzi.

Wresz­cie pa­mięć mu wró­ci­ła.

Do dia­bła! Cóż te­raz zro­bić z tą ca­łą hi­sto­rią! Plą­tać ją da­lej, jak? — kon­cep­tu mu za­bra­kło.

Na­gle wspa­nia­ła myśl za­świ­ta­ła mu jak gwiaz­da zba­wie­nia.

Uśmier­ci ją!

Ta­jem­ni­cza da­ma umrze...

I z po­nu­rą twa­rzą, gru­bym gło­sem opo­wie­dział, po­chy­lo­ny nad swo­ją ka­wą, że czar­na da­ma umar­ła w Ni­cei... na su­cho­ty93, mie­siąc te­mu, a ostat­nie jej sło­wo by­ło „Ire­ne­usz”...

Po­wie­dziaw­szy to, za­my­ślił się głę­bo­ko, smut­ny i znę­ka­ny.

Słu­cha­cze usza­no­wa­li je­go bo­leść ogól­nym mil­cze­niem. Od tej chwi­li au­re­ola cier­pie­nia oto­czy­ła czo­ło Ir­ka; za­czął cho­dzić zgar­bio­ny, jak­by smut­kiem do zie­mi przy­ci­śnię­ty.

Pluł ze wzgar­dą na wszyst­kie ko­bie­ty, tę­sk­niąc do tej jed­nej, sza­cun­ku i mi­ło­ści god­nej, któ­ra „ode­szła w dal ciem­ną, pod błę­kit­nym nie­bem Ita­lii”.

— Cóż zno­wu — po­cie­sza­li go przy­ja­cie­le — trud­no zgi­nąć z tę­sk­no­ty dla tru­pa. Miej si­łę, oprzy­tom­niej, Ir­ku!

Lecz Irek po­zo­wał te­raz co­raz wię­cej, dra­pu­jąc się94 w sza­tę tra­gicz­ną, fik­cyj­na ko­chan­ka za­czę­ła dlań przy­bie­rać kształ­ty. Po upły­wie pew­ne­go cza­su na­brał prze­ko­na­nia, że — czar­na da­ma rze­czy­wi­ście ist­nia­ła.

Te­raz w wę­zeł kra­wa­tu wpi­nał szpil­ki w for­mie tru­pich głó­wek, ubie­rał się ciem­no, ca­ły ża­łob­ny jak ka­ra­wa­niarz.

Chwi­la­mi miał chęć spra­wie­nia so­bie kre­py95 przy ka­pe­lu­szu.

Sło­wem był to wdo­wiec, wdo­wiec opła­ku­ją­cy isto­tę, któ­ra — nie ist­nie­jąc — śmier­cią swą po­grą­ży­ła go w bez­mia­rze bo­le­ści.

I czę­sto z za­mglo­ny­mi oczy­ma sia­dał w gro­nie swych przy­ja­ciół, aby wy­wnę­trzyć ból swój drżą­cym od wzru­sze­nia gło­sem.

Je­śli go kto w ży­ciu ko­chał, o! To pew­no ta jed­na!... By­ła mu ca­ła od­da­na po­mi­mo od­py­cha­ją­ce­go chło­du, z ja­kim mi­łość jej przyj­mo­wał!

Ude­rzał się w czo­ło z roz­pa­czą.

— By­łem wzglę­dem niej nie­go­dzi­wy — wo­łał — lecz czyż to by­ła mo­ja wi­na! Po­psu­ły mnie te wszyst­kie in­ne, po­psu­ły, bo trzy­sta czter­dzie­ści sie­dem ra­zy mu­sia­łem grać z ni­mi ko­me­dię mi­ło­ści. A czy któ­ra z nich by­ła war­ta te­go?...

— Prze­cież ad­wo­ka­to­wa... — prze­ry­wa­no mu pół­gło­sem.

— Och!... Ona!... I tu Irek mścił się za lek­ce­wa­że­nie oka­zy­wa­ne mu przez ama­tor­kę kre­mu. — Och! Ona szcze­gól­niej!... głu­pia, zła, ga­da­tli­wa, na­rzu­ca­ją­ca się, nud­na i chu­da!... o, tak, chu­da w prze­ra­ża­ją­cy spo­sób. Sta­ni­kiem do­brze zro­bio­nym okła­my­wa­ła lu­dzi... lecz on, Irek, wie­dział, cze­go się ma trzy­mać...

Nie krę­po­wał się już te­raz w sło­wach, roz­bie­ra­jąc bru­tal­nie ko­bie­ty, o któ­rych ist­nie­niu wie­dział za­le­d­wie. Pod­nie­co­ny, wście­kły — mścił się za każ­dą obe­lgę, każ­de ode­pchnię­cie, wy­rzu­ce­niem z sie­bie ca­łej ma­sy kłam­li­wych szcze­gó­łów pięt­nu­ją­cych ko­bie­tę jak roz­pa­lo­nym że­la­zem, na do­wód przy­ta­cza­jąc ta­jem­ni­ce al­ko­wy, se­kre­ty cia­ła, ukry­te wa­dy lub wdzię­ki.

I tyl­ko dla nada­nia so­bie po­zy i uro­ku po wra­cał cią­gle do zmar­łej, wy­sła­wia­jąc ją ja­ko ide­ał pięk­no­ści i wdzię­ku.

— Wło­sy mia­ła czar­ne jak kruk i do pięt się­ga­ją­ce — mó­wił po­trzą­sa­jąc gło­wą — oczy sza­fi­ro­we, twarz bla­dą... nie! Opi­sać jej nie­po­dob­na, a wresz­cie, chce­cie? — po­ka­żę wam jej fo­to­gra­fię.

Ra­dość w tłu­mie po­wsta­ła ogól­na.

— Ale, przy­się­gnij­cie mi na ho­nor, iż ni­g­dy ża­den nie da po­znać po so­bie, że wi­dział ten por­tret w rę­kach mo­ich!

Słu­cha­cze, po­wstaw­szy, na ho­nor przy­się­gli.

Gdy Irek do do­mu po­wró­cił, uczuł kło­pot nie­ma­ły.

Przy­rzekł po­ka­zać fo­to­gra­fię zmar­łej — hm!... do­brze, ale skąd fo­to­gra­fię do­stać?

Nie wy­pa­da nic in­ne­go, tyl­ko ku­pić, ja­kiś „ga­bi­net” i przy­ja­cio­łom przed oczy­ma bły­snąć. Na­za­jutrz, wcze­snym ran­kiem, po­biegł do ate­liers fo­to­gra­ficz­nych.

Po­dał się za he­lio­mi­nia­tu­rzy­stę96 ama­to­ra, chcą­ce­go na­być kil­ka fo­to­gra­fii ce­lem ro­bie­nia stu­diów.

Po­da­no mu ca­łe sto­sy wy­biór­ków, por­tre­tów osób, któ­re nie za­strze­gły so­bie sprze­da­ży pu­blicz­nej.

Irek szu­kał dłu­go, wresz­cie — wy­bór je­go padł na sil­ną bru­net­kę o wiel­kich ciem­nych oczach, owi­nię­tą ma­są bia­łej ga­zy.

Wy­da­ła mu się nad­ziem­ską w tym ja­snym ob­ło­ku. Zja­wi­sko, wid­mo zmar­łej, a nie­zna­nej ko­chan­ki.

— Kto jest ta da­ma? — za­py­tał.

Fo­to­graf po­krę­cił gło­wą.

— Nie pa­mię­tam praw­dzi­wie — od­parł — fo­to­gra­fia ta zdej­mo­wa­na już lat kil­ka te­mu. Zda­je mi się jed­nak, że to ktoś z pro­win­cji.

— Nie­tu­tej­sza?

— O! Za to rę­czyć mo­gę!

— Tym le­piej!

Za­pła­cił, fo­to­gra­fię za­brał i, ca­ły prze­ję­ty waż­no­ścią chwi­li, dzień spę­dził w go­rącz­ce i ocze­ki­wa­niu.

Co chwi­la fo­to­gra­fię wyj­mo­wał i przy­glą­dał się ry­som bru­net­ki. By­ła przy­stoj­ną, choć co­kol­wiek ma­ło mia­ła dys­tynk­cji. Ja­kiś uśmie­szek w ką­ci­kach ust się błą­kał; za wie­le wi­dać by­ło pier­si.

Ga­za ra­to­wa­ła jed­nak wszyst­ko.

Z na­dej­ściem wie­czo­ru Irek do cu­kier­ni pę­dzi — i po­mię­dzy ze­bra­nych już męż­czyzn wpadł.

Po­rwa­li się wszy­scy, za­cie­ka­wie­ni jak sta­re ba­by, wy­cią­ga­jąc rę­ce.

— Fo­to­gra­fia? O! Po­każ! Po­każ!

On — stał te­raz bo­le­śnie wy­krzy­wio­ny i po­wo­li ko­per­tę od­chy­la.

Por­tret wy­jąw­szy spoj­rzał i wes­tchnął.

— Tak!... To ona!... mo­ja świę­ta — jak­by prze­mó­wić mia­ła!...

I fo­to­gra­fię naj­bli­żej sto­ją­ce­mu po­dał, a sam, jak­by bo­le­ścią przy­bi­ty, na krze­sło się usu­nął. Lecz na­gle ser­decz­ny, we­so­ły śmiech, roz­legł się w po­wie­trzu.

Je­den z gro­na męż­czyzn, świe­żo z Ło­dzi przy­by­ły, ma­chał w rę­ku trzy­ma­ną fo­to­gra­fią „świę­tej zmar­łej” za­no­sząc się ze śmie­chu.

— Ależ to Wik­cia! — wo­łał — Wik­cia z Grand Ho­te­lu w Ło­dzi — ta... co się tu w War­sza­wie te­raz pusz­cza!

Le­wek gło­wę pod­niósł i ogłu­pia­łym wzro­kiem na śmie­ją­ce­go się pa­trzał.


Mał­pa

Że Ol­ka by­ła mał­pą w ca­łym te­go sło­wa zna­cze­niu, o tym wie­dzia­ło nie tyl­ko ca­łe Żół­kiew­skie, ale na­wet i het da­le­ko aż po­za ro­gat­ka­mi zna­no jej ru­dy, wiecz­nie roz­czo­chra­ny war­kocz i ka­fta­nik w krat­ki, wy­dar­ty na łok­ciach, a ak­sa­mi­tem u szyi ubra­ny.

Szcze­gól­niej wie­czo­ra­mi o zmro­ku — peł­no jej by­ło po wą­skich ulicz­kach przed­mie­ścia.

Wia­do­mo by­ło, po co się po cie­niu sła­nia, od cza­su do cza­su tyl­ko pod la­tar­nię pod­cho­dząc; dzie­ci ma­łe zna­ły ją na­wet i pal­cem wska­zy­wa­ły, mó­wiąc z przed­wcze­śnie roz­wi­nię­tą zło­śli­wo­ścią:

— Mał­pa! Idzie mał­pa!...

Ona wy­gra­ża­ła im tłu­stą czer­wo­ną pię­ścią i rzu­ca­ła gra­dem łu­pin od orze­chów, któ­rych mia­ła za­wsze peł­ne kie­sze­nie.

Uro­dzo­na na przed­mie­ściu, wy­cho­wa­na w cie­niu ka­mie­nic, cór­ka stró­ża, gnież­dżą­ce­go się w za­tę­chłej su­te­ry­nie97, pod­lot­kiem98 za­le­d­wie ucie­kła, po­zo­sta­wia­jąc po­za so­bą oj­ca, młod­sze­go bra­ta, wiecz­nie za­mo­ru­sa­ne­go Wic­ka i kij, któ­rym oj­ciec zwykł był dzie­ciom na do­bra­noc ko­ści ła­mać. Nie był to jed­nak zły czło­wiek, pra­co­wi­ty, prze­waż­nie trzeź­wy i zu­peł­nie uczci­wy. Uciecz­kę cór­ki od­cier­piał cięż­ko i do sa­me­go zgo­nu, wi­dząc ćmy noc­ne, czer­nią­ce się w głę­bi wą­skich uli­czek, dła­wił się z wście­kło­ści na sa­mą myśl o lo­sie Ol­ki.

Ona prze­nio­sła się w in­ne stro­ny mia­sta i tam, wią­żąc za­tłusz­czo­ne wstąż­ki na gło­wę, z sze­le­stem świe­żo wy­kroch­ma­lo­nych spód­nic spa­da­ła na uli­cę o sza­rym zmro­ku, ra­zem z ca­łym sta­dem sza­rań­czy po ką­tach ciem­nych cza­tu­ją­cej.

Zna­ły ją sta­wy Peł­czyń­skie i szu­mią­ce do­ko­ła nich brzo­zy, zna ją Wę­gliń­ski La­sek, ca­ły w zie­leń ak­sa­mi­tu spo­wi­ty — po­wo­li ca­łe te­ry­to­rium mia­sta, na wschód się pcha­ją­ce­go, Ol­ka za­ję­ła w swe po­sia­da­nie, pre­zen­tu­jąc wszę­dzie swą twarz pła­ską, ospą zna­czo­ną i z no­sem za­dar­tym, z war­ga­mi mię­si­sty­mi, w ob­ra­mo­wa­niu ostro na­je­żo­nych wło­sów o ru­da­wym nie­pew­nym po­ły­sku.

Lecz dziew­czy­na ta wiecz­nie tę­sk­ni­ła za swą ko­leb­ką, za tym Żół­kiew­skiem, któ­re bie­le­je ja­sną sze­ro­ką stru­gą głów­nej uli­cy i roz­le­wa się po­tem w drob­ne, ma­łe, ciem­ne za­uł­ki po­mię­dzy do­ma­mi za­pcha­ny­mi ży­dow­stwem pły­ną­ce.

Ol­ka mia­ła no­stal­gię tych wiel­kich ka­mie­nic, roz­we­se­lo­nych pur­pu­ro­wą bar­wą pie­rzyn z gan­ków i z okien zwie­szo­nych, tych dzie­dziń­ców na­gle, bru­tal­nie roz­twie­ra­ją­cych się na zie­lo­ny plac musz­try, lub ca­ły sze­reg for­ty­fi­ka­cji, w mgłę błę­kit­ną spo­wi­tych. Tę­sk­ni­ła za gwiz­dem po­cią­gów, prze­la­tu­ją­cych we­so­ło po na­sy­pie żół­cą­cym się w od­da­li, pra­gnę­ła ode­tchnąć wo­nią kasz­ta­nów, pły­ną­cą z bu­kie­tu drzew Ogro­du In­wa­li­dów, spo­śród któ­rych wy­strze­lał w gó­rę bia­ły, czy­sty gmach o har­mo­nij­nie pięk­nych li­niach.

Pod drze­wa­mi ty­mi Ol­ka prze­sy­pia­ła nie­raz ca­łe po­po­łu­dnia, gdy za­miast iść do szko­ły wo­la­ła pod­cho­dzić pod łok­cie prze­chod­niów i skom­ląc wy­że­brać pa­rę cen­tów. Najadł­szy się owo­ców lub pier­ni­ków, ca­ła za­mo­ru­sa­na rzu­ca­ła się w tra­wę tuż oko­ło fon­tan­ny, z któ­rej pły­nął wą­ski srebr­ny bicz wo­dy.

Dziew­czy­na za­sy­pia­ła za­ci­ska­jąc moc­no po­wie­ki, ca­ła czer­wo­na, zde­ner­wo­wa­na, pod­nie­co­na bez­czyn­no­ścią i dniem upal­nym.

Usta jej szem­ra­ły sło­wa bez związ­ku, rę­ce otwie­ra­ły się kur­czo­wo.

A tym­cza­sem kasz­ta­ny szu­mia­ły, cia­ło jej, prze­świe­ca­ją­ce przez łach­ma­ny spód­nic, wa­chlu­jąc swy­mi sze­ro­ki­mi li­ść­mi, przez któ­re spły­wa­ło sło­necz­ne świa­tło, wiel­ki­mi zie­lo­ny­mi pla­ma­mi się zna­cząc.

Ol­ka chwi­le te pa­mię­ta­ła do­kład­nie.

Gdy po no­cy spę­dzo­nej w knaj­pie, z gło­wą cięż­ką i usta­mi spie­czo­ny­mi wra­ca­ła do swej no­ry, cie­plej­szy po­wiew wia­tru bu­dził w niej myśl jed­ną.

A gdy­by tak wró­cić na Żół­kiew­skie!

Ba — lecz oj­ciec!

Oj­ca ba­ła się jak ognia.

Wie­dzia­ła, iż szu­kać jej nie bę­dzie, lecz — gdy­by mu pod oczy pod­la­zła!...

Snu­ła się więc znów po „Ru­rach”, omi­ja­jąc sta­ran­nie czer­nią­cą się syl­wet­kę po­li­cjan­ta.

Cza­sem prze­mknął się ko­ło niej ter­mi­na­tor99 bo­sy, ob­dar­ty, za­smo­lo­ny.

Pod­sko­czył, gwizd­nął i zaj­rzał w oczy roz­czo­chra­nej dziew­czy­nie, mkną­cej wzdłuż ka­mie­nic.

Cza­sem, gdy już był po śnia­da­niu, za­skrze­czał prze­raź­li­wym gło­sem:

Spa­dła mał­pa z pu­dła,

Stłu­kła so­bie łeb.

Ona szła da­lej z gło­wą opusz­czo­ną na pier­si, plu­jąc śli­ny, któ­re jej na­pły­wa­ły wciąż do ust — prze­śla­do­wa­na jed­ną i tą sa­mą my­ślą:

A gdy­by tak wró­cić na Żół­kiew­skie!


I wró­ci­ła!

Wró­ci­ła po śmier­ci oj­ca, ukrad­kiem, po ciem­ku dzie­dzi­niec i zna­jo­me bra­my ob­cho­dząc...

Tak! Tak! Nic się nie zmie­ni­ło!

Te sa­me ryn­ny, pod któ­ry­mi w deszcz roz­tar­ga­ny swój łeb mo­czy­ła, wło­sa­mi po­plą­ta­ny­mi ka­mie­nie za­mia­ta­jąc.

Tu — ko­ło te­go most­ku, ca­ła gro­ma­da jej przy­ja­ciół ro­bi­ła gro­ble z pia­sku i ka­mie­ni, ta­mu­jąc od­pływ ko­lo­ro­wej wo­dy, któ­rą far­biarz ca­ły­mi ce­bra­mi nie­raz wy­le­wał.

Tu — Wi­cek, pierw­szy raz przez nią na­mó­wio­ny, ukradł ma­ka­gi­gę100 sta­rej, mo­że stu­let­niej Ży­dów­ce, któ­ra drze­ma­ła nad de­ską peł­ną ła­ko­ci w cie­niu od­drzwi bra­my.

A tu — ta­tlo nie­bosz­czyk ka­zał jej po­le­wacz­ki wo­dy z dzie­dziń­ca so­bie zno­sić i po­da­wać. Nie by­ło to roz­kosz­ne, owe dźwi­ga­nie cięż­kich ko­ne­wek w skwar­ne po­po­łu­dnie, tym bar­dziej iż ta­tlo rę­ki nie ża­ło­wał, gdy się nie po­śpie­szy­ła.

Dźwi­ga­ła też, dźwi­ga­ła, prze­chy­lo­na na le­wy bok z rę­ką wy­gię­tą, mo­cząc spód­ni­cę, plą­czą­cą się jej wzdłuż nóg chu­dych i nie roz­wi­nię­tych; ta­tlo tym­cza­sem wo­dą uli­cę po­le­wał, ry­su­jąc esy flo­re­sy na sza­rych, pół­okrą­głych grzbie­tach ka­mie­ni. Ży­cie by­ło cięż­kie — praw­da!... choć i te­raz!... — po­żal się Bo­że!... ot!..

Ol­ka sta­ła te­raz przed ka­mie­ni­cą, w któ­rej wraz z ta­tlem i Wic­kiem ty­le lat spę­dzi­ła, i po­chy­liw­szy się, do okien­ka su­te­ry­ny za­glą­dać za­czę­ła. In­ni lu­dzie tam miesz­ka­li, in­na po­ściel, in­ne łóż­ko sta­ło już w ką­cie, któ­re­go ścia­ny na wpół ple­śnią by­ły za­snu­te.

Świecz­ka „cen­tów­ka”, opraw­na w bla­sza­ny lich­tarz, sła­bo ćmi­ła się na sto­le, do po­ło­wy garn­ka­mi za­sta­wio­nym.

Ko­ło ko­mi­na krę­ci­ła się ma­ła dziew­czy­na, bo­sa, pod­ka­sa­na, z dłu­gim a cien­kim war­ko­czem, spa­da­ją­cym na wy­pu­kłe ple­cy.

W ko­leb­ce ko­ło łóż­ka — dzie­ciak z brud­nych łach­ma­nów ko­stro­pa­tą gło­wę wy­ty­kał i wy­cią­gał rę­kę, w któ­rej tkwi­ła drew­nia­na łyż­ka, ob­ma­za­na reszt­ką przy­schnię­tych kar­to­fli.

Ol­ka te­raz już zu­peł­nie do zie­mi przy­sia­dła — a obie rę­ce o bruk wsparł­szy, cią­gle w okno su­te­ry­ny pa­trzy­ła.

Tak! Tak!... Ta dziew­czy­na roz­czo­chra­na, włó­czą­ca swe bo­se no­gi po ubi­tej zie­mi izby — to ona, ona sa­ma lat te­mu pięt­na­ście!

A ten chło­pak z ko­ły­ski łeb wy­ty­ka­ją­cy, toć to czy­sty Wi­cek, któ­ry krzy­kiem swym zda­wa­ło się nie­raz, iż mu­ry roz­sa­dzi.

Bi­ła go za to po łbie, po py­sku — ile się zmie­ści­ło, a cza­sem znów po­ry­wa­ła go i do pier­si ci­snąć za­czy­na­ła z roz­rzew­nie­niem na­głym.

Sie­ro­ty bo obo­je by­li... sie­ro­ty bez mat­ki, któ­ra zmar­ła w szpi­ta­lu bez uczci­we­go na­wet po­chów­ku na za­raź­li­we cho­rób­sko, co się w su­te­ry­nach na Żół­kiew­skiem roz­pa­no­szy­ło.

Ol­ka — w dziec­ko ru­sza­ją­ce się wśród łach­ma­nów wpa­try­wa­ła się upo­rnie, jak­by przy­ku­ta wi­do­kiem tej ma­łej gło­wy, po­kry­tej sier­ścią ja­snych wło­sów. Dzie­ciak w ko­ły­sce się gme­rał i łyż­ką o brzeg ko­ły­ski ude­rzał.

Ol­ka dzie­ciń­stwo swe ca­łe, z nę­dzą i tro­ską, przed ocza­mi mia­ła te­raz, ob­ję­te w cia­sną ra­mę za­le­d­wie przy­mknię­te­go okien­ka.

Z wnę­trza su­te­ryn pły­nął ku niej chłód piw­nicz­ny z wy­zie­wa­mi cia­ła ludz­kie­go i gni­ją­cych od­pad­ków po­łą­czo­ny.

Ona chło­nę­ła w sie­bie to po­wie­trze, w któ­rym wzro­sła, ca­ła pra­wie pi­ja­na wo­nią nę­dzy bru­tal­nie z wnę­trza zie­mi się wy­dzie­ra­ją­cej.

Ra­zem z tą wo­nią bu­dzi­ło się w niej wspo­mnie­nie ta­tli, Wic­ka...

Ulicz­ni­ca kur­czy­ła się przy zie­mi, chcąc znik­nąć pra­wie, wko­pać się pod su­te­ry­nę i zna­leźć się na­gle na środ­ku tej izby, z któ­rej ucie­ka­ła ci­cha­czem, w no­cy, na roz­pu­stę po­mię­dzy „ka­no­nie­rów” się prze­bie­ra­jąc.

W na­prę­że­niu ner­wo­wym, w ja­kim by­ła, za­czę­ła na­gle ma­ja­czyć; zda­wa­ło jej się te­raz, że Wi­cek chce wy­leźć z ko­ły­ski, a ona uspo­ka­ja go i le­żeć mu ka­że.

— Leż, hyc­lu, ro­ba­ku, sie­ro­to! Bo cię uśmier­cę!...

Na­gle po­czu­ła się kop­nię­ta sil­ną, mę­ską no­gą, w gru­by but zbroj­ną.

— Ha, fraj­la! Wie gehts101? — za­śmiał się roz­ba­wio­ny żoł­nierz, bły­ska­ją­cy w świe­tle la­ta­mi rzę­dem zło­tych gu­zi­ków — chodź pan­na z na­mi, wy­pi­je­my pa­ar śnaps zum an­den­ken102!

Ol­ka ock­nę­ła się z za­du­my i po­rwa­ła się z zie­mi.

Gut, Herr Le­it­nant103! — wy­rze­kła, rzę­dem bia­łych zę­bów bły­ska­jąc — ja na to, jak na la­to!

Fe­sches Mäderl104...

Po­kle­pał ją po ra­mie­niu i obo­je po­wle­kli się w stro­nę szyn­ku, z któ­re­go do­by­wa­ły się ostre, za­wrot­ne to­ny ka­ta­ryn­ki.


Spo­tka­ła się pierw­szy raz z Wic­kiem na­gle na za­krę­cie Pia­sko­wej ulicz­ki.

Po­zna­ła go od ra­zu, choć urósł i zmie­nił się dla ob­cych lu­dzi.

Ona jed­nak — sio­stra, po­zna­ła w nim bra­ta, któ­re­go bi­ła i ko­ły­sa­ła, tar­ga­ła za wło­sy lub tu­li­ła, mru­cząc ulicz­ne pio­sen­ki.

Szedł ubra­ny przy­zwo­icie, w wy­so­kiej czap­ce z dasz­kiem, w dłu­gim sur­du­cie i w bu­tach do­brze wy­szu­wak­so­wa­nych.

W rę­ku pod chu­s­tecz­ką niósł kil­ka świe­żo ze­rwa­nych róż, a pod pa­chą du­żą har­mo­nię; nie­bie­ski kra­wat, zwią­za­ny w ko­kar­dę, pod­no­sił świe­żość je­go ce­ry.

Chło­piec to był do­brze od­ży­wio­ny, sil­ny, jesz­cze pra­cą ani roz­pu­stą nie znisz­czo­ny.

Sto­la­rzem bo był — i to już cze­lad­ni­kiem, a wia­do­mo, sto­lar­ka to pra­ca na bo­żym po­wie­trzu i naj­czę­ściej pod go­łym nie­bem, więc so­ków z krwi nie wy­cią­ga i płu­com roz­róść się po­zwa­la...

Dziś Wi­cek szedł w za­lo­ty do cór­ki Ja­na Bur­by, tak­że sto­la­rza, któ­ry za pan­ną Ka­zią da­je trzy­sta pa­pier­ków, a po śmier­ci warsz­tat ca­ły na zię­cia prze­le­je.

Wi­cek ma wszel­kie szan­se do­sta­nia sto­la­rzów­ny, bo oj­ciec przyj­mu­je i je­go, i har­mo­nię ła­ska­wie w nie­dziel­ne po­po­łu­dnie, a Ka­zia czer­wie­ni się jak bu­rak i fi­ran­ki siat­ko­we u okien „sza­lo­nu” nie­mi­ło­sier­nie skrę­ca.

Wi­cek idzie więc — przez Pia­sko­wy za­ułek, po­gwiz­du­jąc lek­ko. Sza­ry, bo już za­pa­da zmrok z po­god­ne­go nie­ba, nie­szpór skoń­czo­ny. Pa­ni maj­stro­wa ka­wę z bab­ką na czer­wo­nej ser­we­cie za­sta­wia. Śpie­szyć się trze­ba, bo pan­na Ka­zia pew­nie już przy oknie stoi i przez siat­kę fi­ran­ki pa­trzy a cze­ka...

Z ma­łych okie­nek za­uł­ka tu i owdzie bły­ska­ją świa­teł­ka, na pro­gach do­mów ba­wią się dzie­ci, na środ­ku uli­cy ma­ły pie­sek w pia­sku się krę­ci.

Na­gle Wi­cek czu­je się po­cią­gnię­tym nie­śmia­ło za rę­kaw.

Oglą­da się.

Obok nie­go, kry­jąc twarz dło­nią, stoi tę­ga, wy­so­ka dziew­czy­na w krat­ko­wa­nym ka­fta­ni­ku i w spód­ni­cy z fal­ba­na­mi.

Wi­cek od­py­cha ją łok­ciem.

— Po­szła, mał­po!...

Lecz ona nie ustę­pu­je.

Trzy­ma go moc­no za rę­kaw sur­du­ta.

— Wi­cek... ta­że spoj­rzyj! To ja!...

Chło­pak sze­ro­ko oczy otwie­ra.

— Ol­ka!

I pur­pu­ra ob­le­wa twarz mło­dą we­so­łe­go i zdro­we­go chłop­ca.

Sły­szał czę­sto o sio­strze, lecz po­wo­li za­czę­ła być dlań po pro­stu mi­tycz­ną po­sta­cią. Wie­dział, że się „pu­ści­ła” — ale co ro­bi, jak wy­glą­da, czy jesz­cze ist­nie­je — nie prze­szło mu to na­wet po gło­wie.

Na­gle zja­wia się ży­wa, zdro­wa, hań­bą okry­ta, nio­są­ca na swym czo­le wid­mo jaw­nej roz­pu­sty, to­le­ro­wa­nej swa­wo­li.

Pra­gnie się od niej od­cze­pić za ja­ką­kol­wiek ce­nę, drżąc, aby go z dwor­ku Bur­bów nie zo­ba­czy­li z „la­dacz­ni­cą”, roz­ma­wia­ją­ce­go po­środ­ku uli­cy.

Wy­ry­wa jej rę­kaw i ucie­kać szyb­ko za­czy­na, nie oglą­da­jąc się na­wet po­za sie­bie.

Ol­ka stoi jak przy­ku­ta na środ­ku uli­cy, nie śmie­jąc go­nić nik­ną­ce­go w cie­niu bra­ta. U stóp jej ma­ły pie­sek szcze­ka te­raz groź­nie, po­szczu­ty przez dzie­ci, któ­re z prze­kor­ną cie­ka­wo­ścią przy­pa­tru­ją się ulicz­nej włó­czę­dze, w zmro­ku się sła­nia­ją­cej.


Cza­to­wa­ła na nie­go te­raz po no­cy pod par­ka­na­mi, gdy wra­cał z ro­bo­ty lub od Bur­bów, z czap­ką prze­chy­lo­ną na ba­kier i mi­ną ju­nac­ką roz­wi­nię­te­go pra­wi­dło­wo męż­czy­zny.

Nie­raz prze­cho­dził mi­mo105 niej, nie wi­dząc wśród sto­su de­sek przy­cza­jo­nej po­sta­ci, któ­ra śle­dzi­ła go smut­nym, przy­ga­słym wzro­kiem.

Nie spo­ty­ka­jąc sio­stry na dro­dze, uspo­ko­ił się po­wo­li.

Wie­dział, że jest na przed­mie­ściu i krą­ży po szyn­kach, lecz do nie­go nie zbli­ża się już wię­cej, pew­nie du­mą zdję­ta.

I my­śląc o niej czuł ja­kąś li­tość nad jej osa­mot­nie­niem, li­tość, do któ­rej przy­znać się sam przed so­bą wsty­dził, ca­ły prze­ję­ty po­gar­dą dla roz­pu­sty ulicz­nej, dla sprze­da­ży cia­ła i tar­gu o mi­ło­sną piesz­czo­tę.

Ona tym­cza­sem gry­zła się i tru­ła tą po­gar­dą bra­ta i je­go uciecz­ką, w chwi­li gdy w niej ser­ce ko­ła­ta­ło jak dzwon i pier­si ma­ło nie roz­sa­dzi­ło...

Wie­dzia­ła, że by­ła bar­dzo nędz­ną isto­tą, lecz on, brat jej — po­wi­nien mieć dla niej wię­cej po­bła­ża­nia ani­że­li in­ni.

Nie­raz w szyn­ku bi­ła pię­ścia­mi w stół krzy­cząc, iż do­ży­je chwi­li, w któ­rej ci, co jej znać nie chcą, do nóg upad­ną!... lub ku­ła­kiem gro­zi­ła w stro­nę mia­sta spo­wi­te­go w ci­szę, jak­by za­przy­się­ga­jąc ze­mstę tym, któ­rzy ją pierw­si w kał ten we­pchnę­li.

Po­wo­li jed­nak my­śli jej za­czę­ły przy­bie­rać ja­kieś wy­raź­niej­sze kształ­ty.

Wi­cek się od niej od­wra­ca, bo jest bied­na i ob­szar­pa­na.

Gdy­by mia­ła do­brze na­bi­ty wo­rek, kto wie, co by by­ło!...

I od tej chwi­li zro­bi­ła się chci­wą, wy­ra­cho­wa­ną, ce­niąc każ­dą chwi­lę, sła­nia­jąc się ze znu­że­nia, lecz li­cząc oszczę­dza­ne pie­nią­dze.

Wi­cek tym­cza­sem dzień ślu­bu przy­śpie­szył i w ko­ście­le Pan­ny Ma­rii Śnież­nej, wy­po­ma­do­wa­ny, wy­świe­żo­ny, wiecz­ną „uczci­wość mał­żeń­ską” — spo­co­nej i ści­śnię­tej gor­se­tem Ka­zi za­przy­siągł.

W wi­lię106 jed­nak ślu­bu, gdy po raz ostat­ni do swe­go ka­wa­ler­skie­go miesz­ka­nia wra­cał, roz­ma­rzo­ny li­ba­cja­mi swych przy­ja­ciół i to­wa­rzy­szy, po­tknął się o ja­kąś ma­sę do de­sek przy­tu­lo­ną.

— Ki dia­beł?

Ol­ka głos bra­ta po­zna­ła, lecz drżąc ca­ła, nie od­po­wia­da­ła nic.

On po­chy­lił się nad nią, są­dząc, że to ktoś ze­mdlo­ny.

— Któż to?

Dziew­czy­na ze­bra­ła się na od­wa­gę.

— Ja... Ol­ka!...

Krew ude­rzy­ła do gło­wy Wic­ko­wi.

— Cze­go ty się tu przy­włó­czysz? — za­sy­czał wście­kły i groź­ny — cze­go?

Ona dźwi­gnę­ła się na klęcz­ki i za rę­kę go po­chwy­cić pra­gnę­ła.

— Wi­cek!... ta my ro­dze­ni!

— Ni­ja­ki ja to­bie ro­dzo­ny, mał­po jed­na!

Po­pchnął ją sil­nie, aż gło­wą o par­kan ude­rzy­ła.

— Ta za co ty mnie wa­lisz? Wi­cek, za co?

— Za two­je łaj­dac­two!

— Ta cóż ro­bić?... kie­dy już tak jest? Te­raz już nikt te­go nie od­mie­ni!

Mil­cze­li chwi­lę obo­je.

Wiatr drze­wa­mi za par­ka­nem ko­ły­sał.

La­tar­nia naf­to­wa, na słu­pach za po­mo­cą sznu­ra za­wie­szo­na, po­środ­ku ulicz­ki się chwia­ła, ca­la żół­ta, smut­na, jak­by mgłą przy­sło­nię­ta.

— Ty się ju­tro że­nisz? — za­py­ta­ła wresz­cie dziew­czy­na.

— Że­nię, a bo co?

— Nic!... daj ci Bo­że jak naj­le­piej!

Prze­kleń­stwo uwię­zło w gar­dle Wic­ka.

— A w któ­rym ty ko­ście­le ślub bę­dziesz brał?

Wi­cek ra­mio­na­mi wzru­szył.

— U Śnież­nej... ale co ci do te­go, ty mi cza­sem do ko­ścio­ła nie przy­chodź! Sły­szysz?

Dziew­czy­na gło­wę pod­nio­sła.

— Bo to... wi­dzisz Wi­cek, ja so­bie pie­nię­dzy tro­chę zło­ży­łam — za­czę­ła pręd­ko — mo­gła­bym po­rząd­ną ja­ką kiec­kę przy­wdziać i wsty­du byś ty nie miał!

Wi­cek ca­ły się wstrzą­snął.

— Nie o kiec­kę tu cho­dzi — krzyk­nął — ale o cie­bie sa­mą, sły­szysz!

Gło­wa ulicz­ni­cy po­chy­li­ła się jesz­cze ni­żej.

— Sły­szę, Wic­ku, sły­szę!...

Po­ko­ra drga­ła wiel­ka w jej gło­sie.

Ma­łą i nędz­ną zda­wa­ła się, klę­cząc tak u stóp bra­ta, do de­sek par­ka­nu przy­tu­lo­na.

Wi­cek chwi­lę stał nie­zde­cy­do­wa­ny, czu­jąc znów li­tość bu­dzą­cą się w ser­cu.

— Bądź zdro­wa! — wy­rzekł nie­co ła­god­niej­szym gło­sem i od­wró­ciw­szy się szyb­ko iść za­czął.

Lecz ona wy­cią­gnę­ła rę­ce i po­wle­kła się za nim na śro­dek uli­cy, w żół­tą stru­gę świa­tła z la­tar­ni pły­ną­ce­go.

— Wic­ku!

Chło­piec sta­nął.

— Co?

— Kie­dy ty nie chcesz mnie na ślu­bie mieć... — pod­ję­ła go­rącz­ko­wo — to choć ty mi jed­ną ła­skę zrób! Nie­wie­le ja pie­nię­dzy mam, ale to, co jest!... weź!... zda ci się na ju­tro!... weź!...

Rę­ce wy­cią­gnię­te trzy­ma­ła wciąż, bła­gal­ną li­nią wśród świa­tła się zna­cząc.

Wi­cek uczuł w pier­siach dziw­ne ści­śnie­nie.

— Nie! — od­po­wie­dział — nie... pie­nię­dzy two­ich nie chcę!

Ona tar­gnę­ła się, jak­by ude­rzo­na bi­czem.

— A!... tak!... masz recht!107.... łaj­dac­kie pie­nią­dze...

Lecz w nim, w tym bru­tal­nym chło­pie, zbu­dził się cień de­li­kat­no­ści.

— Nie, nie dla­te­go! — od­parł szyb­ko — lecz ja mam do­syć, scho­waj je dla sie­bie!

Ona uśmiech­nę­ła się te­raz ra­do­śnie.

— Scho­wam je dla... cie­bie, Wi­cek!

On, od­da­la­jąc się i ma­le­jąc co­raz wię­cej w prze­strze­ni, po­wtó­rzył pra­wie bez­wied­nie:

— Scho­waj, Ol­ka!


Trzy la­ta upły­nę­ło, a Ol­ka cią­gle włó­czy­ła się po przed­mie­ściu, zdo­byw­szy so­bie po­wo­li na­wet sym­pa­tię ogó­łu.

Na­zy­wa­no ją ogól­nym mia­nem „mał­py” — lecz że za­cho­wy­wa­ła się względ­nie przy­zwo­iciej, „graj­zle­rów­ki108” mó­wi­ły o niej:

— Choć mał­pa, ale po­rząd­na dziew­czy­na!

Za­okrą­gli­ła się, wy­peł­nia­ła i tyl­ko twarz mia­ła nie­zdro­wą bla­dość stra­wio­nej bez­sen­no­ścią i trun­ka­mi ko­bie­ty.

Rę­ce jej drża­ły, a oczy czę­sto mgła za­sła­nia­ła.

Zro­bi­ła się dum­ną i nie­raz w szyn­ku chwa­li­ła się „uczci­wą” ro­dzi­ną, z któ­rej po­cho­dzi­ła.

Pie­nią­dze Wic­ka cho­wa­ła świę­cie i od cza­su do cza­su dro­gę bra­tu za­bie­ga­ła, za­py­tu­jąc, czy od­dać ma zło­żo­ne w ką­cie swej izby pa­pier­ki?

On, we­dług uspo­so­bie­nia, usu­wał ją prze­kleń­stwem lub do­brym sło­wem, ca­ły te­raz prze­ję­ty waż­no­ścią swe­go sta­no­wi­ska — waż­no­ścią zię­cia Bur­by, któ­ry choć w gro­sze nie tak bar­dzo za­sob­ny, cie­szył się po­wa­ża­niem ca­łe­go ce­chu sto­la­rzy.

Ol­ka nie pod­cho­dzi­ła ni­g­dy w stro­nę uli­cy Pia­sko­wej, gdzie te­raz miesz­kał Wi­cek wraz z żo­ną i te­ściem.

Znów spo­ty­ka­ła go ukrad­kiem, czy­ha­jąc nie­raz mie­sią­ca­mi ca­ły­mi, za­nim go w bra­mie lub ja­kim przej­ściu spo­tka­ła.

Po­wo­li do­wie­dzia­ła się z bo­ku, że trzy­sta pa­pier­ków po­sa­gu Wic­ko­wej by­ły baj­ką i tyl­ko przy­nę­tą na lep dla zła­pa­nia mę­ża.

Wi­cek więc pra­co­wał te­raz na tro­je, bo sta­ry Bur­ba, od­po­czy­wa­jąc na re­spek­cie ludz­kim, he­bla się wię­cej nie imał109, na zię­cia się oglą­da­jąc.

Na­resz­cie Wic­ko­wa, cho­dzą­ca w cią­ży — po­ro­dzi­ła cór­kę, lecz cięż­ko za­nie­mo­gła i aku­szer­ka dok­to­rów we­zwać ka­za­ła.

Za­czę­ły się cięż­kie dni we dwor­ku na Pia­sko­wej uli­cy.

Ol­ka wszel­ki­mi si­ła­mi te­raz bra­ta spo­tkać chcia­ła.

Wy­cho­dził czę­sto, bie­gał bez pa­mię­ci do ap­tek, do dok­to­rów, ale po lud­nych uli­cach i w dzień, kie­dy ona po świe­tle doń przy­stę­pu mieć nie mo­gła.

Na­resz­cie Ka­zia pod­nio­sła się z łóż­ka i do sił wra­cać po­czę­ła, dziec­ko cho­wa­ło się zdro­wo, Wi­cek ode­tchnął i ro­bo­ty się chwy­cił.

Czas bo był nie­ma­ły.

Wszyst­kie za­so­by wy­czer­pa­ły się i po­szły na le­kar­stwa i dok­to­rów.

Dziec­ko chrztu się do­ma­ga­ło.

Zna­jo­mi o su­te chrzci­ny się do­ma­wia­li, sta­ry Bur­ba pra­gnął lu­dzi fe­tą za­dzi­wić i zły stan swo­ich in­te­re­sów w ten spo­sób ozło­cić.

Pie­nię­dzy ani cen­ta nie by­ło.

Wi­cek nie sy­piał no­ca­mi, draż­nio­ny przez te­ścia, przez żo­nę, któ­ra tak­że chcia­ła są­siad­kom proch w oczy rzu­cić i dać im po­wód do za­zdro­ści naj­mniej na ty­dzień.

Na­resz­cie w bra­mie do­mu, gdzie Wi­cek blejt­ra­my za­mó­wio­ne od­no­sił, spo­tka­ła go Ol­ka, zmę­czo­na dnia te­go cza­to­wa­niem na bra­ta od sa­me­go świ­tu.

— Wi­cek — szep­nę­ła, w kąt bra­my go po­cią­ga­jąc — po­wiedz­że, co się tam u was dzie­je?

On oparł się o ścia­nę, znę­ka­ny, przy­bi­ty wal­ką o byt.

— A cóż ma być. Cór­kę mam!

Ol­ka rę­ce na pier­siach zło­ży­ła.

— Cór­kę?

— A jak­że!

— Ład­na?

— E!... czer­wo­na jak rak... Ga­da­ją, że ład­na!

— Do cie­bie po­dob­na?

— Al­bo ja wiem?

— Ale prze­cieć!...

Ba­da­ła go go­rącz­ko­wo, ca­ła pod­nie­co­na tą my­ślą o no­wo­rod­ku, o dziec­ku śpią­cym w bia­łych pie­lusz­kach we wnę­trzu ko­ły­ski.

— Naj­gor­sze... że chrzci­ny wy­pra­wić trza — pod­jął Wi­cek — a ja...

Urwał na­gle, przy­po­mniaw­szy so­bie, do ko­go mó­wi.

Lecz Ol­ka pod­chwy­ci­ła je­go sło­wa i po­rwaw­szy go za rę­ce, go­rą­co pro­sić za­czę­ła:

— Ta­że ja wła­śnie o to za to­bą ła­żę... weź­że ty ode mnie te swo­je pie­nią­dze, bo jesz­cze mi je ja­ka psia­krew ukrad­nie.

On bro­nił się mięk­ko:

— Nie mo­gę, Ol­ka, nie mo­gę!...

Lecz ko­bie­ta na­cie­ra­ła co­raz gwał­tow­niej.

— Ta­że to są two­je pie­nią­dze! Two­je ro­dzo­ne, scho­wać mi je ka­za­łeś...

— Bo­gać tam!

— Ale tak! tak! spra­wie­dli­wie... nie pa­mię­tasz je­no!

Zza pa­zu­chy wy­ję­ła szma­tę, w któ­rej sze­le­ści­ło kil­ka­dzie­siąt pa­pier­ków.

— Ja je mam przy so­bie już od ty­go­dnia, lecz ni­g­dzie cię do­paść nie mo­głam! Masz, na chrzci­ny ci star­czy!...

On od­su­wał się jesz­cze, ca­ły zmie­sza­ny my­ślą do­tknię­cia się w ten spo­sób za­ro­bio­nych pie­nię­dzy.

Lecz ko­bie­ta in­stynk­tem od­czu­ła myśl bra­ta.

— Weź, Wi­cek, weź!... To pie­nią­dze z uczci­we­go za­rob­ku! Jak Bo­ga ko­cham. Ko­szu­le po no­cach szy­łam!... weź... to nie z „te­go”!...

Kła­ma­ła, ca­ła po­tem ob­la­na, peł­na wy­sił­ku ner­wo­we­go.

Wresz­cie uda­ło jej się pie­nią­dze w rę­kę bra­ta wci­snąć.

— A! Na­resz­cie!

Ode­tchnę­ła peł­ną pier­sią, jak­by się cię­ża­ru zby­ła.

Lecz on stał przy­bi­ty i upo­ko­rzo­ny, ści­ska­jąc w rę­ku szma­tę z pie­niędz­mi.

Czuł, iż bio­rąc od Ol­ki pie­nią­dze, czy­ni krok po­jed­naw­czy i że po­wi­nien sio­strę, przy­cho­dzą­cą mu z po­mo­cą, na owe chrzci­ny za­pro­sić.

— Ol­ka!... mo­że by ty... — wy­krztu­sił wresz­cie przez ner­wo­wo ści­śnię­te gar­dło — mo­że by... ty... przy­szła...

Lecz ona otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy.

To, co zda­wa­ło się jej na­tu­ral­nym lat te­mu kil­ka, te­raz wy­da­ło się jej po pro­stu... po­twor­nym. Przy­gry­zła drżą­ce usta i rę­ce kur­czo­wo do­ko­ła szyi za­ci­snę­ła.

— Dzię­ku­ję ci, Wi­cek!... nie przyj­dę!... — a wi­dząc nie­po­kój drga­ją­cy na twa­rzy bra­ta, do­da­ła sta­now­czo:

— Przyjść nie mo­gę... nie mam uczci­wej kiec­ki.


Chrzci­ny wnucz­ki Bur­by su­te by­ły i wspa­nia­łe.

W wie­czór ma­jo­wy, przy na wpół otwar­tych okien­kach we­se­li­li się do­bra­ni go­ście na­oko­ło do­brze za­sta­wio­nych sto­łów.

By­ła więc cie­lę­ci­na z czer­wo­ną ka­pu­stą, ko­tle­ty z so­sem pi­kant­nym, ka­wa, bab­ka i tort z cy­try­ną no­wo na­ro­dzo­nej.

Ka­zia bla­da, lecz zdro­wa, krę­ci­ła się po­mię­dzy go­ść­mi, we­so­ła, uśmiech­nię­ta, peł­na ma­cie­rzyń­skie­go wdzię­ku.

Wi­cek, tro­chę chmur­ny, do­le­wał go­ściom wi­na, roz­sy­py­wał po ko­la­nach ko­biet ba­ka­lie z ja­kąś dziw­ną roz­rzut­no­ścią, jak­by chcąc ca­ły ten czę­stu­nek jak naj­prę­dzej za­ła­twić.

Pod okna oświe­tlo­ne ścią­ga­li ci i owi, aby się owe­mu trak­ta­men­to­wi110 przyj­rzeć, lecz po­wo­li pu­sto­sza­ło do­ko­ła dwor­ku, lu­dzie wra­ca­li do swych le­go­wisk i do snu się kła­dli.

W cie­niu spo­wi­te ja­śmi­ny ogród­ka ca­łe kłę­by wo­ni w wil­got­ną noc wy­rzu­ca­ły, szu­miąc z lek­ka.

Z da­le­ka ma­ja­czy­ły naf­to­we la­tar­nie ubo­gie i smut­ne wśród dzi­kie­go bzu za­wie­szo­ne. Pod par­ka­na­mi mknął bia­ły kot, cza­jąc się i od­ska­ku­jąc co chwi­la.

Z dwor­ku Bur­by do­la­ty­wa­ły gło­sy har­mo­nij­ki, grał na niej Wi­cek, sie­dzą­cy te­raz na sto­le, z któ­re­go na wpół ścią­gnię­ty ob­rus opa­dał na zie­mię. Do­ko­ła nie­go krę­ci­ło się kil­ka par w takt po­lki, a sta­ry Bur­ba z dzban­ka szkla­ne­go pi­wo do szkla­nek do­le­wał.

Na oknach le­d­wo przy­mknię­tych po­wie­wa­ły mu­śli­no­we fi­ran­ki.

Pod jed­nym z nich, wy­cho­dzą­cym na ogród, sie­dzia­ła Ka­zia, trzy­ma­ją­ca w po­dusz­ce ko­kar­da­mi upstrzo­ne dziec­ko.

Mat­ka pa­trzy­ła na tań­czą­cych ma­chi­nal­nie, po­ru­sza­jąc po­dusz­ką, z któ­rej dłu­ga, lek­ka spa­da­ła su­kien­ka.

Na­gle zda­wa­ło się jej, że ktoś za oknem wes­tchnął. Nie po­ru­szy­ła się na­wet, po­grą­żo­na w słod­kiej eks­ta­zie na wi­dok tak do­brze ba­wią­cych się go­ści.

Tym­cza­sem za oknem, ucze­pio­na pra­wie o ra­mę, sta­ła Ol­ka, z oczy­ma sze­ro­ko roz­war­ty­mi, z któ­rych dwie stru­gi pły­nę­ły.

Wiatr, wie­wa­jąc mu­śli­no­wą za­sło­ną, uka­zy­wał jej wnę­trze we­so­łej, wid­nej izby, na­peł­nio­nej roz­ba­wio­ny­mi ludź­mi.

Dźwię­ki har­mo­nij­ki ser­ce jej szar­pa­ły na strzę­py — z pier­si wy­dzie­ra­ło się wes­tchnie­nie, w jęk pra­wie psi prze­cho­dzą­ce.

Wi­dok bra­ta, ży­ją­ce­go po­mię­dzy in­ną sfe­rą lu­dzi, in­ną niż ona — wy­klę­ta i wy­dzie­dzi­czo­na, na­peł­niał ją doj­mu­ją­cym bó­lem, a drob­na głów­ka dziec­ka w tiu­le i mu­śli­ny spo­wi­te­go, zbu­dzi­ła w niej sa­mi­cę.

Wy­cią­gnę­ła rę­kę z ję­kiem ku tej drob­nej isto­cie, któ­rej stóp na­wet uca­ło­wać nie mia­ła pra­wa.

Wes­tchnę­ła!

Od okna po­rwa­ła się Ka­zia i szyb­ko pod­ję­ła fi­ran­kę.

Ol­ka nie zdą­ży­ła się cof­nąć, bra­to­wa prze­szy­ła ją ocza­mi.

— Wi­cek! — za­wo­ła­ła — Wi­cek, a pój­dzi tu ino!

Mąż zlazł ze sto­łu i nie prze­sta­jąc grać, do okna po­szedł.

— Co chcesz? — za­py­tał.

— Od­pędź no ja­kąś mał­pę, co się pod okna­mi sła­nia!

Przy­trzy­mu­jąc dziec­ko pra­wą rę­ką, le­wą od­krę­ci­ła ry­giel i otwo­rzyw­szy na oścież okno, miej­sca mę­żo­wi ustą­pi­ła.

On, gra­jąc cią­gle, bo­kiem przez pa­ra­pet się prze­chy­lił i wśród smu­gi świa­tła doj­rzał w od­da­le­niu bla­dą i spła­ka­ną twarz sio­stry.

Przez chwi­lę mil­czał, gra­jąc ma­chi­nal­nie po­lkę, nie mo­gąc słów zna­leźć dla od­da­le­nia tej, za któ­rej pie­nią­dze zdo­łał ochrzcić swe dziec­ko i ura­czyć go­ści.

Żo­na tym­cza­sem cią­gnę­ła go za sur­dut.

— Za­mknij okno, dziec­ko się za­zię­bi!

Te­raz on prze­chy­lił się jesz­cze sil­niej i ni­skim, wzru­szo­nym gło­sem rzu­cił:

— Odejdź... sio­stro!...

Ona wy­cią­gnę­ła ku nie­mu rę­ce drżą­ce, jak­by rzu­ca­jąc po­ca­łu­nek i od­wró­ciw­szy się wol­no, ode­szła w głąb ciem­nej uli­cy, po któ­rej kłę­by wo­ni ja­śmi­nów pły­nę­ły.


Sza­ka­le

Przez dzie­dzi­niec za­jaz­du jak strza­ła prze­mknął nu­me­ro­wy, sie­jąc po dro­dze świe­że desz­czuł­ki, któ­re przy­wią­zy­wał do klu­czy.

Wpadł do miesz­ka­nia wła­ści­ciel­ki i pra­wie bez tchu za­trzy­mał się w pro­gu sa­lo­ni­ku.

— Spod sie­dem­na­ste­go „sie” po­wie­si­ła! — za­wo­łał, ła­piąc z wy­sił­kiem po­wie­trze.

Wła­ści­ciel­ka, tłu­sta, żół­ta, ca­ła roz­la­na w swej włócz­ko­wej hal­ce, któ­ra wy­dy­ma­ła się jej na brzu­chu i bio­drach, a za­pa­da­ła pod ko­la­na­mi, otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy.

— Co to za pa­skud­ne ga­da­nie! Po co się mia­ła po­wie­sić, kie­dy jesz­cze ra­chun­ku nie za­pła­ci­ła!

Lecz kel­ner po­wta­rzał upar­cie:

— „Sie” po­wie­si­ła.

Ży­dów­ka cmok­nę­ła nie­cier­pli­wie:

— Skąd Mar­ciń­ski wie?

— Wi­dać ją „bez111” okno. Ma no­gi o de­skę opar­te!

— Mo­że so­bie tyl­ko tak w oknie stoi?

— Ale!... wi­si, wi­si, jak mi Bóg mi­ły, ot, no­gi się jej zgię­ły w ko­la­nach, a rę­ce dyn­da­ją po bo­kach. We­dle gło­wy już doj­rzeć nie mo­głem, bo bez okien­ni­ce wsze­tecz­ne ciem­no­ści w nu­me­rze.

Ży­dów­ka pod bo­ki się uję­ła i sta­ła chwil­kę za­my­ślo­na.

— Trze­ba drzwi otwo­rzyć — pod­jął znów kel­ner — mo­że jesz­cze dy­cha.

— Aj! aj! Niech pan Mar­ciń­ski tak so­bie nie śpie­szy. Po co to gło­sić ta­kie rze­czy? To in­te­res psu­je... Go­ście się od­stra­szą.

Ży­dów­ka po­drep­ta­ła do sy­pial­ni.

Za chwi­lę wy­szła w per­ka­lo­wym szla­fro­ku, któ­ry się jej roz­twie­rał na brzu­chu i pier­siach. Na pe­ru­kę za­rzu­ci­ła weł­nia­ną chust­kę.

Przez uchy­lo­ne drzwi we­szła kil­ku­na­sto­let­nia dziew­czy­na, chu­da i czar­na, w opię­tej bar­dzo su­kien­ce. Wło­sy mia­ła ścią­gnię­te po chiń­sku i prze­pa­sa­ne żół­tą ta­siem­ką.

Po­de­szła do mat­ki.

— Gdzie ma­ma idziesz?

— Do nu­me­rów. Ka­na­pa się za­wa­li­ła w pięt­na­stym! Aj, co ja z tym mam!... Ty so­bie, Sal­cia, po­graj tro­chę ga­my.

Roz­twie­ra­ła for­te­pian, ście­ra­jąc pył po­łą szla­fro­ka.

— Nie chcę ga­my! — gry­ma­si­ła Sal­cia.

— Aj, Sal­cia! Co z to­bą?... Ty go­rzej „ka­pry­su­jesz” niż te ca­łe nu­me­ra i wszyst­kie go­ście! Graj so­bie ga­my al­bo ja­kie ka­wał­ki. Graj gło­śno, a okna otwórz, niech go­ście słu­cha­ją.

Znów do okien drep­ta­ła, lecz kel­ner jej dro­gę za­stą­pił.

— Chodź­my pod sie­dem­na­sty!

— Chodź­my!

Na dzie­dzi­niec wy­szli i okrą­ży­li fu­rę z sia­nem, któ­ra na środ­ku dro­gę ba­ry­ka­do­wa­ła. Kil­ka kur krę­ci­ło się pod wo­zem, dzio­biąc w żół­ta­wej, lep­kiej cie­czy, co cuch­ną­cym wę­żem pod ko­ła­mi się krę­ci­ła. Przez otwar­tą wjaz­do­wą bra­mę wi­dać by­ło sza­ry bruk ulicz­ny i na­głe pod­nie­sie­nie się ścian ka­mie­nic prze­cię­tych ciem­ny­mi ja­ma­mi otwar­tych okien. Z gó­ry pły­nę­ło sza­ra­we świa­tło chmur­ne­go dnia let­nie­go, deszcz mżył od świ­tu, tnąc po­wie­trze cie­niuch­ny­mi, po­dłuż­ny­mi nit­ka­mi. Po­mię­dzy ka­mie­nia­mi two­rzy­ły się czar­nia­we stru­my­ki, któ­re zda­wa­ły się za­sty­gać jak ciem­ne po­krę­co­ne ro­ba­ki.

W środ­ko­wym kor­pu­sie ho­te­lu, cof­nię­tym w tył, po­ma­lo­wa­nym na ja­sno­ró­żo­wy ko­lor, pra­wie wszyst­kie okna by­ły otwar­te. Tyl­ko na do­le jed­no okno mia­ło przy­mknię­te sza­ro­brud­ne okien­ni­ce, krzy­we i po­pa­czo­ne. Okien­ni­ce te by­ły od we­wnątrz śru­bą uję­te.

Kel­ner pal­cem na okno wska­zał:

— O!

Lecz Ży­dów­ka wy­krzy­wi­ła się ze zło­ścią.

— Ty, pa­nie Mar­ciń­ski, pal­cem nie po­ka­zuj! Ty mi po­li­cję jesz­cze na­pro­wa­dzisz tym pal­cem!

Do sion­ki wcho­do­wej zwró­ci­ła się, lecz sta­nę­ła na­gle jak wry­ta na wi­dok my­szu­ry­sa112 drze­mią­ce­go na kloc­ku wśród po­roz­rzu­ca­nych wió­rów.

— Joj­ne! Joj­ne!

Joj­ne, ru­dy, ma­ły, po­krę­co­ny, z sze­ścio­ma pal­ca­mi u le­wej rę­ki, praw­dzi­wy „ra­ry­tas” ho­te­lo­wy, po­rwał się na rów­ne no­gi.

Schlu­fst du?113

Na­aa! schlaft i nit114!...

Lecz wła­ści­ciel­ka na­pa­dła nań, sy­piąc gra­dem obe­lży­wych wy­ra­zów. Le­ni­wiec, próż­niak, dro­gę go­ściom za­wa­la i nie wie ni­g­dy, co się w nu­me­rach dzie­je.

Kel­ner znie­cier­pli­wio­ny wszedł do sie­ni.

— Niech pa­ni idzie.

— Za­raz! za­raz!

Joj­ne uciekł, te­raz wła­ści­ciel­ka przy­pa­try­wa­ła się zsy­pa­nym w kąt da­chów­kom, któ­ry­mi mia­no kryć ofi­cy­nę. Na­gle z le­we­go skrzy­dła za­jaz­du wy­pły­nę­ła try­um­fal­nie Ostat­nia myśl We­be­ra115, ka­le­czo­na przez Sal­cię.

Ży­dów­ka chwil­kę jesz­cze słu­cha­ła, uśmie­cha­jąc się ra­do­śnie.

— O!

Po czym do­pie­ro z trud­no­ścią na trzy wschod­ki wla­zł­szy, w ciem­ną szy­ję sion­ki za­głę­bi­ła się.

Ca­ły za­duch źle utrzy­my­wa­nych nu­me­rów za­cie­śniał się tu, w tej ciem­nej prze­strze­ni. Pod­ło­ga, ścia­ny zda­wa­ły się być prze­sią­kłe wo­nią po­tu, brud­nej bie­li­zny i piw­nicz­nej wil­go­ci. W ką­cie bie­la­ły sko­ru­py roz­bi­tej mi­ski, przed drzwia­mi nu­me­rów po­rzu­co­no bu­ty, z któ­rych je­den w nie­pew­nym świe­tle pły­ną­cym z wy­so­ko umiesz­czo­ne­go okien­ka miał świe­żą ze­lów­kę ja­sno na czar­nym tle pod­ło­gi się zna­czą­cą. Ca­ły ten za­kąt, w któ­rym nę­dza, wy­stę­pek, roz­pu­sta, czę­sto wy­kwint­ne na­wet cu­dzo­łó­stwo od­wie­dza­ło w prze­lo­cie, ca­łe to schro­nie­nie dla smut­nych, wy­dzie­dzi­czo­nych, bez­i­mien­nych, cza­sem jesz­cze wil­goć wię­zie­nia w swym ubra­niu ze so­bą wno­szą­cych, kon­cen­tro­wał się głów­nie w tym pa­wi­lo­nie, w dol­nych nu­me­rach, gdzie sta­wa­li naj­czę­ściej lu­dzie wy­bla­dli, wy­chu­dli, mó­wią­cy ci­cho, nie do­ma­ga­ją­cy się ni­g­dy świe­żych prze­ście­ra­deł, szu­wak­su116 na bu­ty lub wo­dy do ka­raf­ki. Ja­kaś ta­jem­ni­czość włó­czy­ła się wzdłuż tych ścian rzę­dem drzwi­czek prze­cię­tych, ja­kiś po­dej­rza­ny han­del, przy­wo­dzą­cy na myśl po­łą­cze­nia po­twor­ne, kur­cze gło­du przed świa­tem ta­jo­ne, łzy dziew­czy­ny zhań­bio­nej i oczy star­ca po­wle­czo­ne mgłą roz­pu­sty.

Lecz już kel­ner stał ko­ło drzwi sie­dem­na­ste­go nu­me­ru, dzwo­niąc klu­cza­mi.

Ży­dów­ka doń do­pa­dła.

— Ci­cho! ci­cho! Nie­chaj nie sły­szą!

Spoj­rza­ła przez dziur­kę od klu­cza, ciem­no by­ło zu­peł­nie, wy­ję­ła z pe­ru­ki szpil­kę po­dwój­ną i za­nu­rzy­ła w głę­bię.

— Nie ma klu­cza! — wy­szep­ta­ła.

Nu­me­ro­wy od pa­sa kół­ko od­piął, na któ­rym brzę­cza­ły klu­cze.

— Po­szu­kam!

Z wiel­ką wpra­wą klucz zna­lazł, w za­mek go wło­żył i dwa ra­zy prze­krę­cił.

Drzwi otwar­ły się skrzy­piąc.


*

Łóż­ko sta­ło za­sła­ne, nie­tknię­te, wy­cią­ga­ją­ce swe brud­no­czer­wo­ne fał­dy koł­dry i bia­ły kwa­drat po­dusz­ki w pół­cie­niu, ja­ki pa­no­wał do­ko­ła.

Od okna pły­nę­ły ja­śniej­sze smu­gi, a przez wy­cię­ty otwór w okien­ni­cach pa­dał snop świa­tła, prze­ci­na­ją­cy bru­tal­nie cia­sną prze­strzeń nu­me­ru. Snop ten, bie­gnąc uko­śnie, pa­dał na stół po­kry­ty ró­żo­wą ba­weł­nia­ną ser­we­tą, na któ­rej sta­ła szklan­ka do po­ło­wy wy­pi­tej wo­dy, ka­raf­ka, ka­wa­łek sznu­ra ciem­no­czer­wo­ne­go, od­pa­lo­ne­go na jed­nym koń­cu, i tro­chę kwia­tów sztucz­nych, po­gnie­cio­nych i zwi­nię­tych w kłę­bek. Bli­żej okna le­ża­ło prze­wró­co­ne krze­seł­ko, z któ­re­go ma­te­rac wy­padł na śro­dek po­ko­ju.

Resz­ta przed­mio­tów to­nę­ła po ką­tach w cie­niu.

I tyl­ko jesz­cze piec wy­stę­po­wał ma­są cięż­ką, bia­łą, jak zwierz uśpio­ny w ką­cie cia­snej klat­ki, z pasz­czą sze­ro­ko otwar­tą, z któ­rej jak ję­zyk czar­ny wi­sia­ły na jed­nej zła­ma­nej za­wia­sie117 za­rdze­wia­łe drzwicz­ki.

Lecz u okna ja­kaś czar­na, nie­ru­cho­ma zwie­sza­ła się po­stać, smut­na i nędz­na. Źle do­pa­so­wa­ne okien­ni­ce wła­śnie tam fil­tro­wa­ły sze­ro­ką szpa­rą świa­tło. W szpa­rze tej naj­do­kład­niej do­strzec moż­na by­ło ciem­ną gło­wę ko­bie­ty, ob­ra­mo­wa­ną ja­śniej­szym pa­skiem świa­tła i da­lej kor­pus zwie­sza­ją­cy się cięż­ko z rę­ka­mi opusz­czo­ny­mi i wy­krę­co­ny­mi kon­wul­syj­nie ku cia­łu, z no­ga­mi pod­kur­czo­ny­mi na de­sce okna.

Mar­ciń­ski rę­kę wy­cią­gnął.

— Wi­si! O tam, w oknie!

Ży­dów­ka oczy zmru­ży­ła.

— Niech no Mar­ciń­ski po­cze­ka! Mo­że to ta­kie uda­wa­nie, bo to z... ta­ki­mi to róż­nie się tra­fia. Pan­no! Pan­no! Zleź pan­na z okna!... Zleź za­raz!...

Lecz po­stać czar­na nie drgnę­ła na­wet, wciąż nie­ru­cho­ma w swej stru­dze ja­snej w ra­mę ją obej­mu­ją­cej.

Ży­dów­ka pod­su­nę­ła się bli­żej.

— Niech Mar­ciń­ski okien­ni­cę jed­ną uchy­li, a ostroż­nie, co­by z „dwo­rza” wi­dać jej nie by­ło.

Mar­ciń­ski szyb­ko pod­stą­pił, na okno się wspiął i rę­kę po­za tru­pa wy­cią­gnął. Okien­ni­ce po­wo­li się uchy­li­ły. Sze­ro­ka szczer­ba świa­tła do­sko­na­le te­raz ob­la­ła strasz­ną, zsi­nia­łą twarz sa­mo­bój­czy­ni.

Nu­me­ro­wy w pierw­szej chwi­li oczy przy­mknął, zna­la­zł­szy się tak bli­sko z tru­pem w cia­snej ni­szy okna. Po­wo­li jed­nak po­wie­ki pod­niósł i rę­ką po­licz­ka zmar­łej do­tknął.

— Jak lód — wy­rzekł.

Z okna ze­sko­czył i stał te­raz bez­czyn­nie z opusz­czo­ny­mi rę­ka­mi, pa­trząc cią­gle w wi­szą­cą.

Na­gle Ży­dów­ka wy­buch­nę­ła:

— A niech ją dia­beł po­rwie! Pięć dni nu­mer trzy­ma­ła i te­raz jesz­cze go za­pa­sku­dzi­ła! Aj! aj!... kto tu te­raz sta­nie! A po­li­cja! A gwał­ty! A stan­cja nie za­pła­co­na!

Kel­ner mil­czał, jak­by za­hip­no­ty­zo­wa­ny wi­do­kiem mar­twej dziew­czy­ny. By­ła prze­cież ohyd­na; ca­ła si­na, z oczy­ma sze­ro­ko roz­war­ty­mi, pra­wie czer­wo­ny­mi od krwi na­bie­gu, z ma­są bez­kształt­ną ję­zy­ka, wy­su­wa­ją­ce­go się z jej ust gra­na­to­wych i spuch­nię­tych. Tyl­ko od ty­łu gło­wy zwie­sza­ły się prze­pysz­ne, wspa­nia­łe war­ko­cze, czar­ne i lśnią­ce, na wpół sple­cio­ne. Je­den z tych war­ko­czy zsu­nął się na­przód i wi­siał w prze­strze­ni, a lek­ko przez wej­ście na okno nu­me­ro­we­go po­ru­szo­ny, chwiał się jak war­kocz pła­czą­cej brzo­zy, z czar­nej ko­lum­ny spa­da­ją­cy.

— To ci wło­sy — wy­rzekł na­resz­cie.

Lecz Ży­dów­ka la­men­to­wa­ła.

— Ny, kto mi te­raz za­pła­ci? Kto? Co ja mam za mo­je do­bre ser­ce, że­by ta­ką włó­czę­gę z koń­ca świa­ta do nu­me­ru brać! A mło­da jesz­cze by­ła, zdro­wa, po co jej by­ło ta­ki ko­niec ze so­bą ro­bić? aj! aj!...

Do sto­łu się zbli­ży­ła.

— Lich­tarz mi po­psu­ła, o!... świe­ca się wto­pi­ła, niech ją cho­ro­ba ci­śnie!...

Na sto­le stał lich­tarz mo­sięż­ny, ca­ły zie­lo­ny, ze ste­ary­ną świe­cy sze­ro­ko po brze­gach roz­la­ną. Wi­docz­nie sa­mo­bój­czy­ni po­zo­sta­wi­ła na sto­le pło­ną­cą świe­cę. Prze­pa­lo­ny sznur, któ­re­go dru­ga po­ło­wa po­słu­ży­ła za śmier­tel­ny stry­czek, na­le­żał kie­dyś do szla­fro­ka lub bluz­ki. Na bla­sze przed pie­cem wa­la­ły się po­pa­lo­ne ka­wał­ki li­stów i pa­pie­rów.

— Mar­ciń­ski! Co ona ja­dła? — spy­ta­ła na­gle Ży­dów­ka.

— Ka­wę; co dzień dwie szklan­ki jej no­si­łem!

— I buł­ki?

— A jak­że!...

— Ny, co ja te­ra po­cznę, kto mi za tę ka­wę za­pła­ci?

W ką­cie ciem­nym do­strze­gła ma­łą skrzyn­kę.

— Mo­że tam co jest. Niech Mar­ciń­ski po­su­nie!

— Nie wol­no ru­szać.

— Głu­pi Mar­ciń­ski jest! Mnie wszyst­ko wol­no, bo mnie się na­le­ży i ja pierw­sza do dłu­gu je­stem!

Mar­ciń­ski ku­fe­rek pod świa­tło przy­su­nął.


*

A w ku­fer­ku tym był ca­ły dra­mat cięż­ki i bo­le­sny, ca­ły dra­mat ży­cia ko­bie­ty wy­ko­le­jo­nej, rzu­co­nej jed­nym przy­spie­szo­nym tęt­nem krwi w fa­lę ży­cia strasz­ną i nie­li­to­ści­wą.

Dziew­czy­na ta mu­sia­ła być sta­tyst­ką w ja­kimś te­atrzy­ku, bo jesz­cze „kra­ko­wian­ka” brud­na i ka­wał­ka­mi gla­sy118 na­szy­ta, mie­ni­ła się wśród resz­ty szmat i szma­tek. Atła­so­we pan­to­fle ba­le­to­we, jak dwa opa­dłe i mar­twe mo­ty­le, ró­żo­wi­ły się wśród fałd po­ła­ta­nych ko­szul. Tro­chę pa­cior­ków brzę­cza­ło na dnie ku­fra, a po­mię­dzy ni­mi roz­kła­dał się na­gle kra­wat mę­ski atła­so­wy, ja­sny li­la z czar­ną prze­tar­tą dziu­rą od wkła­da­nia tom­ba­ko­wych119 szpi­lek.

Kra­wat ten zdra­dzał wie­le, ja­kąś mi­łost­kę ła­twą do za­wią­za­nia w cie­niu ku­lis, w tym bez­u­stan­nym zbli­że­niu męż­czyzn i ko­biet, w tym ko­dek­sie mo­ral­no­ści prze­ni­co­wa­nym i uła­twia­ją­cym nie upraw­nio­ne związ­ki. Kra­wat ten był ta­ni, pod­szy­ty per­ka­lem, ku­pio­ny z wy­sta­wy ubo­gie­go skle­pu na ja­kiejś od­da­lo­nej ulicz­ce. Męż­czy­zna, któ­ry go no­sił, był bied­nym i był bez wąt­pie­nia ak­to­rem, bo na atła­so­wym węź­le świe­ci­ły się żół­ta­wo­ró­żo­wo pla­my szmin­ki. Był try­wial­ny i nie­wy­bred­ny w swych gu­stach, do­wo­dził te­go ko­lor kra­wa­tu, a bru­tal­ny i pe­łen na­mięt­no­ści, gdyż tka­ni­na ca­ła po­rwa­na by­ła gwał­tow­nie wy­szar­py­wa­ną szpil­ką.

Lecz Ży­dów­ka, mru­cząc gniew­nie, za­nu­rzy­ła da­lej rę­kę. Z po­wo­dzi licz­nych szmat wy­do­sta­ła kil­ka far­tu­chów płó­cien­nych, du­żych, or­dy­nar­ny­mi nić­mi wi­docz­nie na wsi uszy­tych. Na jed­nym z nich wi­sia­ła jesz­cze ga­łąz­ka ucze­pio­ne­go chmie­lu, ze­schła i sczer­nia­ła. In­ny miał na so­bie kil­ka ucze­pio­nych bo­dia­ków120. Na­gle coś za­szu­mia­ło. Z jed­nej kie­szon­ki wy­sy­pa­ło się tro­chę po­śla­du121 dla kur. Wi­docz­nie dziew­czy­na, ze­rwaw­szy z ży­ciem te­atral­nym, przy­ję­ła służ­bę w ja­kimś wiej­skim do­mu. Lecz nie­dłu­go tam by­ła, mo­że do­wie­dzia­no się, że daw­niej „po­ka­zy­wa­ła ko­me­dię” i wy­pę­dzo­no ją od ra­zu. Tak czę­sto by­wa. Pa­nie ze wsi nie lu­bią ak­to­rek...

Jesz­cze kil­ka par poń­czoch sztucz­nie po­ce­ro­wa­nych wy­rzu­ci­ła z ku­fer­ka Ży­dów­ka, ja­kiś sta­nik ciem­no­gra­na­to­wy, prze­ro­bio­ny pod szy­ję, ze śla­da­mi hu­zar­skich ga­lo­nów na ple­cach i na pier­siach, wresz­cie wa­po­ry­za­tor122 roz­bi­ty, z pęk­nię­tą gu­mą i ze­rwa­ną siat­ką, ob­ra­zek Mat­ki Bo­skiej opraw­ny w bla­sza­ne ram­ki, kłę­bu­szek włócz­ki z za­czę­tą szy­deł­ko­wą ro­ze­tką, pa­tel­kę ca­łą czar­ną i spa­lo­ną od ognia, wresz­cie pu­stą, wy­tłusz­czo­ną port­mo­net­kę. To by­ło wszyst­ko, lecz z tych smut­nych gał­ga­nów trup ca­ły od­ży­wał i opo­wia­dał gorz­kie dzie­je ko­bie­cej do­li. Dziew­czy­na ta ży­ła wi­docz­nie z jed­nym ze swych ko­le­gów, by­ła pra­co­wi­tą i oszczęd­ną. Peł­ni­ła przy męż­czyź­nie obo­wiąz­ki ku­char­ki i po­słu­gacz­ki.

Mia­ła jesz­cze tro­chę wia­ry, któ­rą mu­sia­no wpo­ić w nią w do­mu. By­ła ner­wo­wą i lu­bi­ła de­ner­wo­wać się sztucz­ny­mi za­pa­cha­mi. Mia­ła grunt naj­uczciw­szy i sta­ra­ła się po roz­sta­niu ze swym ko­chan­kiem wy­wal­czyć so­bie ja­kieś sta­no­wi­sko wśród lu­dzi. Pra­co­wa­ła i mu­sia­ła czuć się bar­dzo szczę­śli­wą. Wy­pę­dzo­na, wpa­dła w nę­dzę i roz­pacz bez­den­ną. Głód, opusz­cze­nie, smu­tek pchnę­ły ją w ot­chłań zwąt­pie­nia, któ­re koń­czy je­dy­nie... śmierć.

Mło­da, lecz z cia­łem znisz­czo­nym nę­dzą i przed­wcze­sną mi­ło­ścią — nie umia­ła iść da­lej.

Wśród no­cy, w za­du­chu i ohy­dzie ży­dow­skie­go za­jaz­du po­sta­no­wi­ła skoń­czyć to, co się na­zy­wa­ło ży­ciem.

Prze­pa­li­ła sznur, bo prze­ciąć go czym nie mia­ła, i bez łzy, bez ża­lu, z usta­mi ner­wo­wo za­ci­śnię­ty­mi za­ło­ży­ła go so­bie na szy­ję.

Ostat­nie wra­że­nie123, ja­kie ze so­bą w dal ciem­ną unio­sła, był żół­ty, drga­ją­cy pło­mień do­ga­sa­ją­cej na środ­ku izby świe­cy.


*

Ży­dów­ka kop­nę­ła no­gą ku­fe­rek.

— Ani gał­ga­na na­wet wy­brać! Te­go na­wet han­dlarz za dwa gro­sze nie ze­chce!...

Po­wsta­ła po­wo­li i do tru­pa się zbli­ży­ła, oglą­da­jąc znisz­czo­ną su­kien­kę, w ja­ką dziew­czy­na by­ła ubra­na.

— Mo­że w kie­sze­ni co ma?

Rę­kę wy­cią­gnę­ła, ale pręd­ko cof­nę­ła ją i po­za ple­cy ukry­ła.

— Niech Mar­ciń­ski zo­ba­czy.

— Nie wol­no!

— Głu­pi Mar­ciń­ski jest... jak się co znaj­dzie, to i Mar­ciń­skie­mu się do­sta­nie za usłu­gę. Prze­cież Mar­ciń­ski na pi­wo nic nie do­stał.

Kel­ner po­krę­cił gło­wą.

— Ano ra­cja jest, zo­ba­czę!

Do kie­sze­ni tru­pa się­gnął, lecz pu­stą by­ła pra­wie zu­peł­nie. Trup się za­ko­ły­sał. Ży­dów­ka z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi na brzu­chu przy­glą­da­ła się nie­cier­pli­wie.

— A nie „stłuk­nij” ją, Mar­ciń­ski.

— Wi­si moc­no! niech się pa­ni nie stra­cha!

Oswa­ja­li się po­wo­li z tym tru­pem smut­nym i sty­gną­cym w za­du­chu źle utrzy­ma­nej izby.

— Nie ma nic?

— Nie... ino bla­sza­ny na­par­stek.

Ży­dów­ka znów za­klę­ła.

— Daj pan Mar­ciń­ski na­par­stek! Sal­cia swój zgu­bi­ła, nie po­trze­ba ku­pić.

Na­gle za­mil­kła i bli­żej do okna po­stą­pi­ła.

Trup, ko­ły­sząc się, od­sło­nił no­gi.

No­we, po­rząd­ne bu­ci­ki, za­pię­te na gu­zicz­ki, uka­za­ły się oczom wła­ści­ciel­ki ho­te­lu.

— Niech pan Mar­ciń­ski zle­zie!

Lecz Mar­ciń­ski do­ty­kał wi­szą­ce­go war­ko­cza i mla­skał ję­zy­kiem.

— Aj! aj! Co za wło­sy!

— Mar­ciń­ski mu­si zleźć!...

Kel­ner war­kocz z ża­lem z rę­ki wy­pu­ścił.

— Niech pan Mar­ciń­ski pój­dzie ci­cho do mo­je­go miesz­ka­nia i przy­nie­sie du­że no­ży­ce. Trze­ba ją ode­rżnąć, mo­że jesz­cze ży­je, to się ją po­trze!

Kel­ner spoj­rzał w oczy Ży­dów­ki.

Przez kil­ka chwil mie­rzy­li się wzro­kiem, a obo­je mie­li w źre­ni­cach ja­kieś pło­we, mi­go­cą­ce świa­teł­ka.

Wresz­cie kel­ner ku wyj­ściu się skie­ro­wał i skrzy­piąc drzwia­mi, znikł w głę­bi sie­ni.

Ży­dów­ka, po­zo­staw­szy sa­ma, obej­rza­ła się kil­ka­krot­nie, po czym, wy­cią­gnąw­szy jak naj­da­lej rę­ce, na pal­cach do tru­pa po­de­szła i szyb­ko gu­zi­ki bu­ci­ków roz­pi­nać po­czę­ła. Nos jej się zwę­ził ze stra­chu, usta zgię­ły się w pół­ko­le. Na czo­ło pot wy­stą­pił. Ona, sa­piąc, prze­chy­lo­na, cią­gnę­ła da­lej swą pra­cę, zdzie­ra­jąc ze zmar­łej obu­wie, szar­piąc tru­pa, nie czu­jąc pra­wie chło­du nóg ze­sztyw­nia­łych, któ­re, po­zba­wio­ne osło­ny, za­bie­la­ły na­gle ja­sną bar­wą sza­rych, po­ce­ro­wa­nych ciem­ną ba­weł­ną poń­czoch.

Do­ko­naw­szy swe­go dzie­ła, wła­ści­ciel­ka cof­nę­ła się szyb­ko, otwo­rzy­ła drzwi i z si­łą ci­snę­ła da­le­ko w głąb ko­ry­ta­rza bu­ci­ki. Stuk­nę­ły o pod­ło­gę, jak ude­rze­nie młot­ka o wie­ko trum­ny. Czas jed­nak był wiel­ki. Mar­ciń­ski po­wra­cał, kry­jąc pod po­ła­mi kurt­ki du­że no­ży­ce.

Ży­dów­ka pot z czo­ła otar­ła.

— Pan­na Sal­cia gra?

— Pan­na się bi­je z ku­char­ką!

We­szli znów do nu­me­ru i te­raz już sam Mar­ciń­ski pod­szedł do okna.

— Niech się pa­ni nie zbli­ża, ja ją sam obe­tnę.

Wlazł na okno, po­su­nął tru­pa i za­sło­nił so­bą pra­wie ca­łą po­stać zmar­łej.

Ży­dów­ka, o drzwi opar­ta, nie pa­trzy­ła, ca­ła za­ję­ta my­ślą, czy bu­ci­ki sa­mo­bój­czy­ni bę­dą do­bre na no­gi jej cór­ki.

Tym­cza­sem no­życz­ki zgrzyt­nę­ły. Z ci­chym chrzę­stem ob­su­nął się wzdłuż ple­ców tru­pa ob­cię­ty war­kocz. Mar­ciń­ski zwi­nął go zręcz­nie i scho­wał do kie­sze­ni kurt­ki.

I znów ni­by chrzęst — i gło­wa dziew­czy­ny uka­za­ła się te­raz osta­tecz­nie ze­szpe­co­na, z krót­ką nie­rów­ną li­nią roz­sy­pu­ją­cych się na kar­ku wło­sów.

Lecz Mar­ciń­ski ku drzwiom się zwró­cił.

— Le­piej nie ru­szać, po­li­cja się wda i bę­dzie kram, że my ją po­ru­szy­li. Ja­ką na­szli, ta­ką zo­staw­my!

Ży­dów­ka ski­nę­ła gło­wą.

— Ma Mar­ciń­ski „słusz­nie”! Te­raz mu­si iść po straż­ni­ka! Aj, aj!... Ja­kie to zmar­twie­nie!...

Kel­ner z okna ze­sko­czył i ku drzwiom po­dą­żył.

Wy­szli obo­je na ko­ry­tarz i Mar­ciń­ski za­czął do­bie­rać klu­cze.

Ży­dów­ka, bu­ci­ki nie­wi­docz­nie pod­nió­sł­szy, za chust­kę ukry­ła.

— Cze­go Mar­ciń­ski ją za­my­ka? — za­py­ta­ła, kie­ru­jąc się do wyj­ścia.

— Praw­da! — od­rzekł kel­ner — prze­cież nie uciek­nie!

I ro­ze­śmie­li się obo­je.


Za­gwiz­daj, Pa­pu­ziu!...

Mi­nuś­ka po­rwa­ła się z je­go ko­lan i na­gle w pół­cie­niu, już z okien pły­ną­cym, za­bie­li­ła się jak zja­wi­sko w swej ma­sie bia­łych zwięd­nię­tych ko­ro­nek i po­mię­te­go ba­ty­stu.

— Nie!... nie!... nie chcę!

Ale on, nie­ubła­ga­ny — wy­cią­gnął rę­kę i ujął na­gie ra­mię dziew­czy­ny w swe su­che pal­ce ner­wo­we­go blon­dy­na.

— Za­gwiz­daj, Pa­pu­ziu!...

— Ty wiesz, to dla mnie cho­le­ra to gwiz­da­nie.

— Za­gwiz­daj, Pa­pu­ziu!...

Ton je­go mo­wy był roz­ka­zu­ją­cy, po­wol­ny, mięk­ki, a prze­cież sie­ką­cy jak ude­rze­nie szpi­cru­ty.

Dziew­czy­na pró­bo­wa­ła się jesz­cze opie­rać.

— Nie!... wo­lę z to­bą roz­ma­wiać!

On nie­znacz­nie ra­mio­na­mi ru­szył.

— Za­gwiz­daj, Pa­pu­ziu! — po­wtó­rzył po raz czwar­ty.

Sta­lo­wo­nie­bie­ski­mi ocza­mi spoj­rzał w drob­ną twarz Mi­nuś­ki, któ­ra le­d­wie prze­świe­ca­ła przez ca­łe kłę­by po­krę­co­nych czar­nych wło­sów.

Oczy te, jak­by wiecz­ną łza­wą mgłą po­cią­gnię­te, zu­ży­te by­ły i dziw­nie roz­wią­złe.

Ja­kaś na­boż­na, dys­tyn­go­wa­na roz­pu­sta gnieź­dzi­ła się w tych źre­ni­cach ko­lo­ru dziew­czę­cej su­kien­ki.

By­ły to oczy we­stal­ki124, po­wra­ca­ją­cej ze schadz­ki do swej świą­ty­ni.

Te­raz już Mi­nuś­ka pod wpły­wem te­go spoj­rze­nia ukła­da­ła się po­wo­li na ko­la­nach męż­czy­zny, po­chy­la­jąc w tył gło­wę, tak że ca­ła ka­ska­da czar­nych wło­sów spły­nę­ła ku zie­mi i kwia­tów dy­wa­nu do­się­gła.

I tyl­ko biust jej bia­ły, fo­rem­ny, jak­kol­wiek tro­chę w gó­rze spłasz­czo­ny, roz­cią­gał sil­nie cien­ki ba­tyst szla­fro­ka, zwią­za­ne­go lek­ko bia­łą w pa­sie wstąż­ką.

Resz­ta cia­ła za­zna­cza­ła się sil­nie wy­raź­ny­mi kon­tu­ra­mi i do­brze wy­gię­tą li­nią od bio­der od­ci­na­ła się ja­sno od ciem­ne­go obi­cia ni­skiej tu­rec­kiej so­fy.

Z bo­sych stóp dziew­czy­ny spa­dły ma­łe pan­to­fle z ró­żo­we­go atła­su, tro­chę brud­ne i zgnie­cio­ne.

No­gi te, wy­cią­gnię­te z nie­ru­cho­mo­ścią tru­pią, żół­te by­ły, wy­gię­te sil­nie jak no­gi tan­cer­ki, prze­cię­te błę­kit­ny­mi ży­ła­mi i cie­niem czar­nych wło­sów, ro­sną­cych na zgię­ciu pal­ców.

W nie­wy­raź­nym mro­ku sza­rej go­dzi­ny — ob­ja­wia­ły się jak no­gi ko­bie­ty zmę­czo­nej, głu­piej, ner­wo­wej, ko­bie­ty bez sil­ne­go punk­tu opar­cia, a mi­mo to do­brej, mięk­kiej, ule­głej — idą­cej śle­po za po­dmu­chem lo­su.

Ca­ła wresz­cie po­stać Mi­nuś­ki, wy­cią­gnię­tej na strzy­żo­nej tka­ni­nie orien­tal­ne­go me­bla, mia­ła w so­bie to bier­ne pod­da­nie się fa­ta­li­zmo­wi, to opusz­cze­nie rąk w wal­ce z ży­ciem, to za­ga­śnię­cie po­czu­cia roz­ko­szy, tem­pe­ra­men­tu i ka­pry­sów ko­bie­cych.

W nie­ru­cho­mo­ści swo­jej, w tej ulu­bio­nej po­zie wy­cią­gnię­te­go w trum­nie tru­pa — znać by­ło dą­że­nie bez­wied­ne cia­ła do spo­czyn­ku, a spod dłu­gich rzęs przy­mknię­tych mi­ga­ły tyl­ko biał­ka oczu. Wszyst­ko w niej dą­ży­ło i rwa­ło się ku zie­mi ra­zem z ka­ska­dą czar­nych wło­sów, ra­zem z fał­da­mi bia­łe­go tre­nu, któ­ry ją ob­wi­jał zim­ną dra­pe­rią gro­bo­we­go ca­łu­nu.

Sie­dzą­cy w ką­cie so­fy męż­czy­zna, smu­kły, cor­rect125, sil­nie wy­cze­sa­ny — z bro­dą okrą­głą zmy­sło­we­go sam­ca, opar­tą na sztyw­nych ro­gach lśnią­ce­go koł­nie­rzy­ka, w kan­cia­stych li­niach cia­ła, w ko­la­nach sil­nie zło­żo­nych, przy­po­mi­nał po­zę Ozy­ry­sa126, wci­śnię­te­go w sze­ro­ki sta­lo­wo­gra­na­to­wy gar­ni­tur an­giel­skie­go kro­ju. Na­wet kurt­ka, szczel­nie na dwa rzę­dy za­pię­ta, opi­na­ła sil­nie pierś jak mo­gi­łę wszyst­kich pra­gnień i po­ry­wów...

Ca­łe cia­ło, dłu­gie, zło­żo­ne, jak­by na za­wia­sach, przy­le­ga­ło do­sko­na­le do li­nii i za­gięć so­fy pro­stej, twar­dej, rów­nej — po­mi­mo ba­nal­ne­go kształ­tu na­śla­du­ją­ce­go wschod­nie sto­sy po­du­szek.

Tyl­ko ko­la­na ostrym kan­tem wy­sta­wa­ły bru­tal­nie, pod­no­sząc sil­nie sze­wiot127 spodni, któ­re opi­na­ły dłu­gie, le­d­wo za­zna­czo­ne łyd­ki, nie­kształt­ne, gu­bią­ce się bez sil­niej­sze­go spad­ku, łyd­ki ka­mien­ne­go boż­ka, ci­sną­ce­go się do twar­dej swe­go tro­nu pod­sta­wy. Ca­łe cia­ło — za­koń­czo­ne wy­dłu­żo­ny­mi a pła­ski­mi sto­pa­mi, obu­ty­mi zim­no w an­giel­skie ma­to­we obu­wie, rów­ne by­ło — ostro skra­ja­ne, kan­cia­ste, po­dob­ne do wy­bor­nie spre­pa­ro­wa­ne­go szkie­le­tu, osa­dzo­ne­go na do­sko­na­łych za­wia­sach.

Tyl­ko gło­wa okrą­gła i twarz po­kry­ta mię­sem kłó­ci­ły do­sko­na­łą har­mo­nię dal­sze­go rusz­to­wa­nia.

Był to ka­dłub an­giel­skie­go char­ta ze łbem ob­wi­słe­go bul­do­ga.

Dol­na war­ga, tro­chę wil­got­na i jak­by nie­pew­na, zwie­sza­ła się ku do­ło­wi, od­sła­nia­jąc dol­ny rząd zę­bów żół­tych i od ty­to­niu sczer­nia­łych. By­ła to war­ga vi­veu­ra128, któ­ry la­ta ca­łe mu­siał po­wo­li na­sy­cać na­mięt­no­ści swych po­draż­nio­nych zmy­słów, za­my­ka­jąc oczy i otwie­ra­jąc usta. Ma­ska je­go nie­ru­cho­mej twa­rzy uro­bi­ła się już w ta­kie roz­przę­że­nie bez­wied­ne mu­sku­łów, że choć mło­dość wal­czy­ła jesz­cze z na­ło­giem, ścią­ga­jąc skó­rę ze skro­ni, to już ca­ły dół twa­rzy, a na­wet skó­ra pod ocza­mi fał­do­wa­ła się w bez­sil­ne bruz­dy, zmy­sło­we, zwie­rzę­co-apa­tycz­ne.

Le­żą­ca na je­go ko­la­nach ko­bie­ta mia­ła w swej twa­rzy przy­schnię­ty znów wy­raz na­mięt­no­ści, na­gle spie­czo­nej i w ogniu stra­wio­nej. I u niej, tak jak i u nie­go, cia­ło nie har­mo­ni­zo­wa­ło z gło­wą. Tors jej miał peł­ne i do­sko­na­łe roz­wi­nię­cie ko­bie­ty do­szłej do szczy­tu si­ły, bio­dra roz­ło­ży­ste i po­dat­ne mia­ły w so­bie mię­si­stość Hisz­pa­nek, lecz już od sil­nych jesz­cze ud po­cząw­szy, li­nia nóg zwę­ża­ła się na­gle, schła, drob­nia­ła bru­tal­nie. Koń­czy­ny by­ły sła­be, ane­micz­ne, wy­schłe, ob­cią­gnię­te tru­pią skó­rą.

Tę sa­mą ano­ma­lię przed­sta­wia­ły i rę­ce.

Przed­ra­mię wspa­nia­łe, do­sko­na­le pięk­ne, już od łok­cia mia­ło wą­skość dziw­ną, nie­pew­ną, nie­uspra­wie­dli­wio­ną, a sa­me dło­nie i pal­ce, dłu­gie i ko­ści­ste, z po­fał­do­wa­ną na zgię­ciach pal­ców skó­rą, zwie­sza­ły się ku zie­mi jak rę­ce roz­pacz­li­wie smut­ne­go szkie­le­tu.

Z kar­na­cją skó­ry, prze­świe­ca­ją­cej przez oczka ko­ro­nek i pa­ję­czą tka­ni­nę ba­ty­stu, by­ło to sa­mo. Twarz bla­da, żół­ta — jak­by po­cęt­ko­wa­na si­ny­mi pod­ko­wa­mi, pod­kre­śla­ją­cy­mi przy­mknię­te oczy i roz­cią­ga­ją­cy­mi się aż na sil­nie wy­cią­gnię­tą skó­rę no­sa, nie mia­ła ani śla­du pur­pu­ry warg, któ­re bia­łe, wą­skie, po­strzę­pio­ne, nik­nę­ły pra­wie w bla­dej ma­sce.

Lecz już szy­ja, tra­cąc zżół­kłe to­ny, roz­pły­wa­ła się w ró­żo­wa­wo lśnią­cej bar­wie pier­si lek­kiej, wio­sen­nej, mło­dej — ma­ją­cej w so­bie do­sko­na­łą mięk­kość pa­ste­lu.

Pod bie­lą ba­ty­stu ró­żo­wa ta bar­wa ciem­nia­ła co­raz da­lej, za­głę­bia­ła się, to znów try­um­fal­nie prze­cho­dzi­ła w atła­so­wą bia­łość na wy­pu­kło­ściach bio­der.

To prze­świe­ca­nie ju­trzen­ko­wej bar­wy przez de­li­kat­ny de­seń ko­ron­ki mia­ło w so­bie czar dziw­nie po­nęt­ny, nie­pew­ny, pe­łen ta­jem­ni­czej si­ły do­sko­na­łej pięk­no­ści ko­bie­ce­go cia­ła.

Jak­by pod cien­ką war­stwą śnie­gu roz­sy­pa­ne li­ście bla­do­ró­żo­wej ka­me­lii, tak mi­go­ta­ły szma­ty cia­ła Mi­nuś­ki w ob­ra­mo­wa­niu de­li­kat­ne­go de­se­nia cien­kich wa­lan­sje­nek129.

Lecz już — co­raz da­lej się po­su­wa­jąc — ró­żo­wy ton bladł, si­niał, zie­le­niał, żółkł na ko­la­nach dwo­ma pla­ma­mi i do stóp się zsu­wa­jąc, w tru­pią bar­wę prze­cho­dził.

Je­dy­nie jesz­cze po­de­szwy ja­kąś dziw­ną ano­ma­lią ró­żo­wi­ły się lek­ko, tro­chę star­te zbyt cia­snym obu­wiem, za­zna­cza­jąc się w prze­strze­ni barw­niej lek­ką kro­plą krwi, roz­tar­tą zda­je się na ich po­wierzch­ni.

Ci­sza by­ła do­ko­ła.

Ci­sza wiel­kie­go mia­sta, któ­re hu­czy w od­da­li, a prze­cież do miesz­kań ludz­kich hu­kiem tym nie wpa­da, po­zo­sta­wia­jąc nie­mal gro­bo­wy spo­kój tym — któ­rzy spo­ko­ju te­go pra­gną.

Przez bia­łe za­sło­ny okien sła­nia­ła się bla­do­błę­kit­na, rów­na — nie prze­cię­ta ni­czym bar­wa za­cho­dzą­ce­go nad da­cha­mi do­mów wio­sen­ne­go słoń­ca.

Bar­wa ta — wsu­wa­jąc się do po­ko­ju — jak elek­trycz­ny blask wy­kra­wa­ła kon­tu­ry ba­nal­nych me­bli, po­roz­sta­wia­nych po ką­tach miesz­ka­nia. Orien­tal­na tka­ni­na me­bli mie­ni­ła się ja­skra­wy­mi pla­ma­mi i żół­tą pstro­ci­zną frędz­li. Du­że, we­nec­kie lu­stro — po­chy­lo­ne nad so­fą — pre­zen­to­wa­ło się ma­to­wo­sza­rym kwa­dra­tem na tle try­wial­ne­go, ciem­ne­go obi­cia kry­ją­ce­go ścia­ny. Po ką­tach, na eta­żer­kach wy­krzy­wia­ły się ja­poń­skie lal­ki pod pa­ra­so­la­mi, któ­re roz­ta­cza­ły ciem­no­sza­fi­ro­we lub czar­ne ko­ła pra­wie pod sa­my­mi ro­ga­mi tro­chę przy­bru­dzo­ne­go su­fi­tu.

Po­środ­ku, jak ptak na­gle nie­ru­cho­my, krwa­wi­ła się czer­wo­no­ścią szyb i sta­lo­wy­mi po­krę­co­ny­mi li­nia­mi ob­wo­dów we­nec­ka la­tar­nia, oka­pa­na ste­ary­ną, bie­lą­cą się na ma­to­wej płasz­czyź­nie pod­sta­wy.

W jed­nym z ką­tów żół­cił się du­ży ma­kar­tow­ski bu­kiet, smut­ny, przy­pró­szo­ny py­łem, z la­sem ak­sa­mit­nych szy­szek, ster­czą­cych wśród pę­ku traw po­ła­ma­nych.

Nie fro­te­ro­wa­na, tro­chę brud­na pod­ło­ga, po­kry­ta znisz­czo­nym dy­wa­nem, wy­sta­wa­ła ja­sny­mi pla­ma­mi ko­ło pro­gów i okien, któ­re krzy­wo się za­głę­bia­jąc, zna­czy­ły się wy­sta­ją­cy­mi spo­za bia­łych za­słon bla­sza­ny­mi ry­nien­ka­mi do zbie­ra­nia ro­sy.

I w tej ba­nal­no­ści zim­nej, ba­za­ro­wej, pre­ten­sjo­nal­nej, wci­śnię­tej na­gle w miesz­czań­ską klat­kę cia­snych, ta­nim obi­ciem ob­le­pio­nych ścian sta­rej ży­dow­skiej ka­mie­ni­cy — nie by­ło nic z du­szy ko­bie­ty za­miesz­ku­ją­cej te ścia­ny.

Mi­nuś­ka by­ła pta­kiem wę­drow­nym i o klat­kę nie dba­ła.

Przez uchy­lo­ne drzwi do­strzec moż­na by­ło nie po­sła­ne łóż­ko — roz­ko­pa­ne, roz­rzu­co­ne, w nie­ła­dzie jesz­cze noc­nym, ciem­nie­ją­ce pod sto­sem zrzu­co­nych su­kien i koł­der.

Okno, przy­sło­nię­te szczel­nie sza­fi­ro­wą za­sło­ną, nada­wa­ło ca­łe­mu po­ko­jo­wi po­zór gro­bo­wej ka­pli­cy.

Resz­ta to­nę­ła w cie­niu.

Tym­cza­sem w sa­lo­ni­ku błę­kit­ne świa­tło okien za­czę­ło stop­nio­wo sza­rzeć i bie­lić, jak­by przez ma­to­we a brud­ne szkło prze­pusz­czo­ne.

Dwie bia­łe ta­kie smu­gi — jak char­ty po­twor­ne przy­pa­dły do pod­ło­gi, sła­ły się po dy­wa­nie i gi­nę­ły w od­da­li, tuż pod sto­pa­mi nie­ru­cho­mie sie­dzą­ce­go męż­czy­zny.

Koń­ce pal­ców u rę­ki Mi­nuś­ki, zwie­sza­ją­cej się z so­fy, ma­cza­ły się w tej mar­twej ja­sno­ści i zżół­kłe pa­znok­cie, po­cęt­ko­wa­ne bia­ły­mi plam­ka­mi, zda­wa­ły się być pła­ta­mi ta­jem­ni­czych ne­nu­fa­rów, z ta­fli sty­gną­cej wo­dy wy­zie­ra­ją­cych.

Dziew­czy­na przy­my­ka­ła po­wie­ki i z prze­chy­lo­ną w tył gło­wą zda­wa­ła się tę­żyć w ja­kimś odrę­twie­niu.

Lecz mło­dy męż­czy­zna szarp­nął ją znów za ra­mię.

— Za­gwiz­daj, Pa­pu­ziu!

Dziew­czy­na wes­tchnę­ła i ci­cho — po­wo­li, jak­by pły­nąc z od­da­li, roz­legł się drżą­cy me­nu­et, gwiz­da­ny jak­by dzio­bem pa­pu­gi, nie­pew­nie w dal rzu­ca­ją­cej nu­ty.

To Mi­nuś­ka gwiz­da­ła, le­żąc cią­gle prze­chy­lo­na, nie­ru­cho­ma w ob­ra­mo­wa­niu swych czar­nych wło­sów, któ­re się z prze­py­chem po dy­wa­nie wa­la­ły.

Męż­czy­zna, zmru­żyw­szy oczy, w gwizd ten się wsłu­chi­wał z dziw­nym wy­ra­zem ko­ło ust ob­wi­słych. Na­resz­cie rę­kę wy­cią­gnął i zim­ny­mi pal­ca­mi po oczach Mi­nuś­ki prze­su­nął.

— Nie pła­czesz? — za­py­tał.

Ona gwiz­dać prze­sta­ła, brwi marsz­cząc.

— Cóż u dia­bła, co dzień nie mo­gę!

— Po­sta­raj się!...


*

Po­znał ją w Ło­dzi, w sa­li Se­li­na, gdy złym ak­cen­tem fran­cu­skim śpie­wa­ła ja­kąś piosn­kę.

W pod­ra­bia­nej tej Fran­cuz­ce od­czuł od ra­zu ła­twą i ta­nią za­ba­wę i gdy otu­lo­na płasz­czy­kiem ze­szła z es­tra­dy do pu­stej i bia­łej od ga­zu130 sa­li, zbli­żył się, wiecz­nie nie­na­sy­co­ny w tej po­go­ni za ko­bie­tą, jak­kol­wiek od daw­na już nie do­świad­czał nic w do­tknię­ciu na­gich ra­mion lub roz­wia­nych wło­sów.

Przez na­łóg, przez przy­zwy­cza­je­nie szedł już te­raz, za­cze­piał, wy­cią­gał rę­kę, cią­gle spra­gnio­ny go­ręt­sze­go wra­że­nia, cze­goś, co by nim tar­gnę­ło, co by za­mie­ra­nie w nim roz­ko­szy wstrzy­ma­ło choć­by na krót­ką chwi­lę.

Mi­nuś­ka nie za­ję­ła go wię­cej od in­nych.

By­ła ze­psu­tą, we­so­łą, pu­stą i try­wial­ną.

Mó­wi­ła „psia­krew”, bi­ła się po bio­drach, po­ka­zy­wa­ła Ży­dom na uli­cach ję­zyk i kłó­ci­ła się w re­stau­ra­cji z kel­ne­ra­mi.

Nie róż­ni­ła się ni­czym od in­nych ko­biet i draż­ni­ła w nim za­mie­ra­ją­ce­go tru­pa, lecz draż­ni­ła nie­mi­le, w bo­le­sny, do­kucz­li­wy spo­sób.

Przez kil­ka dni, któ­re ba­wił131 w Ło­dzi, wi­dy­wał ją co­dzien­nie, co­raz wię­cej132 znie­chę­co­ny i pół­sen­ny.

Dziew­czy­na, są­dząc, że śmie­chem i żar­ta­mi zdo­ła roz­ch­mu­rzyć to znu­żo­ne czo­ło, roz­strzą­sa­ła przed nim ca­łą tor­bę swych dow­ci­pów, po­zbie­ra­nych w chwi­lo­wych mi­łost­kach, któ­re pro­wa­dzi­ła w swym ży­ciu.

Lecz on — cią­gle mil­czą­cy, zim­ny, kan­cia­sty, sie­dział przed nią, wpa­trzo­ny w prze­strzeń szklan­ny­mi oczy­ma tru­pa.

Chwi­la­mi ra­mio­na­mi wzru­szał i mó­wił jed­no tyl­ko sło­wo:

— Ci­cho!

Dziew­czy­na mil­kła, zdję­ta na­glą ja­kąś trwo­gą przed tą ci­szą na­ka­za­ną jej w cia­snej prze­strze­ni za­sło­nię­tej loż­ki, po­za któ­rej czer­wo­ny­mi fi­ran­ka­mi wi­dać by­ło ja­sną prze­strzeń sa­li i ciem­ny otwór sce­ny.

Raz je­den ośmie­li­ła się po­wie­dzieć:

— To głu­pie ta­kie po­stę­po­wa­nie!

I uzbra­ja­jąc się w od­wa­gę, do­da­ła:

— Fun­ta kła­ków nie­war­te!

On tym­cza­sem pa­trzał na nią, ską­pa­ną w ja­snej po­wo­dzi ga­zu, pło­ną­ce­go w stłu­czo­nej ba­ni, za­wie­szo­nej u su­fi­tu loż­ki.

Klę­cza­ła przed nim na ma­łej sof­ce, obi­tej ciem­ną bro­ka­te­lą, i pod­nió­sł­szy ob­na­żo­ne rę­ce, wią­za­ła swe czar­ne wło­sy dłu­gą bia­łą wstąż­ką.

By­ła dnia te­go ubra­na już do pan­to­mi­my, ma­ją­cej koń­czyć przed­sta­wie­nie, a w któ­rej grać mia­ła ro­lę pan­ny mło­dej.

Dłu­ga, bia­ła mu­śli­no­wa suk­nia, na­ty­ka­na kwie­ciem po­ma­rań­czo­wym, da­wa­ła jej po­zór umar­łej dzie­wi­cy, któ­rą la­da chwi­la zło­żą na śmier­tel­nej po­ście­li. Twarz jesz­cze nie ubie­lo­na, żół­ta by­ła i mar­twa w tej bia­łej ko­ro­nek po­wo­dzi.

Opie­ra­ła się bio­drem o stół na­kry­ty bia­łym ob­ru­sem, na któ­rym wa­la­ły się reszt­ki ka­na­pek i kie­lisz­ki ko­nia­ku.

Zwią­za­ła wło­sy i po­wo­li, z pew­nym le­ni­wym wdzię­kiem na po­dusz­ki so­fy upa­dła.

— Fun­ta kła­ków nie­war­te! — po­wtó­rzy­ła przez za­ci­śnię­te zę­by.

Spo­za uchy­la­ją­cej się fi­ran­ki do­la­ty­wał prze­ni­kli­wy głos dziew­czy­ny, śpie­wa­ją­cej na sce­nie drżą­cym so­pra­nem:

De­man­de aux lys, s’ils aiment la ro­sée133.

On cią­gle pa­trzył na nią, dzi­wiąc się i za­zdrosz­cząc tej ży­wot­nej si­le, któ­ra ka­za­ła jej po­ru­szać się, śmiać, de­ner­wo­wać i wy­rzu­cać z sie­bie ca­łą ka­ska­dę słów i chę­ci.

Wiecz­nie i cią­gle od pew­ne­go cza­su ob­ser­wo­wał tak wszyst­kich, sam cią­gle bez­sil­ny, pe­łen prze­wi­dzeń, ha­lu­cy­na­cji, wi­dząc ko­niec wszyst­kie­go, nie mo­gąc zbu­dzić się z odrę­twie­nia zmy­słów, w ja­kie po­pa­dał z dniem każ­dym.

Ogar­niał go smu­tek bez­den­ny, z któ­re­go so­bie spra­wy zdać nie umiał, szu­ka­jąc w złym tra­wie­niu przy­czy­ny głów­nej tej zmia­ny, pod­nie­ca­jąc się fi­zycz­nie i mo­ral­nie, pra­gnąc roz­pacz­li­wie wyj­ścia z tej ni­co­ści, w któ­rą po­wo­li za­pa­dał.

Speł­niał au­to­ma­tycz­nie funk­cje swe­go urzę­do­wa­nia w jed­nym z to­wa­rzystw kre­dy­to­wych, lecz no­ca­mi, wy­bla­dły i z gał­ką swej la­ski przy ustach, zja­wiał się, jak ma­ra bla­da i mil­czą­ca, z nie­mą skar­gą na swój zgon du­cho­wy, w za­dy­mio­nych lo­ka­lach re­stau­ra­cyj­nych, w ochry­płych sa­lach kon­cer­to­wych, w za­uł­kach noc­nej roz­pu­sty — go­niąc coś cią­gle, w mil­cze­niu szu­ka­jąc, tra­wiąc się, sty­gnąc od wnę­trza.

Bez­wied­nie lgnął do ko­biet, jak­by w nich szu­ka­jąc od­ro­dze­nia, lecz — te, do któ­rych miał przy­stęp ła­twy i z gó­ry za­pew­nio­ny — wstrzą­sa­ły nim swym śmie­chem, ba­nal­ną piesz­czo­tą i co­raz ciem­niej­sze ko­ło two­rzy­ły do­ko­ła je­go oso­by.

Od cza­su do cza­su opo­wia­da­ły mu hi­sto­rię swe­go ży­cia, za­czy­na­ją­cą się nie­zmien­nie od tych słów:

„Nie mia­łam jesz­cze pięt­na­stu lat i by­łam zu­peł­nie głu­pia, a tu...”

Słu­chał chwi­lę, są­dząc, że coś się tam prze­wi­nie, co mu ry­sę w je­go lo­do­wej po­wło­ce uczy­ni — lecz pręd­ko myśl w in­ną stro­nę od­wra­cał.

Za­wsze to sa­mo!

Jed­na hi­sto­ria w mi­lio­no­wym wy­da­niu!

Mi­nuś­ka prze­cież nie opo­wie­dzia­ła mu swej „hi­sto­rii”.

By­ła ba­nal­ną, try­wial­ną jak in­ne — mó­wi­ła mu „mój ki­ziu” — i ja­dła ry­bę no­żem, ale „hi­sto­rii” swej nie opo­wie­dzia­ła do tej chwi­li.

Nie opo­wie­dzia­ła i nie opo­wie — bo oto on wy­jeż­dża ju­tro i ma jej wła­śnie to po­wie­dzieć za chwi­lę, sko­ro tyl­ko tam­ta spo­za za­sło­ny śpie­wać prze­sta­nie.

Do­szedł już do te­go stop­nia osła­bie­nia i roz­draż­nie­nia, że nie umie i nie lu­bi mó­wić, gdy kto śpie­wa.

Tym­cza­sem Mi­nuś­ka na­le­wa so­bie kie­li­szek ko­nia­ku.

— Wiecz­nie pan je­steś smut­ny jak sum — mó­wi, pi­jąc fał­szo­wa­ną ohy­dę po­wo­li, jak­by z roz­ko­szą — do­brze, że masz na smu­ce­nie się, to jesz­cze pół szczę­ścia!

Od­sta­wia kie­li­szek i znów wci­ska się w po­dusz­ki sof­ki.

— Mo­że to i ta­ka mo­da być na smut­no — cią­gnie da­lej, rur­ku­jąc fal­ban­ki suk­ni na pal­cach — zna­łam jed­ne­go pa­na od wy­ści­gów, tak­że się tak wiecz­nie gryzł i drę­czył. Po­dob­no coś kie­dyś tam ko­muś ukradł, to go ja­dło!...

Ro­ze­śmia­ła się gło­śno i za­sta­no­wi­ła chwil­kę.

— No, to już by­ło przez su­mie­nie. Praw­da? Ale pan? Co ci to brak!... Mój Bo­że! Że­by to mnie pa­nem być! Czy by ja kie­dy się za­sę­pi­ła, co?

Po­za za­sło­ną śpie­wacz­ka umil­kła i z sa­li do­la­ty­wał szmer po­mie­sza­nych gło­sów, od­su­wa­nie krze­seł i szczęk ku­fli roz­sta­wio­nych na sto­łach.

— Masz pan co jeść, gdzie miesz­kać, masz pew­nie ro­dzi­nę, oj­ca, mat­kę, a mo­że i żo­nę — a ta­kiś pan skwa­szo­ny cią­gle. Nie po­wiem, że­by to ja, co jak ten psiak bez gniaz­da po świe­cie się ty­ram i już z roz­pa­czy do Fran­cu­zów przy­sta­łam i oto się Fal­fan­die­ro­wej wy­słu­gu­ję. Psia­krew! Do­brze, że mnie tro­chę po fran­cu­sku na­uczy­li, to i co za­ro­bię na to mar­ne ży­cie... oj! mar­ne!

Znów po kie­li­szek się­gnę­ła, z bu­tel­ki na­la­ła, wy­pi­ła.

W pół dro­gi rę­ka jej w fał­dy suk­ni opa­dła.

By­ła już na wpół pi­ja­ną.

— Psia­krew! — po­wtó­rzy­ła raz jesz­cze i gło­wę w tył prze­chy­li­ła.

Ktoś drzwi w sa­li otwo­rzył.

Gaz w ku­li za­czął mi­go­tać, chy­ląc się na obie stro­ny.

Roz­pacz­li­wy ja­kiś smu­tek wy­peł­nił ma­łą prze­strzeń loż­ki, ja­kaś gro­bo­wa pust­ka po­mi­mo tłu­mu po­ru­sza­ją­ce­go się po­za fi­ran­ką.

Męż­czy­zna w swej au­to­ma­tycz­nej sztyw­no­ści za­sty­gły, sie­dział nie­po­ru­szo­ny w ką­cie so­fy, zda­jąc się wy­dzie­lać z sie­bie ten chłód tru­pi i mro­zić nim oży­wio­ną jesz­cze nie­daw­no dziew­czy­nę.

Te­raz by­ło ich dwo­je smut­nych, nie ma­ją­cych da­chu po­nad du­szą.

I Mi­nuś­ka czer­nia­ła, żół­kła, po­zby­wa­jąc się swej ma­ski sztucz­ne­go uśmie­chu, od­sła­nia­jąc na­gle swój szkie­let już próch­nie­ją­cy nie­szczę­śli­wej, wal­czą­cej z ży­ciem isto­ty.

Le­ża­ła nie­ru­cho­ma, z rę­ka­mi ob­wi­sły­mi, z usta­mi opusz­czo­ny­mi w ką­ci­kach bo­le­snym skrzy­wie­niem. Na­gle war­gi ścią­gnę­ła ner­wo­wym skur­czem i lek­ko, i ci­cho gwiz­dać za­czę­ła.

Był to ga­wot134 po­pu­lar­ny, ła­twy do po­chwy­ce­nia i cią­gną­cy się ci­cho jak srebr­na nit­ka pa­ję­cza.

W roz­ko­ły­sa­niu się ga­zu gwizd ten le­ciuch­ny mo­tał się z przej­rzy­sto­ścią do­kład­ną, wzno­sił się, opa­dał i znów roz­po­czy­nał.

Na­gle umilkł, roz­pły­wa­jąc się w ury­wa­nej nut­ce. Chwi­lecz­kę trwa­ło mil­cze­nie.

Prze­rwał je ochry­pły nie­co głos Mi­nuś­ki:

— Pan wiesz, ja mia­łam dziec­ko!

Męż­czy­zna nie drgnął na­wet, nie od­po­wie­dział ani sło­wa.

Przy­ga­słe oczy skie­ro­wał jed­nak na le­żą­cą ko­bie­tę, bo czuł, że ma w niej tro­chę od­bi­cia swe­go smut­ku, swe­go znie­chę­ce­nia.

Wie­dział, że się nie krzy­wi uśmie­chem.

Od­dy­chał.

— Mia­łam dziec­ko! A jak­że! Jak anio­ła ta­ką dziew­czyn­kę! Że­byś ją pan był wi­dział no — co to opo­wia­dać! Kró­lew­na! Wło­sy czar­ne, oczy sza­fi­ro­we — bu­zia ma­luch­na. A mą­dra, a uciesz­na. W dzie­się­cio­ro się kra­ja­łam, aby jej nic nie bra­kło! Pan nie ma dzie­ci?

Nie by­ło od­po­wie­dzi.

— Nie ma pan? Do­brze pan ro­bi. Dzie­ci to wiel­ka ra­dość, ale co też to za smu­tek! Ser­ce le­d­wo nie trza­śnie, jak to gi­nie! Psia­krew... co to za urzą­dze­nie na świe­cie!... mia­ła na imię Ma­ryś­ka! Ja ją na­zy­wa­łam Ma­rych­na. To ład­nie, praw­da? Mó­wi­ła już, cho­dzi­ła, łyd­ki mia­ła gru­be, tak że ją tyl­ko w skar­pet­ki ubie­rać moż­na by­ło! I co pan po­wie! W trzy dni — ani się obej­rza­łam, już by­ło po niej! sły­szy pan!... po niej!...

Obo­je sie­dzie­li cią­gle nie­ru­cho­mo w obu ką­tach so­fy, ona prze­chy­lo­na, z twa­rzą gi­ną­cą w tym skró­ce­niu. Tyl­ko pod­bró­dek drgał jej ner­wo­wo, jak u ko­biet bli­skich pła­czu.

— Na­zy­wa­ła mnie... Pa­pu­zią. A to stąd, wi­dzi pan, po­szło: Po­sły­sza­ła kie­dyś pod bal­ko­nem na uli­cy gwiż­dżą­cą pa­pu­gę. Odejść nie chcia­ła. Wzię­łam ją na rę­ce i gwiz­da­łam jej w uszko przez ca­łą dro­gę. Póź­niej... cią­gle pro­si­ła — gwiz­daj, Pa­pu­ziu! Ja gwiz­da­łam! Ach Bo­że!... ja gwiz­da­łam!

Po­rwa­ła się na­gle, jak­by ocu­co­na.

— Ja pa­na nu­dzę, co? Pan i tak smut­ny!

Lecz on rę­kę wy­cią­gnął.

— Pro­szę, mów da­lej!... pro­szę!...

Ja­kiś cień uśmie­chu prze­wi­nął się na­wet ko­ło je­go warg po­bla­dłych.

Od tej na­gle otwie­ra­ją­cej się przed nim ra­ny ma­cie­rzyń­stwa, w roz­pust­nym oto­cze­niu za­mknię­tej loż­ki tin­gel-tan­glu135, pły­nę­ło ku nie­mu po­wol­ne uspo­ko­je­nie i ła­god­ne uczu­cie le­d­wo do­strze­gal­ne­go cie­pła.

— Bo to, wi­dzi pan, męż­czyź­ni nie lu­bią, sko­ro się im o ta­kich rze­czach mó­wi. Tyl­ko pan ja­kiś in­ny od wszyst­kich. Mo­że to pa­na i ba­wi.

Wes­tchnę­ła, znów gło­wę prze­chy­li­ła na po­ręcz sof­ki i oczy zmru­ży­ła.

— Wi­dzi pan, to by­ło dziec­ko ta­kie... no, pan wie! Ot ta­kie, bez oj­ca. Więc to się cho­wa­ło nie u mnie, ale ja za­wsze co dnia przy­bie­ga­łam, na rę­ce schwy­ci­łam, wy­ca­ło­wa­łam gdzie mo­głam. Jak już nic jej przy­nieść nie mia­łam, to choć po­gwiz­dać przy­szłam, a ma­ła się już od pro­gu rwa­ła i pisz­cza­ła: „Gwiz­daj, Pa­pu­ziu! gwiz­daj!...” By­ło to ucie­chy! Cho­le­ra mu­zy­kal­na by­ła! W dziad­ka się wda­ła!...

Urwa­ła, jak­by prze­ra­żo­na zdra­dze­niem cie­nia ta­jem­nic swe­go po­cho­dze­nia.

— No, i kie­dy przy­szła ta cięż­ka go­dzi­na, że ją śmier­tel­na cho­ro­ba schwy­ci­ła — ja po dok­to­rów z go­łą gło­wą la­ta­łam po no­cy, w ap­te­kach dzwon­ki ury­wa­łam. Raz mnie stój­ko­wy136 ma­ło do cyr­ku­łu137 nie zwlókł... Co pan chce! Dla dziec­ka to się w ogień sko­czy! Nie po­mo­gło! Chu­dła, sztyw­nia­ła — i już tyl­ko na rę­kach no­sić ją trze­ba by­ło dniem i no­cą. Ja też no­si­łam i jesz­cze tyl­ko to gwiz­da­nie mo­gło ją uspo­ko­ić na tro­chę, na krót­ko! I ja też gwiz­da­łam! Łzy mi jak groch le­cia­ły!... ale no­si­łam i gwiz­da­łam!

Umil­kła i spod przy­sło­nię­tych rzęs za­mi­go­ta­ły na­gle dwie lśnią­ce kro­ple łez, po czym z po­chy­lo­nej w tył gło­wy spły­wa­ły po skro­niach, mo­cząc sil­nie pę­ki fry­zo­wa­nej grzy­wy.

— I wiesz pan co? Umar­ła mi na rę­kach wte­dy, kie­dy cho­dzi­łam z nią po po­ko­ju i gwiz­da­łam jej ci­chut­ko, ci­chu­teń­ko — pra­wie w sa­mo uszko. Póź­no by­ło, świe­ca się do­pa­la­ła, w ką­cie chra­pa­ła ko­bie­ta, u któ­rej ona się cho­wa­ła. Ja cho­dzi­łam bo­so, że­by nie wstrzą­sać rę­ka­mi, gwiż­dżę — ona od­dy­cha, raz, dru­gi oczki otwo­rzy­ła — si­na ob­rącz­ka na­oko­ło ust się ry­su­je. Je­zus Ma­ria! My­ślę so­bie — dziec­ko!... gwiż­dżę wciąż — ona już nie od­dy­cha, ja gło­wę tra­cę... i lu­dzie mnie zna­leź­li z dziec­kiem na rę­ku, cią­gle po po­ko­ju cho­dzą­cą. Po­dob­no na­wet jesz­cze gwiz­da­łam!... Co pan chcesz!... Do­sta­łam bzi­ka. Nie mia­łam nic me­go... ją jed­ną!... Oprzy­tom­nia­łam póź­niej i cza­sem, kie­dy sa­ma je­stem mó­wię, so­bie: za­gwiz­daj, Pa­pu­ziu!... gwiż­dżę!... i pła­czę!

Roz­pusz­czo­ną ma­są wło­sów otar­ła stru­mień łez pły­ną­cy jej z oczów.

— Prze­pra­szam pa­na — wy­krztu­si­ła wśród łkań — ja za­raz prze­sta­nę be­czeć, to już... ta­ki cho­ler­ny na­rów... ja za­raz bę­dę... we­so­ła!...

Lecz on — zbli­żył się ku niej te­raz i wy­cią­ga­jąc rę­ce przy­cią­gnął ją ku so­bie.

W ge­ście tym nie by­ło śla­du współ­czu­cia dla jej cier­pie­nia, był tyl­ko ja­kiś sy­ba­ry­tyzm138 dziw­ny, roz­sma­ko­wa­nie się w go­rą­co­ści łez i w spa­zma­tycz­nym skur­czu wstrzą­sa­ją­cym pier­si ko­bie­ty.

Me­lan­cho­licz­ne zwie­rzę zbu­dzi­ło się w nim i bru­tal­nie, bez­czel­nie do­ma­ga­ło się praw swo­ich.

Sen­ty­men­tal­ny sa­miec wy­cią­gnął tru­pią rę­kę i na ra­nie ser­ca ko­bie­ty-mat­ki po­ło­żył.

Ob­wi­sła war­ga za­drga­ła mu roz­kosz­nie.

Oczy po­kry­ła bia­ła, wil­got­na mgła.


*

I od tej chwi­li ży­li ra­zem, we dwo­je — scho­wa­ni w ką­cie od­da­lo­nej uli­cy, w miesz­ka­niu, któ­re on urzą­dził z ba­nal­nym kom­for­tem biu­ro­we­go par­we­niu­sza139. Wszyst­ko na­oko­ło nich by­ło mar­twe, tru­pie, wy­sty­głe.

Dziew­czy­na z po­cząt­ku rwa­ła się jesz­cze do ży­cia, wal­cząc z reszt­ka­mi tem­pe­ra­men­tu.

Wpręd­ce jed­nak cia­ło znisz­czo­ne la­ta­mi przy­mu­so­wej roz­pu­sty — za­pra­gnę­ło gro­bo­we­go spo­czyn­ku.

Za cia­łem po­szedł duch.

Mi­nuś­ka za­mie­ra­ła wśród strzy­żo­nej tka­ni­ny me­bli i za­ku­rzo­nych pa­ra­so­li, włó­cząc po oto­ma­nie swe bez­sil­ne człon­ki ane­micz­nej ko­bie­ty.

On — try­um­fo­wał, ką­piąc się te­raz w tej cmen­tar­nej at­mos­fe­rze, któ­rą włó­czył w fał­dach swej kurt­ki, cią­gle mil­czą­cy, po­nu­ry, zie­ją­cy ni­czym nie uspra­wie­dli­wio­ną roz­pa­czą, zwłasz­cza w chwi­lach wio­sen­ne­go roz­kwi­tu.

Cza­sem tyl­ko dziew­czy­na wy­rzu­ci­ła jesz­cze z sie­bie „psia­krew” — ze­bra­ne z ust to­wa­rzy­szek ła­twej za­ba­wy i cięż­kiej pra­cy, i sło­wo to jak ude­rze­nie szpi­cru­ty prze­ci­na­ło po­wie­trze.

Lecz on, nie ru­sza­jąc się z miej­sca, przez za­ci­śnię­te usta szep­tał:

— Ci­cho!...

Ko­bie­ta mil­kła i sie­dzie­li tak obo­je w mil­cze­niu, w roz­pacz­li­wej me­lan­cho­lii dwoj­ga za­mie­ra­ją­cych or­ga­ni­zmów, sku­tych ze so­bą — ona, roz­pa­mię­ty­wa­jąc swą prze­szłość, on — pła­wiąc się w lu­bież­no­ści smut­ku i o trum­ny po­trą­ca­ją­ce­go wspo­mnie­nia.

I gdy ja­sno­błę­kit­ne świa­tło od okien pły­ną­ce z sza­re­go to­nu zmie­nia­ło się w zło­to­ru­dy blask wy­ci­na­ją­cy kon­tu­ry me­bli, a co­raz da­lej ku głę­bi po­ko­ju roz­pły­wa­ło się w czar­nia­wo­sza­fi­ro­wym cie­niu — on po­chy­lał się nad mar­twie­ją­cą w tru­piej po­zie dziew­czy­ną.

— Za­gwiz­daj, Pa­pu­ziu!...

Ona gwiz­da­ła, z po­cząt­ku nie­chęt­nie, po­tem co­raz wię­cej za­ta­pia­jąc się w ci­chej nut­ce me­lo­dii.

Trup dziec­ka wy­schły, zżół­kły, bied­ny — zja­wiał się przed nią w prze­po­tę­dze swe­go nie­pra­we­go po­cho­dze­nia, wspa­nia­ły bez­i­mien­no­ścią swo­ją, do­sko­na­ły w zro­dze­niu z mi­ło­sne­go tchnie­nia. Trup ten zim­niał, sztyw­niał — tuż przy jej pier­si — przy jej ło­nie, któ­re go stwo­rzy­ło, i gniótł jej cia­ło strasz­nym cię­ża­rem nie­ży­ją­ce­go po­two­ra.

I wte­dy ca­ła fa­la łez la­ła się z czar­nych oczu ko­bie­ty i po prze­chy­lo­nej w tył gło­wie ku ma­sie po­krę­co­nej grzy­wy spły­wa­ła...

Tym­cza­sem męż­czy­zna tru­pie swe pal­ce w ka­ska­dzie tych łez ma­czał i le­ni­wym gło­sem sen­ty­men­tal­nie po­wta­rzał:

— Za­gwiz­daj, Pa­pu­ziu!...


By­dlę

Za­tur­ko­ta­ło i na dro­dze od mia­sta wio­dą­cej pod­niósł się tu­man ku­rzu.

Nie­wiel­ki ko­czyk140 zie­lo­ny, cią­gnio­ny przez czwór­kę w po­ręcz sprzę­żo­nych ko­ni, stuk­nął sil­nie o bel­kę po­ło­żo­ną na po­przek tuż przed cha­tą Hie­ro­ni­ma i ku bra­mie dwor­skiej po­dą­żał.

Na koź­le, w sza­racz­ko­wy sur­dut141 ubra­ny stan­gret i lo­kaj w dłu­gim czar­nym an­gle­zie142, ze­tknę­li się gwał­tow­nie ra­mio­na­mi, za­klę­li i do rów­no­wa­gi wró­ci­li.

Z ko­czy­ka tym­cza­sem na obie stro­ny, jak dro­go­wska­zy, ster­cza­ły dwa ol­brzy­mie cy­bu­chy, ciem­ne, z faj­ka­mi wy­pcha­ny­mi sil­nie ty­to­niem.

Pan hra­bia i pa­ni hra­bi­na pa­li­li w mil­cze­niu, rzu­ca­jąc w ja­sność li­lio­wą wo­łyń­skiej prze­strze­ni ca­łe kłę­by bia­łe­go dy­mu.

Pu­deł­ko z ty­to­niem sta­ło na przed­nim sie­dze­niu.

Pa­ni hra­bi­na mia­ła płasz­czyk i twarz lśnią­cą od nad­uży­cia gli­ce­ry­ny.

Pan hra­bia miał prze­ślicz­ne tur­ku­so­we oczy, wpra­wio­ne w po­żół­kłą ma­skę zgry­zio­ne­go wą­tro­bia­rza143.

Ko­czyk sta­nął przed bra­mą.

Lo­kaj zlazł po­wo­li i za wro­ta po­cią­gnął, pa­są­ce się obok sta­do gę­si ucie­kło z prze­ra­ża­ją­cym wrza­skiem.

Ko­czyk próg bra­my prze­stą­pił, wstrzą­sa­jąc woź­ni­cą, pu­dłem, pa­nią hra­bi­ną, pa­nem hra­bią i oby­dwo­ma cy­bu­cha­mi.

Gę­si, drąc się, le­cia­ły wśród ma­sy traw, ło­po­cząc skrzy­dła­mi, i hen, aż pod ta­jem­ni­cze gąsz­cze ożyn144 się do­staw­szy, przy­pa­dły do zie­mi, zdy­sza­ne i sro­dze zmę­czo­ne. Lecz już na gan­ku dwo­ru po­wstał ruch i w kre­den­sie Ja­nek, czy­ta­ją­cy Re­sur­rec­tu­ri145 w „Ty­go­dni­ku Ilu­stro­wa­nym”, otarł nos w zna­czą­cy spo­sób.

— Czort dia­bła nie­sie! — wy­rzekł pół­gło­sem.

Znad tap­cza­nu sur­dut zdjął, po­śli­nił wel­we­to­wy koł­nierz, na któ­rym łu­pież sil­nie przy­lgnął, sur­dut na­dział i po­włó­cząc no­ga­mi, na ga­nek po­dą­żył.

Już pa­ni sę­dzi­na pę­dzi­ła od stro­ny gar­de­ro­by, po­krzy­ku­jąc cien­ko:

— Z Ha­ti! Hrab­stwo z Ha­ti!

I szyb­ko od­wró­ci­ła się do Jan­ka, któ­ry me­lan­cho­lij­nie spod spa­da­ją­cej hy­ry na swą pa­nią spo­glą­dał.

— A ty mi się nie upij, bo jak Bo­ga ko­cham, tak już z to­bą ko­niec zro­bię! Sły­szysz?

Ja­nek brwi zmarsz­czył i za po­ły sur­du­ta oby­dwo­ma rę­ka­mi się schwy­cił.

— Sły­szę, ja­śnie pa­ni! — od­parł.

Ko­czyk z głu­chym szu­mem już przed ga­nek za­je­chał.

Sę­dzi­na wpa­dła we drzwi pro­wa­dzą­ce do głę­bi dwor­ku, a Ja­nek, ze spe­cjal­nym ge­stem ze stop­ni gan­ku scho­dząc, drzwi wcho­do­we146 hrab­stwu uka­zy­wał.

— Pań­stwo w do­mu? — za­py­tał hra­bia.

— Ja­śnie pań­stwo są! — od­po­wie­dział lo­kaj.

Cy­bu­chy i ty­toń na rę­kach lo­ka­ja wę­dro­wa­ły już w głąb do­mu.

— A uwa­żaj, ka­na­lio, abyś cy­bu­cha nie prze­trą­cił! — do­dał w for­mie uwa­gi hra­bia.

Nie, to by­ło po­nad je­go si­ły!

Mu­si pójść do karcz­my.

Cho­dzi, cho­dzi na­oko­ło sto­łu, po­cią­ga ob­rus, kar­bu­je sól w sol­nicz­ce, usta­wia gar­nu­szecz­ki ze śmie­tan­ką. Na środ­ku pi­ra­mi­da z po­zio­mek krwa­wi się pla­mą pur­pu­ry wśród zie­lo­nych li­ści. Po obu stro­nach, na zło­co­nych por­ce­la­no­wych ko­szycz­kach, ru­dym to­nem zna­czą się świe­że ob­wa­rzan­ki, cu­kier miał­ki pię­trzy się pi­ra­mid­ką pra­wie skrzą­cą w pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca.

Po­przez okno na wpół otwar­te pły­nie ca­ła ta­ka stru­ga ogni­sta, prze­cię­ta smu­kło­ścią to­po­li, ster­czą­cych do­ko­ła dwo­ru.

Jesz­cze by­dło z po­la nie wra­ca.

Nie sły­chać ko­ła­tek ani hu­ka­nia pa­stu­chów po­za wo­dą, hen po­za sta­wem.

Ja­nek rę­ce po na­po­le­oń­sku na pier­siach zło­żył i sta­nął ko­ło okna.

Wło­żył li­lio­wy atła­so­wy kra­wat i wło­sy ja­sno­blond, w któ­rych srebr­ne ni­ci się bie­lą, olej­kiem zlał i z czo­ła od­gar­nął.

Cze­ka, aż ku­charz kur­czę­ta z przy­pa­dłej opo­dal dwo­ru ku­chen­ki do kre­den­su przy­nie­sie.

Wte­dy sa­mo­war, sy­czą­cy w kre­den­sie, do ja­dal­ni wnie­sie, na sto­li­ku obok usta­wi, otwo­rzy drzwi do sa­lo­nu i za­anon­su­je ni­skim gło­sem:

— Po­da­no do sto­łu!

Tym­cza­sem prze­cież coś go we wnę­trzu ssie jak wąż, a śli­ny w ustach peł­no.

Ja­nek wie do­brze, co to zna­czy...

Czczo mu; do karcz­my go cią­gnie.

A jest ona tam po dru­giej stro­nie sta­wu, ta karcz­ma ca­ła czar­na mi­mo czer­wo­nej ja­sno­ści słoń­ca.

Ja­nek dro­gę tę od lat trzy­dzie­stu zna.

Zmie­nił ją tyl­ko od chwi­li oże­nie­nia. Trze­ba bo­wiem by­ło ze dwo­ru do karcz­my wła­śnie ko­ło cha­ty iść, cha­ty, któ­rą mu ja­śnie pa­ni da­ła, kie­dy War­kę z gar­de­ro­by wziął i z „we­rczem” do dwo­ru przy­szedł.

Pa­ni cha­tę i War­kę da­ła, ale War­ka dar­ła się o wód­kę z Jan­kiem i za­raz na próg cha­ty wy­pa­da­ła, za po­ły sur­du­ta chwy­ta­ła i za­wo­dzi­ła het, jak su­ka, gdy jej szcze­nię­ta od­bie­ra­ją.

Wie­dzia­ła War­ka, że ja­śnie pa­ni ma te­go pi­jań­stwa Jan­ko­we­go do­syć i la­da chwi­la go z kre­den­su wy­gna precz.

Tym bar­dziej że Ja­nek nie pił ca­łe mie­sią­ce i tyl­ko, gdy gość się zja­wił, wnet do karcz­my pę­dził i za si­wu­chę147 chwy­tał.

A prze­cież trzy­dzie­ści lat już w Ho­ro­dysz­czu prze­trwał słu­żąc wier­nie, nie­po­szla­ko­wa­nie uczci­wy, pe­łen ary­sto­kra­tycz­nych prze­są­dów, wła­ści­wych wo­łyń­skie­mu chło­pu, ce­ru­jąc dy­wa­ny i szla­fro­ki pa­na sę­dzie­go, obi­ja­jąc so­fy w bu­du­arze pan­ny sę­dzian­ki, ob­szy­wa­jąc go­ścin­ne koł­dry na tra­wie dzie­dziń­ca, ko­lek­cjo­nu­jąc „Ty­go­dnik Ilu­stro­wa­ny”, bi­jąc War­kę i naj­star­szą cór­kę, Pa­ra­skę, ty­ra­ni­zu­jąc chło­pa­ków kre­den­so­wych i le­żąc bez pa­mię­ci, od cza­su do cza­su, w krza­kach ber­be­ry­su, któ­re bu­kie­tem bla­sza­nych li­ści i de­li­kat­nych ja­gód wzno­si­ły się na środ­ku dzie­dziń­ca.

Pa­ni sę­dzi­na na­zy­wa­ła go wte­dy „by­dlę”. By­ła to na­zwa mniej wy­kwint­na niż do­sad­na.

Pa­ni sę­dzi­na by­ła jed­nak cór­ką eko­no­ma. Stąd mia­ła du­żo po­czuć ary­sto­kra­tycz­nych wro­dzo­nych!...

Lo­kaj, a zwłasz­cza pi­ja­ny lo­kaj, był dla niej by­dlę­ciem!

Hra­bia mó­wił na swo­ją służ­bę „ka­na­lia”.

Pa­ni sę­dzi­na mó­wi­ła „by­dlę”.

Pa­ni sę­dzi­na nie lu­bi­ła chło­pów i nie wda­wa­ła się z ni­mi w bliż­sze sto­sun­ki. To­le­ro­wa­ła tyl­ko chłop­ki, gdyż jej przy­no­si­ły ku­ry al­bo ja­ja, zwią­za­ne w szma­ty.

Pan sę­dzia cią­gnął na­mięt­nie star­kę148 ra­no i wie­czo­rem, a cza­sem i w no­cy.

Pa­ni sę­dzi­na znaj­do­wa­ła to na­tu­ral­nym.

Co in­ne­go by­ło z pi­jań­stwem Jan­ka!...

Co wol­no pa­nu — nie wol­no by­dlę­ciu.

Pa­ni sę­dzi­na, mó­wiąc o pi­jań­stwie mę­ża, mó­wi­ła „sła­bość me­go mę­ża”.

Pi­jań­stwo Jan­ka by­ło zbrod­nią, nie cho­ro­bą.

Lo­kaj nie mógł być cho­ry!

Or­ga­nizm je­go nie mógł żą­dać al­ko­ho­lu.

Ja­nek pi­ja­ny — był by­dlę­ciem.

Pan sę­dzia pi­ja­ny był... sła­bym!

Prze­ko­na­nie to wpo­iła pa­ni sę­dzi­na w War­kę.

Dla­te­go te­raz Ja­nek miał scho­wa­ne w ocze­re­cie149 czół­no i drąg i po­przez staw się do karcz­my Szmu­la do­bi­jał.

Kie­dy bo­wiem szedł przez wieś — a War­ka, broń Bo­że, „cu­pa­ła” w ogro­dzie za chru­ścia­kiem przy bu­ra­kach al­bo ty­to­niu — to po­ry­wa­ła się z wrza­skiem, aż jej me­da­li­ki po pier­siach dzwo­ni­ły.

— A do­loć mo­ja, do­lo za­tra­co­na!... — krzy­cza­ła, przez płot prze­ła­żąc, roz­dzie­ra­jąc spód­ni­cę, za­pa­skę, z „do­ła­mi” na­je­żo­ny­mi do­ko­ła twa­rzy jak fa­wo­ry­ty150 pa­na sę­dzie­go.

I był to la­ment tak wiel­ki, że wszyst­kie ba­by, ja­kie by­ły w cha­cie, wy­pa­da­ły na dro­gę z ko­szu­la­mi za­wi­nię­ty­mi po ko­la­na, z za­pa­ska­mi ubie­lo­ny­mi mą­ką, ta od ła­ta­nia świ­ty, ta od prze­wi­ja­nia dziec­ka. Wszyst­kie ota­cza­ły Jan­ka i War­kę, ła­ma­ły rę­ce, ki­wa­ły gło­wa­mi, a do­ko­ła pod­ska­ki­wa­ły dzie­ci w zgrzeb­nych ko­szu­lach, cza­sem zu­peł­nie na­gie, z ma­są ja­snych wło­sów na spi­cza­stych gło­wach, i kwi­cza­ły pro­się­ta zbie­głe ze źle do­mknię­tych chle­wi­ków...

Te­raz — Ja­nek już po­tra­fił uni­kać tej go­rą­cej łaź­ni. Wprost do sta­wu szedł, w czół­no wska­ki­wał i wo­dę pruł, aż szu­mia­ła. Po­tem do dru­gie­go brze­gu gdy się do­bił, to już do Szmu­la by­ło tyl­ko kil­ka­dzie­siąt kro­ków — i ła­two by­ło się do­brać. Wra­cał jed­nak wol­niej, na wpół przy­tom­ny, po­trze­bu­jąc ma­ło do zu­peł­ne­go upo­je­nia, roz­stro­jo­ny zu­peł­nie ner­wo­wo, ma­jąc dziw­ną na­tu­rę wtło­czo­ną w smut­ne cia­ło dwor­skie­go słu­żal­ca, z fan­ta­zją prze­peł­nio­ną wi­zja­mi po­wie­ści i ar­ty­ku­łów, któ­rych nie ro­zu­miał w set­nej czę­ści, z tę­sk­no­tą strasz­ną, wro­dzo­ną Wo­ły­nia­kom, z tą tę­sk­no­tą, co ser­ce z pier­si wy­ry­wa za czymś, cze­go okre­ślić na ra­zie nie­po­dob­na151, co szum so­sen, za­pach po­zio­mek, krzyk spło­szo­nej gę­si, skrzyp wrót na­gle bu­dzi i po­tem jak dru­ga du­sza w cie­le po­ku­tu­je, rwie, szar­pie, nę­ka o za­cho­dzie słoń­ca i ży­cia.

By­dlę mia­ło to wszyst­ko w so­bie, to wy­cie roz­pacz­li­we w pust­kę, któ­ra się po­więk­sza z dniem każ­dym. Jak duch po­ku­tu­ją­cy, jak trup, któ­re­mu nie da­no mo­gi­ły i do­mo­win­ki uską­pio­no, tak błą­kał się Ja­nek od karcz­my do dwo­ru z „Ty­go­dni­kiem” ster­czą­cym brud­ną bie­lą dru­ku w ob­cią­gnię­tej kie­sze­ni sur­du­ta. Wło­sy mu po­si­wia­ły, twarz o de­li­kat­nych ry­sach ner­wo­we­go blon­dy­na na­brzę­kła, oczy zma­la­ły i z ja­sno­błę­kit­nych zro­bi­ły się żół­te. Ple­cy wy­gię­ły się w ka­błąk, rę­ce jed­ne po­zo­sta­wa­ły ner­wo­we, sil­ne, su­che, jak­by ca­ła si­ła wo­li lo­ka­ja skon­cen­tro­wa­ła się w tych rę­kach, w któ­rych by­ła po­tę­ga je­go pra­cy. Gdy z krza­ków ber­be­ry­sów pod­no­sił się po pe­rio­dzie152 pi­jań­stwa, za­ci­skał sil­nie pię­ści, jak­by pró­bu­jąc, czy ca­ła wo­la po­zo­sta­ła w nim jesz­cze, czy nie spły­wa ra­zem z umy­słem w ten cień nie­po­chwyt­ny, któ­ry go ota­czał i do karcz­my iść ka­zał.

I — z pię­ścia­mi jesz­cze za­ci­śnię­ty­mi — szedł pro­sto do kre­den­su, do swe­go tap­cza­nu, na któ­rym wy­le­gi­wał się w cza­sie je­go nie­obec­no­ści Jó­ziek.

— Won, by­dlę! — mó­wił chwy­ta­jąc chłop­ca za koł­nierz — won, pan wró­cił!

Ku­charz nie da­wał zna­ku ży­cia i tyl­ko z ku­chen­ki do­by­wał się wą­ski pa­sek dy­mu, któ­ry się aż nad drze­wa owo­co­we wzno­sił.

Ja­nek na li­pę pod okna­mi pa­trzał i przy­po­mi­nał so­bie, któ­re­go to by­ło ro­ku, gdy pio­run w nią ude­rzył.

Pan sę­dzia wte­dy do Ży­to­mie­rza na wy­bo­ry po­je­chał.

Ale któ­ry to był rok, za nic przy­po­mnieć so­bie nie mo­że.

Na­gle za­ko­ła­ta­ło na dro­dze.

Ha! Ha! A! A!...

By­dło wra­ca do obór, pa­stu­chy do chat.

Nie wi­dać ich z okna, tyl­ko du­ża smu­ga po­za sta­wem się ście­le, bia­ła jak wiel­ki kłąb po­wsta­ją­cej pa­ry.

I ra­zem z tym ję­kiem chło­pów go­nią­cych by­dło ja­kaś nie­okre­ślo­na tę­sk­no­ta spa­da na ca­łą wieś.

Słoń­ce nie świe­ci ja­skra­wo.

Żół­te i jak­by ga­sną­ce za­pa­da co­raz ni­żej.

Coś się nad zie­mią snu­je, coś jak­by wid­ma z gro­bów wsta­ją­ce, szep­czą­ce ta­jem­ni­cę mo­gił, tru­pich cza­szek roz­ho­wo­ry153.

Ja­nek okre­ślić te­go nie umie, rwie się w nim tyl­ko coś i w prze­paść dą­ży.

Obej­rzał się jesz­cze raz ku kuch­ni.

Nie wi­dzi ni­ko­go.

Za­nim kur­czę­ta po­da­dzą, on przez staw prze­pły­nie i po­wró­ci.

Wy­pi­je tyl­ko je­den kie­li­szek, je­den tyl­ko, aby le­piej słu­żyć do sto­łu...

Czu­je bo­wiem, że jest ca­ły z wa­ty i na no­gach się nie utrzy­ma.

Wy­sko­czył przez okno, wpadł w grząd­kę na­stur­cji, za­klął i jak za­jąc po­przez traw­ni­ki po­my­kać za­czął.

Do sta­wu do­padł, do ocze­re­tu, w któ­rym drze­ma­ło pła­skie, z tro­chą lśnią­cej wo­dy na dnie, czół­no.

W czół­no wsko­czył, za drąg po­rwał, splu­nął w garść i od brze­gu się ode­pchnął.

W tej chwi­li ciem­ny pas jak­by od ża­łob­ne­go ca­łu­nu na wo­dę padł.

Ja­nek w pas ten wpły­nął i na­wet bia­łe smu­gi, któ­re zwy­kle czół­no po so­bie zo­sta­wia, kre­py tej roz­ja­śnić nie mo­gły.

Od stro­ny wsi ko­ła­ta­ły wciąż drew­nia­ne dzwon­ki i wlo­kło się ję­kli­we za­wo­dze­nie.

Ha!... A! A!...

Ja­nek w gło­sy te wsłu­chi­wał się i czuł, że pod dwor­skim sur­du­tem, z któ­re­go nu­mer „Ty­go­dni­ka” wy­sta­wał, w pier­si rwa­ły mu się ca­łe prze­pa­ście, ech, na dźwięk tych chłop­skich nut.

Ha!... A! A!...

W tej sa­mej chwi­li z ku­chen­ki Jó­zik z pół­mi­skiem kur­cząt wy­padł i ku dwo­ro­wi dą­żył.

Idąc, mi­mo wo­li dzie­cin­nym gło­si­kiem po­wta­rzał:

Ha!... A! A!...

Bo­se za­stę­py ku so­bie się rwa­ły, rę­ce łą­czy­ły w tę­sk­no­cie nie­okre­ślo­nej, co ku nim spod zie­mi pły­nę­ła.

Gdy Ja­nek wresz­cie z krza­ków ber­be­ry­su po­wstał i do kre­den­su się po­wlókł, za­stał tam, oprócz Jó­zi­ka, ja­kie­goś mło­ko­sa ubra­ne­go w sza­ry sur­dut, bez wą­sów, z mi­ną wy­ćwi­czo­ne­go zło­dzie­ja na­sta­wia­ją­ce­go sa­mo­war.

Ja­nek do in­tru­za pod­szedł i rę­ce wy­cią­gnął.

— Cze­go to pan się do sa­mo­wa­ru mie­sza? — za­py­tał za­spa­nym i po­wol­nym gło­sem.

Lecz no­wy lo­kaj zmie­rzył go od stóp do głów.

— Ja­śnie pa­ni ka­za­ła na­sta­wić sa­mo­war! — wy­rzekł i znów, za sta­ry but z cho­le­wą chwy­ciw­szy, ko­ło sa­mo­wa­ra krzą­tać się za­czął.

Ja­nek osu­nął się w kąt i na swym tap­cza­nie przy­siadł. Po­wo­li jed­nak rę­ce je­go na­ma­ca­ły in­ną der­kę, nie je­go wła­sną. Po­chy­lił się i w uko­śnym pro­mie­niu, idą­cym z okna, któ­re li­py za­ciem­nia­ły zu­peł­nie, do­strzegł ca­łą ob­cą po­ściel na swym łóż­ku. Po­dusz­ka by­ła z ir­chy, dru­ga gu­mo­wa, wy­pcha­na po­wie­trzem, wi­docz­nie skra­dzio­na lub otrzy­ma­na w pre­zen­cie. Tyl­ko nad tap­cza­nem roz­kła­dał się jesz­cze szmat go­be­li­nu, na któ­rym wi­dać by­ło sczer­nia­łe, jak no­gi to­piel­ca, no­gi ja­kie­goś mi­to­lo­gicz­ne­go bo­ha­te­ra i pla­mę ko­bie­cej pur­pu­ro­wej suk­ni.

Za ob­rę­bem go­be­li­nu za­tknię­ty ob­ra­zek z „Ty­go­dni­ka”, kil­ka plam, fo­to­gra­fia pa­na sę­dzie­go, sta­ra strzel­ba, pro­fit­ka z ró­żo­wych pa­cio­rek słu­żą­ca za pan­to­fe­lek do ze­gar­ka — wszyst­ko jesz­cze by­ło na swo­im miej­scu, nie­ru­szo­ne i jak­by usza­no­wa­ne.

Ja­nek pod­niósł się i do okna pod­szedł.

Tam był za­wsze szu­waks154 i szczot­ki do bu­tów, usta­wio­ne we fra­mu­dze ra­zem z ka­ła­ma­rzem i gę­si­mi pió­ra­mi, któ­re Ja­nek dla pa­na sę­dzie­go tem­pe­ro­wał.

Pió­ra zni­kły, ka­ła­marz tak­że, po­mi­mo te­go, że lat dwa­dzie­ścia sta­ły na tym miej­scu...

Jan­ka ogar­nę­ło złe prze­czu­cie. Po­wo­li spode łba spoj­rzał na mło­ko­sa, któ­ry sa­mo­war już z zie­mi pod­niósł i do po­ko­ju po­dać się go­to­wał.

Ja­nek kil­ka kro­ków po­stą­pił.

— Ja za­nio­sę!

— Nie trza — wy­rzekł ten dru­gi, no­gą drzwi otwie­ra­jąc.

Ja­nek po­zo­stał na środ­ku kre­den­su, w któ­rym za­czy­nał za­pa­dać po­wo­li zmrok, przez aba­żur li­po­wych ga­łę­zi ko­ło okien roz­po­star­tych.

Na­gle w bocz­nych drzwiach uka­za­ła się pa­ni sę­dzi­na.

Mia­ła usta sil­nie za­ci­śnię­te i oczy zmru­żo­ne.

— Niech Ja­nek za­bie­ra swo­je rze­czy i idzie precz, za­raz... od dzi­siaj!... Ja­śnie pan za dwa dni wró­ci, to się z Jan­kiem ob­li­czy! Trze­ba się mi dzi­siaj wy­no­sić, mam już do­syć pi­ja­ków w kre­den­sie!

Rę­ką tłu­stą i żół­tą drzwi uka­zy­wa­ła.

Rę­ka ta w ciem­no­ści kre­den­su ma­ja­czy­ła przed Jan­kiem jak pla­ma ja­sna, ob­wie­dzio­na do­ko­ła błę­kit­ną ob­wód­ką.

— Ja­śnie pa­ni!... — wy­beł­ko­tał wresz­cie — ja... ostat­ni raz!...

— Ta, ta, ta!... — prze­rwa­ła sę­dzi­na — już mam do­syć trzy­dzie­ści lat ta­kich skan­da­li!... Ja­nek niech się wy­no­si, bo wy­rzu­cić ka­żę!

Ja­nek się wy­pro­sto­wał.

— Ja­śnie pa­ni wy­rzu­cać nie ma po­trze­by. Ja sam pój­dę, choć trzy­dzie­ści lat wier­niem przy służ­bie wa­ro­wał!

Sę­dzi­na par­sk­nę­ła śmie­chem.

— Bo to psi wasz obo­wią­zek! Za pen­sję i or­dy­na­rię155 jesz­cze każ­dy wier­ny bę­dzie.

Ja­nek drżał ca­ły, wło­sy mu na czo­ło spa­dły. Cof­nął się w cień kre­den­su i mil­czał chwi­lę, wresz­cie, jak­by chcąc upo­ko­rzyć sę­dzi­nę.

— W kon­duk­to­ry pój­dę!... — wy­rzekł zdła­wio­nym gło­sem.

Sę­dzi­na ku drzwiom zmie­rza­ła.

— Z Pa­nem Bo­giem! Wła­śnie tam na pi­ja­ków cze­ka­ją! A wy­noś mi się dziś jesz­cze!.. won!... won!...

Wy­szła.

Ja­nek po­zo­stał sam.

Obej­rzał się do­ko­ła i na­gle uczuł w ser­cu ból strasz­ny.

Trzy­dzie­ści lat prze­żył w tych ciem­nych ścia­nach kre­den­su, w któ­rych za­pach ra­zo­we­go chle­ba mie­sza się z wo­nią sty­gną­cych na pół­mi­skach tłusz­czów. W ciem­ni­cy tej prze­szedł ży­cie ca­łe, wa­ląc się w no­cy na tap­czan, jak kło­da, smut­ny, wiecz­nie znę­ka­ny, znie­chę­co­ny do ży­cia, a mi­mo to bał­wo­chwal­czo do tych miejsc przy­wią­za­ny.

Cha­ta, w któ­rej miesz­ka­ła je­go żo­na, nie by­ła mu do­mem, cho­dził tam w go­ści­nę, w chwi­lach wol­nych, nie pa­mię­ta­jąc i nie wie­dząc na­wet, ja­kie imio­na mia­ły je­go dzie­ci.

Od grze­ba­nia się w zie­mi i miesz­ka­nia w izbie z ukle­pa­ną z gli­ny pod­ło­gą od­wykł i tyl­ko w kre­den­sie żyć już mógł, w tym kre­den­sie po­mię­dzy sza­fą z ubra­nia­mi pa­na sę­dzie­go a kan­tor­kiem, w któ­rym cho­wał rocz­ni­ki „Ty­go­dni­ka Ilu­stro­wa­ne­go”. Dziś mu ka­żą iść precz, nie pa­mię­ta­jąc, że on, Ja­nek, ma re­li­gię ścian, wspo­mnień i sprzę­tów, że on się tu prze­ko­ła­tał ca­łe la­ta, ca­łe no­ce, ca­łe je­sien­ne wie­czo­ry, ob­rę­bia­jąc ścier­ki, wsłu­cha­ny w to­ny for­te­pia­nu, na któ­rym uczy­ła się pan­na sę­dzian­ka i któ­ry dzwo­nił jak szkla­na ko­łat­ka spo­za sta­wu w smu­dze bia­łej pły­ną­ca.

Ka­za­no mu iść „won”, a prze­cież tam, przez ścia­nę, jest sza­fa, w któ­rej jest je­go por­ce­la­na, je­go sre­bro, je­go szkło.

Trzy­dzie­ści lat my­je, ocie­ra, czy­ści tę ca­łą za­sta­wę... to więc wszyst­ko mu po pro­stu w du­szę wro­sło i on te­go z sie­bie wy­rwać nie mo­że! nie mo­że!...

A pie­ce! Te wiel­kie pie­ce wszyst­kie scho­dzą­ce się w jed­nej wiel­kiej izbie, w któ­rą szedł wcze­snym zi­mo­wym ran­kiem, za Jó­zi­kiem nio­są­cym ca­łe na­rę­cze po­lan gru­bych jak ludz­kie no­gi. On, Ja­nek, niósł świe­ce. Ste­ary­na ka­pa­ła mu po rę­kach, a on przez trzy­dzie­ści lat nie opra­wił ni­g­dy świe­cy w lich­tarz. Miał ta­kich przy­zwy­cza­jeń mnó­stwo, te­raz wszyst­kie jak ma­ry oto­czy­ły go i za gar­dło chwy­ta­ły.

Na­wet ta pa­ni sę­dzi­na, któ­ra wy­gna­ła go tak bez­li­to­śnie, na­wet ten pan sę­dzia, któ­ry nie­raz ude­rzył go w kark i „wy­so­ba­czył” po swo­je­mu, na­wet ta pan­na sę­dzian­ka za­ty­ka­ją­ca nos, gdy prze­cho­dzi­ła przez kre­dens, wszy­scy oni by­li mu te­raz dro­dzy w chwi­li utra­ty.

Ko­chał ich przy­wią­za­niem psa, któ­ry nie dość, że do­byt­ku pa­na strze­że, jesz­cze pa­na te­go ko­cha i po rę­kach li­że.

Po­wie­dział pa­ni — „pój­dę w kon­duk­to­ry”, ale te­raz, w tej chwi­li, my­śleć o tym nie mógł. Dła­wił się wła­sną ża­ło­ścią.

Ner­wy te­go chło­pa zal­ko­ho­li­zo­wa­ne­go tań­czy­ły pie­kiel­ną sa­ra­ban­dę156 bez­sil­nej roz­pa­czy.

Gdy­by mógł się roz­pła­kać, by­ło­by mu lżej. Lecz nie, łzy go pie­kły, by­ły w nim ca­łym, rwa­ły mu ser­ce, pa­li­ły po­wie­ki, pły­nąć mu jed­nak nie chcia­ły.

„By­dlę”... cier­pia­ło.

Po chwi­li prze­cież Ja­nek ock­nął się, zbli­żył się do tap­cza­nu i sza­lo­nym ru­chem zdarł ze ścia­ny go­be­lin. Pro­fit­ka, fo­to­gra­fie upa­dły na zie­mię. On schy­lił się, pod­niósł je, we­tknął za pa­zu­chę, po­tem pod­szedł do kan­tor­ka, wy­jął ca­łą ma­sę ga­zet i w go­be­lin za­wi­nął. Czy­nił to ma­chi­nal­nie, gry­ząc war­gi. Zwró­cił się po ubra­nie, któ­re wi­sia­ło na gwoź­dziach wbi­tych w ścia­nę, lecz mach­nął rę­ką i tyl­ko tłu­mok z ga­ze­ta­mi pod pa­chę wziął, czap­kę na gło­wę na­sa­dził.

Wresz­cie z kre­den­su wy­szedł.

Prze­szedł pod li­pa­mi i wy­do­stał się na traw­ni­ki. Słoń­ce znów za­cho­dzi­ło ca­łe krwa­we, na wiatr się zna­cząc. Staw w ci­szy i w ob­ra­mo­wa­niu ocze­re­tu drze­mał, a nad je­go brze­giem, na pa­gór­ku, brzo­za dzi­wacz­na i po­krę­co­na dłu­gie ga­łę­zie w wo­dzie roz­pacz­li­wie mo­czy­ła. Ja­nek ma­chi­nal­nie do sta­wu się skie­ro­wał i czół­no od­szu­kaw­szy, go­be­lin z książ­ka­mi na dno czół­na ci­snął. Po czym sam w łódź wlazł i drąg chwy­cił. Zda­wa­ło mu się, że idzie gdzieś w da­le­ką dro­gę, a ten dru­gi brzeg ni­g­dy nie trą­ci o drze­wo czół­na. Drżą­cy­mi rę­ka­mi drąg pchnął i na staw wy­pły­nął.

Ci­sza by­ła do­ko­ła pra­wie ko­ściel­na.

Ja­nek szmer wo­dy tyl­ko sły­szał, któ­ra się skar­ży­ła ci­cho na cię­żar, ja­ki jej nieść ka­za­no.

I na­gle, z da­le­ka, de­li­kat­ny, jak­by kre­pą przy­sło­nię­ty, da­je się sły­szeć głos ko­ła­tek i prze­cią­gły jęk pa­stu­chów.

Ser­ce Jan­ka, któ­re by­ło w tej chwi­li jed­ną ra­ną, tar­gnę­ło się jesz­cze sil­niej, i co­dzien­na me­lan­cho­lia, tło­czą­ca go ku zie­mi, wżar­ła się w bo­leść roz­sta­nia z tym, co już za swo­je przy­wykł uwa­żać, go się z nim zro­sło, z czym umrzeć miał...

Przed nim bie­lił się dwór, nie­du­ży, sil­ny, do­brze roz­ło­żo­ny na tle ma­sy drzew. Z bo­ku wi­dać by­ło ga­ne­czek i wej­ście do kre­den­su. Do kre­den­su!...

I na­gle po­rwał Jan­ka szał.

Schwy­cił go­be­lin i ci­snął go w wo­dę.

— Sczeź­nij — za­sy­czał przez zę­by.

Go­be­lin za­ko­ły­sał się na wo­dzie i po­zo­stał tak roz­cią­gnię­ty, pre­zen­tu­jąc w świe­tle krwa­we­go słoń­ca wy­pło­wia­łą bar­wę de­li­kat­nych li­nii.

Ja­nek drą­giem go­be­lin w wo­dę za­nu­rzać za­czął.

— Sczeź­nij!... — sy­czał.

Był ca­ły te­raz czer­wo­ny, z si­ny­mi prę­ga­mi żył po obu stro­nach skro­ni. Z ser­ca krew mu pły­nę­ła na mózg za­tru­ty si­wu­chą. Pi­ja­ny był w tej chwi­li, pi­ja­ny roz­pa­czą.

Za nim wciąż ko­łat­ki gra­ły.

Te­raz po­chy­lił się, ca­ły stos „Ty­go­dni­ka” w wo­dę wrzu­cił. Wo­da pry­snę­ła mia­łą ma­są, łód­ka za­chy­bo­ta­ła, Ja­nek no­gą w ścia­nę czół­na kop­nął.

— Na po­hy­bel157 ci! — za­klął.

Nie do­koń­czył, bo czół­no się gwał­tow­nie prze­chy­li­ło, a on z dzi­ką ra­do­ścią, po raz pierw­szy w ży­ciu ro­ze­śmia­ny ser­decz­nym, go­rą­cym śmie­chem, w wo­dę sko­czył, wa­ląc się gło­wą na­przód, tak jak zwy­czaj­nie na swój tap­czan w kre­den­sie się wa­lił.

Te­raz ko­łat­ki trium­fal­nie wy­pły­nę­ły nad brzeg sta­wu i dzwo­ni­ły cią­gle mi­stycz­ną li­ta­nię w ob­ło­ku bia­łym z zie­mi się wzno­szą­cym.

Na sta­wie by­ła ci­sza zu­peł­na i ko­ły­sa­ło się tyl­ko próż­ne czół­no, któ­re po­wo­li wró­ci­ło do swej rów­no­wa­gi...


Go­łąb­ki

Gwar­no by­ło w „go­łęb­ni­ku” pod­czas te­go fi­xu158.

Roz­gru­cho­ta­ły się „go­łąb­ki”, roz­chi­cho­ta­ły, aż wstąż­ki fru­wa­ły na­oko­ło ra­mion i szyi, jak praw­dzi­we skrzy­dła go­łę­bie.

I wszyst­kie, jak­by się umó­wi­ły — ubra­ły się bia­ło, po­pie­la­to, per­ło­wo lub bla­do­li­la...

Ca­ła ga­ma nie­pew­nych barw, jak pla­ma ja­sna lek­ko po­cie­nio­wa­na, roz­kła­da­ła się try­um­fal­nie pod zie­lo­ny­mi li­ść­mi w kąt zbi­tych ole­an­drów.

Pa­ni do­mu, księż­na... ukra­iń­ska — czte­ry ką­ty swe­go sa­lo­nu ozdo­bi­ła ole­an­dra­mi.

By­ło to nie­kosz­tow­ne i da­wa­ło złu­dze­nie szy­ku.

Ksią­żę wzru­szył ra­mio­na­mi, po­cią­gnął za krót­ką ka­mi­zel­kę i po­szedł do drzwi „ro­bić ho­no­ry” chó­rem wcho­dzą­cym kon­cept-prak­ty­kan­tom159 z Na­miest­nic­twa160.

„Księ­stwo” przy­by­li nie­daw­no z da­le­kiej po­dró­ży i przy­wieź­li z so­bą spo­ry za­pas kon­fi­tur i czter­na­ścio­ro dzie­ci, z któ­rych dwie do­ro­słe pan­ny mia­ły za­miar wy­dać się za mąż.

Ary­sto­kra­cja lwow­ska, zło­żo­na z ga­li­cyj­skich hra­biów i ba­ro­nów161, po­dejrz­li­wie pa­trzy­ła na ten ta­bór ksią­żę­cy, roz­bi­ja­ją­cy swe na­mio­ty w sze­ro­kich sa­lo­nach ży­dow­skiej ka­mie­ni­cy; po­wo­li wszak­że prze­ko­na­no się do su­mia­stych wą­sów księ­cia, nad­zwy­czaj­nych man­tyl162 księż­nej, dłu­gich war­ko­czy księż­ni­czek i ich kur­ha­no­we­go ty­tu­łu.

Fi­xy by­wa­ły licz­ne, księż­na pro­mie­nia­ła, księż­nicz­ki zdą­ży­ły za­ko­chać się w dwóch „gol­cach” o sze­ro­kich ba­rach i wspa­nia­łych fra­kach. Ksią­żę umie­rał z nu­dów, sto­jąc pod ży­ran­do­lem, z któ­re­go ka­pa­ła ste­ary­na. Cią­gnął ka­mi­zel­kę i wzdy­chał do śnie­gu, któ­ry się bia­ły­mi bła­ma­mi163 jak kró­lew­ska sza­ta wlókł da­le­ko po wiej­skich roz­ło­gach.

Dnia te­go fix miał nie­zwy­kłe oży­wie­nie.

Go­łęb­nik aż dy­go­tał od pa­nień­skie­go chi­cho­tu.

Go­łęb­ni­kiem na­zy­wał się kąt pod pie­cem, po­mię­dzy pia­ni­nem a czwar­tym oknem okry­tym czer­wo­ny­mi jak krew ada­masz­ko­wy­mi fi­ran­ka­mi.

W ką­cie tym gro­ma­dzi­ły się zwy­kle pa­nien­ki i pan­ny.

W żół­to­bia­łym bla­sku lamp i świec ta po­wódź ja­snych su­kien i bia­ło­ró­żo­wych pla­strów twa­rzy zna­czy­ła się z ja­kąś im­per­ty­nenc­ką chę­cią rzu­ca­nia się w oczy każ­de­mu wcho­dzą­ce­mu do sa­lo­nu.

By­ły to trzy Mi­nuś­ki, pięć Mu­szek, dwie Lo­le, jed­na Gil­da, jed­na Li­li, jed­na Ni­ni, dwie czy trzy Niu­sie.

Ca­łe Sa­cré-Co­eur164 lwow­skie na­gle wy­pusz­czo­ne spo­za krat klasz­to­ru i wrzu­co­ne w go­rą­cą at­mos­fe­rę nie­wy­raź­ne­go sa­lo­nu ksią­żę­ce­go.

„Go­łąb­ki”, tak słusz­nie na­zwa­ne od go­łę­biej nie­win­no­ści okrą­głych twa­rzy­czek i bia­łych fałd su­kien, zda­wa­ły się być wy­ku­te z jed­nej sztu­ki mar­mu­ru, dłu­tem jed­ne­go rzeź­bia­rza.

Wszyst­kie mia­ły jed­ne i te sa­me dłu­gie, pła­skie z przo­du i sil­nie w pa­sie ści­śnię­te fi­gu­ry.

Wszyst­kie mia­ły za­nik bio­der i pier­si.

Rę­ce, ob­ci­śnię­te w dłu­gie duń­skie rę­ka­wicz­ki, przy­trzy­ma­ne po­za łok­cia­mi pod­wiąz­ka­mi z wstą­żek, pod­no­si­ły au­to­ma­tycz­nie do czo­ła, na­gar­nia­jąc grzyw­kę, po­cią­ga­jąc rzę­sy aż do brwi upar­cie się­ga­ją­ce.

Każ­da z nich mia­ła na wpół wy­cię­ty sta­nik i tuż pod szy­ją dwie głę­bo­kie „sol­nicz­ki”, zna­czą­ce się ciem­na­wy­mi pla­ma­mi na żół­tym tle skó­ry.

Jed­na Ni­ni, cór­ka wdo­wy po ge­ne­ra­le, pan­na bez po­sa­gu, ale za to zu­chwa­le pięk­na i wspa­nia­le zbu­do­wa­na, pre­zen­to­wa­ła ze spo­ko­jem nie­zmą­co­nym prze­pysz­ny biust, peł­ny, okrą­gły, z nie­wiel­ką fał­dą tuż pod pa­cha­mi, dys­kret­nie wy­su­wa­ją­cą się z ob­ra­mo­wa­nia bla­do­li­lio­we­go tiu­lu.

C’est co­nve­nu! N’est-ce pas?165 — py­ta­ły „go­łąb­ki” jed­na dru­gą.

C’est co­nve­nu! — od­po­wia­da­ła za­py­ta­na.

Pa­nien­ki te mó­wi­ły prze­waż­nie po fran­cu­sku ak­cen­tem prze­ra­ża­ją­cym, nie­mniej prze­to dziw­nie aro­ganc­kim. Gdy się roz­sz­cze­bio­ta­ły, two­rzy­ła się sil­na wrza­wa, a chi­chot ich miał wszyst­ko oprócz in­te­li­gen­cji. Każ­da z nich jed­nak by­ła très bien166 i mia­ła się za par­tię167. Każ­da wy­obra­ża­ła so­bie, że czy­ni ra­wa­że168 po­mię­dzy czar­ną ko­hor­tą169 męż­czyzn, któ­rzy w swych fra­kach, jak sta­do na­gle spło­szo­nych ka­ra­wa­nia­rzy, sta­li w prze­ciw­nym ką­cie sa­lo­nu lub włó­czy­li się po przy­le­głych po­ko­jach, ob­ma­wia­jąc pan­ny lub stam­buł­ki170 księ­cia pa­na, za ol­brzy­mie pod­ko­wy drew­nia­ne za­miast szpi­crut i rajt­pej­czów171 za­tknię­te.

„Go­łąb­ki” jed­nak by­ły nie­spo­koj­ne. Spo­glą­da­ły cią­gle ku drzwiom wcho­do­wym, jak­by ocze­ku­jąc na wej­ście.

— Mo­że nie przyj­dą?

— Przyj­dą, przyj­dą — uspo­ka­ja­ły księż­nicz­ki.

Po­wo­li sa­lon na­peł­niał się i już wy­su­wa­ły się nie­wiel­kie gru­py do przy­le­głe­go ma­łe­go po­ko­ju, na­zwa­ne­go sa­lo­ni­kiem księż­nej. At­mos­fe­ra sta­wa­ła się cięż­ką i prze­sy­co­ną ca­łą ma­są róż­no­rod­nych per­fum. Był to jak­by bu­kiet naj­won­niej­szych kwia­tów, na­gle roz­dep­ta­ny i roz­gnie­cio­ny w go­rą­cej ma­sie po­wie­trza, le­ni­wie cią­żą­ce­go ku zie­mi. Szcze­gól­niej z su­kien sta­rych ko­biet pły­nę­ły ca­łe smu­gi de­li­kat­nych za­pa­chów, upar­tych jak wspo­mnie­nie, któ­re zda­wa­ły się być wplą­ta­ne po­mię­dzy oczka si­na­wych ko­ro­nek. — Z go­łęb­ni­ka bi­ła de­li­kat­na woń mu­gu­etu172 i świe­że­go, dziew­czę­ce­go cia­ła. By­ła to jesz­cze nie­zde­cy­do­wa­na nu­ta, coś błą­dzą­ce­go w prze­strze­ni na kształt płat­ków li­po­we­go kwia­tu. Pła­tek li­py na że­la­zo pa­da i po­wiew­ny a bia­ły — rdzy pla­mę na szta­bie wy­gry­za...

Na­gle u drzwi wcho­do­wych zro­bił się szme­rek le­ciuch­ny i go­spo­dy­ni do­mu, po­rwaw­szy się z fo­te­la, po­su­nę­ła na­przód. Ksią­żę pod­cią­gnął znów ka­mi­zel­kę i prze­krę­cił na ba­kier si­we dłu­gie wą­sy.

Go­łąb­ki za­trze­po­ta­ły, za­szcze­bio­ta­ły ra­do­śnie: Les vo­ilà!... les vo­ilà!173...

Ode drzwi bra­mo­wa­nych czer­wie­nią por­tier ku środ­ko­wi sa­lo­nu w ja­sność pło­ną­ce­go ży­ran­do­la szła gru­pa lu­dzi z trzech istot zło­żo­na.

Przo­dem su­nę­ła ko­bie­ta lat śred­nich, sur le re­to­ur174, drob­na, chu­da, nad­więd­nię­ta, trzy­ma­ła się po­chy­ło i rę­ce mia­ła jak­by wspar­te na bry­kli175 sil­nie ści­śnię­te­go gor­se­tu. Za nią wlókł się tren ja­sno­zie­lo­nej suk­ni, ob­ry­so­wa­nej na do­le wał­kiem ciem­no­mie­dzia­ne­go ak­sa­mi­tu. Ol­brzy­mie sty­lo­we rę­ka­wy, bu­fia­ste, ak­sa­mit­ne, wzno­si­ły się po obu stro­nach gło­wy, ma­łej, brzyd­kiej, nie­fo­rem­nej, na­stro­szo­nej rzad­ką kę­pą sil­nie przy­czer­nio­nych wło­sów. Wło­sy te, ścią­gnię­te moc­no na skro­niach, rwa­ły ku ty­ło­wi gło­wy skó­rę skro­ni i pod­no­si­ły w ten spo­sób łuk brwi i wy­krój do­łów ocznych na wzór ja­poń­skiej czasz­ki. Suk­nia, głę­bo­ko wy­cię­ta, za­pa­da­ła na pier­siach smut­nym ca­łu­nem ni­co­ści. Szy­ję po­kry­wa­ła sze­ro­ka ak­sa­mit­ka mie­dzia­ne­go ko­lo­ru, na któ­rej roz­kła­da­ły się czte­ry rzę­dy cud­nych pe­reł, pra­wie ró­żo­wa­wych w kon­tra­ście skó­ry żół­tej, siat­ką drob­nych zmarsz­czek po­kry­tej.

Ko­bie­ta szła wol­no, jak isto­ta ane­micz­na, z po­chy­lo­ną gło­wą skoń­czo­nej neu­ra­ste­nicz­ki176. Oczy ciem­no­sza­fi­ro­we, spło­wia­łe, do­brze pod­kre­ślo­ne tu­szem, utkwi­ła w idą­cą ku niej księż­nę i wy­cią­gnę­ła rę­kę chu­dą, drew­nia­ną, ob­cią­gnię­tą la­pi­so­wą177 rę­ka­wicz­ką.

Po­za nią i za ob­ra­mo­wa­niem tre­nu szło dwóch męż­czyzn, nie­mal rów­nym, sztyw­nym kro­kiem, jak dwóch na sznu­recz­kach pro­wa­dzo­nych au­to­ma­tów. Je­den z nich — mąż, wy­so­ki, pra­wie ol­brzym, o sze­ro­kich ba­rach i ol­brzy­mich sto­pach, ba­ron Mak von Ma­ken, dźwi­gał na so­bie mun­dur, ca­ły błę­kit­ny, sznu­ra­mi ople­cio­ny.

Si­wy, ha­ła­śli­wy, z twa­rzą pur­pu­ro­wą, wiecz­nie gro­żą­cą kon­ge­stią178, z szy­ją wy­su­wa­ją­cą się ró­żo­wym wał­kiem do­ko­ła koł­nie­rza mun­du­ru, szedł po­za po­chy­lo­ną i jak­by prze­ła­ma­ną po­sta­cią żo­ny, chrzą­ka­jąc i ha­ła­su­jąc jak w ko­sza­rach. Ksią­żę z uwiel­bie­niem pa­trzył na tę po­stać c. k.179 Za­gło­by i z wy­tę­że­niem ścież­ki sznu­rów na ple­cach Mak von Ma­ke­na śle­dził. Lecz już dru­ga po­stać, męż­czy­zna obok ge­ne­ra­ła idą­cy, rzu­cał dłu­gi je­zu­ic­ki cień czar­ne­go fra­ka na ja­sną pla­mę mun­du­ra180. Ten dru­gi szedł ci­cho, choć kro­ki je­go sto­so­wa­ły się do sze­ro­ko­ści kro­ków Mak von Ma­ke­na. Był to wy­so­ki, bar­dzo chu­dy męż­czy­zna, na któ­rym frak wi­siał jak na wie­sza­dle, a ka­mi­zel­ka, jak­kol­wiek sta­ran­nie ścią­gnię­ta, uka­zy­wa­ła jesz­cze pust­kę pod klat­ką pier­sio­wą. Trzy­mał się po­chy­ło, jak idą­ca przed nim ko­bie­ta, wy­cią­gał spi­cza­stą bro­dę sil­nie ogo­lo­ną i wy­tar­tą pu­drem. Wło­sy si­we, przy­kle­pa­ne, otu­la­ły dłu­gą gło­wę an­giel­skie­go wy­ści­gow­ca, oczy bla­do­błę­kit­ne, zmru­żo­ne, to­nę­ły w set­kach zmarsz­czek, któ­ry­mi twarz by­ła po­kra­ja­na. Ma­łe ciem­na­we fa­wo­ry­ty two­rzy­ły ra­mę, z któ­rej wy­sta­wał nos sil­nie gar­ba­ty, du­ży, opusz­czo­ny na opa­dłe w pod­ko­wę war­gi.

To­wa­rzy­stwo ze­bra­ne w sa­lo­nie po­wi­ta­ło „tych tro­je” we­so­łym uśmie­chem. Od lat pięt­na­stu za­adep­to­wa­no mil­czą­cą ugo­dą ten ména­ge181 Ma­ken-Hel­ding. Z po­cząt­ku tro­chę szep­ta­no po ką­tach, po­wo­li utar­ło się prze­cież; Ma­ke­no­wa z ta­ką po­kor­ną nie­śmia­ło­ścią zda­wa­ła się pro­sić o prze­ba­cze­nie, Hel­ding był tak nie­zna­czą­cym i już wy­sor­to­wa­nym z licz­by epu­ze­rów182, Mak von Ma­ken tak wspa­nia­ły w swej bu­cie i do­brym hu­mo­rze do­brze od­ży­wia­ne­go ge­ne­ra­ła, że szep­ty po­wo­li usta­ły i z pew­nym roz­rzew­nie­niem za­czę­to śle­dzić prze­bieg te­go ro­man­su. Cet­te pau­vre ba­ron­ne183 mo­gła rze­czy­wi­ście pra­gnąć wię­cej sub­tel­no­ści i de­li­kat­no­ści w po­ży­ciu. Mak von Ma­ken był un hom­me char­mant184, ale chwi­la­mi try­wial­ność je­go mia­ła skrzyp drzwi sta­jen­nych, a dow­ci­py — za­pach ko­sza­ro­wej zu­py. Ma­ke­no­wa by­ła une mi­gnon­ne185, de­li­kat­na, chu­da i peł­na nie­zwy­kłych aspi­ra­cji; by­ło to ma­łe bó­stwo, któ­re po­trze­bo­wa­ło być ad­o­ro­wa­ne ci­cho i dys­kret­nie. Hel­ding z de­li­kat­no­ścią sta­re­go ka­wa­le­ra, ce­li­ba­to­ra ja­da­ją­ce­go w do­mu i ma­ją­ce­go po­kój sy­pial­ny bla­do­błę­kit­ny, w któ­rym nie by­ło ani jed­ne­go rajt­pej­cza, nada­wał się szcze­gól­nie do ro­li ta­kie­go „uwiel­bia­cza”. Że się póź­niej po­dob­no z pla­to­ni­zmu wy­ro­dził in­ny, mniej pla­to­nicz­ny sto­su­nek, ha! to już rzecz Ma­ke­no­wej i Hel­din­ga. En­fin, après to­ut186, nie moż­na żą­dać od lu­dzi nad­zwy­czaj­no­ści i wy­ma­gać, aby by­li anio­ła­mi. Mak von Ma­ken zda­wał się nie do­strze­gać nic i ak­cep­to­wał Hel­din­ga ja­ko przy­ja­cie­la do­mu. Sko­ro sam mąż przyj­mo­wał „uwiel­bia­cza” — i nie­ja­ko sank­cjo­no­wał go przed świa­tem, mó­wiąc mu mon ami187, to nie by­ło ro­lą „to­wa­rzy­stwa” mie­szać się w po­dob­ne rze­czy i czy­nić tej bied­nej Ma­ke­no­wej ja­ką­kol­wiek przy­krość. I po­wo­li ta trój­ka wsu­wa­ła się wszę­dzie, z po­cząt­ku nie­śmia­ło, jak­by ma­ca­jąc grunt, śle­dząc wra­że­nie na twa­rzach, słu­cha­jąc dźwię­ku gło­sów, wi­ta­ją­cych ją na pro­gu sa­lo­nów. Lecz wkrót­ce, uprzej­mo­ścią ośmie­lo­ne, ména­ge Ma­ken-Hel­ding na­bra­ło pew­no­ści sie­bie i wcho­dzi­ło spo­koj­nie, co­raz wię­cej za­bie­ra­jąc miej­sca, roz­da­jąc uśmie­chy, w któ­rych znaj­do­wa­no na­wet qu­elque cho­se de pi­qu­ant188. De­pra­wa­cja ta jaw­na, cu­dzo­łó­stwo to, wle­czo­ne w tre­nie je­dwab­nej suk­ni, w list­kach gar­de­nii Hel­din­ga, w la­zu­ro­wych bar­wach mun­du­ru Mak Ma­ke­na draż­ni­ła ner­wy i zmy­sły ota­cza­ją­cych. W ja­sno­ści świec kan­de­la­bro­wych po­sy­ła­no so­bie wza­jem­ne uśmie­chy i spo­strze­że­nia. Ma­ke­no­wa mia­ła chwi­la­mi ru­mień­ce no­wo za­ślu­bio­nej pod desz­czem nie­dy­skret­nych spoj­rzeń, Hel­ding lek­kie uśmie­chy zwy­cięz­cy, Mak Ma­ken — do­bro­dusz­ną po­błaż­li­wość si­wo­wło­se­go oj­ca, opro­wa­dza­ją­ce­go zię­cia i cór­kę, peł­nych zbyt jaw­nej mi­ło­ści. I po­wo­li trój­ka Ma­ken-Hel­ding sta­ła się ogni­skiem, do któ­re­go zwra­ca­no się co­raz chęt­niej po mi­ło­sne wra­że­nia, śle­dząc każ­de bar­dziej burz­li­we wi­dze­nie się ba­ro­no­wej i Hel­din­ga, każ­dą „sce­nę”, każ­de prze­pro­sze­nie się w cie­niu dys­kret­nej al­ko­wy.

I z la­ta­mi ra­zem we­szło zu­peł­ne zu­chwal­stwo w ujaw­nia­niu tej mi­ło­ści ba­ro­no­wej i Hel­din­ga. Te­raz Ma­ke­no­wa wcho­dzi­ła pew­na sie­bie, try­um­fal­na — czu­jąc, że po­tę­gą swej wiel­kiej mi­ło­ści zwal­czy­ła tę hy­drę, peł­ną ja­du, któ­rą „świa­tem” zo­wią. Czu­ła się w peł­ni uro­dy i mi­łość do­da­wa­ła jej bla­sku. Mia­ła w grun­cie ser­ca wie­le szla­chet­no­ści i nie kła­ma­ła te­raz, zwra­ca­jąc się otwar­cie i śmia­ło do Hel­din­ga. Nie przy­zna­wa­ła się jed­nak gło­śno, bo to by­ło nie­po­dob­nym, ale w każ­dym jej spoj­rze­niu, ru­chu, sło­wie — prze­bi­ja­ła się bez­gra­nicz­na mi­łość i przy­wią­za­nie. Hel­ding mi­mo wo­li za­jął sta­no­wi­sko mę­ża ko­cha­ne­go i czuł się do­brze w tej ro­li. Nie zro­zu­miał jed­nak, jak w strasz­ną grę gra­ła Ma­ke­no­wa, na­rzu­ca­jąc tak świa­tu swe­go ko­chan­ka. Nie czuł, ile istot­nej po­tę­gi mi­ło­ści mu­sia­ła mieć w so­bie, aby tak dać „prze­łknąć” świa­tu ten sto­su­nek, ka­zać mu go przy­jąć i nie­ja­ko usank­cjo­no­wać.

Nie za­sta­na­wiał się nad tym, szedł za­do­wo­lo­ny z tej ro­li, ja­ką grał, pod­bu­dzo­ny w swej próż­no­ści, czło­wiek, któ­re­mu żo­na ge­ne­ra­ła, ko­bie­ta sta­no­wią­ca ozdo­bę sa­lo­nów lwow­skich, na szy­ję się rzu­ca. W ka­sy­nie mó­wił o Ma­ke­no­wej z roz­rzew­nie­niem do­bre­go mę­ża, jak­kol­wiek ni­g­dy po­za ka­dry gen­tel­meń­skiej przy­zwo­ito­ści nie wy­szedł. In­ni „ko­nia­rze” nie bla­go­wa­li na­wet, po­waż­ni i peł­ni sza­cun­ku dla tej cu­dzo­łoż­nej żo­ny.

Po­wo­li wszak­że ta fa­la try­um­fu zmie­ni­ła się w ci­chy i spo­koj­ny stan za­adop­to­wa­ne­go przez świat związ­ku. Ma­ke­no­wa? Hel­ding? — ależ to sta­re mał­żeń­stwo! Nie poj­mo­wa­no jed­ne­go bez dru­gie­go i tyl­ko przy wej­ściu jesz­cze wi­ta­no ich uprzej­mym uśmie­chem. Póź­niej gi­nę­li w tłu­mie. In­ne pa­ry po­two­rzy­ły się, po­łą­czy­ły i pro­mie­nia­ły mi­ło­ścią i szczę­ściem wśród pra­gną­cych wra­żeń tłu­mów.

Ma­ke­no­wa sta­rza­ła się i brzy­dła po­wo­li. Jej ma­ska ja­poń­skiej la­lecz­ki z la­ta­mi ciem­nia­ła i osu­wa­ła się w głę­bo­kie bruz­dy. Hel­ding chy­lił się ku zie­mi, oczy mu ga­sły po­wo­li, tra­cąc bar­wę i pło­wie­jąc w go­rą­cu mi­ło­snej eks­ta­zy. Czu­li, że by­li złą­cze­ni na za­wsze, do śmier­ci, i mie­li w so­bie spo­kój do­brze za­wa­ro­wa­ne­go kon­trak­tem mał­żeń­stwa. Sko­ro zna­leź­li się w sa­lo­nie pod rzę­si­stym świa­tłem kan­de­la­brów, szu­ka­li wy­god­ne­go miej­sca, gdzie sia­da­li we dwo­je, za­mie­nia­jąc od cza­su do cza­su ja­kąś uwa­gę pół­gło­sem. On trzy­mał jej wa­chlarz spo­koj­nie, roz­su­wa­jąc sen­nym ru­chem ko­ron­ki lub gła­dząc de­li­kat­nie ma­ra­bu­ty. Nikt już nie zwra­cał na nich uwa­gi, chy­ba ktoś świe­żo przy­by­ły i nie obznaj­mio­ny z istot­nym sta­nem rze­czy. Czę­sto bra­no ich za mał­żeń­stwo wzo­ro­we, przy­wią­za­ne do sie­bie rów­nym, nie­ner­wo­wym uczu­ciem. Ma­ken ha­ła­so­wał w fu­mo­irach189, nie psu­jąc ja­snym swym mun­du­rem i swą si­wi­zną ciem­nych i mi­stycz­nych syl­we­tek tych dwoj­ga, któ­rzy sie­dzie­li pra­wie nie­ru­cho­mo obok sie­bie z ocza­mi wle­pio­ny­mi w prze­strzeń, jak wi­dzo­wie na przed­sta­wie­niu zna­nej już do­brze sztu­ki. Obo­je oni sta­no­wi­li jed­ną ca­łość. Ja­kiś krąg nie­wi­dzial­ny, a mi­mo to ist­nie­ją­cy, ota­czał ich i bra­mo­wał, od­su­wa­jąc od resz­ty to­wa­rzy­stwa. By­ło to za­pew­ne ich kil­ku­na­sto­let­nie uczu­cie, któ­re z bu­rzy mi­ło­snej prze­szło w moc­ne i zda się nie­ro­ze­rwal­ne przy­wią­za­nie.

Ko­bie­ta szcze­gól­nie mia­ła w swej ze­sta­rza­łej po­sta­ci upór mi­ło­sny ko­bie­ty try­um­fu­ją­cej nad zmien­no­ścią mę­ską.

Męż­czy­zna był już obo­jęt­ny, tro­chę za­wsze za­lęk­nio­ny i jak­by uśpio­ny w tej sta­ło­ści, w któ­rą się sam spo­wi­nął przed ty­lo­ma la­ty!

Ale „go­łąb­ki” by­ły in­ne­go zda­nia: Ode­brać Ma­ke­no­wej Hel­din­ga?

— Co?... jak my­śli­cie!

Pro­jekt ten po­wstał w gło­wie ja­sno­wło­sej Li­li. Mi­nuś­ki, Nuś­ki i Musz­ki za­adop­to­wa­ły go w jed­nej chwi­li.

— Tak! tak!... trze­ba to zro­bić. To oży­wi fix i za­ba­wi wszyst­kich do­ko­ła. Trze­ba Hel­din­ga za­aka­pa­ro­wać190 i pa­trzeć, ja­ką Ma­ke­no­wa bę­dzie mia­ła mi­nę.

— Prze­cież go re­kla­mo­wać191 nie bę­dzie przez kon­we­nan­se.

Rau­ty by­wa­ły nud­ne. Męż­czyź­ni mło­dzi nie umie­li po­pro­wa­dzić po­rząd­nie roz­mo­wy. Pa­nien­ki nu­dzi­ły się w swym go­łęb­ni­ku. Oglą­da­ły się za roz­ryw­ką.

Błę­kit­ne oczy Li­li pa­dły na­gle na dwie mi­stycz­ne syl­wet­ki, sie­dzą­ce nie­ru­cho­mo obok sie­bie. Pa­nien­ka skrzy­wi­ła się na­gle. Sta­now­czo ta pa­ra dzia­ła­ła jej na ner­wy. Już trze­ci kar­na­wał przy­jeż­dża ze wsi do Lwo­wa i trze­ci kar­na­wał wi­dzi tych dwo­je „sta­rych”, sie­dzą­cych jed­no obok dru­gie­go w wier­no­ści chiń­skich bał­wa­nów. I po­chy­liw­szy się ku swym to­wa­rzysz­kom, pod­su­wa im pro­jekt flir­tu z Hel­din­giem tym sa­mym to­nem, ja­kim w Sa­cré-Co­eur pod­su­wa­ła myśl prze­cią­ga­nia pal­cem po wy­wo­sko­wa­nych brze­gach pul­pi­tu.

Znu­dzo­ne jed­no­staj­no­ścią rau­tów pa­nien­ki przyj­mu­ją pro­jekt z en­tu­zja­zmem, obie­ra­ją dzień i miej­sce i dziś ze­szły się wszyst­kie u księż­nej z za­mia­rem wpro­wa­dze­nia swych za­my­słów w czyn z okrut­ną ener­gią istot, któ­re nie wie­dzą na­wet, czy ser­ce bo­leć mo­że na­praw­dę i czy są łzy, któ­re pa­lą.

Kam­pa­nię roz­po­czy­na księż­nicz­ka młod­sza, sza­tyn­ka, o twa­rzy scho­ro­wa­ne­go anio­ła i dłu­gich war­ko­czach ukra­iń­skiej dziew­ki. Sia­da do for­te­pia­nu i roz­kła­da ze­szyt nok­tur­nów Cho­pi­na z naj­nie­win­niej­szą pod słoń­cem min­ką.

Chwi­lę oglą­da się po sa­lo­nie, jak­by szu­ka­jąc ko­goś.

— Pa­nie Hel­ding!... pro­szę mi kart­ki prze­wra­cać!... — pro­si wresz­cie z cza­row­nym uśmie­chem.

Hel­ding otwie­ra sze­ro­ko spło­wia­łe źre­ni­ce.

— Pan ta­ki mu­zy­kal­ny... — do­da­je pa­nien­ka.

Sta­ry ka­wa­ler wsta­je z po­śpie­chem, pe­łen kur­tu­azji, i śpie­szy do for­te­pia­nu.

„Go­łąb­ki”, śle­dząc tę sce­nę z nie­po­ko­jem, od­dy­cha­ją swo­bod­niej. Hel­ding jest tuż obok nich, na pro­gu „go­łęb­ni­ka”. Wcią­gnąć go ła­two po­tra­fią.

Wcią­gną... i nie pusz­czą...

Ci­cho i spo­koj­nie pły­nie je­den z nok­tur­nów Cho­pi­na.

Hel­ding prze­wra­ca kart­ki tro­chę za­nie­po­ko­jo­ny, zde­ner­wo­wa­ny tą „ro­lą”, ja­ką ode­gry­wa obok sie­dzą­cej przy for­te­pia­nie dziew­czy­ny. Ze­szedł już do rzę­du „wi­dzów”, przy­zwy­cza­jo­ny, że to in­ni de­fi­lo­wa­li przed nim, pod­czas gdy on spo­koj­nie sie­dział obok Ma­ke­no­wej, ba­wiąc się jej wa­chla­rzem. Dłu­gie, su­che pal­ce męż­czy­zny z po­śpie­chem prze­wra­ca­ją kart­ki, kle­ko­cząc jak ka­sta­nie­ty.

Księż­nicz­ka za każ­dą prze­gra­ną stro­ni­cą spo­glą­da na Hel­din­ga i uśmie­cha się ła­god­nie, Hel­ding mi­mo wo­li do­strze­ga ko­ło ust dziew­czy­ny dwa ład­ne doł­ki...

Wresz­cie ostat­ni akord prze­ci­na po­wie­trze. Hel­ding pra­gnie wró­cić na swe miej­sce, lecz „go­łąb­ki” ota­cza­ją do­ko­ła księż­nicz­kę i dzię­ku­jąc jej go­rą­co, po­su­wa­ją go mi­mo wo­li w stro­nę go­łęb­ni­ka. Li­li mó­wi coś do nie­go, śmie­je się, szcze­bio­cze; z dru­giej stro­ny Ni­ni pre­zen­tu­je swój prze­pysz­ny pro­fil grec­kiej bo­gi­ni. Śmiech, chi­chot, sre­bro gło­su, woń kon­wa­lii i mło­de­go cia­ła, ja­kiś szum jak­by skrzy­deł go­łę­bich — Hel­ding znaj­du­je się na­gle w go­łęb­ni­ku, uwię­zio­ny ład­ny­mi ge­sta­mi drob­nych rą­czek, gięt­kich fi­gu­rek i mło­dych twa­rzy­czek.

Zmie­sza­ny, pra­wie po­cią­gnię­ty, sia­da na ta­bu­re­cie i wszyst­kie pa­nien­ki z sze­le­stem opa­da­ją na­gle ku zie­mi. Ca­łe stad­ko bia­ło­li­lio­we, ró­żo­we, bia­łe, po­pie­la­te, przy­pa­dło do pur­pu­ry dy­wa­nu i za­cza­jo­ne, uśmiech­nię­te, wy­cią­ga oży­wio­ne na­gle dziob­ki.

Hel­ding do­zna­je eks­ta­zy, olśnie­nia, wy­sa­dzo­ny z sio­dła tą bru­tal­ną, a prze­cież na po­zór de­li­kat­ną tak­ty­ką pa­nień­ską. On, męż­czy­zna si­wie­ją­cy i zde­pra­wo­wa­ny, czu­je się prze­ra­żo­ny, wy­rwa­ny ze snu, nie­pew­ny i jak­by po­szar­pa­ny na­gle na strzę­py.

Pra­gnie się wy­do­stać, czy­ni nie­śmia­łe usi­ło­wa­nia, wy­cią­ga kil­ka­krot­nie szy­ję, ma oczy to­piel­ca za­pa­da­ją­ce­go w ba­gno szma­rag­do­we, per­ła­mi wo­dy lśnią­ce...

Lecz „go­łąb­ki” zwar­tym sze­re­giem ota­cza­ją go co­raz sil­niej jak „wod­ni­ce” o spło­wia­łych bar­wach, w nie­pew­nym bla­sku księ­ży­ca się ką­pią­ce. Je­dwab szat­ni, ilu­zja pnie się pa­ję­czą sie­cią, wstąż­ki war­ko­czy ma­ją za­pach orze­chów co­kol­wiek wil­got­nych, a mło­dość i oży­wie­nie za­pa­la w oczach ca­łe ró­żań­ce iskie­rek. Aż szu­mi od chi­cho­tu, aż sre­brzy się od bia­łych zę­bów. Dziew­czy­ny, po­chy­la­jąc się, ma­ją ge­sty po­kor­nych ko­tek. Ni­ni wil­got­ny­mi ocza­mi pa­trzy wprost w twarz Hel­din­ga. Atłas jej cia­ła mie­ni się pod­skór­ny­mi ró­żo­wy­mi prę­ga­mi mo­ry. Hel­ding, osłu­pia­ły, wpa­tru­je się w to bo­gac­two kształ­tów i śle­dzi wstąż­kę, wią­żą­cą sta­nik na ra­mie­niu okrą­głym i do­sko­na­le pięk­nym.

Ni­ni wzrok ten czu­je i pro­stu­je się ca­ła, dum­na ze swej dzie­wi­czej kra­sy, nie ska­la­nej jesz­cze dresz­czem mi­ło­snej chę­ci. Pod­no­si wy­so­ko bro­dę i uka­zu­je cud­ną szy­ję o de­li­kat­nych, prze­zro­czy­stych to­nach am­bry192...

Hel­ding przy­my­ka na chwi­lę oczy i osu­wa się osła­bły, ocie­ra­jąc pot z czo­ła...


*

W ką­cie Ma­ke­no­wa wi­dzi ten ca­ły ma­newr i do­strze­gł­szy Hel­din­ga po­mię­dzy pa­nien­ka­mi, do­zna­je na­głe­go ści­śnię­cia ser­ca. Zwal­cza jed­nak ten ból prze­lot­ny i uśmie­cha się jak­by za­do­wo­lo­na z te­go po­wo­dze­nia ko­chan­ka. Ma bo­wiem prze­świad­cze­nie, że Hel­ding z grzecz­no­ści usiadł na chwi­lę w „go­łęb­ni­ku” i wpręd­ce znu­dziw­szy pa­nien­ki, po­wró­ci do niej, na daw­ne swe miej­sce. Spo­koj­nie więc śle­dzi ru­chy dziew­cząt, ot, jak żo­na uśmie­cha­ją­ca się po­błaż­li­wie na nie­win­ny żart ze stro­ny mę­ża.

Wy­da­rza się to wpraw­dzie pierw­szy raz, bo zwy­kle pa­nien­ki nie zwra­ca­ły uwa­gi na Hel­din­ga, ja­ko na „sta­re­go ka­wa­le­ra”, nie za­baw­ne­go, i nie li­czy­ły się z nim wca­le. Po­zo­sta­wa­ła mu tyl­ko ona, ona jed­na, i tak mia­ło już być na za­wsze. Tym­cza­sem dziś na­gle zmie­nia się daw­ny po­rzą­dek rze­czy...

To śmiesz­ne, a jed­nak te kil­ka mi­nut za­czy­na­ją się jej wy­da­wać wie­kiem.

Tym bar­dziej, że Hel­ding nie zda­je się nu­dzić pa­nie­nek ani być znu­dzo­nym. Ow­szem, oży­wie­nie pa­nu­je tam wiel­kie, ca­łe sno­py śmie­chu wy­bie­ga­ją w prze­strzeń sa­lo­nu. Ma­ke­no­wa do­sko­na­le po­mię­dzy tym chi­cho­tem roz­róż­nia głos Hel­din­ga. Mó­wi coś, po­wo­li, ot, tak jak on zwy­kle, ale z tro­chą wię­cej ener­gii i oży­wie­nia. Słów Ma­ke­no­wa do­sły­szeć nie mo­że, dźwięk gło­su do­bie­ga do niej do­kład­nie.

To dziw­ne, wy­da­je się jej, że ten głos, że sam Hel­ding jest od niej bar­dzo, bar­dzo da­le­ko i że nik­nie na­gle w ca­łym tu­ma­nie iro­nicz­nych akor­dów...

Za­gry­za usta i do­zna­je wra­że­nia zu­peł­ne­go osa­mot­nie­nia.

Czu­je chłód przej­mu­ją­cy do­ko­ła nóg i wsu­wa je szyb­ko pod suk­nię. Tra­ci pew­ność sie­bie i sta­je się nie­zgrab­ną i jak­by zwią­za­ną. Prze­czu­wa... śmiesz­ność i kur­czy się przed tym ohyd­nym wid­mem. Na­gle za­czy­na­ją jej do­le­gać rę­ka­wy suk­ni. Są zbyt cia­sne w łok­ciu, a za wol­ne w ra­mie­niu. Wło­sy ma za­nad­to ścią­gnię­te i dresz­cze prze­bie­ga­ją ją wzdłuż krzy­ża. Obro­nić się nie mo­że, nie po­tra­fi. Śmiesz­ność jest tuż przy niej. Hel­ding nie wra­ca.


Po­wo­li w sa­lo­nie za­czy­na­ją do­strze­gać, co się dzie­je w „go­łęb­ni­ku”. Po­za wa­chla­rza­mi flir­tu­ją­ce pa­ry z uśmie­chem po­ka­zu­ją so­bie szpi­cza­stą gło­wę Hel­din­ga po­mię­dzy ja­sny­mi i ciem­ny­mi fry­zu­ra­mi dziew­czyn. Po­wo­li od go­łęb­ni­ka oczy za­czy­na­ją się zwra­cać ku Ma­ke­no­wej. Wy­glą­da ona tak jak czło­wiek, któ­ry zgu­bił swój cień. Mru­ga szyb­ko ocza­mi i po­ły­ka śli­nę. Wszy­scy znaj­du­ją ją tro­chę śmiesz­ną. Au fond193 mu­si być za­zdro­sną... Z bocz­nych sa­lo­nów za­czy­na­ją scho­dzić się go­ście i wszy­scy z naj­obo­jęt­niej­szy­mi na po­zór mi­na­mi śle­dzą roz­łą­czo­ną tak na­gle i nie­spo­dzie­wa­nie pa­rę. Tiens194! tiens!... Hel­ding po­mię­dzy pa­nien­ka­mi? Flir­tu­je nie na żar­ty! A Ma­ke­no­wa? Sie­dzi i pa­trzy. En­fin... Hel­ding zdo­był się na tro­chę wła­snej wo­li. Bar­dzo na­tu­ral­ne! Męż­czy­zna!... po­wi­nien już skoń­czyć tę śmiesz­ną awan­tu­rę. Sta­ry?... e! Cóż zno­wu. To Ma­ke­no­wa sta­ra — Hel­ding jest nie­mło­dy, ale jesz­cze nie­sta­ry. Ze­sta­rzał się przy niej. Ileż to lat już trwa ich ro­mans? To nie ma sen­su, to po­win­no się raz skoń­czyć!...

I na­gle ra­zem z chi­cho­tem dziew­czyn w tę nu­dę rau­to­wą wpa­da bru­tal­na chęć tłu­mu szar­pa­nia tej mi­ło­ści ad­op­to­wa­nej, przy­ję­tej, to­le­ro­wa­nej. I ci sa­mi, któ­rzy nie­daw­no jesz­cze z uśmie­chem sym­pa­tii spo­glą­da­li na dwie ciem­ne syl­wet­ki, sie­dzą­ce w tym nim­bie nie­ugię­tej wier­no­ści, ci sa­mi te­raz od­sła­nia­li ta­jem­ni­ce te­go sto­sun­ku, któ­ry przed la­ty pro­mie­niał i ogrze­wał chłód kon­we­nan­sem mro­żo­nych sa­lo­nów. Ja­kaś głu­cha nie­chęć za­czy­na­ła nur­to­wać do­ko­ła, coś na kształt ze­msty za ten try­umf uczu­cia i do­sko­na­łej mi­ło­ści, któ­ra la­ta ca­łe prze­trwa­ła nie­na­ru­szo­na, skoń­czo­na, nad wszyst­ko sil­niej­sza. Ludz­ka nę­dza, nie mo­gą­ca znieść do­sko­na­łej har­mo­nii, ra­do­wa­ła się tym nie­spo­dzie­wa­nym dy­so­nan­sem wśród za­sty­głe­go już w prze­strze­ni akor­du. I cie­pły, sym­pa­tycz­ny prąd szedł ku „go­łęb­ni­ko­wi”, w któ­rym wi­dać już by­ło tyl­ko ple­cy dziew­cząt, ob­cią­gnię­te je­dwa­biem sta­ni­ków i po­ły­sku­ją­ce dra­bin­ka­mi sil­nie ścią­gnię­tych sznu­ro­wa­deł. Dziew­czy­ny, po­chy­lo­ne ku Hel­din­go­wi, ca­łe roz­we­se­lo­ne do­brą far­są, ja­ką ba­ro­no­wej ro­bi­ły, ba­wi­ły się ser­decz­nie, wpa­tru­jąc w po­marsz­czo­ną twarz ko­chan­ka Ma­ke­no­wej. Je­go dłu­ga szy­ja, po któ­rej prze­su­wa­ło się owe „jabł­ko Ada­mo­we”, by­ła przed­mio­tem ich szcze­gól­nej ob­ser­wa­cji. Trą­ca­ły się łok­cia­mi, du­sząc się ze śmie­chu. Ten sta­ry był wspa­nia­ły! Usta miał w pod­ko­wę i rzad­kie wło­sy, od le­we­go ucha na­gar­nię­te ku pra­we­mu, Te­raz ko­smyk je­den od­cze­pił mu się na­gle i po­wie­wał jak si­wie­ją­ce pió­ro try­um­fal­nie po­nad uchem. Te­go by­ło nad­to. Nu­sia Do­bro­jew­ska scho­wa­ła się za ple­cy Nu­si Ma­ło­wiej­skiej.

Jesz­cze chwi­la, a by­ła­by na głos par­sk­nę­ła śmie­chem.

Tym­cza­sem Hel­ding, na wpół pi­ja­ny tym za­pa­chem blon­dy­nek, bru­ne­tek na­oko­ło nie­go ze­bra­nych, ca­ły zgo­rącz­ko­wa­ny wi­do­kiem biu­stu Ni­ni, błę­kit­nych oczu Li­li i doł­ków na­oko­ło ust księż­nicz­ki, od­mła­dzał się w tej at­mos­fe­rze mło­do­ści i nie zwięd­nię­te­go cia­ła, ja­ką na­gle po­czuł do­ko­ła sie­bie.

Sta­rze­jąc się ra­zem z Ma­ke­no­wą, za­po­mniał nie­mal, że są jesz­cze na świe­cie peł­ne ra­mio­na, dłu­gie war­ko­cze i lśnią­ce oczy. Na­gle oto­czy­ła go or­gia mło­do­ści, dziew­czę­ce­go wdzię­ku, dzie­cin­ne­go pra­wie szcze­bio­tu. Dłu­gi post w ze­schnię­tych ra­mio­nach jed­nej ko­bie­ty wy­ro­bił w nim asce­tę po­zor­ne­go, pod któ­rym drze­mał wiecz­nie błą­dzą­cy za no­wo­ścią męż­czy­zna. Rę­ce mu drża­ły, uszy pa­li­ły go, ca­łe czer­wo­ne na tle żół­tej skó­ry i reszt­ki wło­sów. Był śmiesz­ny, nędz­ny, bied­ny wo­bec te­go flir­tu, któ­ry zda­wał się prze­dłu­żać w nie­skoń­czo­ność. Z po­cząt­ku nie­śmia­ły, po­wo­li roz­zu­chwa­lał się i jak zbu­dzo­ny ze snu kil­ku­na­sto­let­nie­go kró­le­wicz, do­by­wał ze swej pa­mię­ci prze­sta­rza­łe kom­ple­men­ty i dow­ci­py. Pa­nien­ki znaj­do­wa­ły go zaj­mu­ją­cym, wi­dział to po ich oży­wie­niu, wy­ma­wia­ły mu je­go od­osob­nie­nie się i wi­docz­ne uni­ka­nie „go­łęb­ni­ka”. Tłu­ma­czył się po­wa­gą wie­ku, lę­ka­jąc się, aby nie zo­sta­wi­ły tej wzmian­ki bez za­prze­cze­nia. Lecz one pro­te­sto­wa­ły go­rą­co.

— Wiek? Cóż to? Czy jest star­cem, aby się wie­kiem przed ni­mi za­sta­wia195ł? — I co­raz mil­sze, co­raz we­sel­sze na­cie­ra­ły, ota­cza­ły go, rzu­ca­jąc od cza­su do cza­su prze­lot­ne wej­rze­nie na Ma­ke­no­wą...

— Oh! ma chère... co za mi­na!... spoj­rzyj na Ma­ke­no­wą! el­le est ver­te196!...


Te­raz już Ma­ke­no­wa uczu­ła, że po­mię­dzy Hel­din­giem a nią otwie­ra się prze­paść. Ca­łe la­ta wiel­kiej i go­rą­cej mi­ło­ści za­pa­da­ły w prze­strzeń, spy­cha­ne sze­le­stem go­łę­bich skrzy­deł i chi­cho­tów dziew­czę­cych. Ma­ke­no­wa in­stynk­tem ko­bie­cym od­ga­dy­wa­ła ca­ły pro­ces obu­dze­nia się Hel­din­ga i za­mie­ra­ła sa­ma z bó­lu, po­rów­ny­wa­jąc swój biust za­pa­dły z prze­pysz­nym gor­sem Ni­ny, któ­rą wi­dzia­ła do­kład­nie na tle ciem­no­czer­wo­ne­go obi­cia, try­um­fu­ją­cą i ca­łą ró­żo­wą w bla­sku pło­ną­cych kan­de­la­brów. Te gło­wy dziew­czę­ce, po­chy­lo­ne, bo­ga­te w ma­sy ciem­nych lub ja­snych war­ko­czy, te ple­cy gięt­kie, pro­ste, im­per­ty­nenc­kie, zwar­tym mu­rem ota­cza­ją­ce Hel­din­ga, przed­sta­wia­ły się w jej oczach jak mur sil­ny, strasz­ny, wzno­szą­cy się na­gle po­mię­dzy nią i jej ko­chan­kiem. Te­raz już nie był od niej da­le­ki, ale ten, któ­ry nie­daw­no jesz­cze był nią sa­mą, od­dzie­lał się od niej, od­cho­dził, sta­wał się ob­cym, cią­gnąc za so­bą jej po­tłu­czo­ne i obo­la­łe ser­ce. Przez chwi­lę chcia­ła po­wstać, po­dejść do for­te­pia­nu pod pre­tek­stem przej­rze­nia nut i wmie­szać się w to ca­łe gro­no, ale czu­ła na so­bie set­ki spoj­rzeń i po­zo­sta­ła na miej­scu, zdję­ta nie­śmia­ło­ścią, gła­dząc tyl­ko po­wol­nym ru­chem pió­ra swe­go wa­chla­rza. Na­gle jed­nak za­trzy­ma­ła rę­kę, spa­ra­li­żo­wa­na, z gar­dłem ścią­gnię­tym, z oczy­ma łez peł­ny­mi, jak zwie­rzę tro­pio­ne w le­go­wi­sku, osa­czo­ne psiar­nią gra­ją­cą przy­szły try­umf i krwa­wą ra­dość. Uczu­ła się sta­rą, brzyd­ką, śmiesz­ną, spodlo­ną. By­ła przed­mio­tem szy­der­stwa tej ca­łej ban­dy, któ­rej przez lat ty­le im­po­no­wa­ła spo­ko­jem swe­go cu­dzo­łó­stwa. Mia­ła nóż w ser­cu i ka­mień wsty­du nad gło­wą. Po raz pierw­szy mo­że po­czu­ła, że Hel­ding był tyl­ko jej ko­chan­kiem, do któ­re­go nie mia­ła żad­ne­go pra­wa... Ucie­kał od niej, szedł po­mię­dzy młod­sze, we­sel­sze isto­ty...

I bez kro­pli krwi na ustach sie­dzia­ła zgar­bio­na, strasz­nie zmie­nio­na, nie­mal zgrzy­bia­ła w tej nie­mej roz­pa­czy, któ­rą się dła­wić za­czy­na­ła.


*

W kil­ka go­dzin póź­niej Hel­ding w ci­szy swe­go błę­kit­ne­go po­ko­ju stał przed lu­strem i z uśmie­chem za­do­wo­le­nia spo­glą­dał na swą twarz roz­ja­śnio­ną.

Tak... bez wąt­pie­nia, nie jest jesz­cze sta­rym i by­ło­by sza­leń­stwem z je­go stro­ny nie ko­rzy­stać z tych wa­run­ków, któ­re po­zwa­la­ją mu spę­dzać od cza­su do cza­su tak mi­łe chwi­le, jak dzi­siej­sze.

Za­pa­lił kan­de­labr na ko­min­ku i przy­glą­dał się uważ­nie swej twa­rzy, oczom, zę­bom, wło­som. Nu­cił coś pod no­sem i po­sta­no­wił myć się od ju­tra w ben­zo­esie oraz wpra­wić so­bie trzy przed­nie zę­by.

Przy­mknął na chwi­lę oczy i uśmiech­nął się ra­do­śnie, przy­po­mniaw­szy so­bie biust Ni­ny, oczy Li­li i doł­ki księż­nicz­ki. Co za dziew­czy­ny!... sa­per­li­po­pet­te197!... Gdzie on miał oczy, że do tej chwi­li nie do­strzegł, ja­kie to cac­ka są obok nie­go! Praw­da! że wiecz­nie sie­dział obok Ma­ke­no­wej. Skrzy­wił się i wzru­szył ra­mio­na­mi. Ta Ma­ke­no­wa za­nad­to go wię­zi i przy so­bie trzy­ma!... To do­bre by­ło daw­niej, ale dziś?... Przy tym za­uwa­żył, że się bar­dzo po­su­nę­ła i dziś, gdy wy­cho­dzi­ła z rau­tu, mia­ła mi­nę zu­peł­nie nie­mło­dej ko­bie­ty. Chcia­ła coś do nie­go prze­mó­wić, ale wła­śnie Ni­ni i Li­li pod­su­nę­ły się i mu­siał im wy­szu­kać ich za­rzu­tek. Po­da­jąc ro­tun­dę198 Ni­ni, do­tknął nie­chcą­cy jej ra­mie­nia. Jesz­cze te­raz ukrop prze­bie­ga je­go ży­ły. My­ślał, że już jest nie­zdol­ny do po­dob­nych wzru­szeń... Przy Ma­ke­no­wej nie do­zna­wał nic po­dob­ne­go. Praw­do­po­dob­nie daw­niej i ona tak na nie­go dzia­ła­ła... Z la­ta­mi wszak­że przy­szło przy­zwy­cza­je­nie!...

Za­czął roz­bie­rać się po­wo­li, wpa­tru­jąc w pło­mie­nie świec, któ­re od­bi­ja­ły się żół­ty­mi gwiazd­ka­mi w gład­kim tle lu­stra.

Fi­glar­ne są te dziew­czę­ta, mi­łe i mło­de! Bo­daj to mło­dość... oży­wi­ła go! Czu­je się sam od­młod­nia­łym, od­ro­dzo­nym!... Nie wi­dzi swej brzy­do­ty, chu­do­ści i si­wych wło­sów. Zda­je mu się, że gdy­by miał ta­ką mło­dość świe­żą i zdro­wą cią­gle obok sie­bie, wró­cił­by do lat daw­nych, do go­rą­cych na­mięt­no­ści trzy­dzie­sto­let­nie­go męż­czy­zny.

I z za­gad­ko­wym uśmie­chem wcią­ga na no­gi pan­to­fle, dar i pra­cę Ma­ke­no­wej.

Kto wie jesz­cze, jak bę­dzie. Jest nie­za­leż­ny, wol­ny, jesz­cze mło­dy, po­wo­dze­nie ma u pa­nien nie­ma­łe, mo­że się zde­cy­du­je... oże­ni...


W pa­nień­skich łó­żecz­kach pod nie­bie­ski­mi, ró­żo­wy­mi i bia­ły­mi koł­der­ka­mi le­żą „go­łąb­ki”, otu­lo­ne, z wło­sa­mi gład­ko sple­cio­ny­mi z ty­łu, z przo­du za­krę­co­ny­mi w pa­pi­lo­ty. Nie­bie­skie, ró­żo­we lub zie­lo­ne ve­il­leu­zy199 pa­lą się przed ob­raz­ka­mi al­bo sta­tu­et­ka­mi Dzie­wi­cy. Pa­nien­ki za­sy­pia­ją spo­koj­nie, we­so­łe, roz­ba­wio­ne jesz­cze tą far­są, ja­ką urzą­dzi­ły Ma­ke­no­wej i sta­re­mu Hel­din­go­wi. Uśmiech roz­ja­śnia ich wpół­sen­ne bu­zie, gdy my­ślą o ko­smy­ku chwie­ją­cym się nad uchem i o tym, że Hel­ding wziął ten flirt zbio­ro­wy na se­rio, a Ma­ke­no­wa z prze­stra­chu i za­zdro­ści po­zie­le­nia­ła.

I do­sko­na­łe w swym okru­cień­stwie, spo­koj­ne w tej zbrod­ni, ja­ką wy­rzą­dzi­ły, roz­ry­wa­jąc sil­ne jak śmierć uczu­cie, za­sy­pia­ją jed­ne po dru­giej, go­łąb­ki bia­łe, nie­win­ne, ła­god­ne w mdła­wych świa­teł­kach, skła­da­jąc na pier­siach rę­ce ge­stem pen­sjo­na­rek śpią­cych w do­rto­irach Sa­cré-Co­eur, ge­stem anio­łów ota­cza­ją­cych fał­dy błę­kit­ne­go płasz­cza prze­zro­czy­stej wśród chmur Ma­don­ny.


Kun­del

Cóż u dia­bła sta­re­go? Dla­cze­góż nie mam i ja zro­bić ka­rie­ry? — za­wo­ła­ła Re­sia, ci­ska­jąc ob­szar­pa­ną książ­kę na zie­mię.

Ze­rwa­ła się z ob­dar­tej so­fy, a po­cią­gnąw­szy fal­ba­ną szla­fro­ka ka­wał sprę­ży­ny i pęk sia­na, po­sko­czy­ła ku oknu.

Ład­nie tam by­ło na dwo­rze, choć tro­chę jesz­cze chłod­no. Re­sia nie ucze­sa­ną gło­wę wy­tknę­ła przez okno, a wiatr wio­sen­ny roz­wie­wał jej krę­te, czar­ne wło­sy. Ona od cza­su do cza­su dmu­cha sil­nie, chcąc od­pę­dzić na­tręt­ne ko­smy­ki, któ­re krę­ci­ły się ko­ło jej wy­bla­dłych warg lub cze­pia­ły się dłu­gich rzęs i wzrok za­sła­nia­ły.

By­ła to jesz­cze mło­da dziew­czy­na, pysz­nie zbu­do­wa­na, brud­na i po­kry­ta pie­ga­mi. Sta­no­wi­ła naj­wy­twor­niej­szy okaz we­so­łych cór mia­sta — i od­zna­cza­ła się szczyt­ną głu­po­tą, do­brym ser­cem i za­mi­ło­wa­niem do pie­czo­nej gę­si.

Lu­bi­ła przy tym pie­nią­dze (by­ła Ży­dów­ką), no­we bu­ci­ki, kar­mel­ki i zwy­kle w zi­mie o sza­rej go­dzi­nie pie­kła so­bie na trzech pa­tycz­kach jabł­ka, ki­wa­jąc się i mru­cząc ja­kąś mo­no­ton­ną pio­sen­kę. Umia­ła czy­tać, lecz za to nie umia­ła pi­sać, ja­dła chleb ze szmal­cem na obiad, a po­tem, nie umyw­szy rąk, na­cie­ra­ła się „chy­prem”.

Pa­li­ła pa­pie­ro­sy i cze­sa­ła się raz na ty­dzień, by­ła an­ty­se­mit­ką w ca­łym sło­wa zna­cze­niu, a na kwe­stię eman­cy­pa­cji ko­biet nie za­pa­try­wa­ła się wca­le.

Dnie ca­łe le­ża­ła na swo­jej so­fie, pa­ląc pa­pie­ro­sy, do­pie­ro z na­dej­ściem zmro­ku bu­dzi­ła się ze swej bez­czyn­no­ści.

Wsta­wa­ła wte­dy, mru­cząc i plu­jąc po ką­tach i szczo­tecz­ką od zę­bów czy­ści­ła bu­ci­ki, a bie­li­ła twarz kre­dą w bra­ku pu­dru. Po­tem — usiadł­szy przy oknie, cze­ka­ła na... Kun­dla.


*

Kun­del ten był obec­nie jej wiel­ką mi­ło­ścią. Był to ma­ły, po­twor­nej brzy­do­ty chło­pak, syn jed­ne­go ze znacz­niej­szych urzęd­ni­ków mia­sta. Przy­sło­wio­wo brzyd­ki, był dziw­nym oka­zem ja­kiejś bru­tal­nej zu­chwa­ło­ści i bez­czel­nej aro­gan­cji, któ­ry­mi w do­mo­wym za­ci­szu uzy­skał słod­kie mia­no... Kun­dla. Wiel­ka je­go gło­wa, po­kry­ta roz­wi­chrzo­ną, ol­brzy­mią czu­pry­ną, mia­ła kształt pra­wie czwo­ro­gra­nia­sty; wy­raz ma­łych oczek i ust wy­dę­tych, ob­ro­słych ster­czą­cym, ru­da­wym wło­sem, zna­mio­no­wał upór, prze­wrot­ny spryt i ja­kieś ni­czym nie ukró­co­ne zu­chwal­stwo. Trzy­mał zwy­kle rę­ce w kie­sze­niach od spodni i no­sił ma­ło­ru­skie ko­szu­le, naj­czę­ściej roz­pię­te na pier­siach. Mó­wił po­wo­li, za­ci­na­jąc się na sy­czą­cych spół­gło­skach i miał zu­peł­nie od­ręb­ny spo­sób wy­ra­ża­nia się, któ­ry trwo­gą przej­mo­wał słu­cha­czów.

W do­mu był po­stra­chem mat­ki i sióstr, dwóch mło­dych dziew­czy­nek, słod­kich i nie­śmia­łych, tu­lą­cych się do ką­tów, gdy Kun­del — pod­czas nie­obec­no­ści oj­ca — zja­wiał się w sa­lo­nie lub w ja­dal­ni. Mat­ka sa­ma pod­no­si­ła ku nie­mu bła­gal­nie oczy, w któ­rych nie­rzad­ko prze­wi­ja­ła się łza...

Lecz Kun­del urą­gał wszyst­kie­mu. Mó­wił, że jest „wyż­szy nad świat ca­ły”, i roz­wa­la­jąc się na ka­na­pie prze­tra­wiał, zie­wa­jąc, resz­tę noc­nych po­hu­la­nek i po­chło­nię­te­go pi­wa. Zro­dzo­ny z ro­dzi­ców szczyt­nie „bür­ger­skich200” — we­dług je­go słów wła­snych, nie wia­do­mo skąd roz­wi­nął w so­bie na­tu­rę noc­ne­go włó­czę­gi i ju­na­kie­rię bur­sza201. Ca­łe dnie włó­czył się w przy­dep­ta­nych pan­to­flach po czy­ściuch­nych po­ko­jach, wy­trzą­sa­jąc po­piół z faj­ki na dy­wa­ny lub fo­te­le. Gdy mu kto­kol­wiek zro­bił ja­ką uwa­gę, od­po­wia­dał chra­pli­wym gło­sem:

— Od­suń się, bo cię psom od­dam na po­żar­cie, a krwią two­ją drzwi me­go przed­po­ko­ju po­ma­lo­wać ka­żę!

Miał lat dwa­dzie­ścia i skoń­czył dwie kla­sy. Nie by­ło si­ły ludz­kiej, któ­ra by go skło­ni­ła do po­wro­tu do szkół. Uczył się „pry­wat­nie” — do­pro­wa­dza­jąc zwy­kle na­uczy­cie­li do roz­pa­czy lub do dzie­le­nia z nim noc­nej roz­pu­sty.

Ży­cie nie mia­ło dlań już żad­nych ta­jem­nic, za­kosz­to­wał wszyst­kie­go i od lat pię­ciu cze­piał się spód­nic ko­bie­cych, pe­łen prze­wrot­nej żą­dzy, z któ­rej so­bie do­sko­na­łą zda­wał spra­wę.

Do­szedł­szy do lat dwu­dzie­stu, był prze­ży­tym i znu­dzo­nym star­cem, gdy wra­cał do do­mu nad ra­nem, twarz je­go mia­ła od­cień zie­mi­sty, a oczy czer­wo­ne i spu­chłe.

Rę­ce mu drża­ły, ką­ci­ki ust miał wiecz­nie za­śli­nio­ne. Gdy sia­dał do obia­du, nie umy­ty, nie ucze­sa­ny, i wy­cią­gał trzę­są­ce się pal­ce po wi­no lub cy­try­nę, cie­szył się wi­docz­nie z ner­wo­we­go drże­nia, któ­re mu ra­mię tar­ga­ło.

— Łap­cie mi się trzę­są! Co? — py­tał, spo­glą­da­jąc try­um­fal­nie po obec­nych, któ­rzy wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi, zda­wa­li się za­po­mi­nać o je­go obec­no­ści.

Przy­zwy­cza­jo­no się bo­wiem w do­mu do te­go Kun­dla — na pół pi­ja­ne­go, uwa­ża­ją­ce­go ja­dal­nię ro­dzi­ców za prze­dłu­że­nie lo­ka­lu knaj­po­we­go. Je­den tyl­ko oj­ciec umiał po­skro­mić tę ohyd­ną zu­chwa­łość. Przy nim Kun­del za­pi­nał na pier­siach ko­szu­lę, scho­dził do obia­du o wła­ści­wej po­rze i za­mie­niał tra­dy­cjo­nal­ne pan­to­fle na głę­bo­kie ka­lo­sze. Gdy spo­dzie­wa­no się go­ści, Kun­del ob­ci­nał pa­znok­cie u le­wej rę­ki i usi­ło­wał za­pro­wa­dzić po­rzą­dek we wło­sach. Był to roz­kaz oj­ca, roz­kaz wy­po­wie­dzia­ny do­bit­nie ury­wa­nym su­chym to­nem.

Głos ten od­dzia­ły­wał na chłop­ca przy­naj­mniej dro­bia­zgo­wo i po­zor­nie.

— Sta­ry ma faj­gle, trze­ba go na­brać!

A „na­bie­ra­nia” te­go, wię­cej ani­że­li zwy­kłej zu­chwa­ło­ści, ba­ła się szcze­gól­niej mat­ka.

Kun­del bo­wiem, zna­jąc sła­bą stro­nę oj­ca, gdy zbyt wie­le na­ro­bił dłu­gów i za czę­sto był pro­szo­ny do cyr­ku­łu202 — sta­wał się na­gle me­lan­cho­lij­ny i od­czu­wał po­trze­bę po­pra­wy. Pra­gnął wte­dy czy­stej bie­li­zny, my­dła, ksią­żek na­uko­wych i tro­chę sza­cun­ku ludz­kie­go.

Wcho­dził do po­ko­ju oj­ca na pal­cach, ucie­rał nos chust­ką, słu­gom po­zwa­lał przejść spo­koj­nie, a sio­stry gła­skał po gło­wie, na­zy­wa­jąc je piesz­czo­tli­wie „mał­pi­szo­na­mi”.

Do­zwa­lał sprzą­tać w swo­im po­ko­ju i prze­wra­cać ma­te­ra­ce na dru­gą stro­nę, faj­kę osten­ta­cyj­nie za­wie­szał na gwoź­dzi­ku i pa­lił dam­skie pa­pie­ro­sy, mó­wił cie­niuch­nym gło­sem, do­bie­ra­jąc słów, a oglą­da­jąc lam­pę de­kla­ro­wał, że „już się wszyst­ko skoń­czy­ło i on, Dyń­dzio, za­bie­ra się do pra­cy...”

Oj­ciec zwy­kle z po­cząt­ku scep­tycz­nym wzro­kiem śle­dził zmia­nę w po­stę­po­wa­niu sy­na. Po­wo­li jed­nak da­wał się łu­dzić na­dziei. Kto wie — mo­że wresz­cie coś się zbu­dzi­ło w tej gło­wie mó­zgu po­zba­wio­nej, w tym ser­cu zda się za­to­pio­nym w ka­le roz­pust­nych uciech.

— Patrz, dusz­ko — mó­wił do żo­ny, któ­ra z ro­bót­ką w rę­ku do­zo­ro­wa­ła za­ba­wy dwóch dziew­czy­nek — ot, zda­je się, że tam na gó­rze ja­kiś po­rzą­dek pa­no­wać za­czy­na...

Dyń­dzio zaj­mo­wał dwie fa­cjat­ki203 po­ło­żo­ne na dru­gim pię­trze i do­mo­wi, chcąc uni­kać wy­mó­wie­nia imie­nia naj­star­sze­go z ro­du, na­zy­wa­li lo­cum204 Kun­dla „gó­rą”.

Mat­ka jed­nak wzru­sza­ła ra­mio­na­mi.

— Pew­nie coś na­bro­ił lub chce coś uzy­skać — mó­wi­ła smut­nym gło­sem.

— No!... kto wie! Kto wie! — pro­te­sto­wał oj­ciec — mo­że się wresz­cie upa­mię­ta i prze­sta­nie za­tru­wać nam ży­cie.

Mat­ce łzy sta­wa­ły w oczach.

— Daj Bo­że! — od­po­wia­da­ła wzdy­cha­jąc.

Lecz nie łu­dzi­ła się wca­le.

Wie­dzia­ła, co zna­czy to „upa­mię­ta­nie”. Wszak­że i ona nie­jed­no­krot­nie zo­sta­ła w ten spo­sób przez sy­na zwie­dzio­na. Na wskróś re­li­gij­na, ma­ją­ca w so­bie śle­pą wia­rę i po­sza­no­wa­nie prak­tyk re­li­gij­nych, kon­fen­sjo­na­łem, ka­za­niem chcia­ła wpły­nąć na roz­hu­ka­ne­go chłop­ca. Kun­del od ra­zu zro­zu­miał, że z tej na­iw­nej i peł­nej ad­o­ra­cji du­szy — mo­że wy­cią­gnąć dla sie­bie ko­rzy­ści.

I po­wo­li wpro­wa­dził sys­tem dziw­ny, a przy­ję­ty przez mat­kę, któ­ra w żar­li­wo­ści swo­jej sta­ła się źró­dłem wy­zy­sku.

Każ­dą wy­słu­cha­ną mszę, każ­dą spo­wiedź, otrzy­ma­ne roz­grze­sze­nie, od­pra­wio­ną po­ku­tę, każ­dą byt­ność na ka­za­niu — opła­ca­ła pew­ną umó­wio­ną kwo­tą pie­nię­dzy.

Gdy Kun­del za­nu­rzył swój roz­czo­chra­ny łeb w cie­nie kon­fe­sjo­na­łu, bied­na ko­bie­ta pa­da­ła na ko­la­na, mo­dląc się żar­li­wie o „oświe­ce­nie nie­szczę­śli­we­go”.

Lecz ten „nie­szczę­śli­wy”, plo­tąc księ­dzu nie­stwo­rzo­ne bred­nie, wy­ja­wia­jąc wąt­pli­wo­ści, od któ­rych wło­sy spo­wied­ni­ko­wi sta­wa­ły po pro­stu na gło­wie, ob­li­czał w my­śli, ile to no­cy bez­sen­nych za otrzy­ma­ne od mat­ki pie­nią­dze w mu­rach knaj­py prze­pę­dzi.

I dłu­go włó­czył się tak po ko­ścio­łach, bę­dąc po­stra­chem księ­ży, któ­rzy zo­ba­czyw­szy przy­stę­pu­ją­ce­go do kra­tek Kun­dla, czu­li krew bi­ją­cą im do gło­wy. Na mszach po­ran­nych wi­dzieć go moż­na by­ło drze­mią­ce­go obok roz­mo­dlo­nej mat­ki, z oczy­ma za­czer­wie­nio­ny­mi jak u kró­li­ka, z rę­ka­mi brud­ny­mi i ko­szu­lą po­mię­tą.

Cza­sem, wpadł­szy w do­bry hu­mor, „fik­so­wał ja­ką za­mo­dlo­ną de­wot­kę” lub ga­sił świe­ce de­fi­lu­ją­ce­mu brac­twu.

Wresz­cie mat­ka zro­zu­mia­ła, że każ­da spo­wiedź Kun­dla, każ­da msza jest dla chłop­ca tyl­ko źró­dłem wy­zy­sku, a pie­nią­dze otrzy­my­wa­ne da­ją mu moż­ność po­grą­ża­nia się w co­raz więk­szej roz­pu­ście. Za­mknę­ła kie­szeń i od tej chwi­li, gdy Kun­del za­po­wia­dał po­pra­wę, wie­dzia­ła, cze­go się trzy­mać w ta­kich ra­zach.

Oj­ciec łu­dził się jesz­cze. Gdy Dyń­dzio z wiel­ką pom­pą wcho­dził do je­go kan­ce­la­rii i za­bie­rał li­brę205 pa­pie­ru, kil­ka piór i pa­kę bi­bu­ły, oj­ciec py­tał go, w ja­kim ce­lu bie­rze te fo­lia­ły.

— Idę pra­co­wać — bę­dę ro­bić no­tat­ki z Na­uko­wych pod­staw kry­ty­ki li­te­rac­kiej Hen­ne­qu­ina206 lub oce­nię któ­rą z tra­ge­dii So­fo­kle­sa — od­po­wia­dał Kun­del, sta­wia­jąc ostroż­nie no­gi obu­te w sta­re ka­lo­sze, któ­re jak dwie pla­my roz­le­wa­ły się na ja­snym tle dy­wa­nu.

— So­fo­kle­sa? — py­tał oj­ciec.

— Hm!... tak, je­śli bę­dą te­go war­te. Nie wiem jesz­cze. Być mo­że, iż sam coś na­pi­szę, bo coś mi się w gło­wie... kieł­ba­si! Zresz­tą, pra­co­wać bę­dę do ra­na. Do­bra­noc oj­cu!

I wy­cho­dził po­włó­cząc no­ga­mi, a za­mknąw­szy drzwi za so­bą, uśmie­chał się zło­śli­wie:

— Sta­ry jest wzię­ty... po­ju­trze moż­na się lan­so­wać — a bek­nie, i to do­brze!


*

Lecz Kun­del miał tak­że w głę­bi du­szy swo­jej ką­cik po­etycz­ny, w któ­rym ro­sła błę­kit­na nie­za­bud­ka sen­ty­men­ta­li­zmu. Kun­del był ko­chli­wy i jak wszy­scy „prze­ży­ci” — w mi­ło­ściach swo­ich dą­żył do ide­ału. Ide­ał był to zu­peł­nie od­ręb­ny od ide­ału Dan­ta i Pe­trar­ki, lecz mi­mo to nie prze­stał być ide­ałem, w któ­rym Dyń­dzio czer­pał na­tchnie­nie i si­łę do ży­cia. Dyń­dzio cie­szył się ta­kim wstrę­tem miesz­ka­nek mia­stecz­ka, że dość by­ło dla ko­bie­ty uj­rzeć na uli­cy Kun­dla, aby mieć hu­mor po­psu­ty na dzień ca­ły.

Kun­del nie mar­twił się tym wca­le. Nie­na­wi­dził ko­biet do­brze ubra­nych i ja­ko ta­ko wy­cho­wa­nych. W knaj­pie po opi­ciu się od­po­wied­nią ilo­ścią pi­wa — bru­tal­nie zdzie­rał z każ­dej „da­my” kry­ją­ce ob­sło­ny i z cy­ni­zmem naj­wyż­szym ob­rzu­cał ją wy­ra­za­mi po­gar­dy i szy­der­stwa. Dla nie­go ist­nia­ła tyl­ko na­tu­ra w po­sta­ci roz­czo­chra­nych dziew­czyn, któ­rym je­go ma­ło­ru­ska ha­fto­wa­na ko­szu­la im­po­no­wa­ła, a plu­ga­wy żar­gon przy­po­mi­nał ciem­ne za­uł­ki, wśród ja­kich mło­dość spę­dzi­ły.

Do ta­kich więc „ide­ałów” Dyń­dzio pi­sy­wał ody, ma­cza­jąc pa­lec w pi­wie i kre­śląc sło­wa na mar­mu­rze sto­łu. Gdy bla­dy świt kładł im wszyst­kim na czo­ła zie­lo­na­we, tru­pie to­ny — Kun­del de­kla­mo­wał:

Nie­kie­dy bla­da We­nus z mdła­wym bla­skiem w oku

Scho­dzi tu na zie­mię w la­tar­nia­nym zmro­ku.

Dziew­czy­ny za­no­si­ły się od śmie­chu.

Ten Kun­del! A niech­że go! A to je wy­zy­wał! Lecz on przy­ga­sły­mi ocza­mi spo­glą­dał na nie jak­by ze smut­kiem i są­cząc z ku­fla reszt­ki pi­wa, beł­ko­tał:

I unie­sio­ną suk­nią wpół bez­myśl­nie sza­sta,

Uka­zu­jąc świa­tu brud­nych poń­czoch pa­rę...

Zwy­kle Dyń­dzio ko­chał któ­rą­kol­wiek z tych dziew­czyn, ko­chał po swo­je­mu, ty­ra­ni­zu­jąc i mal­tre­tu­jąc bez li­to­ści. Gdy przy­szła ko­lej na Re­się, Kun­del od­mie­nił swój sys­tem po­stę­po­wa­nia. Re­sia przy­pa­dła mu do gu­stu i cy­gań­ska na­tu­ra ko­bie­ty zla­ła się wy­bor­nie z bru­tal­nym uspo­so­bie­niem chłop­ca. Pod­bi­ta je­go try­wial­ną, a chwi­la­mi znów sen­ty­men­tal­ną na­mięt­no­ścią, Re­sia za­chwy­ca­ła się Dyń­dziem i do­zwa­la­ła mu na wszel­kie wy­bry­ki.

By­ły chwi­le, w któ­rych Kun­del na­zy­wał Re­się „nik­czem­ną Ży­dów­ką” — po to, aby po kwa­dran­sie nada­wać jej mia­no Fry­ny207 i wy­ci­nać z jej wy­kosz­la­wio­nych bu­ci­ków grec­kie san­da­ły. Po czym mó­wił jej wie­le o po­trze­bie kształ­ce­nia umy­słu i obie­cy­wał dać jej na­uczy­cie­la an­giel­skie­go, gim­na­sty­ki i gry na cy­trze. Naj­czę­ściej na­stę­po­wa­ła póź­niej ma­ła na­ucz­ka mo­ral­na, w któ­rej Kun­del wy­kła­dał zdzi­wio­nej i dra­pią­cej się w łyd­kę Re­si, że są pew­ne wa­run­ki, z któ­ry­mi sza­nu­ją­ca swą god­ność ko­bie­ta li­czyć się po­win­na, a wła­śnie ona zda­je się urą­gać spo­łe­czeń­stwu i wsku­tek te­go mo­że do­znać w przy­szło­ści zmar­twień i upo­ko­rzeń. On, Dyń­dzio — jest wpraw­dzie wol­ny od prze­są­dów i bez kwe­stii „sza­nu­je” w niej ko­bie­tę, ale wła­śnie dla­te­go pra­gnie, aby ca­ły świat ją sza­no­wał. Gdy Re­sia opor­nie przyj­mo­wa­ła po­dob­ne sło­wa i w trak­cie po­dob­nej pe­ro­ry od­da­wa­ła się spor­to­wi dłu­ba­nia szpil­ką w uchu, Kun­del dla po­par­cia swych ar­gu­men­tów ude­rzył ją pię­ścią w gło­wę, co wy­wo­ła­ło ocze­ki­wa­ny sku­tek.

Kun­del ob­da­rzał Re­się pre­zen­ta­mi i od cza­su do cza­su zno­sił do miesz­ka­nia swej ulu­bio­nej naj­dzi­wacz­niej­sze przed­mio­ty po­chwy­ta­ne na kre­dyt po skle­pach, w któ­rych przez wzgląd na ro­dzi­ców kup­cy nie śmie­li Dyń­dzio­wi cze­go­kol­wiek od­mó­wić. W ten spo­sób Re­sia po­sia­da­ła sie­dem par sze­lek, czte­ry pa­ry ka­lo­szy, trzy splu­wacz­ki, czte­ry brzy­twy, je­de­na­ście pędz­li do roz­ra­bia­nia my­dła i ol­brzy­mi te­le­skop. Ży­wi­ła się prze­waż­nie sar­dyn­ka­mi, ro­dzyn­ka­mi, pa­lo­ną ka­wą, pie­przem tu­rec­kim i musz­tar­dą. Na­uczy­ła się pa­lić pa­pie­ro­sy, a na­wet żu­ła ty­toń jak sta­ry tur­kos208.

Te­go ro­dza­ju wspa­nia­łe „utrzy­ma­nie” za­czę­ło po­wo­li nie wy­star­czać Re­si. Kun­del im­po­no­wał jej cią­gle — za­pew­ne — a te­raz, kie­dy wy­my­ślał świa­tło­cie­nie i opo­wia­dał, że uży­je ją do „ple­ina­iru209”, od któ­re­go świat „zde­se­nie­je”, Re­sia za­po­mi­na­ła o pie­cze­niu ja­błek i ca­ła za­słu­cha­na ku­ca­ła u ko­lan Dyń­dzia wy­cią­gnię­te­go nie­dba­le na kosz­la­wym krze­seł­ku. Ale... Dyń­dzio od pew­ne­go cza­su przy­no­sił już sa­me sło­iki musz­tar­dy, a w dzień uro­dzin Re­si ob­da­rzył ją mę­skim sio­dłem, więc dziew­czy­na po­wo­li za­czy­na­ła się nie­cier­pli­wić. W do­dat­ku Dyń­dzio, w ce­lu roz­świe­tle­nia umy­słu swej Fry­ne i uczy­nie­nia z niej La­is210 mia­sta — przy­no­sił znu­dzo­nej dziew­czy­nie tłu­ma­cze­nia roz­ma­itych fran­cu­skich ro­man­sów, w któ­rych ima­gi­na­cja au­to­rów wraz z po­twor­no­ścią fa­bu­ły wal­czy­ła o lep­sze. Re­sia czy­ta­ła te opi­sy won­nych bu­du­arów, wy­pi­ko­wa­nych atła­sem, to­ną­cych w pół­cie­niu sy­pial­ni, noc­nych lamp krysz­ta­ło­wych, mi­go­cą­cych w prze­strze­ni.

Dyń­dzio do­peł­niał resz­ty. Wie­czo­rem pusz­czał wo­dze swej sen­ty­men­tal­no­ści i tak we dwo­je wśród bru­du, po­roz­le­wa­nej wo­dy, po­ła­ma­nych grze­bie­ni i dziu­ra­wych krze­seł, ga­lo­po­wa­li my­ślą w sfe­rę wo­ni, po­ły­sku je­dwa­biu i bla­dych barw aba­żu­rów.

Wresz­cie do­szło do ta­kie­go na­prę­że­nia sy­tu­acji, iż Re­sia, zjadł­szy dwa sło­iki musz­tar­dy i trzy sta­re buł­ki, wło­żyw­szy spód­ni­cę pra­ną przed pię­cio­ma mie­sią­ca­mi — ze­sko­czy­ła z so­fy i sta­nąw­szy w luf­ci­ku, po­wie­dzia­ła z mo­cą:

— Mu­szę zro­bić ka­rie­rę!...


*

Kie­dy te sło­wa po­sły­szał wie­czo­rem, Kun­del roz­two­rzył sze­ro­ko oczy i wy­dął war­gi.

— Te­go ci się za­chcie­wa? — za­py­tał.

Lecz Re­sia dnia te­go nie by­ła uspo­so­bio­ną do żar­tów.

Zmarsz­czy­ła brwi, za­to­pi­ła po­pę­ka­ne z od­mro­że­nia rę­ce w roz­czo­chra­ne wło­sy i nie od­po­wie­dzia­ła ani sło­wa.

— Có­żeś się tak na­dę­ła jak plu­skwa w ma­śle? — py­tał Dyń­dzio.

Mil­cze­nie.

Dyń­dzio po­czął się nie­cier­pli­wić.

— Chcesz zro­bić ka­rie­rę, a cóż to... ma­ła ka­rie­ra, ja­ką masz te­raz?

Re­sia wy­krzy­wi­ła usta.

— Ojej!... — wy­rze­kła wresz­cie — co mi z te­go. Miesz­kam jak śle­dziar­ka... a czym ży­ję, to już wstyd po­wie­dzieć...

Dyń­dzio mach­nął rę­ką.

— To wszyst­ko mar­ność, wi­dzisz, ser­ce to grunt...

Re­sia za­mil­kła i znów ki­wa­ła się dłu­gą chwi­lę, wpa­trzo­na w odra­pa­ne ścia­ny swe­go po­ko­ju.

— Chcia­ła­bym — za­czę­ła znów po­wo­li — chcia­ła­bym mieć dy­wan na pod­ło­dze i atła­so­wą koł­drę, i sa­mo­war na sza­fie, i ko­mo­dę, i fi­ran­ki, i ta­ką lam­pę u su­fi­tu z ko­lo­ro­wym szkieł­kiem. Aj, aj, o!... to bym chcia­ła mieć!...

Cmok­nę­ła usta­mi i znów za­ko­ły­sa­ła się, obej­mu­jąc na­gi­mi ra­mio­ny211 swe ko­la­na le­d­wo okry­te cien­ką spód­ni­cą.

Sła­by blask pło­ną­cej na sto­li­ku świecz­ki żół­ta­wą li­nią ozna­czał jej kon­tu­ry. Mia­ła w tej nie­dba­łej po­zie, w tym skur­czu ca­łej po­sta­ci coś z owych Ży­dó­wek tkwią­cych w pia­sku pu­styn­nym.

— Och, ty pu­chu ma­my! — wy­rzekł wresz­cie z po­gar­dą.

Re­sia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

— Że­bym ja pu­chem by­ła — to daw­no bym z sie­bie pie­rzy­nę zro­bi­ła — wy­rze­kła sen­ty­men­tal­nie.

— Więc bo­gactw ci się za­chcie­wa, ty kru­ku ży­dow­ski? — cią­gnął Dyń­dzio — bo­gactw? Wschod­nie­go zbyt­ku? Nie wy­star­cza ci skrom­ny do­bro­byt, ja­kim cię oto­czy­łem? Do­brze, po­znasz więc udrę­kę bo­gac­twa! Pęk­nę w czter­na­ście ka­wał­ków, je­śli od dziś za mie­siąc, ty cho­le­ro azja­tyc­ka, nie bę­dziesz mieć tu dy­wa­nów... dzieł sztu­ki i twe­go sa­mo­wa­ra by­dlę­ce­go na sza­fie!...

Re­sia spoj­rza­ła na Dyń­dzia z nie­do­wie­rza­niem.

— Dia­beł wie, czy to bę­dzie, a tym­cza­sem mo­że byś ju­tro mi coś przy­słał do zje­dze­nia, bo ta musz­tar­da już mi łok­ciem wy­ła­zi!...

— Ci­cho, có­ro Izra­ela! Ju­tro ci przy­ślę trzy fun­ty my­dła, bo oj­ciec mi kre­dę212 na my­dło otwie­ra. Po­ju­trze u nas go­ście, więc po­wia­da­ją, że się umyć trze­ba...

Re­sia przy­su­nę­ła się do krze­sła Dyń­dzia, nie wsta­jąc z klę­czek.

— Ty i tak ład­ny, Kun­dlu! — wy­rze­kła, mru­żąc oczy i prze­gi­na­jąc się jak kot­ka.

— To się wie! — od­parł Kun­del, wy­cią­ga­jąc swe brud­ne rę­ce i kła­dąc je na wspa­nia­łych ra­mio­nach klę­czą­cej u je­go stóp Ży­dów­ki.


*

W mie­siąc póź­niej ro­dzi­ce Kun­dla wy­jeż­dża­li na let­nie miesz­ka­nie.

W do­mu po­zo­sta­wał Dyń­dzio i sta­ry stróż.

Oj­ciec po dwu­ty­go­dnio­wym na wsi od­po­czyn­ku miał po­wró­cić do mia­sta i ob­jąć na­dal swe za­ję­cia biu­ro­we.

Ra­no od­je­cha­li wszy­scy, od­pro­wa­dze­ni na­wet na po­ciąg przez Dyń­dzia, któ­ry od ty­go­dnia za­cho­wy­wał się przy­zwo­icie, pra­wie bez za­rzu­tu.

Na­wet mat­ka za­czę­ła się łu­dzić moż­li­wo­ścią po­pra­wy. Chcia­ła mu na sa­mym wy­jezd­nym za­pro­po­no­wać spo­wiedź, ale cof­nę­ła się i po­sta­no­wi­ła cze­kać.

Kto wie, co się w tej mó­zgow­ni­cy gnieź­dzi­ło.

Za to oj­ciec dał się unieść złu­dze­niu. Prze­stał na­zy­wać sy­na „Kun­dlem”, a na­to­miast mó­wił do­bit­nie „Dio­ni­zy”! — lub „sy­nu”! Dał mu tro­chę pie­nię­dzy, otwo­rzył kre­dyt u kraw­ca na dwa gar­ni­tu­ry let­nie i na wy­raź­ne żą­da­nie Dyń­dzia spra­wił mu pół tu­zi­na ko­szul z po­czwór­ny­mi gor­sa­mi. Lecz zdzi­wie­nie ca­łe­go do­mu do­bie­gło szczy­tu, gdy Dyń­dzio za­żą­dał fu­la­ro­wych213 chu­s­tek do no­sa, szkoc­kich skar­pe­tek, En­cy­klo­pe­dii Or­gel­bran­da214 i pa­sty do zę­bów. Czym prę­dzej udzie­lo­no mu żą­da­nych przed­mio­tów i Kun­del osten­ta­cyj­nie wy­cie­rał te­raz nos w ol­brzy­mie ko­lo­ro­we fu­la­ry, któ­re za­wsze wy­glą­da­ły mu ze wszyst­kich kie­sze­ni ubra­nia.

Skar­pet­ki no­sił tak­że — wpraw­dzie w kie­sze­ni, ale to był już sta­now­czy zwrot ku lep­sze­mu, i gdy po­ciąg ru­szył, oj­ciec wy­chy­lił się raz jesz­cze, aby spoj­rzeć na Kun­dla sto­ją­ce­go przy­kład­nie na pe­ro­nie po­mię­dzy po­słu­ga­cza­mi i urzęd­ni­ka­mi ko­le­jo­wy­mi.

— Stoi, a na­wet zdjął ka­pe­lusz i ku nam po­wie­wa!... O!... te­raz wy­cią­gnął chust­kę i cią­gle ma­cha!... — mó­wił bied­ny oj­ciec do ci­sną­cej się gro­mad­ki — do­praw­dy wy­glą­da jak po­rząd­ny czło­wiek.

— Kto wie! — szep­nę­ła mat­ka — mo­że Bóg go wresz­cie ra­czy... — i rę­ką opię­tą w ciem­ną rę­ka­wicz­kę kre­śli­ła w po­wie­trzu znak krzy­ża... ot... mat­ka!

Tym­cza­sem Dyń­dzio, po­staw­szy jesz­cze chwi­lę na dwor­cu, scho­wał płach­tę do kie­sze­ni i szyb­ko skie­ro­wał się ku do­mo­wi.

Wszedł­szy do miesz­ka­nia, za­mknął drzwi na klucz i za­czął sys­te­ma­tycz­nie zdej­mo­wać ze ścian ob­ra­zy. Zdję­te skła­dał na zie­mi jed­ne na dru­gich, nie zwa­ża­jąc, że ra­my wpi­ja­ją się kan­ta­mi swy­mi w płót­na i ka­le­czą cen­ne ory­gi­na­ły i do­bre ko­pie skrzęt­nie przez oj­ca zbie­ra­ne.

Po­tem przy­szła ko­lej na dy­wa­ny.

W ga­bi­ne­cie oj­ca by­ło kil­ka wschod­nich ma­kat, mięk­kich, o wy­twor­nych gu­stow­nych od­cie­niach. Ma­ka­ty te Dyń­dzio ze­rwał ze ścian i nie skła­da­jąc zwa­lił na ob­ra­zy. Po czym rzu­cił się ku por­tie­rom, obe­rwał je wraz ze strza­ła­mi, na któ­rych by­ły za­wie­szo­ne. Jed­na ze strzał spa­da­jąc ude­rzy­ła go bo­le­śnie w gło­wę, lecz on po­tarł tyl­ko czu­pry­nę i rzu­cił się do łó­żek zdzie­rać koł­dry i po­dusz­ki.

Z tu­alet­ki mat­ki po­rwał dwa krysz­ta­ło­we fla­ko­ny, we­nec­kie lu­stro, z ma­łe­go sa­lo­ni­ku ja­poń­skie ma­ski, szty­le­ty i dwa wy­pcha­ne ibi­sy. Z kuch­ni zwlókł dursz­lak, pa­tel­nię, wa­łek do cia­sta, sa­mo­war ol­brzy­mi, mo­gą­cy po­mie­ścić do czter­dzie­stu fi­li­ża­nek, wo­rek do pia­sku, ka­wał wo­sku od pod­łóg i dwie że­la­zne du­sze215. Po­mie­szał to wszyst­ko z faj­ka­mi oj­ca, po­dusz­ką ha­fto­wa­ną, dzie­łem rąk sióstr, z ko­szy­kiem do ro­bót mat­ki, gu­stow­ną szy­fo­nier­ką, ze­rwa­ną ze ścia­ny, i ma­lo­wa­ną pa­te­rą na bi­le­ty wi­zy­to­we.

Do­peł­niw­szy te­go dzie­ła, zwa­liw­szy jesz­cze na ca­łą ku­pę tych przed­mio­tów czte­ry wy­zła­ca­ne krze­seł­ka, wschod­nie lu­stra, dwa pu­fy for­te­pia­no­we, prze­ślicz­ną lam­pę, biu­ścik śmie­ją­ce­go się dziec­ka, świecz­nik mo­sięż­ny ży­dow­ski i kil­ka­na­ście sztuk sre­bra sto­ło­we­go, usiadł Dyń­dzio na tym wszyst­kim i po­gwiz­du­jąc ocze­ki­wał zmro­ku.


*

Gdy zmrok nad­szedł, dwóch wy­na­ję­tych po­słań­ców prze­nio­sło na tra­gach wszyst­kie te przed­mio­ty do miesz­ka­nia Re­si. Tra­gi eskor­to­wał Kun­del, kro­czą­cy z du­mą i spo­glą­da­ją­cy z gó­ry na prze­cho­dzą­cych. Wszy­scy usu­wa­li mu się z dro­gi, tyl­ko sta­ry stróż mru­czał otwie­ra­jąc bra­mę, lecz przed pod­nie­sio­ną la­ską pa­ni­cza scho­wał się czym prę­dzej do swej iz­deb­ki.

Po­słań­cy śmie­li się, do­cho­dząc do miesz­ka­nia Ży­dów­ki. Zna­li oni do­brze Kun­dla i wie­dzie­li, że „pa­nicz znów coś ukuł”.

Za­pła­ce­ni z gó­ry, wrzu­ci­li wszyst­kie sprzę­ty do po­ko­ju i ży­cząc „do­brej no­cy” — ode­szli, śmie­jąc się bez­u­stan­nie.

Kun­del za­brał się te­raz do urzą­dze­nia po­ko­ju Re­si, któ­ra otwo­rzyw­szy sze­ro­ko oczy, przy­kuc­nę­ła na zie­mi, oszo­ło­mio­na wi­do­kiem ty­lu nie­zna­nych dla niej przed­mio­tów.

Wresz­cie, ośmie­la­jąc się po­wo­li, wy­cią­gnę­ła spo­mię­dzy por­tier po­dusz­ki i osza­la­ła z ra­do­ści, po­czę­ła je ci­skać po po­ko­ju.

— Z pu­chu! aj, aj!... z pu­chu! — wo­ła­ła, gnio­tąc je w rę­ku i za­nu­rza­jąc twarz w sze­lesz­czą­cą je­dwa­biem po­ściel.

Na wi­dok sa­mo­wa­ru chwi­lę za­mil­kła, po czym pod­szedł­szy ku nie­mu, z sza­cun­kiem przy­klę­kła i twarz swą roz­pa­lo­ną do chłod­nej bla­chy przy­kła­dać po­czę­ła.

— Sa­me księż­ne ta­kie­go nie ma­ją! — szep­ta­ła drżą­cym ze wzru­sze­nia gło­sem.

Tym­cza­sem Dyń­dzio na brud­nych, odra­pa­nych ścia­nach roz­wie­szał ob­ra­zy, wbi­ja­jąc z ener­gią przy­nie­sio­ne w kie­sze­ni ha­ki. W bra­ku młot­ka po­słu­gi­wał się mar­mu­ro­wym przy­ci­skiem przed­sta­wia­ją­cym uśpio­ną Dia­nę. W mdłym bla­sku świe­cy za­ma­ja­czy­ła Ele­gia Sie­mi­radz­kie­go216, ener­gicz­na Gło­wa star­ca Kot­si­sa217 i za­bie­li­ło się cia­ło Naja­dy Hen­ne­ra218.

Ostat­ni ob­raz zwró­cił uwa­gę Re­si.

— Go­ła! — wy­szep­ta­ła, chi­cho­cząc się ci­cho.

Lecz Dyń­dzio pra­co­wał cią­gle.

Por­tie­ry wi­sia­ły krzy­wo, za­kry­wa­jąc drzwi wej­ścio­we. Po­ło­wa tka­ni­ny le­ża­ła na zie­mi, ma­cza­jąc się w stru­dze wo­dy, pły­ną­cej z roz­bi­te­go dzban­ka.

Na pod­ło­dze Kun­del po­roz­rzu­cał ma­ka­ty, a roz­sy­pa­ne po zie­mi wę­gle trzesz­cza­ły za każ­dym kro­kiem. Sta­ra so­fa zo­sta­ła na­kry­ta go­be­li­nem, przed­sta­wia­ją­cym Pal­las Ate­nę, a zło­co­ne krze­seł­ka sta­nę­ły do­ko­ła sto­łu po­kry­te­go ba­ty­sto­wą ka­pą ścią­gnię­tą z łóż­ka jed­nej z sio­strzy­czek.

Dursz­lak, pa­tel­nię, wa­łek do cia­sta — Re­sia po­usta­wia­ła na ko­mo­dzie wraz z fla­ko­ni­ka­mi krysz­ta­ło­wy­mi i we­nec­kim lu­strem.

Zbyt­kow­ne wy­da­nie Pa­na Ta­de­usza po­szło dla219 bra­ku miej­sca pod sza­fę. Ten sam los spo­tkał wy­bor­ną ko­pię z Ary Schef­fe­ra220 i ślicz­ną broń gal­lo-ro­mań­ską.

Wresz­cie na łóż­ko Re­si rzu­co­no po­dusz­ki oszy­te cien­ką, ni­cia­ną ko­ron­ką i na ciem­nym z bru­du prze­ście­ra­dle roz­ło­żo­no atła­so­wą pą­so­wą koł­drę — jesz­cze wy­praw­ną mat­czy­ną.

Wresz­cie Kun­del za­tarł rę­ce i czu­jąc się znu­żo­ny, siadł z no­ga­mi na sof­ce, zna­cząc śla­dy bło­ta na twa­rzy Pal­la­dy.

— Masz... coś chcia­ła — wy­rzekł, do­by­wa­jąc z kie­sze­ni faj­kę i za­pa­la­jąc ją ze sma­kiem.

A Re­sia, le­żąc na zie­mi z wło­sa­mi roz­czo­chra­ny­mi, z po­licz­ka­mi roz­pa­lo­ny­mi, ta­rza­ła się wśród ma­kat, do­ty­ka­jąc co chwi­la rę­ką sa­mo­wa­ru i ży­dow­skie­go świecz­ni­ka, któ­ry o ma­ło ją nie wpra­wił w sza­leń­stwo.

— Aj! aj!... ta­kie bo­gac­twa!... — mru­cza­ła cmo­ka­jąc.


*

W trzy ty­go­dnie póź­niej in­na od­by­wa­ła się sce­na.

Oj­ciec Dyń­dzia, po­wró­ciw­szy do mia­sta, z naj­wyż­szym prze­ra­że­niem do­strzegł spu­sto­sze­nia po­czy­nio­ne w miesz­ka­niu. Co wię­cej — Kun­del od chwi­li po­wro­tu oj­ca wca­le się w do­mu nie po­ka­zał. Za­we­zwa­na te­le­gra­ficz­nie mat­ka przy­je­cha­ła i z po­mo­cą stró­ża i owych po­słań­ców od­kry­ła miej­sce, w któ­rym mie­ści­ły się wy­nie­sio­ne z miesz­ka­nia przed­mio­ty. Rów­nież do­my­śla­no się, że tam, a nie gdzie in­dziej kry­je się za­pew­ne Kun­del, oba­wia­jąc się skut­ków swe­go zu­chwal­stwa.

Roz­po­czę­ło się par­la­men­to­wa­nie.

Kun­del, za­ata­ko­wa­ny li­stem oj­ca, za­gro­ził w ra­zie uży­cia środ­ków re­pre­syj­nych strze­le­niem so­bie w łeb.

Ser­ce ro­dzi­ców za­dy­go­ta­ło, po­sta­no­wio­no ob­ni­żyć ka­mer­ton i mat­ka za­pro­po­no­wa­ła li­stow­nie ugo­dę po­ko­jo­wą.

Kun­del od­po­wie­dział zim­no i spo­koj­nie, że po głę­bo­kim na­my­śle przy­cho­dzi do prze­ko­na­nia, iż ro­dzi­ce ni­g­dy nie ze­chcą go uwa­żać za doj­rza­łe­go męż­czy­znę, któ­ry wie, co ro­bi i za każ­dy swój krok przed Bo­giem i ho­no­rem od­po­wie. Że znu­dzo­ny bez­czyn­no­ścią, po­wró­cił­by mo­że na ło­no ro­dzi­ny, ale tyl­ko w tym ra­zie, je­śli za­pew­nio­na mu zo­sta­nie sta­ła mie­sięcz­na ren­ta i za zwró­ce­nie za­bra­nych przed­mio­tów pew­na su­ma pie­nięż­na.

Kil­ka dni cią­gnę­ły się te per­trak­ta­cje po­ko­jo­we, a w mia­rę cza­su ro­sły pre­ten­sje i zu­chwal­stwa Kun­dla. Mat­ka pła­ka­ła po ką­tach, a oj­ciec tar­gał wą­sy, pa­trząc na opu­sto­sza­łe ścia­ny, w któ­rych tkwi­ły gdzie­nie­gdzie ha­ki lub zwie­sza­ły się po­rwa­ne li­ny.

Wresz­cie dnia jed­ne­go za­je­cha­ła z hu­kiem przed dom do­roż­ka i wy­siadł z niej Kun­del, roz­czo­chra­ny, ob­dar­ty, wy­chu­dły. Na sa­mym wstę­pie ude­rzył w gło­wę stró­ża, któ­ry go zdra­dził i wy­jąw­szy z do­roż­ki Ele­gię, nie­bie­ską szkla­ną mied­ni­cę i po­trzą­sa­jąc wło­sa­mi, któ­re w prze­cią­gu tych ty­go­dni do­szły do po­twor­nych roz­mia­rów, wy­rzekł:

— Je­stem! Zro­bi­łem, co mi na­ka­za­no. Po­nie­waż jed­nak na tym wszyst­kim ucier­pia­ła naj­wię­cej sza­cun­ku god­na ko­bie­ta — mu­szę wy­na­gro­dzić jej krzyw­dę i praw­do­po­dob­nie się z nią... oże­nię!

A spoj­rzaw­szy try­um­fal­nie na zgnę­bio­nych ty­mi sło­wy ro­dzi­ców, wy­szedł po­włó­cząc no­ga­mi i pa­ku­jąc rę­ce w kie­sze­nie.


Przypisy:

1. ma­ti­née (fr.) — tu: po­ran­ny strój ko­bie­cy.

2. Na­bu­cho­do­no­zor — imię kró­lów ba­bi­loń­skich.

3. fi­li­ster (po­gardl.) — miesz­cza­nin.

4. pa­ty­necz­ki — ro­dzaj płyt­kich pan­to­fli.

5. mi­ka­do — ty­tuł ce­sa­rza Ja­po­nii.

6. ni­co­wać — wy­wra­cać na dru­gą stro­nę.

7. new­cha­tel — ga­tu­nek se­ra szwaj­car­skie­go.

8. cac­ko — tu: za­baw­ka.

9. ba­chant­ka (mit. rz.) — ogar­nię­ta sza­łem ko­bie­ta z or­sza­ku Ba­chu­sa, bo­ga wi­na.

10. sa­tyr — bo­żek z ko­zi­mi no­ga­mi, sym­bol po­żą­da­nia.

11. por­tie­ra — za­sło­na.

12. ba­wić (daw.) — prze­by­wać.

13. su­cho­ty (daw.) — gruź­li­ca.

14. pu­gi­la­res (daw.) — port­fel.

15. whi­te ro­se (ang.) — bia­ła ró­ża (tu: na­zwa per­fum).

16. snadź (daw.) — wi­docz­nie.

17. do­lman — tu­rec­ki a. wę­gier­ski strój pod kurt­kę.

18. jo­ur fi­xe (fr.) — przy­ję­cie.

19. fi­ve o’clock tea (ang.) — her­bat­ka o pią­tej.

20. re­cep­tions ma­ti­na­les (fr.) — po­ran­ne przy­ję­cia.

21. zde­ran­żo­wa­ny (z fr.) — tu: zdez­or­ga­ni­zo­wa­ny.

22. wca­le (daw.) — cał­kiem.

23. C’est atro­cé (fr.) — to okrop­ne.

24. de­co­rum (z łac.) — ozdob­ność, po­wa­ga, tak­że: wy­sło­wie­nie a. styl wła­ści­we dla te­ma­tu.

25. At­ten­tion, sa­les ga­mins! Ou je va­is vo­us fi­cher des cla­qu­es (fr) — Uwa­żaj­cie, brud­ne dzie­cia­ki! Al­bo dam wam klap­sa.

26. Ta­isez ous, tas des sa­lauds (fr.) — spo­kój, ban­do łaj­da­ków!

27. j’espère, que vo­us al­lez vo­us te­nir tra­nqu­il­les... au­tre­ment — je ti­re (fr.) — mam na­dzie­ję, że za­cho­wa­cie spo­kój... ina­czej bę­dę strze­lać.

28. Ju­non, dévo­rée par la ja­lo­usie, épia­it Ju­pi­ter (fr.) — Ju­no­na, po­chło­nię­ta za­zdro­ścią, śle­dzi­ła Jo­wi­sza.

29. et Ju­pi­ter aima­it Jo (fr.) — a Jo­wisz ko­chał Io.

30. bez (reg.) — przez.

31. dla (daw.) — w ce­lu.

32. jo­ur fi­xe (fr.) — przy­ję­cie.

33. tu­żu­rek — dwu­rzę­do­wy, ciem­ny sur­dut po­pu­lar­ny na prze­ło­mie XIX i XX w.

34. oczów — dziś popr. for­ma D.lm: oczu.

35. je­no (daw.) — tyl­ko.

36. bez (reg.) — przez.

37. bar­cha­no­wy — wy­ko­na­ny z gru­bej tka­ni­ny ba­weł­nia­nej.

38. du­chem (daw.) — szyb­ko.

39. su­biekt (daw.) — sprze­daw­ca w skle­pie.

40. bra­mo­wa­ny — dosł.: ob­szy­ty po kra­wę­dzi pa­sem ma­te­ria­łu.

41. pe­ry­styl (z gr.) — ter­min ar­chi­tek­to­nicz­ny: przed­sio­nek wspar­ty na ko­lum­na­dzie.

42. wcho­do­wy — dziś popr.: wej­ścio­wy.

43. spo­spo­no­wał — dziś popr.: spo­st­po­no­wał.

44. aresz­to­wać — tu: za­trzy­my­wać.

45. kon­tent (daw.) — za­do­wo­lo­ny.

46. zma­niać (reg.) — spro­wa­dzać w złą stro­nę.

47. kon­tu­ar — la­da w ba­rze.

48. obej­ście — spo­sób za­cho­wa­nia.

49. kruch­ta — przed­sio­nek ko­ścio­ła.

50. de­spekt — ura­że­nie czy­je­goś ho­no­ru.

51. stan (daw.) — wcię­cie w pa­sie, ta­lia.

52. za­wrzeć (daw.) — za­mknąć.

53. Tiens! tiens! c’est du pro­pre! (fr.) — Słu­chaj! Słu­chaj! Ład­na hi­sto­ria!

54. to­ut d’un co­up (fr.) — na­gle; ni z te­go, ni z owe­go.

55. en ga­rçon (fr.) — po ka­wa­ler­sku.

56. bra­ko­nier­ski (daw.) — kłu­sow­ni­czy.

57. tink­tu­ra (z łac.) — maść.

58. por­tie­ry — za­sło­ny.

59. szyl­kret — two­rzy­wo z pan­ce­rzy żół­wi mor­skich.

60. pâte des prélats — ro­dzaj kre­mu.

61. C’est idiot (fr.) — to idio­ta.

62. char­treu­se — fran­cu­ski li­kier zio­ło­wy.

63. Tiens... c’est du pro­pre! c’est mi­gnon! (fr.) — Słu­chaj! Ład­na hi­sto­ria! Ja­kie to mi­łe!

64. Ti­rez vo­us de cet­te af­fa­ire vo­us même... Vo­ilà! — Sa­ma wy­cią­gnij się z tej afe­ry, ot co!

65. vi­veur (fr.) — czło­wiek ko­rzy­sta­ją­cy z ży­cia.

66. Ti­rez vo­us de l’af­fa­ire! (fr.) — wy­cią­gnij się z afe­ry!

67. prze­móc (daw.) — tu: zwy­cię­żyć.

68. Ain­si va le mon­de! (fr.) — tak po­ru­sza się świat.

69. C’est du gu­ignon! Rien de plus — To pech! Nic wię­cej!

70. bleu de Fran­ce (fr.) — błę­kit fran­cu­ski (obec­nie mó­wi się: błę­kit pa­ry­ski).

71. pe­niu­ar — tu: pe­le­ryn­ka za­rzu­ca­na na kark przy cze­sa­niu wło­sów.

72. snadź (daw.) — wi­docz­nie.

73. fu­lar — je­dwab­na chu­s­ta no­szo­na za­miast kra­wa­ta.

74. tro­tu­ar (z fr.) — chod­nik.

75. wcho­do­wy — dziś popr.: wej­ścio­wy.

76. eta­żer­ka — me­bel zło­żo­ny z kil­ku otwar­tych pó­łek.

77. pa­ta­raf­ka — de­ko­ra­cyj­na pod­kład­ka pod lam­pę.

78. mer­la — cien­ka tka­ni­na ba­weł­nia­na.

79. pry­wa­cja (daw.) — oby­wa­nie się bez cze­goś.

80. kon­tu­ar — la­da.

81. qu’al­la­it — il fa­ire donc, dans cet­te ga­lère? — znie­kształ­co­ny cy­tat z Szel­mostw Ska­pe­na Mo­lie­re’a, gdzie by­ło: Que dia­ble al­la­it-il fa­ire dans cet­te ga­lère, tj. ja­ki dia­beł przy­bę­dzie tą ga­le­rą?

82. de­zyn­wol­tu­ra — nad­mier­nie swo­bod­ne, lek­ce­wa­żą­ce za­cho­wa­nie.

83. Cam­bron­ne, Pier­re (1770–1842) — ge­ne­rał wo­jen na­po­le­oń­skich; we­dle aneg­do­ty pod­czas bi­twy pod Wa­ter­loo wul­gar­nie od­po­wie­dział na pro­po­zy­cję ka­pi­tu­la­cji.

84. je n’en sa­is rien (fr.) — nic o nich nie wiem.

85. bu­du­ar (z fr.) — po­kój pa­ni do­mu słu­żą­cy od­po­czyn­ko­wi.

86. efron­te­ria (daw.) — bez­czel­ność.

87. bar­ka­ro­la — utwór muz. wzo­ro­wa­ny na pie­śniach we­nec­kich gon­do­lie­rów.

88. Tro­schel, Wil­helm (1823–1887) — pol­ski śpie­wak ope­ro­wy i kom­po­zy­tor.

89. T’amo (wł.) — ko­cham cię.

90. mädel (niem.) — dziew­czy­na.

91. por­te-bon­heur (fr.) — amu­let.

92. char­treu­se — fran­cu­ski li­kier zio­ło­wy.

93. su­cho­ty (daw.) — gruź­li­ca.

94. dra­po­wać się — ty: stro­ić się.

95. kre­pa — czar­na tka­ni­na, sym­bol ża­ło­by.

96. he­lio­mi­nia­tu­rzy­sta — oso­ba wy­ko­nu­ją­ca bar­wio­ne fo­to­gra­fie.

97. su­te­ry­na (z fr.) — miesz­ka­nie w kon­dy­gna­cji po­ni­żej par­te­ru.

98. pod­lo­tek — do­ra­sta­ją­ca dziew­czy­na.

99. ter­mi­na­tor — rze­mieśl­nik uczą­cy się u maj­stra.

100. ma­ka­gi­ga — ciast­ko z kar­me­lu, mio­du i ma­ku.

101. wie gehts! (niem.) — jak idzie? a. co sły­chać?

102. pa­ar śnaps zum an­den­ken! (niem.) — właśc.: pa­ar Schnaps zum An­den­ken, tj. kil­ka kie­lisz­ków wód­ki na pa­miąt­kę.

103. Gut, Herr Le­it­nant (niem.) — właśc.: Leut­nant; Do­brze, pa­nie po­rucz­ni­ku.

104. fe­sches Mäderl (niem.) — szy­kow­na dziew­czy­na.

105. mi­mo (daw.) — obok.

106. w wi­lię (daw.) — w przed­dzień.

107. masz recht!... (z niem.) — masz ra­cję.

108. graj­zle­rów­ka (z niem.) — eks­pe­dient­ka w ma­łym skle­pie spo­żyw­czym.

109. imać (daw.) — chwy­tać.

110. trak­ta­ment (z łac.) — po­czę­stu­nek.

111. bez (reg.) — przez.

112. my­szu­rys (żyd.) — właśc. me­szo­res, słu­ga.

113. schlu­fst du? (niem.) — właśc.: schla­fst du?, tj. ty śpisz?

114. Na­aa! schlaft i nit (znie­kszt. niem.) — nie, nie śpię.

115. We­ber, Ka­rol Ma­ria von (1786–1826) — nie­miec­ki kom­po­zy­tor, twór­ca wie­lu oper i kon­cer­tów for­te­pia­no­wych; du­rek­tor ope­ry w Dreź­nie od w 1817; zmarł w Lon­dy­nie, a w 1844 je­go zwło­ki prze­nie­sio­no do Dre­zna.

116. szu­waks (daw.) — czar­na pa­sta do bu­tów.

117. za­wia­sa — dziś popr. w r.m.: za­wias.

118. gla­sa (fr.) — tka­ni­na ba­weł­nia­na, błysz­czą­ca z jed­nej stro­ny, z dru­giej ma­to­wa.

119. tom­bak — stop mie­dzi z cyn­kiem, imi­tu­ją­cy zło­to.

120. bo­diak (reg.) — oset.

121. po­ślad — ziar­no gor­szej ja­ko­ści, uży­wa­ne ja­ko pa­sza.

122. wa­po­ry­za­tor (z łac.) — roz­py­lacz do per­fum.

123. ostat­nie wra­że­nie — dziś popr.: ostat­nim wra­że­niem.

124. we­stal­ka — ka­płan­ka rzym­skiej bo­gi­ni We­sty w cza­sie spra­wo­wa­nia tej funk­cji pod ka­rą śmier­ci zo­bo­wią­za­na do za­cho­wa­nia dzie­wic­twa.

125. cor­rect (fr.) — po­praw­ny; tu: bez za­rzu­tu.

126. Ozy­rys — egip­ski bóg świa­ta po­za­gro­bo­we­go, sę­dzia zmar­łych.

127. sze­wiot — ro­dzaj tka­ni­ny weł­nia­nej.

128. vi­veur (fr.) — oso­ba ko­rzy­sta­ją­ca z ży­cia.

129. wa­lan­sjen­ka — ro­dzaj ko­ron­ki.

130. od ga­zu — mo­wa o ga­zo­wym oświe­tle­niu.

131. ba­wić (daw.) — prze­by­wać.

132. wię­cej — dziś popr.: bar­dziej.

133. De­man­de aux lys, s’ils aiment la ro­sée (fr.) — za­py­taj li­lii, czy lu­bią ro­sę.

134. ga­wot — ta­niec sta­ro­fran­cu­ski.

135. tin­gel-tan­gel (daw.) — dru­go­rzęd­na ka­wiar­nia, ka­ba­ret.

136. stój­ko­wy — po­li­cjant w za­bo­rze ro­syj­skim.

137. cyr­kuł — ko­mi­sa­riat po­li­cji w za­bo­rze ro­syj­skim.

138. sy­ba­ry­tyzm — roz­mi­ło­wa­nie w przy­jem­no­ściach ży­cia.

139. par­we­niusz (z fr.) — czło­wiek, któ­ry do­ro­bił się ma­jąt­ku i nie­umie­jęt­nie na­śla­du­je kla­sy wyż­sze.

140. ko­czyk — ro­dzaj czte­ro­ko­ło­we­go po­wo­zu.

141. sur­dut — dłu­ga dwu­rzę­do­wa ma­ry­nar­ka po­pu­lar­na na prze­ło­mie XIX i XX w.

142. an­glez — dłuż­sza od­mia­na sur­du­ta.

143. wą­tro­biarz — męż­czy­zna z cho­rą wą­tro­bą.

144. ożyy (reg.) — je­ży­ny.

145. Re­sur­rec­tu­ri — po­wieść J. I. Kra­szew­skie­go.

146. wcho­do­wy — dziś popr.: wej­ścio­wy.

147. si­wu­cha — wód­ka.

148. star­ka — od­mia­na wód­ki pod­da­wa­nej le­ża­ko­wa­niu.

149. ocze­ret — za­ro­śla nad­brzeż­ne.

150. fa­wo­ry­ty — pa­sma za­ro­stu na po­licz­kach.

151. nie­po­dob­na (daw.) — nie­praw­do­po­dob­ne a. nie­moż­li­we.

152. pe­riod (z łac.) — okres.

153. roz­ho­wor (rus.) — roz­mo­wa.

154. szu­waks (daw.) — czar­na pa­sta do bu­tów.

155. or­dy­na­ria — część wy­pła­ty dla służ­by dwor­skiej wy­da­wa­na w na­tu­rze.

156. sa­ra­ban­da — szyb­ki ta­niec hisz­pań­ski.

157. Na po­hy­bel (rus.) — zgiń!

158. fix — przy­ję­cie.

159. kon­cept-prak­ty­kant (daw.) — apli­kant biu­ro­wy.

160. Na­miest­nic­two — naj­wyż­szy urząd ad­mi­ni­stra­cyj­ny w Ga­li­cji, stwo­rzo­ny w 1849 ro­ku, od 1866 pia­sto­wa­li go wy­łącz­nie Po­la­cy.

161. ga­li­cyj­ski hra­bia i ba­ron — za cza­sów ce­sa­rza Jó­ze­fa II (1741–1790) w Ga­li­cji roz­po­wszech­ni­ły się ty­tu­ły ary­sto­kra­tycz­ne ku­po­wa­ne za pie­nią­dze.

162. man­ty­la — krót­ka dam­ska pe­le­ry­na.

163. błam — zszy­te ze so­bą skó­ry zwie­rząt fu­ter­ko­wych.

164. Sa­cré-Co­eur — Zgro­ma­dze­nie Pa­nien Ser­ca Je­zu­so­we­go, za­ło­żo­ne we Fran­cji w 1800 ro­ku przez Ma­de­la­ine-So­phie Ba­rat (1779–1865); zaj­mo­wa­ło się wy­cho­wa­niem mło­dych dziew­cząt.

165. C’est co­nve­nu! N’est-ce pas? (fr.) — Zgo­da! Nie­praw­daż?

166. très bien (fr.) — bar­dzo do­brze.

167. par­tia — tu: do­bra kan­dy­dat­ka do mał­żeń­stwa.

168. ra­waż (z fr.) — spu­sto­sze­nie, znisz­cze­nie.

169. ko­hor­ta — jed­nost­ka or­ga­ni­za­cyj­na ar­mii sta­ro­żyt­ne­go Rzy­mu.

170. stam­buł­ka — faj­ka tu­rec­ka, lul­ka.

171. rajt­pejcz (z niem.) — pejcz uży­wa­ny do kon­nej jaz­dy.

172. mu­gu­et (fr.) — kon­wa­lia.

173. les vo­ilà! (fr.) — oto oni!

174. sur le re­to­ur (fr.) — za­czy­na­ją­ca się sta­rzeć.

175. bry­kla (z niem.) — ro­dzaj sta­lo­wej ta­śmy wszy­wa­nej w gor­set.

176. neu­ra­ste­nicz­ka — ko­bie­ta zner­wi­co­wa­na a. nad­po­bu­dli­wa.

177. la­pi­so­wy — ko­lo­ru ja­sno­li­lio­we­go.

178. kon­ge­stia (z łac.) — cho­ro­bli­wy na­pływ krwi do ja­kie­goś or­ga­nu.

179. c. k. — ce­sar­sko-kró­lew­ski, okre­śle­nie i skrót od­no­szą­ce się do władz Au­stro-Wę­gier.

180. mun­du­ra — dziś popr. for­ma B.lp: mun­du­ru.

181. ména­ge (fr.) — mał­żeń­stwo, zwią­zek.

182. epu­zer (z fr.) — kan­dy­dat do mał­żeń­stwa.

183. cet­te pau­vre ba­ron­ne (fr.) — ta bied­na ba­ro­no­wa.

184. un hom­me char­mant (fr.) — uro­czy czło­wiek.

185. une mi­gnon­ne (fr.) — piesz­czot­ka.

186. en­fin, après to­ut (fr.) — w koń­cu, zresz­tą.

187. mon ami (fr.) — mój przy­ja­ciel.

188. qu­elque cho­se de pi­qu­ant (fr.) — coś pi­kant­ne­go.

189. fu­mo­ir (fr.) — pa­lar­nia.

190. za­aka­pa­ro­wać (z fr.) — przy­własz­czyć so­bie.

191. re­kla­mo­wać (z fr.) — od­zy­ski­wać.

192. am­bra — skład­nik per­fum, po­zy­ski­wa­ny z pod­gar­dla ka­sza­lo­ta.

193. au fond (fr.) — wła­ści­wie, w grun­cie rze­czy.

194. tiens (fr.) — słu­chaj (dosł.: trzy­maj).

195. za­sta­wiać się (daw.) — za­sła­niać się.

196. ma chère... el­le est ver­te!... (fr.) — mo­ja dro­ga... ona jest zie­lo­na.

197. sa­per­li­po­pet­te (fr.) — do ka­du­ka!

198. ro­tun­da — płaszcz dam­ski o wy­kro­ju w kształ­cie ko­ła, po­pu­lar­ny w XIX w.

199. ve­il­leu­za — (z fr. ve­il­leu­se) lamp­ka noc­na.

200. bür­ger­ski (z niem.) — miesz­czań­ski.

201. bursz (z niem.) — czło­nek kor­po­ra­cji stu­denc­kiej.

202. cyr­kuł — po­ste­ru­nek po­li­cji w za­bo­rze ro­syj­skim.

203. fa­cjat­ka — po­kój na pod­da­szu.

204. lo­cum (z łac.) — miesz­ka­nie.

205. li­bra — sto ar­ku­szy pa­pie­ru.

206. Hen­ne­qu­in, Emil (zm. 1894) — fran­cu­ski kry­tyk li­te­rac­ki.

207. Fry­ne — słyn­na z pięk­no­ści kur­ty­za­na grec­ka z IV w. p.n.e.

208. tur­kos (daw.) — Al­gier­czyk od­by­wa­ją­cy służ­bę w woj­sku fran­cu­skim.

209. ple­in air (fr.) — ma­lo­wa­nie kra­jo­bra­zu z na­tu­ry.

210. La­is — imię to no­si­ły licz­ne grec­kie kur­ty­za­ny.

211. ra­mio­ny — dziś popr. for­ma N.lm: ra­mio­na­mi.

212. kre­da (daw., pot.) — kre­dyt.

213. fu­la­ro­wy — je­dwab­ny.

214. Or­gel­brand, Sa­mu­el (1810–1868) — pol­ski wy­daw­ca i księ­garz, zna­ny z pu­bli­ka­cji En­cy­klo­pe­dii po­wszech­nej.

215. du­sza — ka­wa­łek że­la­za, po roz­grza­niu wkła­da­ny do że­laz­ka.

216. Sie­mi­radz­ki, Hen­ryk (1843–1902) — ma­larz pol­ski, miesz­ka­ją­cy w Rzy­mie, te­ma­ty do swych ob­ra­zów czer­pią­cy ze sta­ro­żyt­no­ści grec­kiej i rzym­skiej.

217. Kot­sis, Alek­san­der (1836–1877) — ma­larz pol­ski, chęt­nie po­dej­mu­ją­cy te­ma­ty lu­do­we.

218. Hen­ner, Je­an Ja­cqu­es (1829–1905) — ma­larz fran­cu­ski, na­śla­dow­ca Ty­cja­na.

219. dla (daw.) — z po­wo­du.

220. Schef­fer, Ary (1795–1858) — ma­larz fran­cu­ski, przed­sta­wi­ciel ro­man­ty­zmu, au­tor ob­ra­zów ilu­stru­ją­cych dzie­ła Go­ethe­go, por­tre­ci­sta.


Wesprzyj Wolne Lektury!

Wolne Lektury to projekt fundacji Nowoczesna Polska – organizacji pożytku publicznego działającej na rzecz wolności korzystania z dóbr kultury.

Co roku do domeny publicznej przechodzi twórczość kolejnych autorów. Dzięki Twojemu wsparciu będziemy je mogli udostępnić wszystkim bezpłatnie.

Jak możesz pomóc?

Menażeria ludzka


Przekaż 1% podatku na rozwój Wolnych Lektur:


Fundacja Nowoczesna Polska


KRS 0000070056

Pomóż uwolnić konkretną książkę, wspierając zbiórkę na stronie wolnelektury.pl.

Przekaż darowiznę na konto: szczegóły na stronie Fundacji.


Ten utwór nie jest objęty majątkowym prawem autorskim i znajduje się w domenie publicznej, co oznacza że możesz go swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać. Jeśli utwór opatrzony jest dodatkowymi materiałami (przypisy, motywy literackie etc.), które podlegają prawu autorskiemu, to te dodatkowe materiały udostępnione są na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa – Na Tych Samych Warunkach 3.0 PL.

Źródło: http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/zapolska-menazeria-ludzka

Tekst opracowany na podstawie: Gabriela Zapolska, Menażeria ludzka, Kantor Wydawniczy SAWW, Poznań 1994.Gabriela Zapolska, Nowele, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1958.

Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Opracowanie redakcyjne i przypisy: Paulina Choromańska, Paweł Kozioł, Wojciech Kotwica.

Okładka na podstawie: geezaweezer, CC BY 2.0

Plik wygenerowany dnia 2014-06-12.


home | Menażeria ludzka | settings

Текст книги загружен, загружаются изображения



Оцените эту книгу