home   |   Ŕ-ß   |   A-Z   |   ěĺíţ


Ka'ska Kariatyda

„I cho'cby z krzykiem rwal wlosy na glowie,

Nikt sie — co robi, jak zyje — nie spyta.

Cho'cby padl trupem, nikt sl'owka nie powie —

Wolny najmita!”

Maria Konopnicka

„Stajala przed bramu i bula piskate!…” — ko'nczyla pani domu, spogladajac z niechecia na ksiazke sluzbowa.

— Nieszczeg'olna rekomendacja — dodala po chwili, zamykajac ksiazeczke, i usiadla na wyplatanym krze'sle, jedynym mozliwym meblu z rozlicznych sprzet'ow przepelniajacych ciasna i ciemna kuchenke.

Byla to niska, mloda jeszcze kobieta, rozlana w swym niebieskim szlafroku, z glowa zgnieciona, plaska, pokryta wlosami z'oltymi. W ciemnej przestrzeni kuchennej ja'snialy te wlosy 'swiatlem matowym, laczac sie do's'c harmonijnie z z'oltawa cera twarzy i oczami barwy niepewnej. Uszy tluste, leniwe, niezdrowe, obciagniete ku szyi ciezarem czarnych lawowych kolczyk'ow i usta waskie, blade ukrywaly r'ownie blade dziasla i 'swiadczyly dostatecznie o niedokrewno'sci tej masy ciala, rozrastajacej sie w'sr'od wilgotnych 'scian szczuplego mieszkania. Cale bezczynne zycie zon urzednik'ow plynelo leniwa fala pod ta sk'ora zz'olkla, przezroczysta i delikatna jak gaza jedwabna. Tylko usta zaci'sniete, prawie zsiniale od wilgoci spadajacej z mur'ow, tylko rece plaskie, o pelnych dloniach i oczy niewielkie, ciezkimi przyslonione powiekami, mialy jakie's drganie, zdradzaly ukryta namietno's'c pantery — wla'sciwa kobietom anemicznym, kt'orych zycie, wbrew higienicznym przepisom, uplywa w'sr'od atmosfery sasiadujacej z kuchnia sypialni.

— Nazywasz sie?… — pytala dalej pani domu, a glos jej leniwy, tlusty, rozlewal sie w'sr'od cienia jak ona sama i drgal dlugo w'sr'od fal powietrznych, przeciagajac sie bez ko'nca.

Stojaca przy drzwiach dziewczyna podniosla glowe.

— Nazywam sie Ka'ska Olejarek — odpowiedziala lekliwie, a glowa jej opadla natychmiast na piersi.

— Masz rodzic'ow? — ciagnela dalej indagacje[2] pani domu.

Po twarzy Ka'ski przemknelo co's na ksztalt smutku… Nie odpowiedziala wcale.

Wo'zny z kantoru, maly, niepoka'zny czlowiek, ubrany w szary surdut bezowy, uznal za stosowne wmiesza'c sie do rozmowy.

— To jest sierota, prosze wielmoznej pani… Nie ma nikogo… Niedawno przyszla do miasta… Byla tylko w jednym obowiazku u pa'nstwa Lewi…

— U Zyd'ow! — przerwala pani, a usta jej wykrzywily sie z pogarda.

Nastala chwila milczenia. Wo'zny umilkl, przygnieciony antysemickim usposobieniem pani, a Ka'ska nie dodala nic na swoje usprawiedliwienie, tylko jeszcze wiecej pochylila glowe.

W umy'sle jej przesuwalo sie tysiace przykrych my'sli. Odprawiona wczoraj nagle, prawie bez powodu, od Pinkusa Lewi, znalazla sie na bruku; majac zaledwie dwa zlote w kieszeni. Nocleg znalazla u swej przyjaci'olki, R'ozi, poslugujacej w mleczarni, ale naduzywa'c go'scinno'sci tej nie mogla.

R'ozia zyla „na wiare” z czeladnikiem krawieckim. Para ta miala tylko jedna izdebke, a obecno's'c mezczyzny zenowala Ka'ske. Budzily sie w niej nieokre'slone pragnienia, a dziwny przestrach 'sciskal jej serce… Nie! ona tam stanowczo wiecej nocowa'c nie mogla. C'oz pocznie, je'sli ta pani nie zechce przyja'c jej natychmiast? W tej chwili ciemna i smutna kuchenka przedstawiala sie w oczach dziewczyny jak port bezpieczny i cichy, a brudny sufit zdawal sie jej by'c pozadanym dachem, pod kt'orym pragnelaby zlozy'c swa glowe.

— Jeste's jeszcze bardzo mloda — rzekla pani, rozbierajac wzrokiem sformowane ksztalty dziewczyny.

— Mam lat dwadzie'scia — odpowiada Ka'ska, a jej rece spracowane i czerwone zaciskaja sie ruchem nerwowym pod faldami szarej, zniszczonej chustki.

— Przysu'n sie blizej, pragne cie zobaczy'c — m'owi pani, podnoszac sie z krzesla.

Ka'ska stoi nieruchoma, z plecami przyci'snietymi do 'sciany.

Nastepuje interwencja wo'znego.

— Id'z, glupia, kiedy cie wielmozna pani wola.

Ka'ska postepuje kilka krok'ow i staje na 'srodku kuchni w waskiej strudze 'swiatla, kt'ora wlewa uko'sne okienko wci'sniete w dluga framuge.

Olbrzymia posta'c dziewczyny rysuje sie w tej jasno'sci, potegujac sie jeszcze w por'ownaniu do innych, niknacych w cieniu przedmiot'ow. Duza, silna glowa, zlaczona z ko'scia pacierzowa szerokim karkiem, pokryta ciemnym wlosem i naprz'od pochylona, ma w swym ksztalcie co's posagowego, pewne podobie'nstwo do tych starozytnych niewolnic, przeznaczonych do noszenia na glowie ciezkich, winem napelnionych amfor. Czolo niskie, gladkie, przeciete ciemnymi liniami brwi, nos prosty, nieruchomy, troche w nozdrzach zgrubialy, usta 'swieze, zeby zdrowe, r'owne, podbr'odek okragly — wszystko to rozja'snione wielkimi, piwnymi 'zrenicami, tworzy calo's'c mila i pociagajaca. Na tej ksztaltnej twarzy, sczernialej od wichru i goraca, widnieje dobro'c nieograniczona, wiara w drugich i slodycz bezmierna. Olbrzymie, wypelnione cialem ramiona, ksztaltne, cho'c zbyt silne zakre'slenie gorsu, szerokie, ciezkie ko'nczyny tworza z tej dziewczyny typ zwierzecia roboczego, przeznaczonego do d'zwigania ciezar'ow i tak zwanej „grubej” domowej roboty. Jest to wspaniale zdrowe cialo o pospolitych, 'smialych konturach, material na matke licznego rodu, kt'ory odznaczalby sie niewatpliwie nadzwyczajnym zdrowiem, wzrostem olbrzymim i sila zwierzeca. Mimo tej meskiej prawie wysoko'sci i plec'ow roslego mezczyzny, Ka'ska jest kobieta w calym tego slowa znaczeniu. Zwykle zbyt silne, wybujale kobiety zatracaja w sobie powaby niewie'scie i obnosza swe nieksztaltne formy miesza'nc'ow z niezgrabna 'smialo'scia urlopowanych zolnierzy. U Ka'ski, przeciwnie, caly wdziek kobiecy pozostal pomimo nadzwyczajnego rozro'sniecia sie ko'sci, a cialo jedrne, mlode, pelne 'swiezo'sci dziewiczej, pokrywalo szkielet i wypelnialo go dokladnie. Jest to klasycznie zbudowana kobieta z gminu, gruba w pasie, na szerokich stopach — mimo to pelna wdzieku i lagodnej nie'smialo'sci. Glos wychodzacy z tych szerokich piersi jest harmonijny, d'zwieczny i cokolwiek drzacy. Jest to raczej glos drobnej, szczuplej blondynki, zablakany w piersi tej wysokiej, tegiej, ciemnookiej kobiety.

Pani domu przypatruje sie z zadowoleniem olbrzymiej dziewczynie zaslaniajacej plecami 'cwier'c kuchennej przestrzeni. Jakkolwiek 'swiadectwo pana Pinkusa Lewi m'owi wyra'znie, ze „stajala przed bramu i bula piskate”, pani nie chce wierzy'c „Zydom” i przyjmuje Ka'ske do sluzby. Taka tega dziewka! Sama bedzie nosi'c wode, nie potrzeba wiec placi'c poslugaczki… I skapstwo polskiej gospodyni przemaga trwoge przed „piskowaniem” Ka'ski. A zreszta czyz podobna, aby ta dziewczyna tak cicha, pokorna pomimo swych olbrzymich ksztalt'ow, pelna wdzieku lagodnego mogla mie'c wade zuchwalstwa?

I ku og'olnej rado'sci obwieszcza pani monotonnym swym glosem, ze przyjmuje Ka'ske do sluzby. Potem poucza nowa sluge o froterowaniu podlogi, noszeniu wody i wegli, praniu, prasowaniu i wszystkich obowiazkach, jakie spa's'c maja na plecy dziewczyny.

Ka'ska stoi nieruchoma, z okiem utkwionym w brudna podloge kuchni. Wie tylko, ze ma gdzie zasna'c i przenie's'c sw'oj ubogi kuferek. Reszta ja nie obchodzi; praca jest zawsze praca, czy tu, czy u Pinkus'ow Lewi. Nie rozumie nawet, po co ta pani m'owi tyle… Przeciez ona nie uchyla sie od zadnego obowiazku!… Pani podaje jej zmiety papierek guldenowy i zada w zamian tak zwanego fantu. Ka'ska wyciaga spod chustki zlozona starannie welniana sp'odnice koloru fioletowego, przybrana plisami ze zrudzialego welwetu. Pani bierze fant i upomina Ka'ske, aby sie stawila najdalej za godzine do sluzby.

Ka'ska przyrzeka, caluje pokornie reke swej przyszlej chlebodawczyni i wychodzi wraz z wo'znym z kuchenki. Wychodzac, uderza sie czolem o niskie drzwi i stoi przez chwile w ciemnej sionce, 'sciskajac w reku otrzymanego przed chwila guldena. Przed nia majaczy drobna posta'c kantorowego, kt'ory po omacku stara sie znale'z'c porecz od schod'ow. Znajduje ja wreszcie i wola na op'o'zniajaca sie dziewczyne. W goracym zaduchu, pelnym kurzu i stechlizny, wija sie krecone schody, tak zwane „kuchenne”, popsute, otulone 'sciana posmarowana weglem i sczerniala od dymiacych lampek naftowych, kt'orymi sluzace rozja'snialy wieczorem ciemna i waska przestrze'n. Wo'zny, klnac, nasuwa czapke i rozpoczyna karkolomna wedr'owke, trzymajac sie mocno skrzypiacej poreczy. Ka'ska idzie za nim szybko, otwierajac oczy, pragnac sie w ten spos'ob przyzwyczai'c do panujacej w klatce schodowej ciemno'sci. Slabe, na wp'ol spr'ochniale deski, uginaja sie prawie pod olbrzymia stopa dziewczyny, spadajacej ciezka masa w r'ownych odstepach; schodzi na d'ol, nie liczac nawet pieter, uspokojona o swa przyszlo's'c, pelna wiary i otuchy w milosierdzie boskie. Pani wydala sie jej uosobieniem piekna i dobroci po brzydkiej, wrzaskliwej pani Lewi, kt'ora kazala sie „szanowa'c” i przegladala ustawicznie w miedzianych radlach lub samowarze. I Ka'ska na sama my'sl lepszego slowa lub pochwaly z ust tej 'slicznej pani dostaje jakby zawrotu w glowie i ci'snienia w gardle. Schodzac na d'ol, my'slala wiec, jak bedzie sie stara'c, aby zasluzy'c na te pochwale, jak bedzie pracowa'c calymi dniami i nocami… Nagle zaciskaja sie jej oczy pod wplywem z'oltawego 'swiatla, kt'ore zaja'snialo na zakrecie schod'ow. Nie jest to przeciez juz 'swiatlo sloneczne, ale mdly plomie'n 'swiecy lojowej, osadzonej w latarce i niesionej przez mlodego mezczyzne ubranego w szarawa bluze i dlugi fartuch pl'ocienny.

Wo'zny, uszcze'sliwiony z wypadku rozja'sniajacego mu dalsza cze's'c klatki schodowej, spuszcza sie czym predzej na d'ol — na waskim przej'sciu pozostaje sama Ka'ska naprzeciw mlodego mezczyzny niosacego w reku latarke. Ze zwykla nie'smialo'scia przyciska sie do 'sciany, pragnac zostawi'c jak najszersze miejsce nadchodzacemu czlowiekowi.

Pomimo jednak jej dobrych checi, szerokie jej ramiona zabieraja wiele miejsca i mezczyzna mimo woli zmuszony jest otrze'c sie o nia, aby przej's'c dalej.

— Ihi, diabel tu lazi? — pyta niezbyt uprzejmym tonem, podnoszac w g'ore latarke.

— To ja, Ka'ska — odpowiada dziewczyna, oblewajac sie rumie'ncem.

On przeciez nie rumieni sie wcale, ale owszem, 'smieje sie, pokazujac w tym u'smiechu dwa rzedy zdrowych, bialych zeb'ow, jest to str'oz kamieniczny, mlody, przystojny chlopak, 'spieszacy na strych, aby tam z rozkazu gospodarza, obejrze'c popsuty dach. Dach nie ucieknie, a dziewczyna jest wcale ponetna. Patrzy wiec na nia, szcze'sliwy z jej zawstydzenia, ci'snie ja do muru z wyrachowaniem pelnym nagle obudzonej namietno'sci. Ona, odurzona, pelna bezwiednej trwogi, ustepuje na pr'ozno, starajac sie uwolni'c od dotkniecia chlopaka, kt'orego widok i obecno's'c miesza ja niewypowiedzianie. Ta wielka, dwudziestoletnia dziewczyna, 'swiadoma tajemnic zycia, kt'ore zna tylko z opowiadania swych przyjaci'olek lub przeczu'c, ucieka zwykle przed podobnym sam na sam, kt'ore goracym warem zyly jej zalewa. Ona pamieta o tym, ze moze p'oj's'c za maz, wiec pragnie dobrze sie prowadzi'c. Dlatego z takim wysilkiem chce wyrwa'c sie z przypadkowego sasiedztwa, bo obecno's'c tego u'smiechnietego chlopca jest dla niej nad wyraz ciezka i przykra. On wszakze nie pozwala jej postapi'c dalej, zagradza jej droge.

— Co panna tu robi? Skad panna wraca? Ja jestem str'oz, musze wiec wiedzie'c o wszystkim… Nie puszcze! Jak Boga kocham, nie puszcze…

Ka'ska doznaje dziwnego 'sci'snienia w gardle. Ten mlody, wesoly glos, rozlegajacy sie czysta, d'zwieczna gama szczerego 'smiechu, wzbija sie w waska, ciemna przestrze'n i spada na jej schylona glowe odurzajaca kaskada. Z natury nie'smiala dziewczyna traci zupelnie przytomno's'c w'sr'od tej dusznej, goracej atmosfery i z bezwladno'scia dziecieca opiera sie o 'sciane.

Mezczyzna widzi jej przestrach i przybiera ton uspakajajacy.

— No! Czeg'oz bo sie stracha'c? Ja panny nie ugryze, ani do becyrku nie zaprowadze. Pytam: skad i po co? Nalezy odpowiada'c.

Milczenie. Ka'ska, coraz bardziej przyciskana do 'sciany, czuje goracy oddech mlodego chlopaka i z przestrachem kryje glowe w ramiona. Ten goracy oddech robi na niej wrazenie oddechu rozjuszonego zwierza, dlatego z instynktem zachowawczym broni sie przed nim, jak umie i moze.

— Gdyby panna nie powiedziala, co sie nazywa Ka'ska, my'slalbym, ze panna niemowa, ale teraz my'sle inakszej, i nie puszcze, jakem Jan Viebig, dop'oki panna nie przem'owi i nie da buziaka.

M'owiac te slowa, str'oz podnosi wyzej latarke i o'swieca twarz Ka'ski, a korzystajac z obezwladnienia dziewczyny, jedna reka obejmuje jej kibi'c i przysuwa do siebie.

— No — m'owi dalej — powie panna, co tu robi?

Ka'ska usiluje zebra'c my'sli. Czuje, ze jezeli nie odpowie na zadawane jej pytania, mlody chlopak nie pu'sci jej tak predko, a jedynym jej dazeniem jest wyswobodzi'c sie z tej sytuacji.

Jan Viebig z prawdziwa rozkosza patrzy na zmieszanie dziewczyny.

Rosla kobieta, pelna zycia i sily, drzy w jego reku jak najnedzniejsze stworzenie. Z rozkosza prawdziwa przypatruje sie jej szyi i bogatym liniom gorsu, bo jak zyje nie widzial takiej dziewczyny. Mdle 'swiatlo lojowej 'swieczki nie moze dokladnie o'swieci'c tej wspanialej postaci, ale Jan odgaduje instynktem i milknie zdziwiony na widok tej kobiety. Zwykle jego konkiety[3] byly to dziewczeta krepe, plaskie, czerwone, prawie zawsze malego wzrostu i nie dawaly mu dokladnego wyobrazenia o podobnej doskonalo'sci. W tej chwili stoi przed kobieta wedlug jego pojecia doskonala, tak pod wzgledem form, jak i karnacji, cho'c w mdlym o'swietleniu nie moze dojrze'c dokladnie wla'sciwego koloru jej wlos'ow ani cery twarzy.

Porwany brutalna potega, chwyta jej spuszczona glowe i zbliza swe wargi do ust dziewczyny.

Ka'ska nie odpycha go wcale, bo czuje, ze jej sil zabraknie, ale drzacym, cichym glosem prosi lagodnie.

— Prosze was, dajcie mi odej's'c! Prosze…

I tyle goracej modlitwy drga w tym cichym szepcie, taka bezmierna trwoga bije z jej rozszerzonych 'zrenic, ze Jan cofa sie z wolna przed ta istotna niewinno'scia, kt'ora sila nie umie, czy nie chce sie broni'c, a potezna oslone znajduje tylko w serdecznej, szczerej pro'sbie kobiecej.

— Dajcie mi odej's'c.

Ka'ska wyrzekla te slowa. Dodala jeszcze „prosze”, a ta cicha pro'sba byla stokro'c silniejsza od wszelkich gwaltownych walk, jakie nieraz staczaly z nim inne kobiety z tej sfery, w kt'orej sie obracal. Ta olbrzymia dziewczyna nie uzyla pie'sci dla swej obrony, pomimo ze pod wzgledem sily mogla sie z nim mierzy'c. Ona zdala sie na jego laske i prosi pokornie o lito's'c nad jej slabo'scia. Tym wdziekiem kobiecym, ta pokora przed przewaga meska zwalczyla go bezwiednie i ukoila wzburzone jego zmysly. Prosta, glupia, prawie zwierzeca natura ulegla w milczeniu przed wyzszo'scia tej dziewczyny, r'ozniacej sie tak zewnetrznymi ksztaltami, jak i sposobem zachowania sie od innych kobiet, kt'ore Jan w swoim zyciu spotykal.

Zawstydzony prawie usuwa sie na bok w milczeniu i tylko podniesiona w g'ore latarnia o'swieca ciagle twarz dziewczyny, kt'ora drzaca reka zapina rozerwany kolo szyi kaftanik. W'sr'od tego z'oltego pasma bijacego przez potluczone szyby latarni spotykaja sie nagle ich oczy. 'Zrenice dziewczyny ciemne, lagodne, pelne lez, i oczy mezczyzny niebieskie, plonace od tlumionej namietno'sci. Przez chwile obydwie pary oczu tona w sobie z dziwnym, nieokre'slonym uporem i 'smialo'scia ze strony dziewczyny. Nagle 'swiatlo przygasa, migoce kilkakrotnie jak wzrok konajacego i — 'swieczka ga'snie, Ka'ska, Jan, 'sciany, schody, wszystko ginie w ciemno'sci; ale dziewczyna teraz sie nie leka. Moze by'c sto razy ciemniej, ona wie, ze krzywdy nie dozna zadnej.

I otulajac sie w chustke, prosi swym rzewnym slodkim glosem:

— Pom'ozcie mi zej's'c, bo nic nie widze, a schod'ow nie znam.

On, z uleglo'scia zbitego zwierzecia, czyni zado's'c jej zadaniu i schodzi pierwszy, prowadzac ja z dziwna delikatno'scia.

W'sr'od ciemnych, waskich 'scian, pomiedzy kt'orymi wija sie schody, slycha'c tylko odglos ich ciezkich krok'ow i przy'spieszony oddech Jana. Goracy zaduch owiewa mu rozpalona glowe i wpada do pluc. W dloni swej czuje gruba, szeroka reke dziewczyny, drzaca jeszcze nerwowo, a drganie to sprawia mu przykro's'c nieokre'slona. W tej chwili zdaje mu sie, ze ona jest bardzo drobnym, malym stworzeniem, kt'ore przerazil swa brutalna napa'scia i kt'ore pragnalby przeprosi'c za uczyniona przykro's'c. A ona idzie wolno, wsluchujac sie w jego oddech, kt'orego gorace uderzenia czuje jeszcze na swej rozpalonej twarzy. Postepuje jednak za nim uspokojona i pewna jego uczciwo'sci.

Gdy nagle weszli do jasnej sieni, w'sr'od kt'orej gorace promienie sloneczne rozpo'scieraly sie z cala brutalno'scia 'sr'odlecia, doznali oboje ol'snienia. W ostrym blasku slonecznym Ka'ska olbrzymiala jeszcze i stala przed nim w calej poteznej piekno'sci rozwinietej kobiety.

Wszystkie postanowienia Jana, powziete w'sr'od ciemno'sci, co do uzyskania przebaczenia, pierzchly od razu na widok szerokich ramion i wspanialych rozmiar'ow dziewczyny.

Tam, na g'orze, w waskim schodowym przej'sciu zdawala mu sie Ka'ska drobnym, drzacym stworzeniem. Gdy ja sprowadzal na d'ol, nikla mu w ciemno'sci; czul jej szorstka reke w swej dloni i slyszal stapanie. Tu, w blasku dziennym ja'snieje przed nim niezr'ownanym blaskiem urody, 'swiezo'sci i piekno'scia ksztalt'ow. Pomimo nadzwyczajnej swej 'smialo'sci i znanej odwagi do kobiet, czuje on sie teraz wobec tej pieknej dziewczyny nie'smialy. Pragnie co's przem'owi'c, aby cho'c cze'sciowo naprawi'c sw'oj blad i da'c jej lepsze o sobie wyobrazenie. Ona powr'ocila juz zupelnie do swej r'ownowagi moralnej, w oczach jej nie wida'c 'sladu gniewu, tylko jaki's zal migoce. Czuje ona, ze gniewa'c sie nie powinna. Mlody chlopiec spotkal ja w ciemnym przej'sciu i pr'obowal szcze'scia. Nie jego to wina: gdyby inne dziewczeta nie upadaly z taka latwo'scia, nie bylby przeciez tak 'smialy. Zreszta nie stalo sie nic zlego.

I serdecznym, milym swym glosem dziekuje mu za sprowadzenie z niewygodnych schod'ow i wskazanie drogi.

— Przyszlam frontowymi — odpowiada, patrzac zawsze w ziemie. — Pani zaprowadzila nas do kuchni, wo'zny poszedl pierwszy, a ja nie wiedzialam, gdzie jestem i co robie… Nie lubie ciemnicy.

Jan dorozumiewa sie, ze to sluzaca, zgodzona do pa'nstwa z trzeciego pietra.

— To panna bedzie sluzy'c u tych… z majstratu? — pyta, wykrzywiajac sie pogardliwie i odzyskujac powoli rezon utracony.

— Zdaje sie, ze pan jest w majstracie — odpowiada Ka'ska — zgodzilam sie do wszystkiego.

Wyraz twarzy Jana stawal sie coraz pogardliwszy[4].

— Oj, to ci panna trafila! Takie pa'nstwo…

Ka'ska podniosla spuszczone powieki i utkwila w m'owiacego zdziwione oczy. Dla niej „pa'nstwo” bylo zawsze „pa'nstwem”, rodzajem p'olbog'ow, o kt'orych nie m'owi sie inaczej, jak tylko z uszanowaniem.

Gdyby nie „pa'nstwo”, umarlaby przeciez z glodu; placono jej, zywiono, pozwalano spa'c cztery godziny na dobe, a w Wielka Sobote chodzi'c na boze groby. Swojej ciezkiej pracy nie liczyla wcale. Przeciez musiala co's robi'c. Siedzie'c z zalozonymi rekami mogly tylko panie, a zreszta nie pragnela tego wcale. I w bezmiernym zdziwieniu patrzy na stojacego przed nia str'oza, kt'ory z taka pyszna pogarda krzywi swe wydete wargi, m'owiac: „Takie pa'nstwo! Takie pa'nstwo!”.

Nie przerywa wszakze i czeka dalszego wyja'snienia, kt'ore otrzymuje niebawem w nastepujacej formie:

— Widzi panna, jest pa'nstwo i pa'nstwo. Tu, na ten przyklad, na pierwszym, mieszka pani hrabina ze synem… to jest pa'nstwo. A ci z majstratu, co panna do nich idzie, to nie pa'nstwo.

Ka'ska uznaje za stosowne wtraci'c:

— Przeciez tak samo regularnie placa.

Jan kiwa glowa.

— Ta, niby. Ale sie panna naharuje, zanim tych glupich pieniedzy sie dokopie.

Ka'ska macha reka.

— Wszedzie trzeba pracowa'c…

Teraz przyszla kolej na Jana, aby sie zadziwil; pr'obuje wiec wytlumaczy'c Ka'sce dokladniej r'oznice miedzy pa'nstwem a pa'nstwem.

— Ta, pewnie, ze pracowa'c trzeba, ale'c juz niech rozkazuje lajtnant a nie furwez, jak m'owil nieboszczyk Szczepaniak. Szkoda, ze panna nie znala Szczepaniaka, bo to byl tegi hulan. Ot'oz, widzi panna, ta hrabina, to lajtnant, a taka z majstratu, to furwez. Cho'c ja by tam wolal by'c panem i rozkazywa'c, taj do bramy dzwoni'c. U tych z majstratu bieda az skrzypi. Ona skapa, on zlo'snik. Juz tego kwartalu dwie zmienili, a bez co? Bez to, ze to nie „pa'nstwo” — dodal, wracajac uporczywie do swego zalozenia, jak ko'n w deptaku, wiecznie kolo jednego punktu krazacy.

Widocznie jednak oboje mieli co's wsp'olnego w swoim sposobie ukladania my'sli, bo i Ka'ska powt'orzyla przed chwila wygloszona filozoficzna sentencje:

— Wszedy trzeba pracowa'c.

I z cala niedbalo'scia silnego zwierzecia wstrzasa poteznymi barkami, jakby z niecierpliwo'sci i pozadania tej pracy, kt'ora ma spa's'c na nia r'ownocze'snie z przyjeciem nowych zobowiaza'n. Jan patrzy na nia z uwielbieniem.

— Panna silna, prawda? — zapytuje po chwili.

Za cala odpowied'z Ka'ska u'smiecha sie lagodnie, odslaniajac zdrowe i czyste zeby, oprawione w dziasla r'ozowe.

— To jeszcze dobrze — ciagnie Jan dalej — bo jakby panna byla nie przymierzajac chyrlawa, to by dlugo na tym trzecim pietrze nie pociagnela. Trzeba ciegiem nosi'c wode, bo ta… pani to sie pluszcze i pluszcze przez ko'nca, posadzke gladzi'c, a na wosk skapia. Oj! Pu'scilby ja ich w taniec cho'c raz na rok, to by popr'obowali, jak to przyjemnie tak harowa'c od 'switu do nocki…

W blekitnych oczach Jana za'swiecila nagle niedobra iskra. Cala nienawi's'c dreczonego zwierzecia, kt'ore nigdy nie moze sie wyspa'c, ozwala sie w tym glosie, drzacym od dawno przebudzonej i nurtujacej my'sli.

Wszystkie noce zimowe, gdy bezlitosny glos dzwonka zrywal go z poslania i ledwo oslonietemu kazal biec dla wpuszczania sp'o'znionych lokator'ow, powracajacych czesto z nocnej hulanki; wszystkie te senne marzenia przerwane z cala gwaltowno'scia ludzi pijanych lub zlych z powodu bezsennie przepedzonej nocy; wszystkie te poczatki tak zwanych katzenjamer'ow karnawalowych, kt'ore musial znosi'c z uleglo'scia tresowanego psa, wszystko to wybuchalo w tych kilku slowach: — Oj, pu'scilbym ich w taniec!

A w ta'ncu tym przyjalby udzial przede wszystkim pewien fircyk odnajmujacy pok'oj od pewnej starej panny, zajmujacej cale drugie pietro, kt'ory prawie co noc powracal nad rankiem i wpadal w brame z halasem, wrzaskiem, a co najgl'owniejsze, bez tradycjonalnej sz'ostki w reku. I codziennie w szarawym 'swietle poranka spotykali sie ci dwaj ludzie z jaka's dziwna, niewytlumaczona nienawi'scia w sercu. Elegant, mruczac pod nosem jaka's piosenke, przebiegal szybko przez brame i nikl w glebi schod'ow, pozostawiajac za soba niewyra'zny szum miejskiej rozpusty, niezastygly jeszcze w faldach jego ubrania. Jan, zbudzony nagle, zziebniety, pochmurny, rzucal za nim zawsze wzrokiem pelnym nienawi'sci.

Ten chlop, to zwierze domowe, pozornie przyswojone, kt'ore w glebi swej natury zachowalo cala sile meska, pragnaca uzycia i rwaca sie jak ko'n stepowy poza zamknieta brame — gdzie's w dal, w tajemnicze wnetrze miasta, kt'orego niezdrowy, odurzajacy powiew wpadl w ciezka atmosfere bramy razem z tym fircykiem, bladym od bezsenno'sci i nocnej rozpusty. Fircyk nie cierpial Jana za dlugie wyczekiwanie pod brama, co zwlaszcza w zimie lub dzdzyste noce nie nalezalo do nadzwyczajnych rozkoszy.

— Ach, kanalia! — mruczal przez zeby, zaciskajac sw'oj cienki paltocik i kryjac rece zziebniete.

— Ach, kanalia! — mruczal str'oz w swej izdebce, przecierajac senne oczy — dzwo'n, bestio, dzwo'n; a bodaj ci tak zadzwonilo przy skonaniu!

Byla to glucha, cicha walka dw'och zdrowych cial w pelni mlodo'sci. Ze strony Jana przewazala zazdro's'c i che'c niszczenia swych sil w ten tajemniczy a nieznany mu spos'ob, kt'ory instynktem zgadywal; ze strony powracajacego p'o'zno do domu eleganta — upokorzona duma i zlo's'c przeciw niememu 'swiadkowi jego wad i slabo'sci. Czasem piekny kawaler powracal na wp'ol pijany — w'sr'od ciemno'sci czul wlepiony w siebie ponury wzrok str'oza, co 'sledzil jego skrzywiona posta'c i drwil z krok'ow niepewnych. Byl to przymusowy powiernik, cichy i milczacy pogardliwie, ale zawsze powiernik, co go przyjmowal na progu bramy z przykra surowo'scia, liczyl godziny jego nieobecno'sci i prawie odgadywal, ile panicz przegral w karty i zebral pocalunk'ow z ust istot oczekujacych na zarobek w mdlym 'swietle latarni.

Ten to elegant mial, wedlug zapatrywa'n Jana, pierwszy i's'c „w taniec”. Po nim cala rzesza drobnych lokator'ow, kt'orych dzieci napelnialy wrzaskami waskie wnetrze dziedzi'nca; dalej ten z „majstratu”, taki hardy, opryskliwy, pelen 'zle strawionej z'olci; stara panna z drugiego pietra, kt'orej psy zanieczyszczaly schody; wla'scicielka norymberskiego sklepiku, garbata i sucha wdowa, i slugi pani hrabiny, glupie, bezczelne dziewczeta z gesto przystrzyzonymi grzywkami nad wyblaklymi oczami, wygolony aktor zajmujacy pokoik na dole, kt'ory wykrzykiwal dniami i nocami swoje role — slowem, caly ten dom brudny, 'zle utrzymany, pelen ludzi nedznie odzywianych, chudych, o profilach wydluzonych, kt'orych postacie znikaly bez szmeru w'sr'od ciemno'sci zapadajacej nocy jak widma wywolane reka magika na brudnej, 'zle o'swietlonej scenie.

Wyjatek stanowila pobozna hrabina wraz ze swoim, r'owniez poboznym, synem. Ci nie poszliby w 'ow „taniec” nie ze wzgledu na ich klerykalne usposobienie, ale dlatego, ze to bylo „pa'nstwo” odpowiadajace na pozdrowienie Jana zawsze uprzejmym skinieniem glowy.

W naturze tego czlowieka bylo co's z Ragabasa. Jedwabne sl'owko glaskalo go wiecej niz brzek pieniedzy. Urzednicy, sklepikarka, aktor, a nawet 'ow elegant z wiecznie glodnym zoladkiem przesuwali sie kolo niego ze zlym humorem — przeciwnie pani hrabina, gdy po rannej kawie wracala z ko'sciola na bulion z grzankami, u'smiechala sie do Jana slodko i m'owila z uprzejmo'scia matrony chrze'scija'nskiej:

— Jak sie masz, m'oj poczciwy Janie?

Okragle oczy Jana otwieraly sie szeroko, a twarz rozja'snial wyraz nieokre'slonej blogo'sci. Bylo mu wtedy tak przyjemnie, jakby mu sie co's dobrego prze'slizgnelo po gardle.

Jakkolwiek Jan utworzyl sobie swa wlasna religie, do ko'sciola nie chodzil, a ksiezy nie cierpial, tolerowal on przeciez aksamitna ksiazeczke hrabiny i jej dlugi r'ozaniec z ziarnek kokosowych.

— Grzeczna pani — mawial, pijac w'odke w naroznej szynkowni — grzeczna, cho'c… jezuitka.

Jezuici nalezeli takze do owego „ta'nca”, kt'ory Jan mial na my'sli; nienawidzil ich, jak w og'ole wszystkich ksiezy. Czarna sutanna wstrzasala nim do glebi. A przeciez niewiara i brak szacunku dla duchowie'nstwa zrodzily sie juz w p'o'zniejszym wieku, przy trumnie matki, kt'orej ksiadz nie chcial „uczciwie” pochowa'c, zadajac za „parade” wiekszej sumy, anizeli mu Jan m'ogl w'owczas ofiarowa'c. Z tak blahego powodu wybuchnal nagle w Janie plomie'n niewiary, a wszystkie zasady religijne runely nagle, gdy zazadano osobnego wynagrodzenia za mowe odczytana przed eksportacja zwlok matki.

W zdrowym umy'sle chlopca powstala nagle wielka jasno's'c. Nie studiujac, nie badajac, nie stawiajac tez teologicznych, doszedl do punktu, z kt'orego wyszedl; to jest, stal sie zn'ow malym dziecieciem wierzacym w istno's'c Boga, ale nie'swiadomym tej mistycznej zaslony, kt'ora majestat Stw'orcy zaslania. Z pyszna obojetno'scia odwr'ocil sie wtedy od ksiedza i rzekl:

— To sie obejdzie!

Odrzucil wszystkie formy, a zostawil tylko Boga. Wszystkich ksiezy bez wyjatku przezwal jezuitami, a sam przybral nazwe „farmazona[5]”.

Z czapka na bakier przekrecona reformowal swych znajomych pomiedzy jedna a druga blaszanka i uderzal energicznie pie'scia w st'ol, zapewne dla dosadniejszego okre'slenia swych argument'ow.

Dlatego, gdy Ka'ska, zbierajac sie do odej'scia, rzekla swym slodkim glosem: „Trzeba pa'nstwo szanowa'c, bo tak ksiadz przykazuje…” — pociagnal ja gwaltownie za chustke i wykrzywil usta.

Ale Ka'ska nie zwr'ocila na to uwagi. Miala wr'oci'c za godzine, a zmarnowala blisko dziesie'c minut na pogawedce z Janem.

Pragnie wiec odej's'c jak najpredzej, aby wr'oci'c jeszcze na czas wla'sciwy.

Jan z wielka galanteria ofiaruje sie do pomocy przy transportowaniu kufra i po'scieli. Ka'ska przyjmuje, a rozmawiajac, wychodza na podw'orko i stoja tam jeszcze przez chwile w goracym blasku slonecznym. Podw'orko jest do's'c szczuple, opasane z trzech stron murami kamienicy, a z czwartej zupelnie otwarte. Przylega do wielkiego, pustego, trawa zaro'snietego placu, za kt'orym w dali widnieje plac musztry i z'olte mury, a majacza postacie przebiegajacych zolnierzy. Wzrok Ka'ski bladzi z roztargnieniem po tej szerokiej przestrzeni, przecietej na prawo zielona, r'owna 'sciana nasypu kolejowego, wznoszacego sie na ksztalt fortecznego walu.

Nie jest to smutny widok, i owszem, ten ruch miejski i ta zielono's'c wiejska tworza przyjemny kontrast, lagodzac sie i dopelniajac wzajemnie. M'owi wiec Janowi z rado'scia w glosie, ze lubi drzewa i otwarte pole, a gdy to wszystko zobaczy, to zaraz jej weselej.

Jan przyznaje pewna racje tym pogladom i pokazuje jej bardzo porzadny 'smietnik, dopiero w przeszlym uko'nczony tygodniu. Ka'ska bladzi wzrokiem od zielonego placu i rozlozystego kasztana do trawy w jasnym 'swietle skapanej i do szarych desek 'smietnika wznoszacego sie po lewej stronie podw'orka z pretensja wystrojonego terminatora.

Zapewne 'smietnik taki to rzecz bardzo wygodna, zamykany, tylko ze dlugo trwa'c nie moze. Musi sie zepsu'c… deszcz, 'sniegi… Jan zapewnia, ze uzyto do budowy trwalego materialu i uderza w deski rekami ko'scistymi. Chwile jeszcze rozmawiaja, a wspomniawszy o schodach kuchennych, nagle zamilkli.

— To bardzo niewygodne schody — m'owi Jan i urywa nagle, bo twarz dziewczyny pokrywa goracy rumieniec.

I on doznaje jakiego's glupiego uczucia, z kt'orego nie umie zda'c sobie sprawy. Bylo to niejasne wspomnienie pierwszego spotkania z ta dziewczyna. Te schody pozostana dla nich wspomnieniem pierwszego poznania, kt'ore zarysowalo sie niejasno w tym waskim, ciemnym przej'sciu i teraz sprowadza im na twarz rumieniec i dziwne zamieszanie w glowie.

Gdy wielka posta'c Ka'ski zniknela wreszcie w bramie domu, Jan stal jeszcze przez chwile oparty o 'sciane 'smietnika, jakby rozbierajac doznane wrazenia. Ta duza, piekna dziewczyna zwyciezyla go dzisiaj, a przeciez nie dala mu uczu'c swego zwyciestwa. Nie 'smiala sie i nie szydzila, ze ja pu'scil na jej pro'sbe pokorna. Ale c'oz mial robi'c, kiedy tak milosiernie patrzyla, ze az go co's pod piersiami 'sciskalo. Raz chcial z wysoko'sci trzeciopietrowej[6] zrzuci'c kotke, kt'ora przyblakala sie do kamienicy i lazila po strychu. Kotka nie bronila sie wcale tylko wywr'ocila 'slepie i patrzyla tak zupelnie jak ta dziewczyna, kiedy ja cisnal do 'sciany…

Jan my'sli sobie: dziwna dziewczyna! Inna na jej miejscu 'smialaby sie, bo przeciez takie zarty uchodza, a nawet dziewczeta je lubia. Ale to nie racja. Sa tacy, kt'orzy lubia kluski z serem, a sa tacy, co klusek nie lubia. Ka'ska nie musi lubi'c klusek.

I Jan zapada w gleboka zadume majaca na celu blizsze zbadanie usposobienia i slabych stron 'swiezo poznanej dziewczyny.

Przyjaci'olka, kt'ora dala dla Kasi na noc przytulek, nazywala sie R'ozia i poslugiwala w mleczarni. Czas sluzby przedstawial cyfre czternastu godzin na dobe, reszte miala do rozporzadzenia.

Niska, krepa szatynka, z cera, zda sie, pozyczona od salaterek kwa'snego mleka, kt'ore nosila przez sze's'c miesiecy w roku, z suknia wiecznie pod prawa pacha rozpruta. Szastala sie cale dnie po zakladzie z bezczelna arogancja dziewczat przemienionych w kelner'ow. Jej r'ozowy perkalik, stanowiacy rodzaj uniformu dla wszystkich dziewczat krecacych sie po owej mleczarni, mial ten sam niezno'sny, impertynencki spos'ob obcierania sie o go'sci, jak i frak strojacy grzbiet wypomadowanego kelnera. Rzucanie lyzek lub chleba, wpatrywanie sie w oczy placacego go'scia i tradycjonalne „caluje raczki”, czynilo z R'ozi typ poslugaczki, kt'ora sze's'c miesiecy na rok spedzala w mleczarni, a przez drugie sze's'c miesiecy uprzyjemniala „go'sciom” rozkoszny pobyt w tak zwanych nocnych kawiarniach.

R'ozia byla poszukiwana przez wla'scicieli tych siedlisk glupiej zabawy. Ilez bowiem wesolego zartu mie'scilo sie w tych zielonawych 'zrenicach! Nie gniewala sie za zbyt 'smiale zarty, a umiala zrecznie pomnaza'c ilo's'c wypitych butelek. Kariera R'ozi byla wiec na dlugi czas zapewniona, przynajmniej do chwili, gdy jej mloda twarz przestanie 'smia'c sie tak wesolo w'sr'od dymu cygar i krzyk'ow rozbawionych mezczyzn. P'o'zniej… Ot, co tam!… Kt'oz by troszczyl sie o to glupie „p'o'zniej”. Jest przeciez haczyk, a 'smietnik'ow nigdy nie zbraknie.

R'ozia zawiazala stosunek z niemlodym czeladnikiem krawieckim, Feliksem. Mieszkali razem, zyjac „na wiare”. Pobra'c sie nie chcieli i nie mogli. Zreszta Feliks byl zonaty. W Samborze pozostawil zone i piecioro dzieci. R'ozia wiedziala o tym i w codziennych sprzeczkach wysylala go „do stu diabl'ow, do starej zony i kopy dzieci”. On wszakze nie odchodzil. Z marmurowym spokojem na bladej twarzy sluchal tego potoku sl'ow, kt'ory zalewal codziennie maluchna stancyjke, pelna grat'ow, 'smieci i sloik'ow z pomada. Potem zblizal sie do R'ozi i jak m'ogl uspakajal. Ona bronila sie chwile, lecz w ko'ncu poddawala sie mimo woli jego pieszczotom.

Latwo zgadna'c, co przywiazalo niska, krepa dziewczyne do czlowieka, kt'ory majac dwa razy tyle lat co ona, wyzyskiwal jej mlodo's'c, a wreszcie marnowal jej drobne dochodziki. Nie 'smial jednak naruszy'c dw'och list'ow banku hipotecznego, kt'orych niebieskie numera odbijaly wyra'znie na tle bialego papieru. Drobne pieniadze wybierane codziennie z szufladki stanowily rodzaj przekaski, przygotowujac podniebienie Feliksa do ugryzienia czego's twardego. Teraz jeszcze nie 'smial wystapi'c z projektem spieniezenia list'ow hipotecznych, jakkolwiek bowiem ujarzmil zmysly dziewczyny, zrywala sie ona nieraz i rzucala, jakby pragnac potarga'c krepujace ja wezly — ale na pr'ozno. Gdy wracala do domu z checia zerwania i na widok pustej szufladki wybuchala gniewem, Feliks pozwalal wyla'c sie pierwszemu uniesieniu sl'ow trywialnych, pozbieranych w dusznej atmosferze kawiarni, a po uplywie pewnego czasu zblizal sie do niej w spos'ob jemu tylko wla'sciwy. Ona usuwala sie, lkajac, ale w ko'ncu byla bezsilna. Wiazaly ja z tym czlowiekiem zmysly, a bez pieszczot jego istnie'c by nie mogla. Rano chmurna, milczaca, z glowa ociezala, cala drzaca, szla do swej pracy, przybierajac przez droge u'smiech bezczelnej kelnerki i powracala zn'ow wieczorem pelna sily i gniewu. Zyli tak ciagle, on — marnujac pieniadze, ona — mlodo's'c i zdrowie. Pokoik, kt'ory zajmowali, byl caly przesiakly jaka's niezdrowa, odurzajaca wonia. Nigdy niesprzatany, niezamiatany, wygladal jak wielki 'smietnik, wilgotny i ponury.

Feliks zdawal sie by'c go'sciem w tym mieszkaniu. Rzeczy jego mie'scily sie w wielkiej skrzyni tuz pod oknem. Bylo tam wszystko, co komfort mie'c przykazuje: stary szapoklak, nawet i bialy atlasowy krawat. R'ozia nie dbala o siebie. R'ozowa swa sukienke zostawiala w zakladzie, a w zimie chodzila w jednej i tej samej bluzce szafirowej i sp'odniczce z wytartego kamlotu. Fartuszki tylko prala w misce i suszyla w mieszkaniu. Tego wymagala jej sluzba. Dla niej fartuch byl tym, czym dla kelnera serweta na ramieniu.

Feliks pracowal bardzo malo. Twierdzil, ze jest czeladnikiem krawieckim — ale u jakiego krawca pracowal, sam, zdaje sie, nie wiedzial. Cale dnie trawil na paleniu „kabanos'ow[7]” i naprawianiu swych garnitur'ow. Jadal w garkuchniach. O zonie i dzieciach nie wspominal nigdy.

Ka'ska, wyszedlszy z bramy, skierowala sie szybko na prawo. Przeszla kilka ulic, usuwajac sie wszystkim z drogi i oddychajac ciezko z powodu goraca. Kryjaca jej glowe i ramiona chustka welniana ciezyla jej przykro i przytlaczala ku ziemi. Ponad nia blekitne niebo, az szarawe w swej przezroczysto'sci. W 'srodku olbrzymie slo'nce, z'olte i okragle jak dukat, lejace ze siebie potoki zlotego 'swiatla. Wszystko niknelo w tej suchej powodzi — dachy dom'ow z rynnami polyskujacymi w blasku slonecznym, na placu wodotrysk, zawstydzony prawie ciemnawa barwa wody w rezerwuarze, kamienna otoczony balustrada i drobne drzewka okalajace plac dokola. Wszystko to blyszczalo, pysznilo sie prawie ta zlocista struga, plynaca z g'ory i odbijajaca sie blaskiem jarzacym w szybach przymknietych okien, kt'ore gorzaly wzdluz mur'ow kamienic jak olbrzymie, promienne 'swiece. I byla to iluminacja urzadzona w dzie'n bialy z cala bezczelno'scia natury, 'swiadomej swej potegi, z rozrzutno'scia bogacza rozsypujacego swe skarby z calym prze'swiadczeniem o niewyczerpalno'sci tego zlota, o wiecznym istnieniu tych blask'ow promiennych. Ka'ska zatrzymala sie chwile i spojrzala na plac jakby ol'sniona tym bogactwem, kt'ore sie jej slalo pod stopy. Natura to byla wrazliwa i pojmujaca piekno instynktowo[8]. Podniosla glowe i popatrzyla chwile prosto w tarcze sloneczna. Co tez to sie w g'orze tak pali? Skad sie ten ogie'n bierze?

Przypomniala sobie jednak, ze czas ucieka, a nie chciala zasluzy'c na nagane ze strony swej przyszlej pani. Szybko postapila jeszcze kilka krok'ow i znalazla sie przed parkanem, w kt'orym otwarta furtka prowadzila do wnetrza mleczarni. Tam uslugiwala R'ozia. Ka'ska pragnela pozegna'c sie z nia i odda'c pozyczone pietna'scie cent'ow. Lecz jak tu wej's'c gl'owna furtka? W malym, kwadratowym ogr'odku kilka os'ob pije kawe przy stolach z grubych szklanek zielonawych lub zajada mleko z fajansowych, nadszczerbionych salaterek. Stoly pozaslaniane czerwonymi w biale desenie serwetami stoja r'owno w szeregi, maczajac swe grube, skrzyzowane nogi w z'oltym piasku ogr'odka. Kilka rozwinietych kasztan'ow rzuca cie'n, rozpo'scierajac swe zielone, wachlarzowate li'scie, przysypane pylem i nadwiedle wskutek zbyt wielkiego goraca. W glebi, za sztachetkami, na podwyzszeniu widnieje olbrzymia posta'c wla'scicielki zakladu, rodzaj tlumoka zlozonego z miekkiego ciala i szarego kretonu. Ta szeroka plama rozlewa sie na z'oltym tle 'sciany wznoszacego sie w glebi ogrodu budynku. Szara barwa sukni i z'olte wlosy schodza sie w harmonijnym akordzie z barwa 'sciany i nikna w niepewnych liniach. Przed wla'scicielka rodzaj bufetu pokrytego szeroka wstega blachy, na kt'orej stoja rzedem, do g'ory dnem poobracane, grube, zielonawe szklanki wznoszace jedna, wysoka n'ozke ze sztywna gracja skoczka cyrkowego. Na wyszczerbionym p'olmisku bieleje caly stos drobno posiekanego cukru. Cynowe lyzeczki, wytarte od ciaglego dotykania ust rozmaitych, 'swiecace niezdrowym, falszywym blaskiem, leza pokotem jak wojsko zakute w stare pancerze, czekajace na rozkaz wodza i na apel poranny. Co chwila przybiega dziewczyna i pochyla sie nad bufetem, wybierajac cukier lub chwytajac lyzeczke. Gruba kobieta nie porusza sie wcale. Patrzy na nieksztaltne palce dziewczyny, przemykajace sie szybko po powierzchni bufetu i tylko cichym, uprzejmym glosem upomina w razie, jezeli kelnerka kladzie zbyt wielkie kawalki cukru na male, podluzne miseczki. Od czasu do czasu wstaje kto's z go'sci i podchodzi r'owniez do bufetu, placac za kawe lub mleko. Wla'scicielka wysuwa swa tlusta reke i powolnym ruchem zgarnia pieniadze do otworu, wykrojonego w 'srodku bufetu, po czym zapada zn'ow w bezwladno's'c, a szare, bezbarwne 'zrenice spogladaja z dziwnym uporem w deski wznoszacego sie przed bufetem parkanu. Dziewczeta, szeleszczac wykrochmalonymi sp'odnicami, uwijaja sie pomiedzy go's'cmi. Ich ciezkie, niezgrabne, 'zle usznurowane figury z plaskimi, zgniecionymi piersiami, przesuwaja sie pomiedzy stolami, czesto bez najmniejszej potrzeby, chyba dla ruchu, do kt'orego przywykly ich stopy. Kasztany szumia bezustannie, strzasajac pyl na l'sniace od pomady wlosy tych kobiet lub na stosy razowego chleba poukladanego na kazdym stole w drucianych koszyczkach.

Ka'ska stoi we drzwiach, nie 'smiejac postapi'c kroku. Widzi doskonale R'ozie, kt'ora z bezczelna arogancja usluguje jakim's dwom paniom, pijacym mleko z wysokich, waskich kufelk'ow. Wej's'c do ogrodu nie 'smie, ale przypadek przychodzi jej z pomoca. R'ozia spogladala w strone furtki i spostrzegla przyjaci'olke. Zbliza sie szybko, stracajac z krzesla parasolke jednej z pa'n i przewr'ociwszy jedna lawke, staje przed Ka'ska.

— Id'z do kuchni… wiesz, ta druga brama… zaraz przyjde.

Odchodzi i staje pod tablica zawieszona na 'scianie domu, na kt'orej czarnym tle widnieje z daleka napis „Cennik jadla i napoj'ow”, i z budujacym spokojem przypatruje sie damie, kt'ora usiluje oczy'sci'c unurzana w piasku parasolke.

— Niech psiakrew nie kladzie swojej elegancji na drodze… — mruczy z cala nienawi'scia biednej a zazdrosnej dziewczyny.

Po czym zawraca sie i niknie w glebi zabudowania.

Za nia slycha'c wolanie:

— Panienko! Prosze 'swiezej wody.

R'ozia zatrzymuje sie chwile.

— Zaraz, zaraz! — odpowiada, przeciagajac na ostatniej zglosce z cala dokladno'scia i'scie kelnerskiej intonacji.

— Cholere ci, a nie wode — dodaje, biegnac przez dwie puste sale do kuchni, w kt'orej od kilku minut czeka na nia Ka'ska.

Wielka, widna izba z olbrzymim kominem i plyta opatrzona niezliczona ilo'scia fajerek, przesiakla cala kwa'snym zapachem mleka, przedstawia sie raczej jak 'swiezo wyczyszczona, olbrzymia obora, z kt'orej wyprowadzono krowy. Mleko w hladyszkach[9], mleko w cebrzykach, mleko w kamiennych garnkach, 'smietanka rozlana w wielkich, szerokich miskach, na p'olkach serwatka, drzaca w szklanych, ogromnych slojach; przewr'ocone pod stolem szafliki drewniane, wznoszace sie wzdluz 'scian piramidalnie stosy 'swiezo skoszonej trawy, pelnej polnych kwiat'ow, przetykanej z'oltymi jaskrami, powojami lub macierzanka, jak kobierce wschodnie — cale to gospodarstwo mleczne, praca wsp'olna zwierzat i ludzi przedstawia sie w tej widnej, przestronnej izbie, w'sr'od kwa'snego zapachu nabialu. Poza tymi stosami trawy, poza olbrzymimi garnkami lub cebrami zdaja sie wystepowa'c kontury tych dobrych, o wielkich oczach, mlekodajnych zwierzat, przynoszacych ze soba wonie pastwiska, ostry zapach macierzanki, suchy trzask lamanej lebiody.

W tej kuchni zastawionej tyloma naczyniami otwierajacymi szerokie wnetrza mlekiem napelnione blakalo sie niewyra'zne wspomnienie wsi skapanej w promieniach slo'nca, szumiacej swoboda drzew, zielonej szmaragdowa trawa — wsi wolnej, u'smiechnietej jak oblicze wiejskiej molodycy.

Ka'ska czula sie swobodna w tej atmosferze i u'smiechala sie na widok tych zapas'ow 'snieznego plynu, kt'orego szerokie strugi zalewaly nawet podloge kuchni.

Kilka dziewek bosych maczalo swe zamulone nogi w kaluzy mlecznej, przenoszac garnki i porzadkujac poustawiane naczynia. Zdrowe, silne, zablocone, o szerokich biodrach, z czolami prawie kwadratowymi, z olbrzymimi piersiami zarysowujacymi sie pod zgrzebna koszula, mialy one wiele podobie'nstwa do tych zwierzat — karmicielek, okolo kt'orych krzataly sie dniami i nocami. Cale ich ubranie bylo przesiakniete zapachem obory i mleka. Ka'ska patrzyla na nie z pewna zazdro'scia. Taka praca odpowiadalaby najwiecej jej silnej, rozwinietej naturze. Chetnie zdjelaby swoje sk'orkowe buciki, kt'ore ja piekly na podbiciu, i umaczalaby rozpalone stopy w chlodnym, sinawym mleku, kt'orego szeroka struga zalewala podloge. Z jakaz rado'scia zanurzylaby swe rece w stosie tej 'swiezej trawy, kt'orej zapach przypominal jej chalupe matki i spedzone dziecinne lata, bez troski, na przedmie'sciu malego miasteczka. Stoi wiec rozmarzona, u'smiechnieta, 'sledzac wzrokiem postacie dziewek, kt'ore z wla'sciwym tylko chlopkom falowaniem kleb'ow uwijaja sie po kuchni i nie pytaja nawet, czego chce pomiedzy nimi dziewczyna stojaca w milczeniu prawie na progu.

Nagle otwieraja sie z trzaskiem drzwi od sali i wpada przez nie R'ozia, powtarzajaca ciagle:

— Cholera tobie, nie woda.

Potracajac dziewki, unosi sp'odnice, a pokazujac pod czysta sukienka szare od brudu i opadajace w kilku faldach po'nczochy, przeskakuje bialy rynsztok, zagradzajacy jej droge do przyjaci'olki.

— No i c'oz? — pyta Ka'ske, zwracajac ku niej twarz namietnej kobiety, o podkowach barwy stalowej, okrazajacych oczy czerwone od placzu i bezsenno'sci.

— Mam sluzbe — odpowiada Ka'ska — dzi's sie przenosze.

Na twarzy R'ozi przemknal wyraz zadowolenia. Ten 'swiadek jej pozycia z Feliksem byl zbyt ciezki, aby go mogla dlugo znosi'c. Nie 'smiala przeciez tego powiedzie'c Ka'sce, kt'ora lubila za jej lagodno's'c i mile wejrzenie; ale teraz jest zadowolona, ze pozostanie z nim sama w swej ciasnej izdebce, w kt'orej rzeczywi'scie nie bylo miejsca na troje.

— Ide zabra'c m'oj kuferek i chce ci odda'c te pietna'scie cent'ow, kt'ore pozyczylam juz tak dawno — m'owi Ka'ska z pewna nie'smialo'scia, przesuwajac w reku papierek guldenowy.

— Jake's taka pani, ze mozesz dlugi placi'c, to pla'c — odpowiada R'ozia — ale lepiej zrobisz, jak dlug'ow nie zaplacisz. Dlugi ci nie uciekna… tej choroby dosy'c zawsze czlowiekowi.

A widzac, ze Ka'ska milczy, dodala:

— Po kuferek id'z! Ten wagabunda Feliks pewnie siedzi w domu i kurzy kabanosy. Oj! To tez pokaranie z takim ananasem!

Ka'ska poruszyla sie nieco zywiej.

— Czeg'oz z nim siedzisz? — zapytala nie'smialo, spogladajac na przyjaci'olke.

R'ozia machnela reka.

— Abo ja wiem! Nieraz to mnie chwyci taka zlo's'c, ze chcialabym go wygna'c za setna g'ore, bo pr'ozniak i nic dobrego. Ja sie naharuje caly dzie'n, a on furt traci i traci… A bodaj go raz pokrecilo…

I mimo woli chwytala ja ta sama pasja, kt'ora ja ogarniala co wiecz'or na widok bladej twarzy Feliksa zlozonej wygodnie w'sr'od brudnej i dawno niezmienianej po'scieli, gdy zmeczona po calodziennej pracy powracala do domu. Lecz namietno's'c wstrzasajaca nia co wiecz'or zaczynala powoli napelnia'c ja cala i dlatego na powt'orzone pytanie Ka'ski odpowiedziala szybko, bladzac niepewnymi oczami po przeciwleglej 'scianie:

— Ta c'oz, przyzwyczailam sie, ot i cala bieda.

Przyzwyczaila sie! W tym jednym slowie zawarta byla cala prawda jej zycia; w tym przyzwyczajeniu dzwonily wszystkie okowy la'ncucha, kt'orym skrepowala sie z tym wyzyskujacym ja mezczyzna. Przyzwyczaila sie do codziennej kl'otni, do tego wlasnego wrzasku, do jego pr'ozniactwa, dymu kabanos'ow, do jego nerwowej, suchej, zwiedlej powierzchowno'sci, do tej szufladki, napelnionej co dzie'n rano drobna miedziana moneta, a 'swiecacej co wiecz'or pustkami — nawet do tej zony otoczonej drobnymi dzie'cmi, kt'orej widmo wywolywala codziennie swym glosem ochryplym.

Przyzwyczaila sie…

Ka'ska utkwila z podziwieniem wzrok w twarzy swej przyjaci'olki trapionej namietno'scia, kt'ora powracala o jednej i tej samej porze dnia jakby uparta febra. Ka'ska nie pojmowala swej przyjaci'olki. Dla niej Feliks byl brzydkim, podstarzalym czlowiekiem, sprawiajacym wrazenie wstretne. Co wiecej, byl to pr'ozniak wyzyskujacy prace kobiety i zyjacy z nia w zwiazku nie'slubnym. Ka'ska rozprawilaby sie z nim kr'otko. Odeslalaby go natychmiast do zony i warsztatu. Ona nauczylaby go respektu…

Tymczasem zegna R'ozie i zabiera sie do wyj'scia.

Wychodza przed kuchnie, na male podw'orko otoczone dokola niskimi oborami, kt'orych drzwi stoja otworem. Kupy gnoju i slomy leza na ziemi, a kilka cienkich, smuklych drzewek wznosi ku niebu swe mlode galezie. Obydwie stoja tu jeszcze przez chwile, a Ka'ska zdejmuje ze siebie ciezka chustke welniana, pod kt'ora kryje swe ramiona. Ma ona na sobie trykotowy stanik darowany w przystepie dobrego humoru przez panne Lewi. Ciemnoczerwona barwa trykotu niewiele r'ozni sie od koloru szyi, nabrzmialej i jakby spuchnietej z goraca. Ale za to caly gors Ka'ski odznacza sie 'smialo i pewnie pod ta ciagnaca sie tkanina, kt'ora rze'zbi najdokladniej ramiona, wypukla deske i piersi, kt'orych objeto's'c rozdziera stanik, widocznie na drobniejsza posta'c zrobiony. Brak dw'och guzik'ow dozwala widzie'c brzeg grubej, lecz czystej koszuli i maly tr'ojkat ciala ciemnego, pociagnietego zlocista powloka, wla'sciwa tylko brunetkom. Ka'ska, znuzona ciezarem chustki, podnosi w g'ore rece i przeciaga sie, ukladajac w prostej linii lokcie i zaciskajac pie'scie. Nagle natrafia na wystajaca belke i chwyta drzewo zawieszone na p'ol lokcia ponad jej glowa. Bezwiednie nachyla sie ku przodowi, zgina lokcie, a cofnawszy w tyl biodra, stoi tak chwile, patrzac na rozmawiajaca R'ozie, kt'ora powr'ocila zn'ow do zal'ow na temat Feliksa i jego niepoprawnego lenistwa.

W'sr'od tej goracej atmosfery dziedzi'nca przesyconej zapachem obory Ka'ska ma uczucie blogo'sci nieokre'slonej. Z rozwartymi oczami i wilgotnymi wargami stoi, wciagajac w siebie calymi klebami te wo'n blotnista, wla'sciwa tylko rozkladajacym sie ro'slinom. Krzykliwy glos R'ozi rozbija sie w ciasnym wnetrzu podw'orka, ginac w ciemno'sci otwartych ob'or. Ka'ska nie slyszy sl'ow swej przyjaci'olki — stoi nieruchoma, cala zatopiona w wspomnieniach, kt'ore, razem z wonia w piersi jej zbudzone, otaczaja ja, odrywajac od tera'zniejszo'sci. I tak jak w kuchni, w'sr'od fal mleka, przychodzi do niej cala przeszlo's'c, matka, siostry, praca w fabryce i przyjazd do miasta. Zasluchana w piosenke dzieci'nstwa nie widzi, jak otwieraja sie ukryte w parkanie drzwiczki i na progu staje dw'och mlodych mezczyzn. R'ozia podbiega ku nim z wyrazem niezadowolenia na twarzy.

— Czego panowie tedy? — pyta przybylych. — Pani sie gniewa, jak go'scie laza przez kuchnie… Jest przecie furtka od tego.

— E! Glupia jeste's — odpowiada jeden z mlodych ludzi. — Po co nam obchodzi'c dokola w'sr'od takiej spiekoty…

Urywa nagle, tracony przez swego towarzysza. Ten ostatni, mlody chlopak, do's'c przystojny, ale drobny i prawie nierozwiniety, zwr'ocil od razu wzrok na Ka'ske, kt'ora z rekami podniesionymi i podpierajacymi belke, z torsem form klasycznych, z glowa naprz'od podana stala ciagle nieruchoma, nie zwracajac uwagi na to, co sie dokola niej dzialo. Taka to juz byla natura tej dziewczyny. Zamy'slala sie czesto i bezwiednie, a wtedy stala na miejscu, jak posag nieruchoma, cicha, milczaca, z oczyma szeroko otwartymi. W tej chwili „napadlo ja zn'ow”, jak m'owila sama, przyszedlszy do samowiedzy. W trykotowym staniku, przylegajacym z dziwna dokladno'scia do jej ciala, rysowaly sie jej piersi i ramiona nader plastycznie. Od pasa ukryta waska sp'odnica, zdawala sie wyrasta'c z tej czarnej ziemi, na kt'orej oparla swe szerokie stopy. Byla to istotnie dziewczyna piekna, silna, olbrzymia, z glowa foremna, niskim czolem dawnych posag'ow greckich. Twarz jej, 'swiecaca od potu, brazowa, mienila sie w cieniu zalegajacym podw'orko i nadawala calej jej postaci charakter odlewu brazowego.

Dwaj mlodzi ludzie patrzyli na nia przez chwilke, po czym jeden z nich, mlody i przystojny chlopak, wyrzekl jedno tylko slowo:

— Kariatyda!

Po wypowiedzeniu tego slowa mozna bylo przeczu'c rze'zbiarza. Zgloski spadaly z gluchym odglosem mlota, obracanego silna dlonia wyksztalcona na wzorach greckich.

— Kariatyda!

I mlode, nierozwiniete chlopie, noszace z niewie'scim wdziekiem sw'oj popielaty garniturek, r'osl prawie pod d'zwiekiem tego slowa, nabieral sily i wprawna reka lepil w my'sli tors tej dziewczyny, kt'orej nieruchoma posta'c wskrzeszala w nim wspomnienia calego szeregu wielkich kobiet kamiennych, nagich, z biodrami owinietymi draperia, podtrzymujacych sztukaterie palac'ow. I byla to rzeczywi'scie kariatyda, siostra tych sennych olbrzymek, kt'ore, wpatrzone w przestrze'n kamiennymi 'zrenicami, stoja na strazy dumne w swej niewoli, d'zwigajac ciezary na barkach kr'olewskich.

W'sr'od zacie'snionego podw'orka, otoczona kupami gnoju i blota, oparta o szara 'sciane obory, wznosila sie harmonijnie piekna, silna, jak posag starozytny znaleziony pod owczarnia pasterza.

— Kariatyda!

I gdy slowo to zawarczalo nagle w powietrzu, zbudzila sie Ka'ska ze swej zadumy. Instynktowo poczula, ze ta nazwa dla niej jest przeznaczona. W swej ciemnocie nie miala najmniejszego pojecia o znaczeniu tego slowa, ale wpadlo ono w jej ucho i przeniknelo do glebi m'ozgu. Wyrylo sie tam dokladnie i pozostalo w'sr'od tysiaca trywialnych wyraz'ow, zaslyszanych od dzieci'nstwa. Z nadzwyczajnym pomieszaniem, z goracym rumie'ncem na spoconej twarzy, zaczela Ka'ska owija'c sie w chustke, pragnac czym predzej unikna'c spojrze'n tych mezczyzn, kt'orych ciekawy wzrok palil ja i mieszal niewypowiedzianie. Czula, jak ja rozbierali, jak zdzierali z niej suknie i stawiali przed swymi oczami naga — a ta my'sl doprowadzala ja do rozpaczy. Wszyscy ci mezczy'zni patrzyli na nia w tak przykry spos'ob. C'oz ona temu winna, ze tak wyrosla i ze jej ramiona tak szerokie? Nie powinna nigdy zrzuca'c chustki, ale zawsze otula'c sie nia szczelnie, nawet w czasie upal'ow. To bedzie spos'ob najlepszy.

Mezczy'zni postapili kilka krok'ow i zblizyli sie do dziewczat. R'ozia odzyskala juz dobry humor i przybrala na twarz maske uprzejmej kelnerki. Starszy z przybylych byl przystojnym mezczyzna o regularnie zakre'slonym profilu i do's'c zgrabnej postawie. Ubranie jego nie odznaczalo sie za to zbytnia staranno'scia. Brudna i zmieta koszula otwierala sie na piersiach, ukazujac brak spinek i deke piersiowa, pokryta rzadkimi wlosami. Kamizelka wycieta, zapozyczona widocznie z balowego garnituru, 'zle harmonizowala z letnia, rozpieta marynarka, obciagnieta ku dolowi jakimi's ciezarkami, przepelniajacymi kieszenie. Spodnie z tego samego materialu co marynarka, do's'c kr'otkie, odslanialy noge ksztaltna i waska, ustrojona w czerwone skarpetki z fil d'Ecosse i lakierowane, lecz wykrzywione p'olbuciki.

Twarz tego czlowieka, przedstawiajaca typ czysto slowia'nski, z nieco zagietym, krogulczym nosem, ustami lagodnymi, ocienionymi gestym i pieknym wasem, przypominala nadzwyczajnie brazowa twarz „Gladiatora” Welo'nskiego. I tu, i tam byl ten sam wyraz bolesnej rezygnacji, zalu za mlodo'scia, pokrytego wspaniala sila woli, kt'ora spazmatycznie podnosi meskie glowy na powitanie 'smierci i ze spokojem wita'c kaze moznego, wszechwladnego zab'ojce.

Morituri te salutant[10]!

Gladiator pozdrawial tak cezara, dla kt'orego szedl w b'oj i szukal 'smierci. Na twarzy tego czlowieka rysuje sie to samo 'smiertelne pozdrowienie przed silniejsza od cezar'ow potega, bo przed nalogiem pija'nstwa. Wskazuje na to juz ta twarz spuchnieta, z drobna siatka zmarszczek, oczyma czerwonymi od bezsenno'sci i naduzycia trunk'ow rozpalajacych, te rece male, ksztaltne, suche, rozpalone i drzace bezustannie, ta posta'c zlamana, pochylona wiecznie, jakby oparcia szukajaca, wreszcie ten glos niepewny, rzucajacy najcze'sciej ironiczne, a olbrzymia inteligencja tryskajace slowa, wreszcie cala istota tego czlowieka, spalona, zmieta, pelna nadzwyczajnego talentu literackiego, zbrudzona zyciem w knajpie, wytarta jak powierzchnia stolu kawiarnianego. Wszystko to rzuca w daleka przestrze'n slowa idacego na 'smier'c gladiatora:

Morituri te salutant!

A przed nim, przed tym cialem zniszczonym, przed tym zyciem spalonym, przed tym talentem na miazgi zgniecionym wznosi sie olbrzymia posta'c ohydnej, niezwalczonej choroby, kt'ora z obojetno'scia cezara przyjmuje rozpaczliwe pozdrowienie swej ofiary, a na plomienistym swym tronie drwi z wodnych kuracji, wyciagajac sw'oj suchy, ko'scisty palec dla naznaczenia nowej, na 'smier'c skazanej ofiary. Potem puszcza ja w taniec na materacach szpitalnych i dreczy dniami i nocami, sprowadzajac do loza konajacego ohydne wizje, zmuszajac do nieustannej pracy m'ozg przekrwawiony, meczacy sie w bolesnym natezeniu. Towarzysz tego czlowieka, 'ow mlody chlopiec, rze'zbiarz, o ladnej twarzyczce ozywionej niewielkimi, czarnymi oczkami, szczuply w ramionach, a gietki w pasie, przejal od swego przyjaciela co's z tego ohydnego nalogu, zara'zliwego jak ospa i jak ospa 'smiertelnego. Byl to dopiero nowicjusz. Twarz jego gladka nie miala jeszcze tych kurczowych skrzywie'n, wla'sciwych tylko organizmom przesiaklym na wskro's alkoholem, ale snad'z czuwali razem, wl'oczac sie po szynkowniach i knajpach, bo obaj mieli czerwone powieki i te nieokre'slona wo'n wla'sciwa dusznym i 'zle o'swietlonym salom, gdzie zle wino, tluste potrawy, dym tanich papieros'ow i tysiace ludzkich oddech'ow tworza gesta mgle opadajaca brudnym, cuchnacym oblokiem na suknie i wlosy stalych go'sci.

Do mleczarni przychodzili zwykle po obiedzie, pijac chetnie kwa'sne mleko, kt'ore gasilo chwilowo pozar trawiacy ich wnetrzno'sci.

Obaj zblizyli sie do Ka'ski, kolyszac sie, z minami zwyciezc'ow, z wypietnowana na twarzach pogarda dla kobiet zbierana po ciemnych zaulkach w objeciach istot sprzedajnych. Zartami uczyniono Ka'sce propozycje „pozowania”, a widzac, ze jest nadto glupia, by mogla zrozumie'c znaczenie tego wyrazu, tlumaczyli jasno i otwarcie, czego od niej zadaja. Ona zarumienila sie nagle, uslyszawszy, ze bez zadnej oslony ma stana'c przed nimi tak, jak ja B'og stworzyl! O! nie — na to nie zgodzi sie nigdy. I drzacymi rekami zaciska na piersiach swa welniana chustke, jakby bojac sie, aby jej nie przymuszono zaraz stana'c naga — w'sr'od dnia bialego, na 'srodku podw'orka. R'ozia 'smieje sie, pobudzona w swej zmyslowo'sci naglym pragnieniem pocalunk'ow i pieszczot Feliksa.

— Jaka ty glupia! — tlumaczy jej literat, a glos rwie sie w ciaglej czkawce wznoszacej jego piersi z jakim's okrutnym uporem. — Jaka ty glupia! Nic ci sie przecie zlego nie stanie… postoisz kilka godzin, a ten pan ulepi cie z gliny. Zobaczysz przynajmniej, jak wygladasz.

Ka'ska nie odpowiada. W umy'sle jej przesuwa sie w chaotycznym nieladzie jej wlasna posta'c, naga, oblepiona mokra glina. To musi by'c co's szkaradnego.

— I zaplace — dodaje rze'zbiarz — zaplace trzy sz'ostki za godzine…

— Nie blaguj — przerywa mu literat — wypchaj sie z twoja zaplata.

R'ozia zachwycona. Trzydzie'sci cent'ow za pr'oznowanie przez godzine! I ofiarowuje sie sama, poruszajac ramionami i wysuwajac naprz'od sw'oj zgnieciony gors, okryty r'ozowym perkalem. Ona p'ojdzie chetnie pozowa'c, je'sli tylko Feliks pozwoli.

Ale rze'zbiarz wstrzasa glowa i odmawia. Ka'ska co innego. Jezeli zechce, dostanie nawet cztery sz'ostki. Przyjdzie tylko kilka razy. Wszystko to przeciez nie skutkuje. Ka'ska milczy uparcie, szukajac oczyma wolnego przej'scia, aby czym predzej uciec od meczacych ja propozycji.

Nagle literat zapytuje ja z ironiczna mina:

— A umiesz ty katechizm?

Ka'ska spoglada ze zdziwieniem na mezczyzne. Po co ja ten pan pyta o katechizm? Umie i to umie dokladnie, wyuczyla sie w'sr'od ciszy wiejskiego ko'sciola od ksiedza staruszka; ale po co temu panu ta wiadomo's'c? Co moze mie'c wsp'olnego katechizm z oblepieniem ja glina tak, jak chca ci panowie?

I nagle jak piorun spada na nia zn'ow pytanie:

— Kto cie stworzyl!

— Pan B'og — odpowiada machinalnie Ka'ska z poslusze'nstwem katarynki, kt'ora nakrecaja do odegrania arii.

— Z czego? — pyta dalej literat, mruzac swe czerwone oczy i patrzac na nia przez rzadkie rzesy.

— Z… gliny i tchnal we mnie ducha, a ozywil cialo — recytuje Ka'ska, krecac palce ruchem gnu'snych dzieciak'ow w szkole.

Literat zatrzymuje wspanialym ruchem reki ten potok wyraz'ow.

— A wiec z gliny. A bolalo cie to, jak cie lepil? Bolalo?

Ka'ska siega pamiecia w najodleglejsze wspomnienia swego dzieci'nstwa, ale nie moze sobie przypomnie'c tej chwili. Milczy wiec uparcie.

— A widzisz, idiotko — konkluduje literat. — Nie bolalo cie wtedy, to nie bedzie cie bole'c i teraz.

— I trzy sz'ostki dostaniesz za godzine — przerywa rze'zbiarz, wysuwajac naprz'od swa drobna figurke i kladac rece w puste kieszenie, aby pobrzekawszy kluczykami, zwr'oci'c uwage Ka'ski na d'zwiek niby got'owki przepelniajacej kieszenie jego letniego garnituru. Ka'ska doznaje silnego zawrotu glowy. Jak to? Ten cienki, mlody chlopiec, mialby by'c tak bogatym i madrym jak B'og Ojciec? Ka'ska zgorszona jest takim rzucaniem imienia boskiego. I jaki's niezdrowy, odurzajacy powiew zawraca jej glowe; doznaje dziwnego ci'snienia w piersiach, jakby przestrachu przed czym's nieznanym, czarnym, przed ciemna przestrzenia otwierajaca sie pod jej stopami. Jest jej tak, jakby napila sie zbyt silnego odurzajacego napoju, kt'orego slaba jej glowa znie's'c nie moze.

Mezczy'zni 'smieja sie ciagle. R'ozia, uradowana, ze zazartowano z jej przyjaci'olki, poddaje sie tej wesolo'sci, kt'ora napelnia halasem cale podw'orko.

Ka'ska z coraz wieksza trwoga oglada sie na wp'ol otwarta furtke, pragnac uciec jak najpredzej. Zdaje sie jej, jakby popelniono jaki's wystepek, kt'orego niegodziwo's'c wstrzasa nia do glebi. I zdobywajac sie na energie, porywa sie z miejsca i biegnie ku furtce z rozpaczliwym po'spiechem. Maly rze'zbiarz puszcza sie za nia w pogo'n.

— Ty — krzyczy — jak sie namy'slisz, a nie bedziesz miala co je's'c, przyjd'z do mnie. Wiesz gdzie Politechnika? Nie wiesz? To ten duzy dom bialy, ze schodami, na Zakretarskiej ulicy. No, teraz wiesz?

I dopadlszy ja tuz przy furtce, chwyta wp'ol, dostajac jej ledwie do ramienia. Drobny, szczuply, 'zle wyro'sniety, wyglada jak dziecko wobec tej silnie zbudowanej dziewczyny. Ona czuje to i patrzy na'n z g'ory z jakim's dziwnym u'smiechem.

— Pu's'c mie pan, bo sie 'spiesze…

Ale on nie slucha jej glosu. U'smiecha sie i kolysze swa posta'c, przysuwa sie coraz blizej. Ostry zapach alkoholu wydobywa sie z przy'spieszonym oddechem z jego ust ciagle wilgotnych. Ka'ska pragnie silna reka usuna'c natretnego chlopca. Ale on, placac sila za sile, naglym ruchem porywa jej ramie i 'sciska jak w kleszczach. Drobne, cienkie palce mlodzie'nca otaczaja je z sila stalowych obreczy. Ka'ska zwraca ku niemu swe lagodne, zalzawione oczy.

— Panie! To boli!…

Rze'zbiarz ci'snie w tej chwili ramie dziewczyny z nadzwyczajna rozkosza.

— Panie! To boli!…

I wielkie, ciemne 'zrenice patrza na zaczerwieniona twarz chlopca z wyrzutem bezsilnej, nizszej spolecznie istoty, niemogacej sie broni'c i odplaci'c r'owna miara.

Palce rze'zbiarza rozsuwaja sie z wolna. Puszcza ja i stoi, patrzac na nia, gdy znikla w otwartej furtce i przebiega ulice.

Literat z R'ozia znikneli w glebi zabudowania, wlokac za soba halas zart'ow, dwuznacznik'ow i klaps'ow. Rze'zbiarz stal jeszcze przez chwile na 'srodku podw'orka i spogladal z pewnym zajeciem na belke, o kt'ora oparla sie Ka'ska w chwili jego wej'scia. Tak! Dziewczyna ta byla jedynym modelem do kariatydy, o kt'orej marzyl nieraz, siedzac w knajpie i rysujac sw'oj projekt na zakurzonym stole palcem umaczanym w winie lub piwie. Wszystkie jego posagi powstaly zreszta w ten sam spos'ob. Wystepowaly w'sr'od nocy i dreczyly go w sali kawiarnianej. Wylewal wtedy kieliszek wina na st'ol i rozmawiajac z towarzyszami, rysowal postacie idealnej piekno'sci drzaca troche reka, a mimo to czyste forma, pojeciem i strona duchowa. W krzyku i halasie na p'ol pijanych felietonist'ow, recenzent'ow i aktor'ow stwarzaly sie arcydziela, wygladzaly kontury, u'smiechaly biusty, plaskorze'zby, cale posagi. Z glowa odurzona winem rzucal nieraz slowo cyniczne lub podsuwal projekt dalszej nocnej wedr'owki, ale reka jego kre'slila wciaz te postacie, kt'ore drzemaly senne w glebi jego piersi i rwaly sie na 'swiat, do zycia, do slawy! Byl to talent olbrzymi, idacy za postepem, z kierunkiem bardziej realnym, dazacym prawda do idealu. Nie tworzyl istot nadziemskich, niebywalych, tak doskonalych piekno'scia i wygladzeniem, ze zdaja sie by'c lalkami odlanymi ze stearyny. On bral czlowieka z jego poetycznej strony, ale pozostawial mu chropowato's'c i zagiecia sk'ory, zarost wlos'ow, a czasem niegrecka linie nosa. Wychodzil z zasady, ze natura nie jest macocha, i byl przekonany, ze wla'snie udoskonalenie tego profilu popsuloby harmonie calego ciala.

Pracowal niewiele. Byl biedny, zostawiony samemu sobie, nie kochal nic i nikogo i na wzajem nie byl kochany. Szedl przez zycie puszczony samopas, az oparl sie w knajpie, w tym salonie inteligencji artyst'ow miejscowych. W pierwszej chwili cofnal sie z przerazeniem, a potem przywykl i szedl tam co wiecz'or, a powracal nad ranem, wrzeszczac, halasujac po ulicach, zaczepiajac policjant'ow i dziewczeta, kladac sie w poprzek chodnika niby dotkniety nagla 'smiercia czlowiek i wyprawiajac tysiace podobnych uciesznych zabawek.

Na progu pracowni witaly go biale czyste jego posagi, patrzace ze smutkiem na te twarz mloda, obrzekla, sinawa — na te wlosy miekkie, falujace, pelne slomy, trawy i kurzu — na te rece zablocone, wpakowane z pijackim uporem w kieszenie obszarpanego palta!

I byl ze to ich tw'orca, ten czlowiek, kt'ory przynosil ze soba cuchnacy oddech pomieszanych napoj'ow, trzymajacy sie tak 'zle na nogach, padajacy prawie u ich st'op kamiennych w ostatnim upodleniu? Olbrzymi Herkules siedzacy na skale, nagi, wspanialy, pochylal smutnie dumna glowe, a smukla 'Switezianka, zadumana nad brzegiem rzeki, rumienila sie prawie w blaskach wschodzacego slo'nca. A przeciez wszystkie te biale postacie wyrosly z ciemnej kaluzy rozlanego wina, urodzily sie pod goracym tchnieniem przepedzonej w knajpie nocy. I przeznaczeniem jego bylo schodzi'c najnizej po swoje wzory, projekty, a nawet po modele.

Tu, na tym dziedzi'ncu wyrosla nagle wspaniala kariatyda z szeroko zakre'slonymi liniami, tchnaca zdrowiem i sila. Zostawila w jego pamieci wdzieczne wygiecie ciala, wspanialy tors, pochylony w ksztaltnym skr'oceniu. Pragnalby jednak zobaczy'c ja jeszcze, aby stworzy'c prawdziwy typ kobiety-olbrzymki, bez przesady, bez na'sladowania tych nieksztaltnych posag'ow podpierajacych balkony lub ornamenty kamienic.

Dlatego stoi tak na 'srodku dziedzi'nca i patrzac na 'sciane, rysuje my'sla kontury, wypelnia przestrze'n i wznosi Ka'ske-kariatyde, wspaniala, piekna, silna, o muskularnych, a mimo to kobiecych ramionach.


*


Kuferek Ka'ski, jakkolwiek niewielki, zajmowal znaczna cze's'c izdebki zamieszkanej przez R'ozie i Feliksa. Ka'ska, wyszedlszy z mleczarni, udala sie tam prosto, pragnac zabra'c swoje rzeczy i przenie's'c sie czym predzej. Gdy weszla, zastala Feliksa lezacego wedlug zwyczaju w'sr'od brudnej i porozrzucanej po'scieli, z mina czlowieka, kt'oremu pewno ulokowany kapital przynosi przyzwoity i staly doch'od. Pofaldowana i nieksztaltna twarz tego czlowieka ginela w klebach dymu kabanosa. Niedawno powr'ocil z obiadu, a teraz ze spokojem odprawial sjeste poobiednia. Brudne, szare 'sciany izdebki przesiakle dymem cygar, pooblepiane byly kawalkami kolorowego papieru, wycinkami z zurnalu, anonsami lub zloconymi literami, poodrywanymi widocznie ze sztuk mu'slinu lub tarlatanu. Byla to jedyna praca, kt'orej oddawal sie czasem Feliks. Pomnac na maksyme: utile cum dulci[11], ozdabial 'sciany niezamiatanej izdebki wycinkami ze starych gazet i kolorowymi obrazkami.

— Bedziesz miala po mnie pamiatke — wyrzekl raz do R'ozi, gdy ta gniewala sie za zuzywanie maki na klajster.

Tym zamknal jej usta. Rozstanie — bylo to slowo zbyt straszne, gdy padalo z ust jego. Ona m'owila o nim ciagle, wywolywala nawet w kl'otniach codziennych, ale gdy Feliks wyrzekl co's odnoszacego sie do zmiany w ich pozyciu, martwiala z b'olu i stala przelekniona, jak wobec 'smierci lub choroby nieuleczalnej.

Gdy Ka'ska otworzyla drzwi, Feliks nie podni'osl sie ze swego legowiska. Od dawna zatracil cala galanterie dla dam i uwazal kobiete jako istote nizsza, przeznaczona jedynie dla utrzymywania jego drogocennego zycia. Goraca, duszna atmosfera nieprzewietrzanej nigdy izby uderzyla niemile wchodzaca dziewczyne i przygniotla od razu jej pluca. Pomimo ze nie cierpiala Feliksa, wrodzona jej uprzejmo's'c nakazywala jej by'c grzeczna.

— Dzie'n dobry — wyrzekla, otwierajac sw'oj kuferek i skladajac swe drobiazgi z jak najwieksza uwaga.

Feliks nic nie odpowiedzial, tylko zaczal sie przyglada'c pochylonej dziewczynie. Ka'ska byla stanowczo piekniejsza od R'ozi, a w mleczarni lub w kawiarni mogla przy dobrych checiach przynosi'c korzy's'c podw'ojna. O wiele mlodsza, 'swiezsza, z lagodna sila konia meklemburskiego, przedstawiala sie o wiele korzystniej jako material zarobkowy, z kt'orego mozna by dluzej i wiecej ciagna'c dochod'ow. W milczeniu przezuwal my'sli od dawna w jego glowie powstale.

R'ozia zaczynala sie starze'c. Coraz mniej monety brzeczalo na dnie szufladki. Niedbala, zmeczona i niechetna, tracila poboczne dochodziki za usluge; przy tym z glupim uporem trwala w jakiej's wierno'sci, kt'orej on w gruncie rzeczy nie wymagal i nie pragnal. Dla milo'sci Feliksa odtracala kazde poufalsze zblizenie sie go'sci z mina zadasanej, 'zle wychowanej dziewczyny, a tym samym omijaly ja coraz cze'sciej owe drobne pieniadze „na piwo”, kt'ore w poczatkach ich pozycia wynosily codziennie po kilka gulden'ow. Wtedy zyli przyzwoicie, a dwa listy banku hipotecznego datowaly sie z owych czas'ow, w kt'orych opr'ocz utrzymania Feliksa mogla R'ozia odlozy'c co's na czarna godzine. Wprawdzie nieraz dokola ich mieszkania krazyly postacie rozmaitych mezczyzn, starszych i mlodszych, kt'orzy zagladali z pewna niecierpliwo'scia do bramy i glo'sno kaszlali, spacerujac pod oknami, a R'ozia, najcze'sciej pod pozorem odwiedzenia chorej przyjaci'olki lub ciotki, wybiegala na miasto i wracala dopiero po kilku godzinach — ale Feliks udawal, ze tego wszystkiego nie dostrzega. Udajac sen twardy, widzial wszystko i domy'slal sie prawdy, lecz nie robil zadnych awantur. Po co? Tak bylo lepiej obojgu. Zz'olkla jego maska u'smiechala sie mimo woli, gdy R'ozia z nadzwyczajnym strachem pochylala sie nad nim, aby sie przekona'c, czy nie slyszal, ze powr'ocila o tak p'o'znej porze.

Dla niego mogla powr'oci'c i rano. To mu bylo zupelnie obojetnym. W swej pogardzie dla kobiety nie pojmowal, co to jest szcze'scie wynikle z prze'swiadczenia o wylacznym posiadaniu ukochanej i kochajacej istoty. Wszakze nie przeszkadzalo to pewnemu artystycznemu zmarszczeniu brwi, gdy R'ozia opowiadala o niezmiernie zajmujacej historii obok mieszkajacego szewca, kt'ory zone swoja zlapal na niewierno'sci malze'nskiej.

— Gdyby tak na mnie — m'owil, usilujac wyda'c swoja drobna, zawiedla[12] posta'c — zabilbym psubrata na miejscu.

A R'ozia spuszczala glowe i drzala ze strachu, marzac o morderstwie, krwi, sadach przysieglych, kryminale…

I powoli, z coraz wieksza zacieklo'scia czepiala sie Feliksa, pragnac tylko jego pocalunk'ow i pieszczot. Pozrywala dawne znajomo'sci i zaczela by'c wierna na wielka skale, z uporem kobiety, kt'orej bezgraniczna namietno's'c znalazla wreszcie ukojenie. Przy tym stawala sie coraz wiecej nerwowa, krzykliwa i zawiedla w tym bezustannym dymie cygar i zgniecionej, wilgotnej atmosferze. Nie dbala o nic i nie troszczyla sie nawet o byt materialny.

Feliks, od pewnego czasu znacznie w swoich wydatkach 'scie'sniony, patrzyl na R'ozie z dobrze maskowanym wstretem. Nigdy wszakze nie zrobil jej zadnej wym'owki, tylko klal w czasie jej nieobecno'sci, gdy otwarta szuflada przedstawiala widok niezadowalajacy. Byl on na poz'or wzglednie dobrze wychowanym czlowiekiem i mial pewna delikatno's'c, gdyz otwarte przyznanie sie do wyzyskiwania kobiet mogloby mu popsu'c dalsza kariere. Stosowal sie wiec w milczeniu do pogorszonej sytuacji, ale ogladal sie za czym's lepszym, przynoszacym mu wiekszy doch'od, kt'ory by mu pozwalal zy'c lepiej i jada'c w przyzwoitszych restauracjach. Uwaga jego zwr'ocila sie na… Ka'ske. Kt'oz m'ogl by'c lepszym materialem do wyzyskania jak ta dziewczyna lagodna, cicha, pelna sily, a zarazem bezsilna wobec ostro postawionego zadania? Patrzac na dluga linie jej grzbietu nad kuferkiem pochylonego, Feliks powzial nagle my'sl zuzytkowania dla siebie tej mlodej, zdrowej istoty, kt'ora mogla znie's'c wiele w zaprzegu i nie zuzy'c sie tak latwo jak R'ozia.

— Panna Kasia idzie na spacer? — zapytuje z niezwykla uprzejmo'scia, widzac, ze dziewczyna wydobywa z kufra czysty, bialy kaftanik i odklada go na bok.

— Nie, panie Feliksie, przenosze sie tylko — odpowiada Ka'ska, szukajac pomiedzy bielizna pocerowanych po'nczoch.

— Panna Kasia idzie do sluzby?

— Ide.

Chwila milczenia. Kasia wyszukala po'nczochy, ale z rozpacza dostrzega na jednej niewielka dziure na piecie. Siada wiec na brzegu kuferka i siegnawszy reka, dobywa male pudelko od proszk'ow seidlickich, pelniace funkcje neseserki lub kasetki do rob'ot. W pudelku znajduje troche bawelny, naparstek i duza igle zardzewiala. Wsuwa po'nczoche na lewa reke, a wyciagajac piete na zlozonej pie'sci, rozpoczyna cerowanie. Szyjac, przechyla za kazdym sztychem glowe i zacina usta z wyrazem nadzwyczajnej uwagi. Feliks podwaja uprzejmo's'c i powoli wstaje z po'scieli.

— Po co panna Kasia idzie do sluzby? — pyta, przegladajac sie w malym kieszonkowym lusterku.

— Jak to po co? Azeby nie zdechna'c z glodu — odpowiada Ka'ska, nie podnoszac glowy.

— Panna Kasia jakby zechciala, to by mogla i's'c do jakiej innej, lekciejszej roboty, rondle i szafliki to dla innych, brzydszych…

Ka'ska roze'smiala sie szczerze.

— Niech pan Feliks nie dworuje. Ta c'oz bym robila inakszego?… Trafila sie niezla sluzba… Pani zda sie dobra.

— Oj! One wszystkie niby dobre — m'owi Feliks skrzywiony. — Ale ja znalazlbym co's innego, delikatniejszego, polityczniejszego. Ot na przyklad do mleczarni jak R'ozia albo do kawiarni… He?…

I rzuciwszy projekt, patrzy z uwaga w twarz Ka'ski, aby dostrzec, jakie zrobil wrazenie.

Ka'ska opuszcza nagle reke, na kt'orej trzyma po'nczoche, a druga dlonia pociera ramie. Silne palce rze'zbiarza, zaci'sniete z uporem powyzej jej lokcia, zostawily czerwone pregi bolesne, jakby od skrepowania powrozem. Stara sie wiec u'smierzy'c b'ol za pomoca rozcierania.

— Ja do mleczarni? Zanadto jestem niezgrabna, za brzydka. R'ozia co innego…

Feliks postanawia uderzy'c w strune pr'ozno'sci, a przy tym nie pragnie oszczedza'c swej kochanki.

— Hi, hi, hi! Pewnie, ze R'ozia a panna, to co innego. Panna bo mlodsza i ladniejsza, i zdrowsza… R'ozia przy pannie to jak zduszona cytryna…

Ka'ska doznaje tego samego zdziwienia, jakie ogarnelo ja w kuchni, gdy rozgniewana R'ozia nazywala Feliksa „ananasem”. Teraz on nazywa ja „zduszona cytryna”. C'oz wiaze tych dwoje ludzi, skoro sie nawzajem nienawidza?

I ta sama intonacja glosu pyta:

— Dlaczeg'oz pan z nia siedzisz?

Feliks krzywi waskie usta i szuka przez chwile odpowiedzi.

— Ot, przyzwyczailem sie… taka moja glupia natura.

I ten sie przyzwyczail? Ka'ska wzrusza ramionami i zaczyna cerowa'c po'nczoche. Feliks pragnie widocznie co's doda'c, bo zbliza sie do kuferka, a u'smiech rozja'snia jego twarz obojetna.

— Ale z tym wszystkim m'oglbym z nia sko'nczy'c w kazdej chwili. Zrobila sie z niej taka jedza, ze, jak Boga kocham, nie do wytrzymania. Ja lubie kobiety grzeczne i edukowane. My'slalem, ze ja wytresuje, ale niech ja tam…

Ka'ska slucha ze zdziwieniem tej mowy. On wymaga od R'ozi grzeczno'sci i chce ja tresowa'c!

Feliks przysuwa sie blizej i siada na brzegu kuferka.

— I widzi panna, R'ozia pr'oznuje teraz, nic nie robi. Dawniej to byla iskra nie dziewczyna; teraz ledwo ciagnie za soba nogi. Ja nie lubie kobiet, kt'ore sie wl'ocza po katach i nic nie robia.

Ka'ska mimo woli zatrzymala sw'oj wzrok na dlugich, suchych, bezczynnie zlozonych rekach Feliksa. Na czwartym palcu lewej reki blyszczal kokieteryjnie pier'scionek ozdobiony falszywym brylantem.

Feliks patrzal takze na rece Ka'ski, grube, szerokie, pokryte l'sniaca, czerwona sk'ora, i oboje zajeci byli jedna my'sla — mianowicie obliczali, ile dziennego dochodu mogly da'c ich rece w ciagla puszczone prace. Przy tym wzrok Feliksa obejmowal cala posta'c dziewczyny ze skrupulatna uwaga, ta sama, z jaka sie oglada kamienice, na kt'orej sie chce ulokowa'c sw'oj kapital zaraz po towarzystwie. Widocznie egzamin wypadl na korzy's'c dziewczyny, bo Feliks poprawil krawatke i przychylajac sie z wdziekiem, zaczal troche przyciszonym m'owi'c glosem:

— Ja pannie Kasi powiem… gdyby panna Kasia zechciala, to ja bym sie postaral, aby panna Kasia dostala sie na miejsce R'ozi w mleczarni. To bedzie latwo, bo R'ozia jaka's chuderlawa i coraz bardziej wl'oczy nogami. Ale za to panna Kasia bedzie moja i bedzie ze mna siedzie'c tak, jak teraz R'ozia. Krzywdy nie zrobie, jak Boga kocham, bom uczciwy czlowiek, i zobaczy panna Kasia, jaki ze mnie dobry maz…

I zaczal suchymi, chudymi palcami szuka'c rak dziewczyny, kt'ora siedziala na brzegu kuferka przerazona, doznajac wrazenia, jakby ja nagle obryzgano blotem.

On, biorac milczenie Ka'ski za znak niemego z jej strony zachwytu, ciagnal dalej swe propozycje, zwracajac ku niej swa zz'olkla, zmarszczona twarz pr'ozniaka zeschnietego w bezczynno'sci, trawiacego obca prace z cala bezczelno'scia pasozyta.

Nie — to bylo nadto bolesne. Czym ze zasluzyla na podobne upodlenie? Czego chcieli od niej ci mezczy'zni niedozwalajacy jej zy'c spokojnie? Dzi's po raz trzeci czuje na swej twarzy goracy oddech meski, pomieszany z zapachem cygar i zlego wina. Nie! Stanowczo tego za wiele! Jaki's nieokre'slony smutek przepelnia jej piersi, lzy nabiegaja do oczu i Ka'ska wybucha glo'snym placzem, ocierajac lzy trzymana w reku po'nczocha. Czyz tak bedzie cale zycie? Wiec nigdy nie znajdzie spokoju, nigdy chwili wytchnienia? Czyz wszyscy maja prawo rzuca'c sie na nia dlatego, ze jest biedna sluzaca, zmuszona i's'c z odkryta glowa przez ulice?

Feliks, nie przewidujac lez na zako'nczenie swych 'swietnych propozycji, milknie zmieszany i wstaje z kuferka. Duma jego dotknieta kaze usuna'c sie co predzej; dlatego ze 'zle ukryta zlo'scia chwyta rzucony pod st'ol kapelusz i wychodzi, trzaskajac drzwiami.

— Klucz odda'c str'ozowej! — rozkazuje, stojac we drzwiach; a Ka'ska nie odwraca nawet glowy, tylko placze ciagle, opierajac skro'n o 'sciane. Te lzy sprawiaja jej ulge i przynosza troche spokoju.

Ubogie swe sukienki przewiozla w dorozce razem z po'sciela zawiazana w grube, biale prze'scieradlo.

Dojechawszy przed brame, ogladala sie na pr'ozno za swym nowym znajomym, Janem… Nigdzie go nie bylo — poszedl zapewne na miasto. Ka'ska nie mogla zrozumie'c, dlaczego nieobecno's'c str'oza sprawila jej przykro's'c. Pragnela, aby przyjazna twarz chlopca przywitala ja na wstepie do nowego mieszkania. Nie obawiala sie z jego strony napa'sci, owszem, miala dla'n ufno's'c i pragnela jego opieki. Z pomoca dorozkarza przeniosla kuferek i po'sciel, a sama pani otworzyla jej drzwi kuchenne.

Gdy zaslala ze starych desek pozbijane l'ozko i pokryla je grubym prze'scieradlem, a na 'scianie powiesila rzedem cztery piekne malowane obrazy, u'smiechnela sie w swym ub'ostwie i czula sie zadowolona. Te obrazy byly jej jedynym bogactwem. 'Swieta Tr'ojca z szafirowa kula, przedstawiajaca 'swiat caly, Matka Boska Kochawi'nska, wychylajaca czarna twarz z pozlocistej sukni i 'Swiety Wincenty `a Paulo z dzieciakiem na reku. Czwartym w tej galerii obraz'ow byl Bogumil Dawidson[13] rozparty w purpurowym plaszczu i koronie cezar'ow. Ka'ska, nie znajac bohater'ow sceny, umie'scila tragika pomiedzy obrazami 'swietymi, uwazajac go za co's wysokiego ze wzgledu na czerwony plaszcz i dumna, wyzywajaca poze, z jaka sie rozpieral kolo urny, na kolumnie wysokiej sterczacej.

W kuchni znalazla mn'ostwo 'smieci i kurzu; po katach stosy ko'sci, lupiny od kartofli itd.

Po rozpatrzeniu sie blizszym, zauwazyla brak wielu koniecznych naczy'n, szczotek, zelazek. Z wielka energia rozpoczynala wiec sprzatanie tego kata, w kt'orym odtad zy'c miala. Gdy obmyla podloge, zabrala sie do czyszczenia 'scian, ale tu niewiele pomogly jej dobre checi. Czarne smugi pokryly dawno niebielone 'sciany. Niewielkie okienko wychodzilo na mala boczna galeryjke opatrzona cienka, zelazna porecza, zakrzywiona na rogu i ciagnaca sie w g'ore po szpiczastym dachu nizszego budynku. Okienko to dawalo malo 'swiatla i powietrza. Ka'ska westchnela… Szerokie jej piersi wciagaly od razu wielka ilo's'c powietrza, gdyz inaczej krew ja dusila i zalewala jej glowe.

Nagle drzwi od pokoju otworzyly sie i w nich stanal mezczyzna niemlody, w szlafroku — widocznie pan domu.

Ka'ska wyprostowala sie i podeszla, pragnac w faldach wyszarzanej perskiej tkaniny znale'z'c reke swego chlebodawcy i wycisna'c na niej pelen szacunku pocalunek.

Reka jednak zniknela w zbyt obszernym rekawie, a natomiast z piersi mezczyzny wybiegl cichy zachrypniety glos, podobny do piania koguta.

— C'oz to za nowy tlumok tak halasuje, ze czlowiek my'sle'c nawet nie moze?

Ka'ska, biorac zawsze najgorsze dla siebie, zastosowala tym razem wyraz „tlumok” do swej osoby.

— To ja, prosze wielmoznego pana, Ka'ska.

Chudy mezczyzna skrzywil sie.

— Nowa sluga, hm… hm… gorsza zlodziejka i latawiec niz tamte. No, no, ja sie do ciebie wezme i bedziesz mnie slucha'c. Nie pania, tylko mnie, bo u mnie sluzysz. Rozumiesz, ja place! Pani nic nie ma, to wszystko moje. To moja krwawa praca, kt'ora ona niszczy.

I wstrzasajac dlugim rekawem, pod kt'orym kryla sie zapewne reka, ukazywal Ka'sce te cala swoja wlasno's'c, owoc krwawej pracy: kilka rondli, stary pogrzebacz i szczypce, blaszany samowar, dziurawa konewke, rdza pokryty kociolek i reszte innych grat'ow, nedznych, kryjacych sie po zaciemnionych katach ze wstydem obszarpanych nedzarzy. Czlowiek w brudnym szlafroku wyciagal reke i zakre'slal kolo, m'owiac „to moje” z duma skapca, kt'ory cale lata gromadzi stosy za'sniedzialych monet. Byly to skarby smutne, wlasno's'c, o kt'ora sprzecza'c sie bylo dziwactwem, a przeciez ten maz wydziedziczal z nich zone, wskazujac siebie jako glowe domu i pana w calym tego slowa znaczeniu. Wszystko nalezalo do niego — i to wygasle ognisko, i ta stolnica czerwona jeszcze od miesa, i ten szczerbaty garnuszek, i ten mo'zdzierz bez tluczka, w kt'orym tluczono cukier lub pieprz stara raczka od dzwonka. Tym wspanialym ruchem rekawa obejmowal w posiadanie i nowa sluzaca, kt'ora w niemym podziwie spogladala na te lysa, szpiczasta glowe, obciagnieta z'olta sk'ora, a zapadajaca sie w kilku miejscach w doly okragle i r'owne. Nos dlugi, haczykowaty, zwieszal sie nad waskimi wargami i prawie laczyl z wystajaca broda. Zamilowanie w gderaniu i bezustannym gniewie na siebie i na wszystkich przebijalo sie az nadto widocznie w tej skurczonej, pochylonej postaci, jakby zaczajonej dla rzucenia sie na upatrzona sobie ofiare. Chudy, maly, mial ruchy wariata, machajac ustawicznie rekami i wyginajac dolna warge w wla'sciwy sobie spos'ob.

Ka'ska, mimo calego szacunku dla „pa'nstwa”, nie mogla ukorzy'c sie przed ta figura, migajaca sie w niepewnym blasku przyciemnionej kuchenki.

— Ile ci pani dala zadatku? — pyta czlowiek w szlafroku, zaczajajac sie jakby do skoku.

— Re'nskiego w srebrze — odpowiada Ka'ska.

— Oddaj go!

Ka'ska, przerazona, nie moze przez dlugi czas znale'z'c odpowiedzi.

— Oddaj — powtarza mezczyzna — kto cie tam zna… Moze jeste's B'og wie jaka przywloka… Jutro ukradniesz co i p'ojdziesz, a ja ci mam jeszcze za to placi'c? Ta glupia Julka zawsze tak robi… Szast, prast… pieniadze wyrzuca jakby swa wlasno's'c!… Milosierny Boze! Co to ze mna bedzie… co to bedzie!…

Postapil kilka krok'ow naprz'od.

— Czy to ma by'c wyszorowana podloga? — zapytuje, przysiadajac na ziemi i wlokac za soba sznur dlugi i obszarpany. — To jest tylko brud rozmazany, a wszystkie plamy zaraz jutro wyjda… Popraw to zaraz…

Siedzac na ziemi, rozgladal sie dokola uwaznie, jakby co's obliczal i przypominal sobie.

— Masz tu czterna'scie kawalk'ow drzewa na jutro do obiadu… to ci wystarczy. Naczynie utrzymuj czysto, bo to moja praca i kosztuje mnie niemalo…

Nagle porwal sie z ziemi i rzucil na stojacy na stole samowar.

— Milosierdzie boze! — zawolal, chwytajac samowar przez materie rekawa. — Milosierdzie boze!

I za chwile zniknal z samowarem we drzwiach prowadzacych do pokoju. Ka'ska pozostala sama. Chwile stala nieruchoma, porzadkujac wrazenia, jakie zrobil na niej ten czlowiek dziwaczny. Czekala jego powrotu i powt'ornego rozkazu zwr'ocenia zadatku. Czula, ze sluzba jej bedzie bardzo ciezka, ale nie miala wyboru. W'sr'od kwartalu gdziez znale'z'c mogla lepsza? W najwyzszej trwodze zabrala sie do powt'ornego szorowania podlogi. Oddychala ciezko, pocac sie w'sr'od goraca i w przy'spieszonym ruchu. Pan nie powracal wraz z samowarem, bo zniknal we wnetrzu mieszkania. Ka'ska z ciagla trwoga spogladala na drzwi od pokoju.

Zmrok zapadal z wolna, 'scielac sie ciemnymi smugami po wilgotnej podlodze i pustych katach. Wszystkie przedmioty tonely w ciemno'sciach napelniajacych powoli ciasne wnetrze kuchni. Ka'ska spocona, zmeczona, skurczona w wielka, bezksztaltna mase, szorowala ciagle z jakim's nerwowym uporem, prawie bezmy'slnie.

Na koniec otworzyly sie drzwi, a do kuchni weszla pani, trzymajac w reku samowar. Jej niska, szeroka posta'c zaznaczyla sie w'sr'od cienia niepewnymi liniami. Pani postawila na stole samowar i oparla sie reka o 'sciane, jakby padajac ze znuzenia. Stala tak przez chwile w milczeniu, nie patrzac na Ka'ske, kt'ora w przeciwleglym kacie kuchni kleczala w wodzie. Na koniec, unoszac tren swego szlafroku, postapila pani kilka krok'ow ku okienku, skad padala jeszcze szarawa, jakby popiolem przysypana smuga 'swiatla, i stanela w tej smudze, zwracajac ku Ka'sce swa blada twarz niezdrowej kobiety.

Pragnela widocznie co's przem'owi'c do kleczacej naprzeciw niej dziewczyny, nie wiedziala jednak, od czego zacza'c.

— Bardzo tu bylo brudno — wyrzekla powoli, a glos jej drzal lekko, prawie niedostrzegalnie.

— Tak, prosze wielmoznej pani, ale jako's sie to uladzi — odpowiada Ka'ska, szcze'sliwa, ze jej piekna pani tak uprzejmie do niej przemawia.

— Maz m'oj… to jest pan — poprawila sie — lubi porzadek… trzeba mu dogadza'c… prosze cie o to…

Ka'ska podniosla glowe i zastanowila sie chwile. Jak to? Ta pani prosi ja o wypelnienie obowiazku?

— A teraz mam jeszcze jedno zlecenie — m'owi pani, wahajac sie przez chwile. — Zdajesz sie by'c dobra dziewczyna… Sluz mi wiernie, a nie pozalujesz. Skoro podasz samowar i zobaczysz, ze ja siedze przy stole i biore bulke z koszyka, wr'o'c do kuchni, a po chwili wejd'z z tym listem. Podaj go panu, m'owiac, ze przed chwila poslaniec go przyni'osl. Potem wyjd'z z pokoju i nie przychod'z, az cie zawolam.

I ko'nczac te slowa, wyciagnela pani swa tlusta, biala reke, podajac Ka'sce list zaadresowany duzymi literami.

Jakie's dziwne zaklopotanie ogarnelo obie kobiety. Ka'ska, nie wstajac z kleczek, otarla mokre rece i ujawszy list, wsunela go za kaftanik. Pani nakazywala jej klama'c i oszukiwa'c pana, oddajac mu list z uwaga, ze przyni'osl go wla'snie poslaniec. Ka'ska czula, ze to nie bylo dobrze, i kryla w cieniu pomieszanie, kt'ore ogarnelo ja nagle. Pani, w szarym i przy'cmionym blasku padajacym z okienka, miala w swej bladej twarzy wyraz lekkiego zaklopotania z tego przymusowego tlumaczenia sie przed sluga, kt'ora od kilku godzin zaledwie poznala.

— Czy wiesz, co masz robi'c? Zrozumiala's dobrze?

Ka'ska wie wszystko, co ma zrobi'c, ale nie rozumie dlaczego. Wiedziona wszakze instynktem, nie pyta o nic, nie chcac zawstydza'c jeszcze wiecej tej bladej kobiety, kt'ora stoi przed nia nedzna i przygnieciona prawie swym klamstwem.

— Pamietaj wszakze — odzywa sie pani lagodnym glosem — ze sluzysz przede wszystkim u mnie. Dlatego licze na ciebie i kaze ci milcze'c. Gdyby's wszakze powiedziala cokolwiek panu, wypedze cie, a mnie narazisz na przykro's'c… bardzo wielka.

Glos jej nie mial tonu gro'zby, gdy m'owila „wypedze”. Byl to raczej senny d'zwiek stlumionego lkania, kt'ore zastyglo w tej szerokiej piersi.

Ka'ska poczula nagle wielka lito's'c nad ta kobieta, kt'ora klamala z takim 'zle ukrywanym smutkiem. I ze zwykla u kobiet przeciwko mezczyznom solidarno'scia postanowila pomaga'c, ile jej sil starczy, tej dobrej bladej pani, kt'ora m'owila do niej przychylniej, poczciwiej niz pan liczacy polana i rzucajacy sie na samowar w dzikiej rozpaczy. Ka'ska przeczuciem slugi odgadla w Julii istote bierna, zla gospodynie, kobiete zajeta bardziej czym's poza granicami domu, zyjaca w'sr'od 'scian swego mieszkania jak w hotelu, bez zajecia, bez checi, bez u'smiechu. Opr'ocz tego Julia wydala sie Ka'sce bardzo nieszcze'sliwa i chorowita mimo dobrej tuszy. Gdy Julia m'owila: „narazisz mnie na przykro's'c wielka” — Ka'ske 'scisnelo „pod piersiami”. Ta wielka przykro's'c rysowala sie przed oczami tej wrazliwej dziewczyny jak straszny potw'or zagrazajacy zyciu jej pani. O! Pani moze by'c spokojna. Ka'ska wlasnymi rekami odsuwa'c bedzie te przykro'sci i piersia wlasna zasloni ja przed potworem! I kleczac u st'op Julii, poczciwa dziewczyna za kilka sl'ow lagodniejszym wypowiedzianych tonem sklada w ofierze swej pani bezgraniczne przywiazanie, usta juz chetne do klamstwa i cala swa istote pelna uleglo'sci psa wiernego. W tej ciemnej kuchence zawiazalo sie milczace przymierze przeciwko mezowi i panu, przymierze majace na celu z jednej strony zdrade malze'nska, z drugiej che'c odplacenia 'slepym poslusze'nstwem za dobre slowo. Dwie kobiety niemajace przed chwila jeszcze nic wsp'olnego, laczyly sie wezlem tajemnicy, kt'ora usunela sie za kaftanik Ka'ski w postaci zaklejonego listu. Julia, ulegajac dziwnie sympatycznej powierzchowno'sci Ka'ski, powierzala w jej rece swa przeszlo's'c, przyszlo's'c i tera'zniejszo's'c — nieopatrznie moze, ale kierujac sie instynktem kobiecym. Ta wysoka dziewczyna, tak lagodna, silna, z otwarta i szczera fizjonomia, nie mogla kry'c zdrady w glebi swej istoty. Od pierwszej chwili Julia przeczuwala w tej dziewczynie swego sprzymierze'nca, liczac wreszcie i na przykry charakter meza, kt'ory od pierwszej chwili wywieral na kazdym wstretne wrazenie.

Gdy pani wyszla z kuchni, nakazujac zapali'c lampke, nastawi'c samowar i poda'c filizanki, Ka'ska wstala z podlogi, na kt'orej dotad kleczala, i przez chwile stala z twarza w dloniach ukryta.

Pani, wychodzac, powiedziala: „po'spiesz sie, moje dziecko! — a powiedziala tonem lagodnym, niknacym w'sr'od ciemnej przestrzeni.

— Moje dziecko!

Od 'smierci swej matki Ka'ska nie slyszala tego slowa. Teraz dusza i cialem nalezy do tej dobrej kobiety, kt'orej glos drga jeszcze pod niskim kuchennym sufitem i plynie, napelniajac powietrze mila wonia.

I z lakomstwem dzieciecym upaja sie Ka'ska ta nazwa, tak drobna wobec jej olbrzymiej postaci i szerokich ramion. Zmoczona sp'odnica, ku dolowi obciagnieta, leje ze siebie cale strugi brudnej wody, kt'ora ze szmerem deszczu spada na podloge. Ka'ska stoi w'sr'od ciemno'sci, odurzona slodycza zaslyszanego slowa. Caly ten dzie'n, tak przykry z powodu brutalno'sci mezczyzn, rozwial swa smutna szate w d'zwieku slowa plynacego z ust kobiety.

— Moje dziecko!

To slowo przepelnilo serce Ka'ski rozkosza nieokre'slona i skulo jej silna posta'c nierozerwalnym la'ncuchem poslusze'nstwa. W tej kr'otkiej chwili Ka'ska stracila swa wole i stala sie maszynka w palcach swej pani. Bylo w tej przemianie duzo z uleglo'sci zwierzecia domowego, kt'ore chetniej biegnie do reki przynoszacej mu cukier niz do reki obciazonej batogiem.

Gdy Ka'ska weszla z samowarem do jadalnego pokoju, uderzyl ja na wstepie niezwykly widok. Na wyplatanym krze'sle, przy okraglym stole siedzial pan oblozony mn'ostwem wielkich ksiazek. Z'olta i chuda jak u ko'sciotrupa reka przewracal sinawe kartki od g'ory do dolu zabazgrane, pokre'slone, z kolumnami cyfr na marginesach. Ksiazek tych bylo ze dwana'scie, wszystkie jednej wielko'sci, zniszczone, z pozaginanymi rogami i zrudziala okladka. Lezaly one na ziemi, staly oparte o noge stolu, zajmowaly blat, rozkladaly swe ogromne kwadratowe ciala ubrane w kamlotowa sukienke. Pan, pograzony w jakich's poszukiwaniach, podnosil sie na krzeselku, gdy nie m'ogl wzrokiem do'scigna'c wierzchu karty. U okna siedziala w milczeniu pani z glowa zwr'ocona na zewnatrz pokoju.

Zdawala sie by'c pograzona w my'slach, martwa i nieruchoma. Pok'oj jadalny, niewielki, kwadratowy, z oknem wychodzacym na dziedziniec, byl pusty i 'swiecil nagimi 'scianami pomalowanymi w orzechowe r'oze na tle z'oltym. Niewielki kredens, staruszek, ze spaczonymi drzwiczkami, rysowal sw'oj kontur i z pewna nie'smialo'scia tulil sie do 'sciany. Niska sofa pokryta zniszczona cerata i kilka wyplatanych krzesel stanowily cale umeblowanie pokoju. Przez uchylone drzwi mozna bylo dojrze'c sypialnie o'swiecona blaskiem gasnacej 'swiecy.

Dwa l'ozka jednakowej wielko'sci, pokryte ciemnymi kapami, migaly sie w z'oltawym 'swiatelku. Sypialnia laczyla sie z salonikiem, kt'orego drzwi prowadzily wprost na schody, tak zwane frontowe. Przedpokoju nie bylo.

Gdy Ka'ska wchodzila do jadalni, pan, nie odwracajac nawet glowy i nie odrywajac oczu od ksiazek, m'owil co's do zony, a glos jego, piejacy i chrapliwy, z gluchym 'swistem obijal sie o 'sciany pokoju.

— Znalazlem, jest! O!… Kupiony w roku tysiac osiemset osiemdziesiatym trzecim, dwunastego sierpnia, o godzinie trzeciej po poludniu. Patrz! Zapisany. Samowar blaszany, z galeryjka i kominkiem. Cena re'nski 1 cent'ow osiemdziesiat. Oddany Julii z Weiss'ow Pludowskiej, zonie mojej, i sluzacej Malgorzacie Przybylak. Chod'z! Czytaj sama!… Byl nowy, zupelnie nowy. Tu! Nizej!… Podpisala's sie sama wlasnorecznie. „Samowar zupelnie nowy przyjelam, Julia z Weiss'ow Budowska”. Teraz powiedz, czy to nie twoje pismo? No! Powiedz!…

I drzacymi ze zlo'sci palcami wodzil po zapisanej stronicy, na kt'orej rzeczywi'scie widnial wielkimi literami napis: „Samowar blaszany” itd. Julia nie odpowiadala wcale. Siedziala nieruchoma, spogladajac w ciemna, olbrzymia przestrze'n, rysujaca sie za oknem. Pomimo p'o'znej pory oko moglo jeszcze rozr'ozni'c mury koszar i wysoki nasyp kolejowy, o'swietlony gdzieniegdzie latarnia budnika. Od p'ol i ogrod'ow wialo 'swieze, chlodne powietrze i wpadalo 'smialo do wnetrza pokoju. Na dziedzi'ncu bawila sie gromadka hala'sliwych dzieci, a w przyleglej kamienicy szwargotali Zydzi uzywajacy odpoczynku na drewnianych, spr'ochnialych deskach galerii. Nagle na torze kolejowym zablyslo purpurowe 'swiatlo i rozlegl sie przytlumiony huk, jakby gwar zbuntowanego tlumu. Czerwona gwiazda mknela szybko, siejac tuz przy ziemi z'oltawy blask w klebach bialej pary. Przed oczami Julii przemknal sie pociag kurierski, zlozony z kilku wagon'ow i lokomotywy, i popedzil w gniewnym po'spiechu rozjuszonego zwierza. Huk napelnil maly pokoik i wstrzasnal do glebi postacia chudego czlowieka zatopionego w ksiazkach i poddajacego swa naga czaszke pod jasne 'swiatlo zawieszonej nad stolem lampy.

Julia nie poruszyla sie wcale, tylko po jej bialej twarzy przemknal sie wyraz tajonej zadzy, jakiego's pragnienia budzacego sie codziennie z hukiem przelatujacego pociagu. Nie podr'ozowala ona nigdy. Urodzona i wychowana w mie'scie, je'zdzila raz tylko do Gr'odka, do ciotki meza z wizyta. Byla to rozkoszna podr'oz, szybka, rwaca jej bezkrwiste cialo w jaka's dal niesko'nczona. Odtad spada na nia codziennie ten huk przelatujacego pociagu jak szum przemijajacej burzy i niesie ze soba nieokre'slona tesknote za 'swiatem dla niej nieznanym. Jest to jedyna chwila dnia, w kt'orej dusza tej kobiety rwie sie w kawalki w bezsilnym b'olu, pragnac poruszy'c sie i razem z ta gwiazda czerwona ulecie'c w dal ciemna i pelna tajemnic.

— A teraz… milosierdzie boze!… Sp'ojrz, jak on wyglada! — ciagnie piejacy glos meza wskazujacego z wyrazem bole'sci na ustawiony przez Ka'ske na stole samowar. — Boki pozapadane, galeryjka powykrecana… milosierdzie boze! Milosierdzie boze!

Ka'ska spoglada z niepokojem w strone Julii, ciagle nieruchomej i jakby sennej. Czy pani zapomniala o li'scie? Dlaczego nie zbliza sie do stolu? Dlaczego nie daje um'owionego znaku?

Na koniec Ka'ska odwaza sie przem'owi'c:

— Prosze pani, woda juz sie gotuje.

I odkrywa przykrywke porcelanowego czajnika wyciagajacego swa nadtluczona szyjke spomiedzy dw'och filizanek fajansowych.

— Glupia! — wybucha pan ze zlo'scia. — To do mnie nalezy. Ja zasypuje herbate, bo to moja herbata. Ona tu nic nie ma swego. Rozumiesz? Podaj mi herbate. Jest tam w kredensie, na g'orze, w blaszanej puszce. Wyjmij takze druciany koszyk z bulkami.

I z najwyzsza uwaga wzial odrobine herbaty swymi ko'scistymi palcami i wrzucil ja do czajnika. Potem zamknal szczelnie puszke i kazal wstawi'c do kredensu.

Ka'ska czula, ze jej obecno's'c jest w pokoju zbyteczna, lecz c'oz miala zrobi'c z listem? Czula go ciagle na piersiach, za kazdym ruchem ocieral sie o nia gladka powierzchnia i przypominal jej swa obecno's'c.

Usunela sie cicho do drzwi i stala, 'sledzac z uwaga nieruchoma posta'c pani. Gdy tak stala, przyszla jej my'sl, ze 'zle robi, pomagajac do jakiego's czynu oszuka'nczego. Ten pan byl bez watpienia zlym czlowiekiem, przykrym, gderliwym, ale Ka'sce nie uczynil jeszcze nic zlego. A nawet gdyby ja skrzywdzil, nie powinna przeciez wystepowa'c przeciw niemu… I niepewna, wahajaca sie, pragnac zachowa'c i'scie chlopska neutralno's'c, ci'snie do piersi 'ow list fatalny, ciezacy jej w tej chwili stufuntowym ciezarem.

Tymczasem pan podnosi sie, sklada na ziemi ksiazke i zabiera sie do nalewania herbaty. Czyni to do's'c zrecznie, klekocac chudymi palcami i wybierajac jak najmniejsze kawalki cukru. Stawia jedna filizanke na drugim ko'ncu stolu i uprzejmym gestem zaprasza zone do przyjecia udzialu w tym skromnym posilku.

— Prosze! prosze! Jakkolwiek uczta ta daleka jest od luksusowych biesiad sprawianych w domu mamy dobrodziejki, ale niech pani pozwoli i zaszczyci mnie ubogiego swoja uprzejmo'scia. Daje pani to, na co mnie sta'c. Dobrze, ze moge pani co's ofiarowa'c, bo ze strony pani opr'ocz foch'ow i niszczenia inwentarza tudziez ruchomo'sci, niczego sie nie moge doczeka'c.

Owa wieczorna herbata byla to zwykla pora dnia, w kt'orej wystepowaly na pierwszy plan pretensje tego czlowieka skierowane gl'ownie do zawodu, jakiego doznal, nie dostawszy za zona spodziewanego posagu.

Odsunal on ja od zaje'c domowych, odebral wszelka wladze, wyrzucajac jej ciagle ub'ostwo i czyniac z niej raczej sluge anizeli zone. Ona przyjela swa role z pozornym poslusze'nstwem, ple'sniala w domu, kt'ory nie mial dla niej zadnego uroku, wl'oczyla sie z kata w kat, nie mogac wypelni'c pustki kazdej glupiej i 'zle wychowanej kobiety, kt'ora nie umie znale'z'c rozrywki w sobie samej, w ksiazce i w nabywaniu wiadomo'sci.

Od czasu do czasu chodzila do swej matki, sparalizowanej staruszki, kt'ora dogorywala w skromnym mieszkaniu na Berli'nskiej ulicy. Chodzila tam zwykle sama, bo maz, srodze zagniewany, nie chcial widzie'c „tej starej jedzy, kt'ora go zlapala” — jak zwykl m'owi'c w przystepie dobrego humoru. Julia tedy chodzila sama, odprowadzana zwykle przez sluge, a powracala w kilka godzin jeszcze bledsza i bardzo zmeczona.

Budowski uwazal zone chwilami za rodzaj upiora, kt'ory niszczyl go materialnie.

— Prosze! Bardzo prosze! — ciagnal, odwracajac swa pergaminowa twarz ku siedzacej przy oknie kobiecie. — Moze pani zobaczy przy lampie, co sie tu zrobilo z takim 'slicznym, nowym samowarem.

Julia wstala i zblizyla sie na poz'or machinalnie do stolu. Dziewiata godzina wybila na kt'orym's z miejskich zegar'ow. Przeciagle, niskie d'zwieki dolatywaly przez otwarte okno i ginely przygniecione niskim sufitem. Stojaca przy drzwiach Ka'ska policzyla uderzenia. Pani siadla przy stole i zaczela spokojnie pi'c czysta herbate z ruchami woskowego manekina.

Budowski 'sledzil ja niespokojnym wejrzeniem. To wieczne jej milczenie, trupia nieledwie obojetno's'c draznily go niewypowiedzianie. Od chwili 'slubu byla wiecznie milczaca, spokojna, bez 'sladu jakiegokolwiek wzruszenia na bladej, szerokiej twarzy. P'o'zniej, gdy ja dreczyl moralnie, nie oburzala sie nigdy. Nieraz mial ochote uderzy'c ja dla przekonania sie, czy nie wybuchnie gniewem. I teraz siedzi spokojna, obracajac ku niemu twarz woskowej lalki, otoczona z'oltymi, kreconymi wlosami.

— I dzi's rozporzadzila's sie sama bez mojej wiedzy — m'owi pan, dzwoniac gwaltownie lyzeczka o filizanke. — Przyjela's nowa sluge, jakiego's grenadiera, i dala's zadatek. To moze zlodziejka!

Wyraz ten „zlodziejka” rozlegl sie jak skrzyp ostrego narzedzia na gladkiej porcelanie. Ka'ska mimowolnym ruchem porwala sie za glowe.

Ale ruch Julii przerwal jej przykre wrazenie. Machinalnie, na poz'or bezmy'slnie, wyciagnela pani reke i wziela jedna buleczke z drucianego koszyka. Zrobila to ze zwyklym spokojem.

Ka'ska drgnela lekko, ale mimo to zostala na miejscu. Tylko rece opadly jej z wyrazem zniechecenia, jak u czlowieka stojacego w'sr'od dr'og rozstajnych i poplatanych. Julia podniosla na nia swe wielkie, bezbarwne 'zrenice. Zdawala sie dopiero teraz spostrzega'c sluzaca i dziwi'c sie jej obecno'sci.

— Wyjd'z, moje dziecko.

Powiedziala te slowa jeszcze lagodniej, jak przed chwila w kuchni. Byl to rozkaz, a zarazem goraca pro'sba o wykonanie powzietego planu. Wobec tego glosu Ka'ska uczula sie bezsilna. Julia, nie wiedzac o tym, magnetyzowala ja swoja slodycza. Ka'ska wyszla z pokoju z wyrazem zupelnej abdykacji. W kuchni wyjela list, a przezegnawszy sie poboznie i westchnawszy w kierunku 'swietych i tragika, powr'ocila do pokoju.

Budowski nalewal wla'snie druga filizanke herbaty, gdy Ka'ska stanela z wyciagnieta reka u stolu.

— Prosze pana… list… — przem'owila cichym, stlumionym glosem.

Budowski rzucil sie.

— Co, jaki list? Od kogo?

Chwycil podany papier i rozerwal koperte.

Julia milczala ciagle, jedzac bulke i patrzac bezmy'slnie przed siebie.

Ka'ska szcze'sliwa, ze ominelo straszne dla niej zapytanie: „kto przyni'osl”, skierowala sie ku drzwiom w zamiarze opuszczenia pokoju.

— Czekaj! — zawolal Budowski. — Bedziesz potrzebna! Masz! — dodal, zwracajac sie do zony. — To od twej matki. Nie moge przeczyta'c tych kulfon'ow. Czeg'oz zn'ow chce ta… stara?

Ostatni wyraz wym'owil z nietajonym wstretem. Julia wyciagnela powoli reke, wziela list i zaczela czyta'c. Budowski usiadl na swym fotelu, zirytowany z powodu tego nieksztaltnego pisma, pochodzacego od kobiety, kt'ora wedlug jego wyobrazenia lezala na pieniadzach, ale pozby'c sie ich nawet dla c'orki nie chciala. I przez to uparte przekonanie o posiadanych przez matke Julii skarbach pozwalal zonie odwiedza'c matke, sadzac, ze wreszcie rozczulona wynagrodzi c'orce, a zarazem i jemu 'ow zaw'od pod wzgledem posagu, na kt'ory liczyl, idac do oltarza. Ale nadzieja otrzymania czegokolwiek nie lagodzila gniewu, jakim wybuchl na widok tych nieksztaltnych liter, kt'ore biedna staruszka kre'slila wolna od paralizu prawa reka, a w kt'orych zawsze wzywala swa c'orke do siebie.

— Kto przyni'osl ten list? — zapytal nagle, zwracajac sie do Ka'ski.

Ka'ska milczala. Dla milo'sci swej pani zrobila wiele, ale ciezko jej bylo uslysze'c sw'oj wlasny glos rozlegajacy sie klamstwem w'sr'od tej ciszy. Zwr'ocila wiec blagalne spojrzenie na Julie, kt'ora zdawala sie z trudno'scia odczytywa'c nieksztaltne i drzace pismo listu.

Wypadek przyszedl jej z pomoca. Samowar, pozbawiony wody, syczal jaka's prawie 'spiewna game i zdawal sie skarzy'c na ogie'n przepalajacy jego blaszane cialo.

Budowski powstal gwaltownie z krzesla.

— Zatyczka! — wolal. — Milosierdzie boze! Zatyczka!… bo sie rozlutuje.

Ka'ska pobiegla do kuchni i przyniosla za chwile zadany przedmiot. Tymczasem Julia przeczytala list i polozyla kolo filizanki. Z niewzruszonym spokojem pila dalej zimna juz prawie herbate, patrzac w przestrze'n metnymi oczyma.

— Ty! — rzekl Budowski za chwile do Ka'ski — Ubierz sie, bo odprowadzisz pania — dodal, odzyskujac na chwile silniejszy, grubszy glos.

Do zony nie powiedzial ani slowa, ale ona wiedziala, ze moze p'oj's'c do matki. Nie 'spieszac sie, wstala powoli, jak osoba wybierajaca sie na spacer i weszla do sypialni. Przedtem jednak wziela ze stolu list matki, a znalazlszy sie w pokoju sypialnym, schowala go z po'spiechem w male pudelko od pigulek, kt'ore wlozyla do komody pomiedzy bielizne, a potem zaczela sie ubiera'c. Niewiele dbala o swa powierzchowno's'c, wyjmowala bowiem suknie po ciemku i wkladala je na siebie. Za chwile byla gotowa. Bez rekawiczek, w pantoflach, nieuczesana, w dlugiej, ciemnej rotundzie przesunela sie szybko przez jadalnie, nie spogladajac nawet na meza zatopionego zn'ow w ksiegach rachunkowych.

— A wracaj predko! — zawolal starzec. — Jezeli juz umarla, to nie masz tam juz co robi'c. — Pozamykaj tylko wszystko i zabierz klucze ze soba.

Gdy obie kobiety wydostaly sie na ulice, odetchnely swobodniej. Wp'ol do dziesiatej zadzwonilo nad miastem. Byl to piatek, dlatego ciszej i przestronniej bylo na chodnikach. O'swiecony wagon tramwajowy przesuwal sie z brzekiem dzwonka, przedstawiajac puste wnetrze, w kt'orym drzemal jasno ubrany konduktor.

Puste dorozki wracaly od kolei, turkoczac hala'sliwie po nier'ownym bruku. W oknach dom'ow plonely mdle 'swiatla przy'cmione faldami firanek, gdzieniegdzie tylko plonely blaskiem szabasowej iluminacji.

Julia zaczela szybko biec ku miastu. Ruchem reki kazala Ka'sce i's'c tuz obok siebie. Nie m'owila nic, oddychala ciezko, widocznie sie 'spieszyla…

Mijajac latarnie, Ka'ska kilkakrotnie spojrzala na twarz swej pani i mimo woli zdziwila sie, widzac ja tak zmieniona, drzaca, z brwiami 'sciagnietymi i wzrokiem w glab ulicy wytezonym. Zapewne matka musiala by'c bardzo chora, a biedna pani jest niespokojna. Ka'ske ogarnelo wielkie rozrzewnienie. M'oj Boze! Ona miala takze matke i kochala ja bardzo!

Matula chorowala i Ka'ska nieraz biegla z fabryki niespokojna, drzaca na wie's'c o pogorszeniu sie choroby matki. A ten smutny wiecz'or, gdy zastala juz trupa na po'scieli! Mily Boze! Jakze wtedy bolalo ja serce! Jak gorzko plakala na ten widok swej zimnej, martwej matuli!

Gdyby tez ta dobra pani miala zasta'c takze tylko trupa! To byloby okropne.

Nagle Julia przecina ulice w poprzek.

Kolo ko'sciola stoi zamknieta dorozka, a przy niej chodzi jaki's mezczyzna wysoki, o zgrabnej postaci. Zapalony papieros o'swietla chwilami niebrzydka jego twarz ginaca w cieniu jak fantastyczne zjawisko. Fiakier drzemie na ko'zle, wyczekujac z filozoficzna obojetno'scia, kiedy mu kaza ruszy'c. Siwy, chudy ko'n z pokurczonymi kolanami spu'scil glowe z zupelnym poddaniem sie losowi. Caly ten ekwipaz, zamkniety, czarny, brzydki, ma podobie'nstwo do ubogiego karawanu, stojacego przed drzwiami ko'sciola.

Julia podchodzi szybko do mezczyzny czekajacego przy drzwiczkach powozu. On podaje jej reke, rzuca papierosa i przygniata go noga. Julia opiera sie chwile o zewnetrzna 'sciane dorozki, zmeczona tym szybkim chodem i odurzona 'swiezym powietrzem.

— Czekam juz p'ol godziny — m'owi mezczyzna z lekka wym'owka w glosie.

— Nie moglam predzej… wiesz, jak mi trudno — tlumaczy sie kobieta, oddychajac ciezko.

Nagle przypomina sobie Ka'ske, kt'ora stoi w cieniu i patrzy na swa pania o'swietlona z'oltym plomieniem plynacym z dorozkarskiej latarni. Trzeba bylo co's zrobi'c z ta dziewczyna; wola ja wiec i szybko, urywanym glosem, daje Ka'sce nastepujaca instrukcje:

— Nie wracaj zaraz do domu. Za p'ol godziny mozesz wej's'c do kuchni, a gdy pan zapyta sie, czy mnie odprowadzila's, powiedz, ze na ulice Berli'nska. Potem… klad'z sie spa'c, ale zostaw drzwi wchodowe[14] otwarte. Odsuniesz rygle, gdy pan za'snie. Czy mnie zrozumiala's?

Ka'ska milczy, widzac, ze wpada bezwiednie w coraz gorszy labirynt klamstw ciagnacych sie za soba jak paciorki na sznurku. Julia wsiada do dorozki, a za nia 'ow mezczyzna, co czekal na nia od „p'ol godziny”. Julia wychyla sie jeszcze.

— Zr'ob wszystko, jak cie prosze — dodaje, glaszczac policzki dziewczyny, u'smiechajacej sie mimowolnie pod ta pieszczota.

Wo'znica rusza z miejsca, zbudzony glosem Julii, kt'ora zawolala:

— Jed'z za rogatke Zamarstynowska.

Dorozka oddalala sie wolno, kolyszac swe czarne pudlo i utykajac co chwila na wystajacych kamieniach. Ka'ska kieruje sie ku domowi z glowa odurzona, z sercem dziwnie 'sci'snietym. Pani kazala jecha'c za rogatke, a matka pani widocznie mieszka na Berli'nskiej, bo tak pani przykazala m'owi'c. Po c'oz pani pojechala zamknietym fiakrem z tym panem, kt'ory sie gniewa, ze czeka zbyt dlugo?… Pani m'owi do niego „ty” i ma twarz tak rozja'sniona i szcze'sliwa, gdy dotyka sie jego reki… Nie jest to przeciez brat pani, bo przyszedlby wprost do domu, a nie czekalby po nocy i nie uwozil pani za rogatke.

— A wiec to jest jej… kochanek! — m'owi Ka'ska do siebie pod nosem. I mimo chlodu nocy, goracy war przebiega czlonki dziewczyny.

Pojechali sami, we dwoje, w tym zamknietym, jak piwnica ciemnym powozie!… Pojechali daleko!…

Z dziwnym uporem powraca ciagle my'sla do tego fiakra, kolyszacego sie w'sr'od ciemnych ulic przedmie'scia. I ona to pomogla do tej schadzki, przyprowadzila pania az do drzwiczek powozu… To 'zle, bardzo 'zle. To grzech ciezki, skoro kobieta zamezna ma kochanka… Cze's'c winy spada na nia… Czuje to dobrze, i smutna, zgnebiona idzie ulica, ciagle potracana i popychana przez przechodni'ow.

A matka pani?

M'oj Boze! Biedna chora staruszka!

I Ka'sce zdaje sie, ze w turkocie k'ol niknacego fiakra slyszy jek sparalizowanej kobiety, bezsenna dreczonej noca. Gdyby wiedziala, gdzie mieszka, poszlaby zobaczy'c, czy sie na co nie przyda. Wie tylko, ze to na ulicy Berli'nskiej.

I powoli staje przed brama kamienicy. Tu namy'sla sie chwile. Pani kazala powr'oci'c dopiero za p'ol godziny. Poczeka wiec przed brama, a potem wsunie sie cichutko do kuchni, aby unikna'c pyta'n ze strony pana. Kto wie… moze jej sie uda. Staje wiec przed brama, opierajac sie o 'sciane framugi w glab kamienicy wsunietej.

Z przeciwnego kata podni'osl sie kto's i przysunal do Ka'ski. Przy 'swietle latarni o kilka krok'ow plonacej dziewczyna poznala Jana. Goracy rumieniec oblal jej policzki. Co sobie pomy'sli o niej, widzac ja stojaca wieczorem przed brama? Jakiez 'swiadectwo daje sama o sobie, pr'oznujac zaraz pierwszego wieczoru po objeciu nowego obowiazku? I czuje w tej chwili gleboki zal do pani narazajacej ja na utrate dobrej opinii w oczach Jana. Jan pomy'sli sobie, ze to „latawiec” i bedzie mial sluszno's'c zupelna. Tlumaczy'c sie i uniewinnia'c nie moze — zdradzilaby zaufanie pani i narazilaby ja na przykro's'c wielka. Musi wiec milcze'c i znosi'c dwuznaczny u'smieszek, z jakim Jan zblizyl sie do niej.

— Panna Kasia tak w samotnika?… A moze czeka na… „do pary”? — zapytuje, poprawiajac z pewna kokieteria swa wytarta kurtke. Zdjal juz fartuch, a w 'swietle latarni polyskuje jego twarz wymyta i czupryna wypomadowana. Nie lubi czapki, woli sobie przewietrza'c czaszke w tym chlodzie wieczornym. Powiada, ze mu my'sli wyparuja, a jutro rano bedzie mial glowe „frei”. „Glowa nie od parady” — dodaje, stukajac palcem w czolo. — Siedzi sobie przed brama „w samotnika” przynajmniej dzi's — m'owi znaczaco, z u'smiechem mezczyzny majacego szcze'scie do kobiet. Chce, aby Ka'ska miala go za pogromce serc niewie'scich i pragnie podbi'c ja moralnie. Ona usuwa sie, bardzo przybita tym niefortunnym spotkaniem, czujac falszywa pozycje, jaka zajmuje wzgledem tego chlopca.

— A panna Kasia zakochana? — zapytuje nagle Jan, wysuwajac naprz'od noge w spos'ob do's'c rezolutny.

Ka'ska wybuchla mimo woli glo'snym 'smiechem.

— Ja? A to po jaka biede?

I 'smieje sie ciagle, pomimo zmartwienia. Ona zakochana! W kim? Musialaby pozna'c przedtem dobrze takiego czlowieka, zanim wlazlby jej w glowe. Zreszta nie miala czasu, od dziecka bowiem pracowala ciezko, a po 'smierci matki dogladala dw'och malych siostrzyczek. Na „kochanie” trzeba duzo wolnego czasu, cho'cby wolnej niedzieli, a w pracy nie my'sli sie o glupstwach.

Jan nie wierzy i dziwnie kreci glowa. Jak to? Wiec ta duza dziewczyna nie miala jeszcze kochanka? Nie miala kaprala w szafirowej kurtce? Ani ulana? To by'c nie moze! W kole, w jakim sie obracal, podobny wypadek bylby niemozliwy. Je'sli Kasia istotnie dobrze sie prowadzi, to rzecz nadzwyczajna. Kiedy's na placu Goluchowskim w pl'ociennej budzie pokazywano dziwo natury — ciele o trzech nogach. I ta dziewczyna zasluguje — wedlug pojecia Jana — aby ja wsadzi'c w pl'ocienna bude i pokazywa'c za pieniadze.

Ha! Moze… kto wie! — Jednak niewiara przemaga i Jan z ironicznym u'smiechem ryzykuje bardzo dowcipna alegorie, kt'ora zaslyszal w bardzo dystyngowanej bawarii[15] i przyswoil sobie do odpowiedniego uzytku.

— Wie panna Kasia co, okret z glupimi zatopil sie! A gadaja, co nikt sie nie uratowal…

I dumny z konceptu, patrzy prosto w twarz dziewczyny, 'sledzac, jakie zrobil wrazenie.

Ka'ska pozostaje nieczula na aluzje z tej prostej przyczyny, ze nie moze jej zrozumie'c. Okret z glupimi zatonal? C'oz to znaczy? Ona nie wie nawet, co to jest „okret”.

Czuje jednak instynktowo[16], ze Jan jej nie wierzy i ta niewiara dotyka ja bole'snie. Ka'ska jako porzadna dziewczyna dba o cze's'c swoja; przy tym dobra opinia Jana obchodzi ja nad wszelki wyraz. Poznala go dzi's dopiero, ale pragnelaby, aby patrzyl na nia nie jak na latawca lub na pierwsza lepsza dziewczyne.

— Moze pan Jan pokpiwa'c — tlumaczy wolno, patrzac na wierzcholki drzew, wystajace spoza muru klasztornego. — Moze pan dworowa'c, ale co prawda, to prawda. Nie my'slalam o glupstwach, bo czasu nie bylo, a potem…

Tu urwala, nie chcac wyda'c sie przed Janem ze swoim marzeniem. Pragnela z czasem wyj's'c za maz uczciwie, po bozemu, za porzadnego rzemie'slnika. Czysta, widna izba, wypoczynek niedzielny, lagodny maz, nazwa mezatki, a przy tym ta bloga pewno's'c posiadania wlasnego kacika — oto byl cel marze'n Ka'ski. Nie chciala wszakze, aby Jan wiedzial o tym, i dlatego zamilkla nagle, nie ko'nczac zdania rozpoczetego. On wszakze domy'slil sie jej daze'n tajemnych, bo przechylajac glowe i mruzac figlarnie oczy, zapytal:

— Aha! To panna Kasia chce sie wyda'c? Oj! joj!… co to rarytas i's'c za maz! To nie warto!…

Ka'ska podniosla glowe i spojrzala w twarz szydzacego z niej Jana.

— Dlaczego nie warto? Przeciek lepiej by'c na swoim, jak cale zycie na drugich harowa'c — dodaje z ozywieniem.

Jan machnal reka.

— Abo to na meza harowa'c nie trzeba? Chlop zawsze chce, aby baba na niego robila. Taka juz u niego kundycja. A jeszcze jak bez ko'sci'ol panna Ka'ska go przewiedzie, to juz po wszystkiemu. We'znie panne za leb i panna ani pi'snie.

Ka'ska spojrzala w oczy Jana, a oczy te migotaly jako's dziwnie w z'oltym 'swietle latarni.

— Ha! Wszy'ckie tak robia. Tyle wydanych chodzi po 'swiecie — rzekla z rezygnacja.

— Dlatego, ze jedna durna, to i reszta ma zdurnie'c? — wybuchnal Jan z rodzajem dziwnego gniewu. — Na co wiaza'c sie na przepadle, czy nie lepiej na wiare? Mozna sie pu'sci'c, kiedy czlowiek chce, a nie tak przez cale zycie sie kl'oci'c.

Ka'ska odsunela sie z wolna.

— Pan Jan przekpiwa? A gdziez kt'ora porzadna dziewczyna siedzi na wiare?

Jan spojrzal na nia z wyrazem niewyslowionej pogardy. Wydala mu sie w tej chwili 'smieszna i glupia. On byl tak dumny ze swych quasi postepowych idei pochwytanych w szynkowniach lub podsluchanych z rozm'ow student'ow, kt'orym dawniej poslugiwal, ze roztaczal szeroko te nadzwyczajne przekonania, druzgoczac kazdego, kto sie im sprzeciwial. Dlatego nie uznal za stosowne ko'nczy'c rozpoczetej rozmowy. Pomylil sie widocznie — to nie byla dla niego dziewczyna. Chce sie wyda'c za maz i udaje 'swietoszke. On tam zeni'c sie z nia nie bedzie!

I z nadzwyczajnym lekcewazeniem poczal gwizda'c popularna piosenke: „Kochaly sie dwie Marysie…”, dajac do poznania, ze cala rozmowa ma by'c uwazana jako przerwana.

Ka'ska stala chwilke, czujac sie dziwnie uci'sniona i zawstydzona. Dlaczego przestal z nia nagle rozmawia'c i spogladajac, wykrzywil tak dziwnie usta? Przeciez nie powiedziala nic zlego, co by go moglo obrazi'c. Owszem, starala sie m'owi'c ladnie i dobierala wyraz'ow, aby sie nie wyda'c prosta, ordynarna dziewczyna. Dziesiata godzina wybila na ratuszowym zegarze. Jeczac, przelecialy niskie, dono'sne tony i spadly na dachy sennych dom'ow. Coraz mniej przechodni'ow snulo sie po chodnikach, ale za to wiele dorozek pedzilo z halasem w strone kolei. Co chwila na zakrecie ulicy pojawialy sie jasne punkty, jak oczy olbrzymiego zwierza, i zdawaly sie mruga'c, stajac sie wiekszymi lub mniejszymi, stosownie do ruchu dorozki. Ka'ska 'sledzila te 'swiatelka, sadzac, ze kt'orekolwiek zatrzyma sie przed brama, ze z powozu wysiadzie jej pani i wejda razem na g'ore. Byloby to dla niej wielka ulga, bo pragnela unikna'c zapyta'n pana, na kt'ore inaczej — jak klamiac — odpowiedzie'c nie mogla. Dorozki jednak przelatywaly i ginely w ciemno'sci, goniac sie wzajemnie.

Za chwile zajeczalo zn'ow w powietrzu. To wiecznie niezgodny zegar pauli'nskiego ko'sciola zdawal sie sp'o'znionym echem powtarza'c przed chwila z ratusza obwieszczona godzine. Jan przestal gwizda'c i poruszyl sie wreszcie. Nadeszla pora zamkniecia bramy, a Jan lubil przestrzega'c tej chwili z dziwna dokladno'scia. Widzac wszakze nieruchomo stojaca Ka'ske, uznal za stosowne zainterpelowa'c ja, dokad tak sta'c zamierza.

— Jezeli panna czeka na kogo — wyrzekl z przekasem — to niech panna sie odsunie ode drzwi, bo ja musze zamkna'c brame. Jak 'slubny przyjdzie, a panna sie z nim ugada, to panna zadzwoni, a mnie szpere zaplaci…

Wiedzial, ze jej sprawi przykro's'c tymi slowami, i uczynil to umy'slnie. Czekal odpowiedzi, spodziewajac sie, ze rozgniewana dziewczyna obrzuci go potokiem obelg lub co najmniej odetnie sie porzadnie.

Ka'ska wszakze postapila inaczej. Oderwala sie z wolna od ciemnej listwy przecinajacej brame i nie skinawszy nawet glowa, zniknela w ciemnym wnetrzu sieni. Gdy sie znalazla na schodach, stanela na chwilke, opierajac sie o porecz. „Najlepiej zrobie, nie rozmawiajac z nim” — pomy'slala, nie chcac sie przyzna'c przed soba do wielkiej przykro'sci, jaka jej sprawily zarty Jana. Kazal jej czeka'c przed brama na „'slubnego”. Zapewne — mial racje. Kt'oraz porzadna dziewczyna staje przed brama o tak sp'o'znionej porze? Byloz to jej wina? Gdyby nie pani, siedzialaby teraz spokojnie w kuchni, porzadkujac naczynia. Ale on nie powinien byl wy'smiewa'c sie, znajac ja tak malo. Idac po schodach, postanowila unika'c wszelkiej z nim rozmowy. Je'sli ja pierwszy zaczepi, odpowie mu skinieniem glowy. Spoufalil sie zaraz pierwszego dnia, a ona tego nie lubi.

Gdy weszla do kuchni, zastala pana domu siedzacego na 'srodku z karteczka w reku. Na jej widok porwal sie z krzesla, lecz po chwili zn'ow usiadl. Mdle 'swiatelko lampki naftowej o'swiecalo z'olto's'c sk'ory, kt'ora czaszka jego byla obciagnieta.

— Jeste's wreszcie — zasyczal ze zlo'scia. — My'slalem, ze's utonela albo ze cie policja zlapala. Czy wiesz, co ma by'c jutro na obiad? Ale co ty umiesz gotowa'c? Ty pewnie wydasz tylko na pr'ozno pieniadze i wszystko popsujesz. Milosierdzie boze! Milosierdzie boze!…

Utyskujac ciagle, wydal nareszcie rozporzadzenie obiadu, obliczyl ilo's'c funt'ow miesa, maki, a nawet galazek pietruszki. M'owil predko, syczac i kaszlac co chwila. Ka'ska stala przed nim prawie przerazona.

Nie grzeszyla nigdy nadzwyczajna pamiecia, dlatego z trudno'scia przychodzilo jej zapamieta'c drobne artykuly, kt'ore pan wyliczal.

Pinkusowa Lewi powtarzala zwykle kazde slowo, przeciagajac na ostatniej zglosce, a ta nieprawidlowo's'c wymowy wpajala sie wla'snie w malo rozwiniety umysl Ka'ski, pozostawiajac wydawane rozporzadzenia w pamieci dziewczyny jak zgrzytliwe pociagniecie 'zle zatemperowanego ol'owka. Gdy Ka'ska zapomniala, jaka ilo's'c pietruszki lub ile 'smietanki miala przynie's'c z miasta, pytala bez ceremonii Zyd'owke; bo cho'c to byla jej „pani” — a serwilizm w Ka'sce byl gleboko zakorzeniony — to przeciez tak naturalny w naszym ludzie antysemityzm bral g'ore i rozumowanie Ka'ski, ze „co Zyd'owka, to Zyd'owka”, dozwalalo jej wiekszej poufalo'sci wzgledem swej chlebodawczyni.

Dzi's przeciwnie — ten pan wydajacy rozkazy i dzierzacy wladze nad garnkami i rondlami byl dla niej zjawiskiem zupelnie nowym, rzec mozna, przygniatajacym. Dotychczas Ka'ska odbierala zwykle dyspozycje z ust pani. Mezczyzna w tym zyciu we dwoje przybiera wiecej charakter go'scia w domu, o kt'orego wygodach, pozywieniu, bieli'znie my'sle'c nalezy. Dlatego „pan” w oczach Ka'ski byl jaka's istota wyzsza, osia, okolo kt'orej krecily sie wszystkie drobne czynno'sci wchodzace w zakres gospodarstwa kobiecego. Gdy wchodzila do pokoju, gdzie najcze'sciej przebywal pan Pinkus Lewi, cho'c to byl Zyd i to 'swiezo w surdut przebrany, czula dziwna trwoge, a spojrzenie zielonawych oczu Pinkusa palilo ja jak rozpalone zelazko. „Pan” byl dla niej istota gromowladna, kt'ora mogla biedna Ka'ske w proch zetrze'c, na policje odda'c albo nawet wybi'c.

Z pania bylo jej o wiele swobodniej; uwazala ja jako niewolnice podlegla kaprysom meza, taka jak ona sama, tylko lepiej ubrana i nieplatna miesiecznie. Dlatego Ka'ska zaniedbywala nieraz pania dla pana i czesto pani Lewi jadala na wyszczerbionych talerzach i 'zle wyczyszczonymi widelcami.

Tak bylo „u Zyd'ow”. U pa'nstwa Budowskich porzadek zmienil sie zupelnie i Ka'ska mniej by sie zdziwila, gdyby wyszedlszy z konewka po wode, przekonala sie nagle o zmianie zaszlej w systemie slonecznym, niz widokiem tego zeschlego, owinietego w zniszczony szlafrok czlowieka, kt'ory siedzac na 'srodku kuchenki, wyliczal skrzeczacym glosem:

— Maki p'ol funta, grysiku za pie'c… — Slowa te padaly ze 'swistem i suchym loskotem, napelniajac ciasne wnetrze kuchenki nedza groszowej oszczedno'sci, kt'ora niesie ze soba wo'n tlustych potraw smazonych na przepalonych patelniach lub duszonych w nadszczerbionych rynkach. Budowski z systematyczno'scia urzednika wyliczal wszelkie przyprawy do dysponowanego na jutro obiadu, okre'slajac zaraz i kwote pieniezna, jaka na najdrobniejsze przeznaczal kupno. Ten grad cyfr drobnych, centowych, spadal na glowe Ka'ski i przygniatal jej umysl ilo'scia liczb, oslabiajac wyobrazenie, jakie do tej chwili w glebi swej duszy dla „pan'ow” zywila. Czula, ze od tej chwili winna zdawa'c sprawe ze swych czynno'sci temu mezczy'znie, kt'ory r'ownocze'snie jednoczyl w sobie zapobiegliwo's'c skrzetnej gospodyni i wladze pana domu. Dlatego stala niepewna i wahajaca, wpatrzona z rodzajem uporu w 'swiatelka migocace sie na lysej, zz'olkla sk'ora obciagnietej czaszce m'owiacego do niej czlowieka. 'Swiatelka te niepokoily ja, odrywaly jej uwage i blyszczac na tle brudnej 'sciany, zdawaly sie powieksza'c lub zmniejsza'c, stosownie do poruszenia Budowskiego. Ten „pan”, rysujacy sie chudymi liniami pod zniszczona tkanina szlafroka i wyliczajacy ilo's'c burak'ow, byl dla niej czym's zupelnie niezwyklym — zjawiskiem prawdziwie nadnaturalnym. Stala wiec przed nim w postawie pelnej uszanowania, ale niezmiernie zdziwiona, prawie przerazona.

Nagle powstal Budowski i skierowal sie ku pokojowi jadalnemu.

— Chod'z! Podpisz inwentarz — przem'owil tonem niezmiernie uroczystym, prowadzac Ka'ske do stolu, na kt'orym w bialym 'swietle lampy widziala jedna z czarnych ksiazek. — Podpisz, co przyjmujesz i w jakim stanie, a niech cie milosierdzie boze strzeze od nadwerezenia lub uszkodzenia czegokolwiek.

I z uporem maniaka rozpoczal czytanie nazw sprzet'ow kuchennych, kt'ore mialy sie znajdowa'c w kuchni. Rynki, garnki, rondle, tasaki, sitka, durszlaki, wszystko to plynelo z ust Budowskiego, pyszniacego sie prawie tym dziwnym dostatkiem, jaki wedlug niego rozpo'scieral sie dokola. Gromadzac z najwiekszym wysilkiem kazdy najdrobniejszy sprzecik, przecenial jego warto's'c, podnoszac go do znaczenia skarb'ow.

Nadwerezony umysl starca krecil sie bezustannie w ciasnym kole owych trzech pokoi i kuchni, a wielkie wytezenie wladz umyslowych nad monotonnym zakresem pracy biurowej zmienilo go w dziwaka, prze'sladowanego mania oszczedno'sci i widzacego w kazdym z domownik'ow rodzaj wampira ssacego jego krew i kiesze'n, rujnujacego sprzety zdobyte dluga i ciezka praca.

Gdy przeczytal spis rzeczy, przywolal Ka'ske do stolu, a podawszy umaczane pi'oro, wskazal jej miejsce u dolu stronicy, gdzie miala podpisa'c swoje nazwisko.

Ka'ska stala zawstydzona, nie poruszajac sie wcale.

Pisa'c? Mily Boze! Ona zaledwie czyta'c umiala; na pisaniu nie znala sie wcale. Matula nie kazala ja uczy'c, bo p'oki byla mala, rosla odlogiem, jedzac siedem razy dziennie, a gdy podrosla, bieda zajrzala do chalupy i Ka'ska musiala chodzi'c do fabryki na zarobek, — o pisaniu wiec mowy by'c nie moglo.

Przeciez tego wszystkiego nie moze panu powiedzie'c. Kreci wiec uparcie palce az stawy w nich trzeszcza, bo czuje sie w tej chwili bardzo zawstydzona i pragnelaby runa'c wraz ze stolem i ta nieszczesna ksiazka do jakiej's ciemnej piwnicy i nie oglada'c 'swiata bozego.

Budowski juz sie niecierpliwi. Czemuz nie podpisuje? Moze znajduje, ze jej za ciezko przyja'c tyle pieknych rzeczy na swa odpowiedzialno's'c? Niechze sie wynosi co predzej, ale zadatek musi odda'c i nastreczy'c na swoje miejsce inna sluzaca.

Ka'sce w oczach pociemnialo.

Znowu bez sluzby? Wraca'c na stancje?

O! nie, przenigdy! Niebezpiecze'nstwo dodaje jej odwagi.

— Prosze wielmoznego pana — zaczyna cichym glosem — ja… nie umiem pisa'c… dlatego…

— Glupia! — przerywa jej Budowski. — Na! We'z pi'oro i zr'ob krzyzyk, tu, nizej. To wystarczy.

Ka'ska ujmuje pi'oro i drzaca od wzruszenia reka stawia koszlawa kreske zako'nczona olbrzymim kleksem. Druga, poprzeczna, przecina papier, zostawiajac na bialej karcie czarna, nier'owna blizne.

— Milosierdzie boze! To bydle psuje mi ksiazke. Jak ty potrafisz obej's'c sie z powierzonymi ci sprzetami, kiedy takiego glupstwa porzadnie zrobi'c nie umiesz?

Konfuzja Ka'ski nie ma granic.

Chlopskim rozumem odgaduje przeciez brak logiki w rozumowaniu Budowskiego. Zgodzono ja do kuchni, a nie do pisania. Mieszajac lyzka w garnku, 'scian garnka nie rozedrze, papier za's — to co innego. Nie odpowiada jednak nic, bo to zawsze pan, cho'c troche wydaje sie by'c „durnowaty”, i przychodzac do sypialni, zaczyna sla'c l'ozka.

I my'sli sobie Ka'ska: Je'sli ten mlody czlowiek, kt'ory czekal na pania, jest jej kochankiem, dlaczego nie porozmawiaja ze soba przed brama lub nie p'ojda na Wysoki Zamek? A przeciez noc taka piekna! Zreszta, pani robi, jak sama chce, a Ka'sce nic do tego. To jedno wie przeciez, ze to rzecz grzeszna, a cho'c pan przykry i brzydki, to nie godzi sie oszukiwa'c go w spos'ob tak szkaradny. Skoro pani p'ojdzie do spowiedzi, to ksiadz nie da jej rozgrzeszenia. Ka'ska umarlaby ze wstydu, gdyby jej odm'owiono rozgrzeszenia. To przeciez bardzo milo, gdy ksiadz uwolni od grzech'ow i od kary.

Ka'ska zapalila mala lampeczke i postawila ja kolo l'ozka pana. Niewielka sypialnia tonela w mdlawym p'ol'swietle, wysuwajac tylko regularne linie dw'och l'ozek pokrytych czerwonymi welnianymi koldrami. Nad l'ozkami wznosily sie obrazy 'swiete w zloconych ramach Matka Boska i Pan Jezus w cierniowej koronie.

Budowski usiadl na swoim l'ozku, przygladajac sie uwaznie ledwie dostrzegalnej cerze na 'srodku koldry. Ka'ska spu'scila store u okna i przysunela do l'ozka pani maluchny stoliczek, na kt'orym ustawila karafke z woda.

Byla to prawdziwa karykatura ten zwiazek dwojga ludzi skutych nierozerwalnym wezlem malze'nskim. On liczacy cery na koldrze w chwili, gdy ona sluchala banalnych sl'owek milosnych, przygluszonych turkotem i halasem dorozki.

Ka'ska powr'ocila do kuchni i zaczela sie krzata'c, umywajac filizanki i czyszczac samowar. Dopiero teraz poczula, ze jest glodna. Zjadla pozostawiona dla niej bulke i przelknela troche zimnej herbaty. Olbrzymi jej organizm domagal sie jednak gruntowniejszego posilku. Calodzienna praca pobudzila jej apetyt, mimo to musiala poprzesta'c na wydzielonej przez pana porcji. Pieniadze przeznaczone na zakupno w mie'scie, bielaly na rogu stolu w formie 'swiezych dwudziest'owek. Ka'ska zgarnela je i zawiazala w rozek od 'sciereczki. Sen kleil jej powieki, mimo to nie chciala zasna'c przed powrotem pani. Zreszta wedlug zlecenia, miala odsuna'c drzwi wchodowe, kt'ore pan zamknal wlasnorecznie. Uczyniwszy to, zaczela odmawia'c wieczorne pacierze, ukleknawszy przy l'ozku i opierajac spracowane rece na bialym prze'scieradle, kt'ore pokrywalo jej poslanie.

Wedlug raz przyjetej zasady Ka'ska miala odmawia'c siedem „Ojczenasz'ow”, po siedem „Zdrowasiek” i jedno „Wierze”. Ale fizyczne znuzenie i wielko's'c doznanych 'swiezo wraze'n maci jej my'sli tak, ze sie w zaden spos'ob polapa'c nie moze.

„Ojcze nasz” przebrnelo, przy „Zdrowa'sce” jednak natlok nowych my'sli placze cale zdanie. Mimo woli posta'c Jana zajmuje plan pierwszy, blyszczac szeregiem zdrowych zeb'ow i l'sniaca barwa sk'ory.

— Zdrowa's Mario, laski's pelna… — Stanowczo Jan jest bardzo przystojny mezczyzna, zdr'ow, a w ramionach taki szeroki!… tylko drwi sobie z Ka'ski niemilosiernie i ma taki dziwny spos'ob patrzenia.

— Pan z Toba, blogoslawiona's Ty miedzy niewiastami…

Ot! na schodach, kiedy sie spotkali po ciemku, to jako's latwo dala mu rade, ale teraz stawia sie i wy'smiewa.

— Blogoslawion owoc zywota… — a Ka'ska przedrwin nie lubi.

Ona wie, ze jest glupia i brzydka, ale c'oz ona temu winna?… Byloz to madrze wy'smiewa'c sie z tego, ze ona za maz wyj's'c pragnie? C'oz wielkiego? Wiec ma tak zmarnie'c jak R'ozia i z „zonatym” na wiare siedzie'c?

Ka'ska czuje, ze coraz wieksza bezwladno's'c ja opanowuje. Zbiera ostatki sil i spoglada na obrazy 'swiete, wzdychajac ciezko.

— O! Jezu!… chleba naszego daj nam dzisiaj… i wstapil do piekiel, siedzi na prawicy…

Nie moze m'owi'c dalej.

Ten „niegodziwiec” Jan stoi przed nia i 'smieje sie ciagle. A ma wyglad porzadnego mezczyzny… Zreszta je'sli Ka'ska nie bedzie zwraca'c uwagi na niego, to'c zostawi ja w spokoju.

Co's ja bardzo 'sciska w zoladku. Glupstwo! Je's'c jej sie chce widocznie… I my'sl bezwiednie powraca do sl'ow przed chwila szeptanych:

— Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…

Coraz wieksza senno's'c ogarnia Ka'ske… Przezwyciezajac sie raz ostatni, patrzy przez chwile oslupialym wzrokiem na swe olbrzymie rece, a za chwile zapada w stan nieczulo'sci i doznaje takiego wrazenia, jakby te rece nie nalezaly juz do niej. Dla przekonania sie, porusza je palcami. Lampka zaczepiona u 'sciany ga'snie powoli, napelniajac wnetrze kuchenki niezno'snym swedem. Slupek czarnego dymu unosi sie az pod sufit i opada deszczem czarnych, drobniuchnych plateczk'ow na pozostawione na stole naczynia. Przez zakratowane okienko wpada przygluszony turkot, jaki's halas niewyra'zny. To ostatnie poruszenie usypiajacego miasta, nawet we 'snie niespokojnego, kt'ore nigdy nie chce naprawde zamilkna'c.

Cala posta'c dziewczyny wyraza wielkie znuzenie. Widocznie dzie'n dzisiejszy zmeczyl ja, a szklanka letniej herbaty i sucha bulka nie mogly jej posili'c. Najpracowitsza maszyna odmawia chwilami poslusze'nstwa. Cialo biednej slugi jest takze poniekad maszyna, kt'ora puszczona w ruch spelnia swa powinno's'c, lecz zuzywa swa sile, a nie majac 'zr'odla dla odnowienia tejze, upada czasem pod nawalem wyczerpujacej pracy.

Okolo p'olnocy drzwi frontowe skrzypnely lekko i do saloniku wsunela sie pani domu, kierujac sie w'sr'od ciemno'sci ku drzwiom sypialni. Gdy lagodne 'swiatlo lampki oblalo jej oblicze, kto's wiedzacy, skad wracala ta kobieta, zdziwilby sie niemalo, widzac zupelny spok'oj w jej szarych oczach, na jej ustach anemicznych. Cudzolozna zona powracala pod dach meza zimna i nie r'oznila sie niczym od tej apatycznej kobiety, kt'ora przez cale dnie wl'oczyla tren brudnego szlafroka po szczuplej przestrzeni bedacej dla niej niby domem, niby wlasnym pomieszkaniem.

Zdjela z siebie szlafrok i rzucila go z wyrazem najwyzszej obojetno'sci na ziemie. Stala tak przez chwile z obnazonymi ramionami, kt'ore wybiegaly z waskiej koronki przy koszuli. Budowski zdawal sie spa'c mocno, zaglebiwszy glowe w poduszki. Julia spojrzala w jego strone, ale wyraz jej twarzy pozostal niezmieniony. Nie mozna w nim bylo znale'z'c ani 'sladu odrazy, latwej do zrozumienia u kobiety wiarolomnej.

W tej chwili zbudzil sie Budowski i wsparlszy glowe na lokciu, odezwal sie do zony:

— Jeste's wreszcie… Sadzilem, ze juz nie wr'ocisz…

Ona nie odpowiedziala wcale, nie odwr'ocila nawet glowy. Zebrala tylko swe wspaniale wlosy i dwoma splotami zgarnela je na prz'od. Zimna krew tej dziwacznej kobiety zdawala sie przechodzi'c wszelkie granice. Wr'ociwszy ze schadzki milosnej, okazywala spok'oj dziewczyny, wracajacej z naboze'nstwa majowego.

Budowski zapytal zn'ow:

— C'oz stara?… Umarla?…

Julia odpowiedziala z obojetno'scia najwyzsza:

— Nie, ale umrze niedlugo.

Po czym wsunela sie do l'ozka. Teraz dopiero dreszcz przebiegl jej cialo; zeby zgrzytnely, chwytajac nerwowym ruchem brzeg prze'scieradla. Za chwile lezala juz spokojna — i nie drgnela nawet, gdy syczacy glos Badowskiego rzucil ku niej slowa:

— Kiedyz ta stara umrze! Milosierdzie boze! Kiedyz ona umrze!


*


Ka'ska objela swoje nowe obowiazki i starala sie zado's'c uczyni'c wszelkim wymaganiom pa'nstwa. Nielatwe to bylo przeciez zadanie. W domu Budowskich szlo wszystko na opak, a Ka'ska czula sie do glebi wstrza'snieta tym nowym systemem, kt'ory jej wcale „nie pasowal”.

Oszczedno's'c posunieta do skapstwa, zle pozywienie i nawal pracy zwalony na barki jednej dziewczyny moglyby zniszczy'c inny, mniej silny organizm, a przynajmniej nadwerezylyby go znacznie. Ka'ska spelniala obowiazki zwierzecia roboczego, kt'ore w pospolitym zyciu nosi nazwe „sluzacej do wszystkiego”.

Od rana zwija sie po szczuplym mieszkaniu, wycierajac sekata, w deski ulozona i 'zle zaciagnieta podloge. Z rekami wspartymi na biodrach, z twarza czerwona i spocona, starala sie utrzyma'c na dw'och zniszczonych i zdartych szczotkach, kt'ore co chwila uciekaly spod jej st'op bosych. To olbrzymie, rozro'sniete cialo dziewczyny transpirowalo jak w la'zni pod wplywem ruchu przy'spieszonego. Ka'ska lubila jednak te prace. Stanowilo to dla niej rodzaj rozrywki, gdy przez silne poci'sniecie pozostawiala za soba l'sniaca bruzde. Salonik napelnial sie w'owczas silna wonia rozgrzanego wosku, kt'orym Ka'ska szczotki pocierala. Zmeczona, siadala na brzegu niewielkiego dywanika, kt'ory rozciagal sie pompatycznie przed kanapka, sluzac za podstawe okraglemu stolikowi, kt'ory d'zwigal lampe olbrzymiej wielko'sci. Ta lampa miala swoja osobna historie. Nabyta na licytacji za bardzo niska cene, stanowila najcenniejszy sprzet domowy. Nigdy niezapalana, pokryta umbra z zielonej bibulki, wznosila swa brazowa urne z powaga przelozonej wyzszego pensjonatu ze'nskiego. Budowski cenil bardzo te lampe i sam czy'scil ja, chowajac do tego uzytku kawalki szmatek zbieranych z rozmaitych i do's'c tajemniczych 'zr'odel. Opr'ocz lampy znajdowala sie w saloniku kanapa, sze's'c krzesel wyslanych sianem i pokrytych ciemnowi'sniowa tkanina welniana, dwa niewielkie druki olejne, przedstawiajace krajobrazy dziwnej piekno'sci, na kt'orych drzewa pierwszego planu byly mniejsze od drzew na drugim planie umieszczonych. Dalej przybita byla do 'sciany etazerka, pelna ps'ow porcelanowych, ksiazek, flaszeczek od wody kolo'nskiej, filizanek i innych drobiazg'ow. Firanki mu'slinowe, w wielkie ordynarne desenie, nawleczone na drag bialo lakierowany zwieszaly sie sztywnymi, rzec mozna, zlamanymi faldami u niskich okien, opatrzonych storami pl'ociennymi.

Jakkolwiek w saloniku tym bylo malo miejsca, a nieliczne sprzety dotykaly sie wzajemnie, to panowala w pokoju tym przera'zliwa pr'oznia hotelowa — jaka's wo'n pustkowia przerazajacego swoja nago'scia i szarawym, trywialnym deseniem, jakim 'sciany te byly powleczone. Brakowalo tam kobiety z jej artystycznym nieladem, ze stoliczkiem od rob'ot i niskim, miekkim fotelem; brakowalo zardinierek prostych, koszyczk'ow z trzciny, kt'ore stanowia gl'owny przystr'oj ubogich pomieszka'n. Zadna zielono's'c nie 'smiala sie u okien, nigdy nawet galazka bzu nie rozja'snila ponurego pokoju.

Ka'ska, do kt'orej kwiaty — a zwlaszcza te tanie, o wielkich galeziach, co wie's przypominaja — 'smialy sie zawsze po przyjacielsku, kupila raz za trzy centy caly pek bzu i powr'ocila z nim triumfalnie do domu. Przez cala droge wachala liliowe kwiaty i wciagala w siebie wo'n pelnymi piersiami. To ja troche orze'zwialo i niweczylo zapach szczypiorku i cebuli, kt'ora niosla w koszyku. Przyszedlszy do domu, nalala 'swiezej wody do malego, kamiennego dzbanuszka i zaniosla do pokoju, aby w sypialni na komodzie postawi'c kwiaty.

Budowski golil sie wla'snie i dostrzegl w lustrze Ka'ske niosaca bukiet. Przerazil sie widokiem tego nieslychanego zbytku. Kwiaty? Po co? To dobre dla marnotrawc'ow, kt'orzy lubia wyrzuca'c pieniadze za okno. I zanim Ka'ska mogla przem'owi'c slowo, napadl na nia z najwyzsza furia, robiac jej gorzkie wyrzuty za zmarnowane pieniadze. Ona tlumaczyla sie, jak mogla. Sadzila, ze pani lubi kwiaty… a to przeciez niewielki wydatek.

Julia podczas calej sprzeczki milczala jak zwykle, patrzac na te scene oczyma od snu nabrzmialymi. Wzrokiem tylko 'sledzila ten pek drobniuchnych liliowych gwiazdeczek z z'oltym delikatnym 'srodkiem. Wo'n bzu dolatywala do l'ozka, a ona, przymykajac oczy, wciagala ja bladymi nozdrzami. Wyciagna'c wszakze reki dla ujecia kwiat'ow nie chciala lub — nie 'smiala. Budowski stal tymczasem wciaz przed Ka'ska, skrzeczac coraz bardziej i obsypujac dziewczyne gradem wym'owek. Byl on wstretny i 'smieszny w tych olbrzymich pantoflach i flanelowym kaftaniku zony, kt'ory przez oszczedno's'c z rana dodzieral.

Kaftanik ten, przybrany przed laty czerwonymi wypustkami i ozdobiony z tylu szeroka falda, opieral sie na spiczastych ramionach Budowskiego, zaznaczajac mu stan pod samymi lopatkami. Gniew jego r'osl w miare odpowiedzi Ka'ski, broniacej sie coraz uparciej, coraz wyra'zniej. „Wszystkie panie lubia kwiaty, nawet Zyd'owki”. I m'owiac to, zwraca sie w strone pani, szukajac poparcia. „Zreszta przed Matka Boska kwiatek postawi'c sie godzi”.

— Tu nie ma pani! — wola Budowski. — Ja tu jestem i pania, i panem, a Matka Boska bez kwiat'ow sie obejdzie.

Ka'ska spoglada na Julie, zawsze nieruchoma, i na zawieszony nad l'ozkiem obrazek Matki Bozej. Zdaje jej sie, ze obie pragna goraco bzu i z nagla determinacja postepuje naprz'od.

— Prosze, niech pani we'zmie. — I deszczem wonnym obsypuje stara, czerwona koldre, pod kt'ora lezy Julia.

— Wytrace ci z pensji! — wola Budowski.

Ka'ska, wychodzac z pokoju, wie dobrze, ze trzy centy przepadly na wieki wiek'ow. Pan nie zartuje i z pewno'scia wytraci pieniadze. Zreszta niech i tak bedzie, ta biedna pani nigdy nie powacha nawet bozego kwiatka, niech sie ucieszy. I nastawiajac ros'ol, my'sli sobie Ka'ska, co pani z tym bzem pocznie.

Gdy pan wyszedl do biura, udala sie Ka'ska do sypialni pani, aby zobaczy'c, co zrobila z bukietem. Cala podloga zaslana poszarpanymi kwiatami mienila sie liliowa barwa bzu i zielono'scia li'sci. Widocznie Budowski w przystepie zlo'sci wydarl zonie kwiaty i poszarpawszy je na drobne szczatki, rzucil na podloge. Julia w bialym kaftaniku siedziala przy stoliku sluzacym jej za toaletke i czesala wlosy nadlamanym grzebieniem. Zdawala sie by'c zupelnie spokojna. Nic nie zdradzalo w niej zalu za zniszczonymi kwiatami. Ka'ska doznala bardzo przykrego uczucia, widzac te pachnace, drobne gwiazdeczki podarte, poszarpane, zmiete i rozeslane na podlodze. Wybrala kilka galazek, kt'ore cudem jakim's ocalaly, zaczepiwszy sie o bramowanie koldry. Galazki te zatknela za zlocona rame obrazu Niepokalanego Poczecia. Teraz jest juz zadowolona.

W dwa tygodnie po sprowadzeniu sie Ka'ski na nowa sluzbe weszla pani wieczorem do kuchni i podajac Ka'sce znany nam list, nakazala jej wypelni'c swe dawne zlecenie, to jest poda'c pismo panu z dodatkiem, ze przyni'osl je poslaniec. Ka'ska nie 'smiala odm'owi'c, wplatawszy sie raz jeden w te cala historie, nie mogla by'c nieposluszna i wieczorem, przy podawaniu samowaru, oddala list Budowskiemu z ta wszakze r'oznica, ze dzi's, na pytanie Budowskiego, powt'orzyla jak echo: „Przyni'osl poslaniec”.

Manewr powi'odl sie, a za kr'otka chwile, wiarolomna zona opuszczala dom meza, aby oprze'c glowe na ramieniu kochanka. Towarzyszaca jej jak zwykle Ka'ska dostrzegla we wlosach Julii galazke bzu wyjeta spoza ramki obrazka. Ka'ska za zadne skarby nie zrobilaby tego. Co nalezy do Boga, to juz nalezy, a nikt nie ma prawa stroi'c sie w kwiaty, w kt'ore przybrano groby i obrazy 'swiete. Gdy dorozka uwiozla Julie, Ka'ska stala dlugo pod murem ko'sciola, zamy'slona, nie zwazajac na zaczepki przechodzacych zolnierzy. Kiedy jeszcze byla w domu, chodzila do ko'sciola uczy'c sie katechizmu i tam nasluchala sie nieraz bardzo ladnych historii, kt'ore ksiadz pieknie, a powoli rozpowiadal. Miedzy innymi m'owil on o zatwardzialym grzeszniku, kt'ory chcial zdja'c Panu Jezusowi zlota korone ozdobiona 'slicznymi, czerwonymi kamieniami. Ot'oz zloczy'nca wybral sie w nocy i przystawiwszy drabinke, siegnal po korone. Ale Pan Jezus wyciagnal zelazne ramie, pochwycil reke niegodziwca i nie chcial jej pu'sci'c. Ta piekna historia przejmowala Ka'ske strachem. A pani wziela dzi's galazke bzu spoza ramek.

Wr'ociwszy do domu, stanela z panem do obrachunku, a ten wyglosil na zako'nczenie:

— Za bez nie licze, bo wytrace ci z pensji.

Ka'ska doznala w tej chwili dziwnego ci'snienia „pod piersiami”. Trzy centy, to'c to nie majatek… ale zawsze pieniadz, co piechota nie chodzi; a potem ten bez poszedl i tak na marne! Nikt z niego nie uzyl tylko trzy centy przepadly… Od tej chwili Ka'ska nie kupowala nigdy kwiat'ow i omijala stragany przeladowane r'oznobarwnym kwieciem. Ka'ska pracowala po calych dniach. Nigdy spoczynku, nigdy wytchnienia! Byl to wielki deptak, kt'ory ugniatala ciezkimi stopami, pochylajac kark pod jarzmem wlozonym na nia reka fatalno'sci. Powr'ociwszy, nastawiala obiad, starajac sie, o ile mozno'sci, ukra's'c troche czasu dla przeprasowania sp'odnicy pani lub koszul pana. Drzewo wydawano jej kawalkami, bez wzgledu na to, czy kawalki byly mniejsze lub wieksze, lub czy potrawy potrzebowaly do gotowania sie dluzszego czasu. Czesto plakala Ka'ska, widzac ogie'n pochlaniajacy ostatnie polano, podczas gdy ryz byl jeszcze twardy i bielal na dnie garnuszka. Deski podtrzymujace po'sciel na l'ozku stanowily wtedy nadzwyczajny zasilek, a raz nawet odwazyla sie Ka'ska spali'c stary szaflik, kt'orego szczatki znalazla rozsypane w piwnicy.

Niska, ciemna kuchenka, przepelniona wonia cebuli, grzyb'ow i nie'swiezego masla, zdawala sie by'c malym przedsionkiem piekla, w kt'orym wszakze musiala zy'c i pracowa'c kobieta zlozona z tych samych czastek, z jakich inne skladaja sie kobiety. Mloda, zdrowa, tega, oddawala w'sr'od tych ciemno'sci i goraca cala swa sile, a to wszystko za odrobine lichej strawy, za ko's'c od miesa, kt'ora dano jej dla ogryzienia, za czerstwa bulke znaleziona w kacie kredensu i za wspaniale wynagrodzenie kilku gulden'ow, kt'ore rzucano jej co kwartal, odtraciwszy przedtem wszystkie „szkody”, jakie w zbytnim po'spiechu robi'c nietrudno.

I zgrzana, zmeczona, 'spieszac sie wiecznie, biegala od ogniska do stolu, od stolu do deski do prasowania — zylujac mieso, zalepiajac glina popsute drzwiczki pieca, krochmalac hafty sp'odnicy, pluczac 'scierki lub biegnac z konewka po wode. A ten strach wieczny, czy co's sie nie spali, nie popsuje! Naczynia zuzyte, z przepalonymi dnami… masla niewiele… a pani ani zajrzy do kuchni, ani sie zatroszczy!… Ka'ska nie lubi, aby jej zagladano w garnki tak, jak to bylo u „Zyd'ow”. Ale zawsze nalezy sie z pania naradzi'c, zapyta'c. Gdy co's zepsuje, pan skrupulatnie oblicza, a potem wytraca z pensji. Czasem goraca dusza upadnie na noge lub wegle wysypia sie z pieca i trzeba czym predzej podnosi'c je palcami, a cho'c sk'ora gruba i przyzwyczajona do ognia, to bable wyskakuja nierzadko i tak sie czasem wegiel do reki przyczepi jak pijawka, az sk'ora skwierczy. Obceg'ow nie ma, bo pan m'owi, ze to zbytek i wymysl niepotrzebny…

Ilez takiej drobnej nedzy, b'olu i przykro'sci cierpi Ka'ska w tej ciemnej i ciasnej kuchence, w kt'orej uwija sie od rana do p'o'znej nocy, oddychajac ciezko, pelna dobrej woli i energii, i niezuzytej jeszcze sily! Gdy wyda obiad, umywa naczynie, szoruje rondle, kleczac na podlodze, powalana cegla, z wlosami opadajacymi na skronie, wynosi szafliki, potykajac sie na waskich i ciemnych schodach. Pan sam wydziela jej cienka kromeczke chleba, kt'ora ona zjada najcze'sciej dopiero p'o'zno w nocy. Ka'ska ma dziwny dar do robienia tak zwanych „szk'od”. Jej wielkie, rozro'sniete czlonki obracaja sie z trudno'scia w szczuplej kuchence. Wyciagajac reke, uderza zawsze o jaki's sprzet; schylajac sie, musi o co's potraci'c, przewr'oci'c, uszkodzi'c. Przy tym kuchenka jest bardzo ciemna, a pan przez oszczedno's'c nie pozwala zapali'c we dnie lampki.

Nic wiec dziwnego, ze bezustannie sie co's tlucze, a Ka'ska rada nierada odkupuje z b'olem serca zbita szklanke lub talerz, medytujac nad swa wlasna niezgrabno'scia i dziwaczno'scia pomyslu w budowie tak ciemnej kuchni.

Po obiedzie i umyciu naczy'n, zabiera sie Ka'ska do prania i skladania bielizny albo dazy do magla z zawiniatkiem pod pacha. Co tydzie'n jest tak zwane „male pranie”, a co miesiac „wielkie”, przepelniajace kuchnie przykra wonia sody, mydla, brudnej bielizny i klebami duszacej pary. Ile to wtedy zuzywa sie wody, kt'ora Ka'ska musi sama przynie's'c i zla'c na dzie'n przed rozpoczeciem prania do beczki ustawionej kolo drzwi prowadzacych z kuchni na korytarz! Ka'ska, przechylona na lewa strone, nosi i nosi te wode i wylewa ja do beczki. Zdaje sie jej, ze z beczki kto's dno wyjal, bo nie ma ko'nca noszenia i wody wcale nie przybywa. Postawszy chwilke, chwyta zn'ow pusta konewke, aby zej's'c na d'ol i za chwile powr'oci'c. Jest to wedr'owka dziwnie przykra w'sr'od tych ciemnych schod'ow, od kt'orych kazdemu sie w glowie kreci. Do tego deski waskie spod n'og sie usuwaja i cala noga nie moze oprze'c sie wygodnie. Ciezar ciagnie jak zwykle w tyl; Ka'ska czuje, ze kiedy's potknie sie i spadnie ze schod'ow. Nie ma nawet poreczy, zeby sie zatrzyma'c w razie wypadku. To samo jest z noszeniem drzewa. W dodatku polana wysuwaja sie i staczaja po schodach. Ka'ska musi po nie wraca'c ze 'swieca, drzac z obawy, aby kto tymczasem polan sobie nie przywlaszczyl. Gdy zapadnie wiecz'or, Ka'ska zapala lampke i ko'nczy swe dzienne zatrudnienie przy sztucznym 'swietle. Gdy ma wiele pracy, pierze lub prasuje do p'olnocy, a czasem i dluzej. W kr'otkiej sp'odnicy, bosa, z rekawami odwinietymi poza lokcie, olbrzymia jej posta'c majaczy w klebach pary. Z'olty plomie'n niewielkiej lampeczki migoce w'sr'od tych bialych oblok'ow jak niepewne 'swiatlo trzeciorzednej gwiazdki. Sprzety kuchenne kryja sie w tym p'ol'swietle, migocac tylko z'olta barwa mosiadzu lub srebrnym blaskiem blachy.

Tylko rozpalone drzwiczki od pieca czerwienia sie przejrzysta purpura, posypane lekka warstwa rdzy, i drza poruszane silnym pedem powietrza. U st'op Ka'ski cale stosy bielizny poskrecanej, ulozonej w malych wanienkach, szaflikach i glinianych miskach, wija sie jak weze biale, to zn'ow cie'nsze, sinawe, zmoczone — cale gniazda gadzin martwych, nieruchomych. Prawie polowe kuchni zajmuje balia, rozwarta, szeroka, okragla, pelna goracego lugu i 'swiezo z kociolka wyrzuconej bielizny, opiera sie na dw'och krzeselkach, z kt'orych jedno opuszcza fredzle z potarganej slomy i zamiast czwartej nogi ma podp'orke z sekatego polana.

Ponad balia schyla sie Ka'ska, zanurzajac odwaznie swe czerwone i popekana sk'ora pokryte rece w goracy odwar lugu dla wydobycia ze'n pojedynczej sztuki bielizny i skreciwszy ja nalezycie, odklada do tak zwanego „naparzania”. Skrecajac z calej sily mokre pl'otno, steka Ka'ska mimo woli, a grube krople potu spadaja z jej czola.

Przez otwarte okienko wpada wprawdzie prad 'swiezego powietrza, ale watly to i zbyt waski pasek. Zaduch panujacy w kuchni pochlania go z zarloczno'scia dzikiego zwierzecia i ani odrobina nie dzieli sie z dziewczyna, pragnaca 'swiezego powietrza. Od strony miasta dolatuje to turkot dorozki, to jek, to 'smiech ludzki. Miasto usypia albo budzi sie, wedlug potrzeby i upodoba'n mieszka'nc'ow. W nocy czuwaja tylko bogacze lub nedzarze. Stara to jak 'swiat historia, a przeciez wiecznie nowa. Kareta wiozaca upudrowana dame przemyka szybko po bruku, a turkot jej miesza sie z bolesnym westchnieniem Ka'ski, kt'orej palce kolo paznokci pekaja ze skrecania bielizny.

Zapadla noc cicha, wspaniala, pelna tajemniczych szept'ow, zwierze'n milosnych lub plan'ow zbrodniczych. Roztoczyla zaslone jak paw sw'oj ogon r'oznobarwny. Milionami gwiazd 'swiecacych i urokiem ciemno'sci drazni umysly, podniecajac ciekawo's'c. Miasto lubi noc i chetnie zarzuca na siebie czarny jej welon. Miasto jest grzesznica, kt'ora bez czarnej zaslony nie p'ojdzie na schadzke milosna. Dlatego to miasto tak chetnie chlonie w siebie ten deszcz z ciemnego popiolu, kt'ory z zachodem slo'nca spada na dachy dom'ow. R'ownocze'snie z zapaleniem latarni ulice przybieraja wyglad zupelnie odmienny. Niepozorne domki staja sie kamienicami, a okazalsze budynki rosna do wielko'sci palac'ow. Ubogie wystawy sklepowe leja potoki 'swiatla gazowego, kupy nagromadzonych kamieni lub cuchnacego blota nikna w ciemno'sciach. Rzezimieszki gotuja sie do zwyklych wypraw nocnych, a z otwartych drzwi drugorzednych restauracji wylewa sie na ulice pomieszany szczek talerzy, nawolywanie kelner'ow i bezladna, a krzykliwa rozmowa go'sci. Gdzieniegdzie z otwartego okna wybiegnie na ulice d'zwiek fortepianu lub glos jakiej's domoroslej artystki. Zagluszy go przeciez piosnka ulicznika lub turkot przejezdzajacej dorozki.

I noc, ta najpiekniejsza przemiana — tak poetyczna, tak wspaniala, napelnia miasto goraczka niespokojna, nigdy nienasycona zadza zabawy lub przywlaszczenia sobie cudzej wlasno'sci. Rzec mozna, ze wraz z nadej'sciem nocy jakie's niezdrowe miazmaty zapelniaja powietrze i wciskaja sie do mieszka'n, a potem do pluc ludzkich. Mrowisko nazwane miastem zaczyna sie porusza'c, niepokoi'c; ludzie placza, 'smieja sie, ta'ncza lub obdzieraja, stosownie do upodobania. Z nadej'sciem 'switu goraczka ustepuje, powietrze oczyszcza sie — kochankowie rozstaja sie, pijacy padaja bezprzytomni i zasypiaja, gracze rzucaja karty, zlodzieje przestaja kra's'c i wszystko powraca do porzadku normalnego. Ponad miastem rozpo'sciera sie szarawe niebo, przez kt'ore przedzieraja sie niepewne blaski zlotawe. Jeszcze kilka ton'ow balowej orkiestry, jek mordowanej ofiary, wykrzyknik pijaka — a wszystko zapadnie w gleboki sen olowiany, od kt'orego nabrzmiewaja powieki. Rozpusta i zbrodnie ustepuja, a praca dnia bialego panuje znowu, obejmujac w swe posiadanie ludzi czynu i dobrej woli. Po zacie'snionych ulicach i zakatkach blakaja sie cienie nocne, niepewne, drzace, jakby przesiakniete wyziewami alkoholu, kt'orym noc skrapia plaszcz sw'oj kr'olewski, aby nim potem owina'c rozmarzone glowy i ciala ludzkie.

Pod 'scianami bielejacych dom'ow biegnie szybko dziewczyna, kt'orej noc wydarla urok nie'swiadomo'sci, w jakiej dotad zyla. Biegnie szybko, pragnac unikna'c 'swiatla dziennego, pograzona w rozpamietywaniu nad niedawna przeszlo'scia, kt'orej juz nic i nikt przywr'oci'c jej nie moze.

Jednokonny fiakier zatrzymal sie przed kamienica. Z powozu wysiadl mlody i piekny mezczyzna. Ruchem nerwowym szarpie wezel krawatki. Wchodzac do bramy, rzuca fiakrowi rozkaz czekania na zaplate. Nic dziwnego. Noc ogolocila go ze wszystkich pieniedzy, jakie posiadal. Przegral wszystko. Karol, drzemiacy w przedpokoju, otwiera sw'oj zniszczony i stary pugilares, aby zaplaci'c dorozke, kt'ora „ja'snie pan” z klubu powr'ocil. Szuler rzuca sie na otomanke i kaze zapu'sci'c ciemne zaslony u okien. W pokoju robi sie sztuczna noc. Mlody ten czlowiek zyje tylko noca.

Z otwartych drzwi nocnej kawiarni wysunal sie bokiem czlowiek juz niemlody, o silnym, siwiejacym zaro'scie. Idzie niepewnym krokiem, mrugajac zaczerwienionymi powiekami i belkocac wyrazy niezrozumiale. To literat. Przed nim rysuje sie w niepewnym blasku poranka jaki's obdarty wl'oczega. Obaj patrza na siebie wzrokiem oslupialym. Po chwili literat kiwa protekcjonalnie glowa i przechodzi na druga strone ulicy. Obdartus wola za nim: „Moje uszanowanie!”. Za chwile obydwa gina w jakim's zaulku, a moze we drzwiach innej kawiarni lub szynku.

Od strony miejskiego ogrodu i p'ol otaczajacych miasto powiewa mile, poranne powietrze. Prad ten wypedza resztki wspomnie'n nocnych, wl'oczacych sie po niezamiecionych trotuarach. Szmer kupionych lub wystepnych pocalunk'ow, szelest wygranych przy zielonym stoliku banknot'ow, d'zwiek niewypr'oznionych kieliszk'ow, ostatni krzyk dogasajacej orgii — wszystkie te szmery nocne, niewyra'zne, zlaczone w jedno jak olbrzymi akord 'zle dobranej orkiestry, przesuwaja sie z ulicy na ulice, gnane 'swiatlo'scia dnia bialego, zawstydzone, pragnace ciemno'sci sztucznej.

Nie dla wszystkich jednakze czarny welon nocy niesie pragnienie rozkoszy, zabawy, slowem — zadowolenia podraznionych namietno'sci. Sa istoty, kt'ore z nadej'sciem nocy zapalaja 'swiatlo i obliczaja ilo's'c godzin i nawal pracy, kt'ory musza pokona'c przed udaniem sie na spoczynek. I w mdlawym 'swietle lamp wystepuja zgiete plecy, spuszczone glowy, chude profile o wydluzonych nosach i zapadlych policzkach. Pochyleni nad biurkami, kre'sla szybko wyrazy na podluznych 'cwiartkach papieru lub opierajac znuzona glowe na przedwcze'snie zz'olkla sk'ora obciagnietej dloni, pograzaja sie w zamy'sleniu i pracy.

Kobiety blade, bez u'smiechu na ustach, siadaja przy maszynach do szycia, opierajac zbolale nogi na misternie wyrobionej podstawie, kt'orej dese'n wpija sie w rozpalone i najcze'sciej tylko po'nczocha osloniete stopy. Dokola nich wznosza sie cale stosy falban, upie'c, stanik'ow, a o kilka krok'ow na drucianej podstawie bezglowa lalka prezentuje sztywna kibi'c, strojna w 'swiezo wyko'nczona suknie. Inne zn'ow staja do balii, nakladaja wegle w zelazko, a cala troska tych istot zwykle krystalizuje sie w pytaniu: „czy nafta wystarczy i czy sko'nczy sie to wszystko przede dniem?”. Bezsennie spedzona noc, a w nastepstwie niszczenie sil nie idzie w rachube. To drobnostki, o kt'orych sie nie my'sli. Czlowiek tak dlugo zdr'ow, dop'oki nie zachoruje, a gdy go powali choroba, to albo umrze, albo wyzdrowieje. A praca nie czeka; kazdy musi pracowa'c za siebie; z czeg'oz bowiem zy'c bedzie?

Tak samo rozumowala Ka'ska, gdy pochylona nad balia 'sledzila z trwoga ubytek nafty w rezerwuarze malej lampki kuchennej. Pranie bielizny — to nie zarty. Siedem razy przechodzi kazdy kawalek przez rece, zanim sie go rozwiesi na sznurach. Wierzch reki puchnie od silnego tarcia jak poduszka, a sk'ora 'sciera sie zupelnie. Ka'ska wie, ze na to pomaga gliceryna, ale wydawa'c dziesie'c cent'ow na glupie rece, to sie nie oplaci. Wprawdzie u pani stoi na komodzie mala flaszeczka, a pani m'owila raz, ze to jest wla'snie gliceryna, ale Ka'ska nie 'smie prosi'c o kilka kropel. Pani moglaby sie rozgniewa'c za taka 'smialo's'c niezwykla.

Ka'ska ma opr'ocz nawalu pracy jeszcze kilka udrecze'n wiecej moralnej natury. Jakkolwiek jest tylko biedna sluga, lubi towarzystwo i gawedke z jaka przystepna osoba. Pinkusowa Lewi krecila sie przez caly dzie'n bozy po kuchni, gadajac jak nakrecona katarynka. Ka'ska wciagnela sie powoli w te paplanine i wiodla nieraz z pania dlugie dysputy, ko'nczace sie sprzeczka. Gdy Pinkusowa milkla, Ka'ska, po sko'nczonym zatrudnieniu kolo gotowania obiadu, oddawala sie pogawedce z nia'nka, r'owniez jak ona chrze'scijanka, piastujaca na rekach rudego, pokrzywionego Bernania, jedynego potomka rodu Pinkus'ow Lewi. U Budowskich byla Ka'ska wiecznie sama, zamknieta jak w wiezieniu w ciemnej i ciasnej kuchni, odgadujac poza wilgotnymi murami sloneczna jasno's'c letnich porank'ow lub mily chl'od splywajacy z nadej'sciem nocy. Krecila sie wiec w milczeniu po swej klatce, dlawiac slowa cisnace sie na usta, tlumiac w sobie potrzebe rozmawiania i starajac sie ulzy'c sobie przeciaglymi westchnieniami podobnymi do jeku duszy potepionej. Miala cale piersi, cale gardlo pelne jakich's wyraz'ow, kt'ore potrzebowala wypowiedzie'c, jakkolwiek tre'sci tych sl'ow dokladnie okre'sli'c by nie potrafila. Pani siedziala zawsze w sypialnym pokoju zachmurzona i bezczynna albo lezala na l'ozku wp'ol ubrana, milczaca, z ustami zaci'snietymi.

Jezeli sie odezwala, to m'owila zawsze glosem lagodnym, cichym i nie przeciagala rozmowy. Owszem, starala sie zako'nczy'c ja jak najrychlej.

Inne sluzace z kamienicy traktowaly Ka'ske z g'ory i z lekcewazeniem nieopisanym. Sluzyla u „pa'nstwa”, majacego najgorsza opinie w calym domu. Skapstwo Budowskiego bylo znane, a o nocnych wycieczkach Julii krazyly gluche wie'sci po korytarzach i schodach kuchennych. Przy tym mieszkali na trzecim pietrze, nie mieli przedpokoju, a drzewo kupowali w sklepiku na polana. Tacy ludzie nie moga wzbudza'c u sluzby szacunku, a tym mniej dziewczyna pozostajaca w sluzbie u takich „pa'nstwa”. Ka'ska dostrzegla od razu nieprzyjazne twarze swoich kolezanek. Na jej grzeczny uklon lub pozdrowienie odpowiadano mruknieciem lub lodowatym milczeniem. Przy tym wiedziano, ze przyszla wprost od „Zyd'ow”. Nie musiala by'c wiele warta, skoro sluzyla po Zydach. I kucharka pani hrabiny, osoba pobozna, nalezaca do Bractwa R'oza'ncowego i wl'oczaca sie po kuchni z mina zakrystiana, przewracala oczy bialkami, objawiajac w ten spos'ob wielka watpliwo's'c co do rodzaju kary, jaka Ka'ska powinna w przyszlym zyciu odby'c za wyslugiwanie sie Zydom. Inne sluzace, a zwlaszcza mloda dziewczyna imieniem Marysia, napelniajaca waskie schody szelestem sp'odnic wykrochmalonych, nie ze wzgled'ow religijnych, ale z powodu usposobienia antysemickiego, odwracala sie demonstracyjnie od Ka'ski i nie chciala wdawa'c sie w blizsza znajomo's'c z „tlumokiem” z trzeciego pietra.

Ta nazwa „tlumok” przyrosla powoli do plec'ow Ka'ski. Slyszala ja nieraz, przechodzac kolo otwartych drzwi kuchennych, skad wydobywal sie nosowy glos kucharki hrabiowskiej i skrzekliwy glosik mlodej pokoj'owki.

Marysia sluzyla u starej panny, a gl'ownym jej zatrudnieniem bylo wyprowadzanie na spacer dw'och rozczochranych pincz'ow, noszacych slodkie nazwy Parysa i Lali.

Ka'ska czula, ze jaka's nieprzebita 'sciana dzieli ja od innych kobiet, kt'ore powiewajac r'ozowymi lub seledynowymi sukniami, wychodzily co niedziela na spotkanie kochank'ow. Ona nie miala ani r'ozowej sukni, ani kochanka. Zreszta nie wolno jej bylo wychodzi'c co niedziele z domu. Budowski zapowiedzial wyra'znie, ze moze wyj's'c tylko raz na miesiac na trzy godziny. Przesad nie pozwalal jej zaja'c sie szyciem, lub jaka's inna robota. Umywszy sie wiec i uczesawszy starannie, siadla na kuferku, ogladajac paznokcie lub wykrzywiajac nogi. Byly to niewatpliwie wcale przyjemne zajecia, ale nie mogly zapelni'c kilku godzin popoludniowych, kt'ore wlokly sie z przerazajaca powolno'scia. Raz spr'obowala Ka'ska za'spiewa'c piosenke, zaslyszana jeszcze w fabryce. Sl'ow nie pamietala wprawdzie, ale nute uchwycila dobrze. I naprz'od zanucila nie'smialo jaka's melodie w rodzaju krakowiaka, poddajac sie wspomnieniom, jakie piosenka ta niosla za soba. P'o'zniej o'smielila sie — i piosenka nucona przez dziewczeta fabryczne zadzwonila w'sr'od ciasnych 'scian kuchenki. Nagle otworzyly sie drzwi od jadalnego pokoju. Stanal w nich Budowski, dnia tego jeszcze bardziej zdenerwowany, i ruchem reki nakazal roz'spiewanej dziewczynie milczenie.

— Milosierdzie boze! — jeknal sknera. — Czego tak wyjesz? Czego?

Ka'ska zawstydzila sie bardzo. Chciala sobie troche po'spiewa'c, aby wlasny glos uslysze'c, a pan napada na nia i m'owi, ze „wyje”. Uczula sie w tej chwili bardzo zgnebiona i smutna. Reszte wolnych godzin spedzila skurczona na brzegu kuferka, lekajac sie poruszy'c, aby nie sprawi'c szelestu wlasna sp'odnica. Przez zakratowane okienko wida'c bylo szmat nieba o ciemnolazurowej barwie. Ka'ska wpatrzyla sie w czysty ten blekit i co's ja 'scisnelo w gardle. Byla bliska placzu — taka mloda jej dusza rwala sie do 'swiata i ludzi. Nie byla przeciez beksa, ale ot po prostu taka ja napadla tesknica, ze az ja we 'srodku bolalo. Caly tydzie'n harowala kolo bielizny, a w niedziele nawet nie ma sie z kim ucieszy'c, nagada'c…

Siedzi w kacie i patrzy na odrobine nieba, i my'sli, jakby to dobrze bylo w taki dzie'n p'oj's'c na miasto, a nawet pojecha'c ta koleja, co to po mie'scie chodzi, a konie ja ciagna.

Trzeciego tygodnia swej bytno'sci u Budowskich Ka'ska, schodzac w niedziele popoludniu po wode, spostrzegla przez uchylone drzwi kucharke pani hrabiny siedzaca kolo okna z ksiazka w reku i czytajaca przez okulary godzinki czy psalmy pokutne. Ka'ska nie miala ksiazki, ale czyta'c, cho'c z trudno'scia, mogla. Przeciez ksiazka to nie gliceryna, pani nie rozgniewa sie za pokorna pro'sbe o pozyczenie jakiej pieknej i poboznej ksiazki. Ka'ska usiadzie przy oknie tak jak ta kucharka od pani hrabiny i 'sliczne modlitwy czyta'c sobie bedzie. Przynajmniej przejdzie popoludnie, a czyta'c moze po cichu, nie przeszkadzajac panu, tak jak wtedy, gdy napadla ja chetka 'spiewania.

I ulozywszy rzecz cala, wchodzi Ka'ska do sypialni, w kt'orej jak zawsze znajduje sie pani, lezac z otwartymi oczami na l'ozku.

Dla Julii niedziela ma te odrebna ceche od innych dni tygodnia, ze Budowski pozwala jej ubra'c sie w ciemnozielona, przystrojona aksamitem suknie i prowadzi ja rano do ko'sciola. Julia sukni tej przez caly dzie'n nie zdejmuje, ale nie zwazajac na jeczenie meza, wygniata aksamit, lezac zupelnie ubrana na l'ozku.

Gdy Ka'ska stanela przed nia, Julia otwarla wiecznie zaspane oczy i spojrzala z pewnym rodzajem zdziwienia na zaczerwieniona twarz dziewczyny.

Budowski oddal sie w tej chwili czyszczeniu lampy, a bylo to zwykle jego zatrudnienie, kt'ore mu wypelnialo dlugie popoludnie niedzielne. Gdy Ka'ska cichym i nie'smialym glosem wyjakala swa pro'sbe, o pozyczenie jakiej poboznej ksiazki, Julia zaklopotala sie szczerze.

Lubila Ka'ske bardzo i czula dla niej pewien rodzaj wdzieczno'sci za dopomaganie w oszukiwaniu meza; chetnie uczynilaby zado's'c jej zadaniu, alez pro'sba Ka'ski tak jest dziwna, ze doprawdy nie wie, jak wybrna'c z tego polozenia.

Sluzaca prosi o ksiazke!

C'oz jej da do czytania ona, kt'ora pograzona w swej apatii sama opr'ocz kroniki w „Kurierze” nic prawie nie czyta? W tym bezdusznym, 'slimaczym zyciu, jakie pedzi, nie przyszlo jej nigdy na my'sl, ze sluzaca moze poprosi'c o pozyczenie ksiazki. Mimo wszystko, czuje sluszno's'c zadania Ka'ski i przygryzajac bezkrwiste wargi, wysila sw'oj umysl dla wynalezienia jakiego's utworu literackiego, kt'orym by bez wiedzy meza rozporzadzi'c mogla. Prosi'c Budowskiego o pozyczenie jakiej's ksiazki drzemiacej na etazerce w'sr'od pustych buteleczek od wody kolo'nskiej, znaczyloby to samo, co nastapi'c gniazdo zmij. — Ona sama ksiazek nie posiada, ma tylko jedna do naboze'nstwa, oprawna w aksamit — ale egoizm przewaza dobro'c serca. Rece Ka'ski ogromne, o szerokich, splaszczonych palcach, jakkolwiek czysto wymyte, nie daja dostatecznej rekojmi, ze oprawa Wspomozenia wiernych powr'oci z kuchni nieuszkodzona.

Trzeba przeciez jako's zako'nczy'c z ta dziewczyna, kt'ora stoi wciaz z pokora wielka, czekajac na wypelnienie zaniesionej pro'sby.

Nagle Julia przypomina sobie, ze idac za maz dostala od matki ksiazke, noszaca tytul: Kobieta, czyli historia lzy i 'smiechu, oryginalnie napisana przez J. G.

Julia nie czytala nigdy tej ksiazki, schowala ja do komody pomiedzy prze'scieradla i otwierajac szuflade, widzi czasem okladke, czerwieniaca sie w'sr'od bialych fald'ow maglowanego pl'otna. Tak bedzie najlepiej; cho'cby nawet Ka'ska te ksiazke zniszczyla, to niewielka szkoda, bo oprawa tania, papierowa, 'zle na'sladujaca sk'ore.

Czy forma i tre's'c bedzie przystepna dla umyslu dziewczyny, o to Julia sie wcale nie troszczy. Chce czyta'c, niech czyta; czy zrozumie, czy skorzysta — to mniejsza. Zreszta lepiej by zrobila, polozywszy sie spa'c, — szorowala podloge i o drugiej w nocy spa'c poszla.

Mimo to obja'snia Ka'ske, gdzie ksiazke znajdzie w komodzie. Sama jest za ciezka, aby wsta'c i Historie lzy i 'smiechu swej sludze wreczy'c. Gdy Ka'ska, przycisnawszy do piersi niewielka, waska ksiazeczke, wynosi sie z sypialni, Julia oddycha swobodniej i zatulajac prawie cala twarz w poduszke, zasypia tym niezdrowym p'olsnem, wla'sciwym tylko anemicznym kobietom.

Ka'ska uszcze'sliwiona powracala do kuchni. Nareszcie ma rozrywke, godziny jej teraz szybko uplyna, wie o tym. Zapewne pani dala jej historie o jakiej dobrej kr'olowej, kt'ora zamiast chleba pokazala r'oze swemu srogiemu nielito'sciwemu malzonkowi lub o tym dobrym 'swietym, kt'ory biedne sierotki po ulicach zbieral i opiekowal sie nimi jak ojciec rodzony

Ka'ska to wszystko czytala dawniej, teraz rada by przypomnie'c sobie niekt'ore szczeg'oly; a wreszcie, co piekne i dobre, to mozna dziesie'c razy odczyta'c. To nic nie zaszkodzi. Teraz czwarta. Jeszcze cztery godziny czasu do nastawienia samowaru i podania herbaty; przeczyta wiec przynajmniej p'ol historii, a moze zdazy przeczyta'c cala. Zreszta je'sli nie sko'nczy, to poprosi pieknie pania, aby pozwolila zatrzyma'c ksiazke do drugiej niedzieli. Wprawdzie ma dozwolone wyj's'c na przyszly tydzie'n, ale piekna historia ciekawsza o wiele i Ka'ska zostanie w domu przez cale popoludnie, aby doko'nczy'c rozpoczete czytanie. I z calym przejeciem sie wazno'scia tej nadzwyczajnej chwili, Ka'ska przystawia krzeselko do male'nkiego okienka, z kt'orego pada skapy promie'n 'swiatla. Nie jest jej tak widno jak kucharce pani hrabiny; ta ma wygodna kuchnie z szerokim weneckim oknem; ale c'oz pocza'c, okna juz nie przerobi'c; trzeba dobrze oczy roztworzy'c i stara'c sie, aby 'swiatlo na ksiazke padalo.

I z zadowolona, rozja'sniona twarza otwiera Ka'ska Historie lzy i 'smiechu, rozpoczynajac czytanie dziela od sylabizowania tytulu, nazwiska wydawcy i wla'sciciela drukarni.

Dopelniwszy tego aktu, przewraca kartke i przyciszonym szeptem, utykajac, poprawiajac sie, krztuszac, wycierajac nos, czyta co nastepuje: „Kobieta, ta polowa spolecze'nstwa, 'ow cel bada'n wiek'ow i medrc'ow, cel uwielbie'n i uniesie'n — w istocie jednak rzeczy samej pozostala sfinksem dla og'olu, sfinksem dla siebie samej…”. Ka'ska oddycha ciezko i urywa czytanie.

Nie ma nic o kr'olowej ani o 'swietych pa'nskich.

To pewnie bedzie dalej — trzeba cierpliwie czyta'c, a historia przyjdzie sama. Tak raz juz bylo, ona pamieta dobrze — z poczatku niby nic, a p'o'zniej 'sliczno'sci!…

„Nie tylko saintsimoni'sci, lecz i kobiety z wyzszym wyksztalceniem, piszac o emancypacji kobiet, podawaly jako gl'owny jej warunek…”

Ka'ska ociera spocone czolo i poprawia sie z determinacja na krze'sle.

Spocila sie a przeciez historii nie znalazla. Mimo to czyta dalej, jeczac, stekajac, wykrzywiajac usta; na koniec zmeczona fizycznie i moralnie, z wyrazem najwyzszego zniechecenia opuszcza ksiazke, a glowe pochyla na piersi.

Mily Boze! Jakaz ona glupia!

Czyta od godziny, az 'smiertelne poty na nia wystepuja, a przeciez nic zrozumie'c nie moze. Przychodza takie slowa, jakich ona jako zywo nigdy nie slyszala! Jaka's „ulekczycielka” — Ka'ska wym'owi'c nawet porzadnie nie moze, bo jezyk sie jej zwija. Pani sie pyta'c nie 'smie. Nie do's'c, ze prosila o ksiazke, a pani w nieprzebranej swej dobroci uczynila zado's'c jej zyczeniu, jeszcze bedzie niepokoi'c pania dlatego, ze w ciemnocie swojej zrozumie'c nie moze, „dlaczego saintsimoni'sci podawali jako gl'owny warunek rozwoju emancypacji zniesienie malze'nstwa”.

A przeciez czytajac o dobrej kr'olowej i o milosiernym 'swietym, rozumiala kazde slowo, nawet plakala nad losem maluchnych sierotek pozostawionych w jakim's ciemnym, brudnym kacie i umierajacych z glodu. Szkoda, ze pani takich ksiazek nie ma; to zaraz inaczej robi sie na duszy, gdy czlowiek co's tak pieknego przeczyta. Zaraz mozna por'owna'c cudza nedze do swojej biedy, a przeciez widzi sie wtedy laske boza, czuwajaca nad biednym czlowiekiem. Cho'c skape, ale jadlo jest i kuchnia nie taka ciemna i smutna sie wydaje — bo inni i tego nawet nie maja.

I szczerze zmartwiona siedzi Ka'ska ciagle pod okienkiem, trzymajac w reku ksiazke jak zebrak zglodnialy, kt'oremu dano dla zaspokojenia glodu z drzewa wystrugany owoc. — Godziny wloka sie powoli, skaz'owki 'sciennego zegara posuwaja sie z dziwna ospalo'scia po zniszczonym cyferblacie. Ka'ska bezmy'slnym, oslupialym wzrokiem wpatrzyla sie w ciemna i porysowana czarnymi bruzdami 'sciane kuchni.

Stanowczo na przyszla niedziele wyj's'c musi — c'oz robi'c bedzie zn'ow cale popoludnie? Dusi ja formalnie i potrzebuje troche powietrza. — Wprawdzie nie ma nikogo, aby jej w przechadzce towarzyszyl, ale czy to kazda dziewczyna potrzebuje mie'c kochanka? Ona ma swoje zdanie pod tym wzgledem. Jak sie wda'c z mezczyzna, to juz z takim, co bedzie z niego maz; balamuctwa nie chce; napatrzyla sie dosy'c na smutny koniec dziewczyn, co to ledwo podr'oslszy zaraz o kochankach my'slaly. Ka'ska nie rozumie doprawdy, dlaczego sie tak 'spieszyly? Padly tylko na ludzkie jezyki i poszly na poniewierke. I w swym p'o'znym rozwinieciu silnej kobiety nie moze zrozumie'c, co mialy w krwi te inne dziewczeta, kt'ore dojrzewajac w dziecinnym prawie wieku, niszczyly swe drobne ciala, rzucajac sie przedwcze'snie w objecia pierwszych lepszych mezczyzn. Zreszta, ona nie przeczy, ze zycie samej, wiecznie samej dziewczyny, jest bardzo smutne, bardzo przykre — ni to sie komu uzali'c, ni po'smia'c sie lub wyj's'c na spacer; ale tak zn'ow nie przebierajac, nie znajac prawie, poufali'c sie, m'owi'c „ty”, przyjmowa'c „fundowanie” i wraca'c p'o'zno w noc albo wystawa'c przed sienia — to trzeba mie'c pusto w glowie i nie my'sle'c o jutrze.

Gdy sie jej trafi uczciwy czlowiek z kondycja, a wyra'znie i po bozemu wypowie swoje zamiary — Ka'ska chetnie p'ojdzie z nim na „promenade” i zbiegnie wieczorem, aby sie zobaczy'c cho'c na kr'otka chwilke.

Kochanek — to obraza Boga, narzeczony — to juz co innego. Prawie maz, tylko 'slubu brak; ale 'slub nie ucieknie, a zawsze juz taka dziewczyna po jezykach ludzkich nie chodzi. Druga, mimowolna troska Ka'ski byl… Jan.

Str'oz z dziwnym instynktem wrodzonym kazdemu mezczy'znie, gdy idzie o uwiedzenie kobiety, zmienil sie po prostu w jawnego wroga.

Po blizszym zastanowieniu doszedl do przekonania, ze Ka'ska jest „jezuitka”, a op'or stawiony przez nia w pamietnym mu spotkaniu na schodach wzial za „jezuito's'c” w najlepszym gatunku.

Pani hrabinie wolno by'c „jezuitka”, bo od tego pani, zeby miala w glowie przewr'ocone — i za to kiedy's swa kare odbierze, ale taka glupia i prosta dziewczyna, zamiast by'c taka jak inne, udaje 'swieta i oczy zawraca, zamiast poczestowa'c go uczciwym kulakiem, gdy spotkal sie z nia w ciasnym przej'sciu i przycisnal troche do 'sciany. Chowa sie dla meza, dlatego taka harda; chce czepka, i my'sli, ze zlapie jakiego glupca na swoja uczciwo's'c. I caly urok milego, lagodnego wejrzenia Ka'ski, kt'ore ol'snilo przez kr'otka chwile Jana, a w duszy jego stlumilo zwierzeco's'c meskiej zadzy, niknie wobec tej brutalnej zlo'sci, kt'ora mimo woli przepelnia cala istote obrazonego w swej dumie mezczyzny.

I z bezwzgledno'scia najwyzsza obrzuca dziewczyne tysiacami zarzut'ow, kt'ore, im bledniejsze, tym bardziej poteguje, czujac przeciez niesprawiedliwo's'c, jaka tym Ka'sce wyrzadza.

Najwiecej gniewa go to pragnienie zostania 'slubna zona, kt'ore Ka'ska wyjawila, rozmawiajac z nim przed brama. Wedlug niego najgorsze to 'swiadectwo o moralno'sci dziewczyny. Chce sie pewnie plecami meza zaslania'c, aby swoje broi'c; o! Jan zna juz takie zony, zna nawet bardzo blisko… m'oglby niejedna nazwa'c po nazwisku, ale bylaby z tego heca, a on hec przez baby nie lubi.

I pomimo gniewu powraca bezustannie my'sla do tej tegiej dziewczyny, kt'orej cialo podziwia, pomimo nazwy „tlumoka”, jaka jej inne sluzace nadaly. I drwiac z niej nielito'sciwie, wspomina z prawdziwa rozkosza chwile, gdy byl tak blisko niej, ze czul jej cieply oddech na swej rozpalonej twarzy. Moga sobie z niej zartowa'c do woli te plaskie dziewczyny o spiczastych ramionach — on w glebi duszy przyznaje Ka'sce wszystkie zalety ciala i wie dobrze z do'swiadczenia, ze taka tega i zdrowa kobieta zdarza sie jedna na sto, a moze na dwie'scie.

No! Gdyby ja spotkal teraz po ciemku na schodach, nie darowalby jej raz wyrzadzonej obelgi… Przycisnalby ja tak mocno do 'sciany, ze cala „jezuito's'c” by zgubila. Nie pomogloby przewracanie oczu, drugi raz nie mozna wzia'c na kawal; wtedy — po prostu stumanial i ustapil. Zreszta dnia tego wypil kilka halb piwa i pare kieliszk'ow na zgode z Fajczarzem, czeladnikiem rze'znickim, kt'oremu przeszlej niedzieli za niezgodno's'c przekona'n oko podbil. Dlatego byl jaki's niesw'oj, a ona skorzystala i teraz, cho'c udaje, ze zapomniala, pamieta dobrze jego glupote i dobrze sie po katach chichocze.

Tylko ma w sobie te dobra strone, ze jest zawsze taka schludna i czysto wymyta, ze az przyjemnie czlowiekowi spojrze'c. Cho'c zapracowana i czesto od szorowania zbiegnie na d'ol wypluka'c 'scierki, to kaftanik na niej 'swiezy, a rece, cho'c grube i czerwone, sa czyste i ochota bierze uszczypna'c to cialo jedrne a naciagniete, az l'sni w promieniach slo'nca. Glowe ma takze niczego, wlosy gladko rozdzielone, tak, jak Jan wla'snie lubi, wyczesane dobrze, a 'swieca sie na skroniach, jakby czym's posmarowane… Wcale ladna dziewczyna, tylko wielka szkoda, ze taka glupia i zamiast sie bawi'c, suszy sie i kwasi.

I bezustannie my'sl Jana powraca do Ka'ski i krazy kolo niej, wyszukujac nowe zalety, aby potem zalety te obracajac na jej niekorzy's'c, przedstawi'c dziewczyne, tak sobie jak i drugim, w najgorszym 'swietle.

Marynka z drugiego pietra jest mu dzielnym sprzymierze'ncem w tej sprawie.

Ta niska, krepa dziewczyna, o do's'c ksztaltnej figurce, 'sci'snieta w pasie stara sznur'owka swej pani, pozostaje z Janem w 'scislej przyja'zni, kt'ora to przyja'z'n w niezbyt czystym 'zr'odle poczatek bierze. Marynka brala zycie z zabawnej strony, z rozrzutno'scia bogacza szafowala swa mlodo'scia, a kierowala sie wedlug znanego przyslowia:

„Co z brzegu — to nieprzyjaciel”.

Wskutek tego pelno miala znajomo'sci, ale naprawde nie wiazala sie z nikim. Lubila co niedziela i's'c za rogatke lub na Wysoka G'ore z innym mezczyzna. Majac nieograniczona swobode ze wzgledu na Parysa i Lale, kt'orym ruch byl nadzwyczajnie potrzebny — skoro wydala obiad, przygladzala wlosy, zapiekala grzywke, a usmarowawszy twarz tanim r'ozem i brwi przypalonym korkiem, brala na rece oba pieski i z szelestem wykrochmalonych sp'odnic znikala, trzaskajac drzwiami.

Wesola, 'swiegocaca jej natura od razu przypadla do charakteru Jana, kt'ory w swoim „farmazo'nskim” usposobieniu nie lubil dlugotrwalych zwiazk'ow przypominajacych ksiezowska stule.

Marynka byla dziewczyna niewymagajaca. O malze'nstwie nie m'owila nigdy, nie my'slala bra'c sobie tak ciezkiego klopotu na wolna szyje. Po kr'otkich przedwstepnych krokach, oglosili nagle zdziwionej tym wypadkiem rzeszy znajomych sw'oj stosunek, nie krepujac sie od tej chwili, calujac sie przy drzwiach otwartych i gorszac kucharke pani hrabiny, kt'ora od tej chwili nie mogla bezpiecznie p'oj's'c po jarzyny do piwnicy, aby nie napotka'c na waskim przej'sciu tych dwojga ludzi zartujacych lub chichoczacych w zaglebieniu 'sciany.

Marynka miala, opr'ocz ciemnych oczu i zadartego noska, dar jeszcze jeden. Umiala „naciaga'c” mezczyzn, to znaczy, wedlug niej, doprowadza'c do ofiarowywania sobie rozmaitych drobnostek, kt'ore ona z minka zachwycona przyjmowala. I Jan przej's'c musial przez podobnego rodzaju „naciagania”.

Jednego „pierwszego” — byl to krzyzyk, maluchny krzyzyk srebrny, pozlacany, z turkusikiem we 'srodku. Marynka dnie i noce cale m'owila o tym krzyzyku, kt'ory za marne trzy guldeny bylo mozna kupi'c na rynku u pokatnego jubilera. P'o'zniej — byly to zn'ow kolczyki, dwa listki z babelkami, emaliowane na czarno. Zapewne, byla to rzecz droga i cena do's'c wysoka — dosiegala o'smiu gulden'ow, ale Marynka „z male'nko'sci” miala delikatne uszy i tombakowe uszko u kolczyka zaognialo jej cialo…

Jan kupil kolczyki, nacisnal czapke i przysiagl sobie, ze zerwie. Niepotrzebnie wszakze przysiegal, bo Marynka znudzona romansem ze str'ozem, postanowila p'oj's'c wyzej i oddala swe serce tegiemu kanonierowi w brazowym kabacie i ciemnoblekitnej czapce.

Jan ustapil chetnie zajmowane miejsce i bez swar'ow i awantur rozeszla sie ta gwaltowna milo's'c, kt'ora niedawno jeszcze halasem swoim przepelniala korytarze, klatki schodowe, piwnice i strychy — niepokojac lokator'ow i uragajac moralno'sci publicznej. Wbrew jednak zwyczajowi, przyja'z'n pomiedzy Janem i Marynka trwala ciagle, a nawet czasem, gdy Marynka zap'o'znila sie, Jan w miejsce „szperki” odbieral zaplate, calujac ciepla szyje dziewczyny, kt'orej przyciszony chichot rozlegal sie w bramie i wbiegal wraz z nia na waskie, ciemne schody.

Tak staly rzeczy, gdy Ka'ska przybyla do kamienicy. Gdy wszakze Jan, zadra'sniety w swej milo'sci wlasnej, wystapil otwarcie przeciw Ka'sce, a w dodatku nazwal ja „dragonem” — Marynka w goracych wyrazach poczela dopomaga'c temu potokowi szyderstw, jaki z ust Jana plynal. Instynktem wla'sciwym kazdej, bodaj najnizej pod wzgledem inteligencji stojacej kobiecie odgadla, ze Ka'ska mimo wszystko podobala sie Janowi i zajela go.

Jakkolwiek miala innego kochanka, nie chciala, aby Jan pocieszyl sie predko po jej stracie, i dlatego z cala sila trywialnego dowcipu zwr'ocila sie przeciw Ka'sce, podburzajac przeciw niej inne slugi, o'smieszajac w oczach calego domu… Dopomagala Janowi w czynieniu rozmaitych psot i szk'od, za kt'ore potem biedna Ka'ska ze skromnej swej pensji placi'c musiala. Zrywano stare i powiazane sznury, na kt'orych suszyla sie bielizna Budowskich; wylewano wode z szaflika, gdy Ka'ska troche „deszcz'owki”, zlapa'c pragnela. Przez ciemne schody przeciagano szpagat, cieszac sie, gdy poslyszano ciezki loskot spadajacej z kilku stopni Ka'ski. Gdy przechodzila przez dziedziniec, szmer szyderczych 'smiech'ow wznosil sie poza nia. 'Smiala sie pokojowa hrabiny, przewieszona na oknie, prezentujac w czystym 'swietle poludniowej pory jasnoblond wlosy skrecone zgrabnie na wierzchu glowy. Poza nia czernial czepek kucharki, a czlonkini Bractwa R'oza'ncowego nie gardzila wesolo'scia majaca na celu wyszydzenie tej bezboznicy, kt'ora nie wahala sie „Zydom” sluzy'c i mace z nimi zajada'c. 'Smiala sie chuda i ko'scista wla'scicielka sklepiku, kt'ora nie mogla Ka'sce darowa'c, ze omijala jej kram, zalatwiajac w innym, sasiednim, drobne sprawunki z rozkazu swego pana. 'Smialy sie slugi tapicera mieszkajacego w oficynie, zezowata nia'nka i opasla kucharka; 'smiala sie sama zona tapicera, kt'ora, bedac dawniej sluga, z najwieksza rozkosza zajmowala sie sprawami kuchennymi; ale najwiecej 'smiala sie Marynka i Jan — on, oparty o miotle, z fajka w zebach, z czapka junacko pochylona na lewe ucho.

Ka'ska szla wolno, z pochylona glowa, ze 'sci'snietym gardlem, rozumiejac dobrze, ze powodem tej wesolo'sci byla ona sama, a wla'sciwie jej wielka i wedlug niej niezgrabna posta'c. I pochylala jeszcze wiecej ramiona, jakby chcac na zaokraglony grzbiet przyja'c te wszystkie wybuchy 'smiechu, kt'ore co rano rozlegaly sie w'sr'od podw'orka i czepiajac sie mur'ow kamienicy, biegly w'sr'od okien, aby tam zbudziwszy echa, spada'c siekaca chlosta na zgnebiona i srodze tym dotknieta Ka'ske. C'oz zrobila wreszcie tak zlego, aby sprawiano jej tyle przykro'sci? Ze wyrosla wieksza niz inne, nie jest przeciez temu winna — i ona z pewno'scia nie roze'smialaby sie na widok dziewczyny dwa razy wiekszej od niej samej.

Nie kazda moze wyglada'c jak z „porcyneli”. Schodzi im z drogi, jak moze, stara sie nie by'c nikomu najlzejsza zawada, mimo to wy'smiewaja sie z niej i spokoju nigdy nie dadza. W bezmiernej lagodno'sci nie znajduje ostrego slowa, kt'orym by zazegna'c mogla zarty i szyderstwa, jakimi ja przytlaczaja. Wie przeciez, ze gdyby miala dostateczny zas'ob odwagi, moglaby kaza'c zamilkna'c calej tej niepoczciwej zgrai, kt'ora rzuca sie na nia jakby ostatnia z ostatnich. Lecz do nikogo nie czuje tak wielkiego zalu, jak wla'snie do… Jana. W prostocie swej i prawdziwej uczciwo'sci nie szuka wykret'ow, nie pragnie oszuka'c siebie samej, lecz czuje, ze Jan podobal jej sie bardzo — i poddaje sie temu uczuciu z poslusze'nstwem biernej, wiecznie do uleglo'sci przywyklej istoty. Gdy na ciemnym zakrecie schod'ow cisnal ja brutalnie, zwykla trwoga, przejmujaca jej istote za zblizeniem sie mezczyzny, ogarnela ja i tym razem. Lecz gdy pod wplywem jej pro'sby usunal sie i dozwolil przej's'c spokojnie, w Ka'ske wstapilo glebokie przekonanie, ze odtad potrafi kierowa'c nim i pozyska w ujarzmionym nie wroga, lecz… przyjaciela.

Przy 'swietle dziennym spostrzegla, ze Jan byl przystojnym mezczyzna — i odkrycie to sprawilo jej przyjemno's'c wielka, z kt'orej sobie na razie sprawy zda'c nie mogla. Rozmowa przy bramie i drwinki Jana dotknely ja bole'snie. Wydal jej sie zupelnie innym, zmienionym. Mial w sobie pewno's'c ulicznego uwodziciela i ton jego mowy nie mial w sobie nic, co by zdradzalo cokolwiek uprzejmo'sci. Gdy p'o'zniej otwarcie polaczyl sie z nieprzyjacielsko usposobionymi kobietami i stanal do jawnej walki, Ka'ska uczula wielki smutek i dlugo w noc zasna'c nie mogla, rozbierajac w sklopotanej glowie kazda drwinke, kt'ora z ust str'oza wyszla. Pragnela nie spotyka'c sie z nim nigdy, a mimo tego postanowienia znajdowala wiecznie jego barczysta posta'c na swej drodze. Czy byla w tym jej czy jego wina?

Zdaje sie, ze wina byla wsp'olno'scia obojga.


*


Gdy Ka'ska doczekala sie wreszcie niedzieli, w kt'orej wolno jej bylo wyj's'c, z wyra'znym zastrzezeniem szybkiego powrotu — od rana cieszyla sie tym uzyciem chwilowej wolno'sci i roila plany przyjemnego przepedzenia calego popoludnia.

Zdawalo sie jej, ze poza murami zacie'snionej kuchenki dozna zabawy, kt'ora jej wystarczy na dlugi przeciag trzytygodniowej niewoli. Wprawdzie nie miala z kim uda'c sie na zamierzona przechadzke i bylo jej troche markotno, ze sama jedna i's'c przez ulice musi w 'swieto; ale goraczka tesknoty trawiaca ja przez dlugie trzy tygodnie, tesknoty za lud'zmi, cho'cby o zupelnie obojetnych, byle nie szyderskich[17] twarzach, kazala jej zapomnie'c o swym osamotnieniu i dozwalala cieszy'c sie nadzieja cho'c chwilowej rozrywki. P'o'zna noca naprawila sp'odnice, kt'orej fioletowa welniana listwa zupelnie obdarta i przez dlugie uzywanie zniszczona byla. Za ostatnie dwa centy kupila troche nafty i usiadlszy na swym ulubionym miejscu, to jest na brzegu kuferka, szyla, wyciagajac zamaszy'scie reke, uzbrojona w wielka, troche zardzewiala igle, kt'ora z uporem wielkim nie chciala wyj's'c z tkaniny i zmuszala nieraz Ka'ske do wyrywania zebami uporczywego narzedzia razem z fioletowymi nitkami, kt'ore rdza nabierala na siebie.

Mimo malej dozy pr'ozno'sci i kokieterii, jaka Ka'ska zywila w sobie — uczesanie wlos'ow zajelo dobre p'ol godziny, a wyszorowanie szyi, usz'ow i rak — co najmniej kwadrans. Gdy cala czerwona od tarcia gruba 'scierka, uzywana zwykle do obcierania talerzy, podniosla glowe znad szaflika, w kt'orym sie myla, uczula ulge wielka w tym oblaniu sie zimna woda i wstrzasnela glowa dla odrzucenia grubego, r'owno splecionego warkocza, kt'ory spadl jej na piersi, gdy glowe szybko schylila.

Stala tak kr'otka chwile z obnazonym torsem, piekna mlodo'scia i sila swych ksztalt'ow, z twarza i rekami po lokcie opalonymi i odcinajacymi sie od reszty ciala ciemna, miedziana barwa. Fala purpurowej, zdrowej krwi bila pod ta sk'ora, wypelniona jedrnym cialem, kt'ore domagalo sie uzycia i zrozumienia w praktyce zmyslowych stron zycia, jakich przed nim 'swiat nie ukrywal. Wychowana w'sr'od ludzi, kt'orzy z cala bezczelno'scia wtajemniczaja swe dzieci w najskrytsze tajniki domowego pozycia, wiedziala wszystko i napatrzyla sie nieraz na tysiace obraz'ow, kt'ore inteligentniejsze warstwy spolecze'nstwa zaslona wstydu przyslaniaja. W umy'sle jej byla pod tym wzgledem jasno's'c zupelna; z okrutna brutalno'scia wepchnieto ja od dziecka do tajemniczego zakatka i kazano patrze'c i slucha'c bez wzgledu na mlodo's'c i delikatno's'c dziewczecej natury. Ale pomimo wszystko, cialo jej spalo dlugo, rozwijajac sie powoli, przygotowujac materialy do wspanialej budowy, jaka w formach kobiecych uksztaltowa'c sie miala. Teraz, gdy proces rozwijania sie byl prawie na uko'nczeniu, w olbrzymim dziecku budzila sie kobieta z przeczuciem bliskiego upadku i z cala 'swiadomo'scia swego przeznaczenia. Niedlugo nadmiar sily nurtujacy jej cialo zapragnalby przej's'c w inna istote, kt'ora, powolana do zycia, odebralaby z tych przeciazonych nadmiarem krwi czlonk'ow mozno's'c istnienia, ruchu, my'sli, czynu. Ka'ska bezwiednie pragnela tej ulgi, bo instynktem odgadywala, ze jeszcze jedna praca czeka na nia na 'swiecie, a wykonanie tej pracy mialo 'zr'odlo w niej samej, w przy'spieszonym krwi obiegu, w tym dziwnym niepokoju, przebiegajacym jej plecy nieokre'slonym blizej dreszczem. Byla za glupia i za malo umyslowo rozwinieta, aby pomiedzy wiadomo'sciami zaczerpnietymi w dzieci'nstwie i swym obecnym stanem pociagna'c linie i zaczerpna'c wytlumaczenie; „tamto swoja droga, a to swoja” my'slala czasem, gdy nagle doznawala zawrotu glowy, a instynkt ostrzegal ja, skad nagle oslabienie pochodzi; „zasiedziala sie i dlatego krew bije do glowy. Przejdzie sie troche — i lzej jej bedzie z pewno'scia”. A mimo to niepok'oj nie ustepowal, chwilami nawet dokuczal jej w bardzo przykry spos'ob. Zdawalo sie jej, ze pod sk'ora ma jaka's druga istote, kt'ora szuka wyj'scia i miota sie gwaltownie.

Gdy wreszcie nadeszlo oczekiwane popoludnie i Ka'ska, uko'nczywszy ubranie, znalazla sie na ulicy, doznala naglego ol'snienia wobec tego gwaru i ruchu 'swiatecznego, jaki pomieszanym ch'orem wznosil sie w'sr'od goraca i tuman'ow kurzu.

Trotuary, pokryte setkami przechodni'ow, wylewaly ze swych brzeg'ow cale fale ludzi jak olbrzymie rynsztoki, kt'ore w czasie ulewy rozlewaja na bruk go'sci'nca swe metne fale. Ludzie dziwacznie postrojeni szli grupami, rozprawiajac glo'sno i machajac szeroko rekami. Byli to po najwiekszej cze'sci rzemie'slnicy z zonami i dzie'cmi, sluzace ze swymi kochankami, zolnierze szukajacy jakiej niezbyt okrutnej piekno'sci, wreszcie rodziny nizszych urzednik'ow wlokace swe chude i 'zle odzywiane postacie w'sr'od tej masy 'spieszacej za chwilowa rozrywka, pragnacej wyda'c grosz ciezko zapracowany w'sr'od dlugich i bezbarwnych dni tygodnia. Czarne surduty rozciagniete na zgietych nad warsztatami plecach, kawowe spodnie zbyt kr'otkie, ukazujace watpliwa bialo's'c skarpetek, kraciaste krawatki migocace jaskrawa barwa pod krochmalnymi kolnierzami, buty powykrzywiane na nogach napuchlych od zbyt wielkiego krwi naplywu — ta cala 'swiateczna elegancja wystrojonego rzemie'slnika blyszczala w slo'ncu letnim, ukazujac z okrutna dokladno'scia zly kr'oj sukien, popekane szwy but'ow, a zwlaszcza rece tych ludzi ogromne, nieksztaltne, spracowane, wystepujace jak dwie czerwone plamy na tle jaskrawego ubrania. Kobiety szele'scily krochmalnymi sp'odnicami, prezentujac zielone jak trawa lub szafirowe sp'odnice naszywane aksamitkami lub przystrojone zrudziala blondyna. Na plecach kazdej z tych kobiet rozkladal sie pompatycznie turecki szal (imitacja lub prawdziwy, stosownie do zamozno'sci wla'scicielki), spiety na piersiach wielka, lawowa lub, w rzadkich wypadkach, szczerozlota broszka. Najdziwaczniejsze czepki kryja ich glowy, z'olte szarfy, czerwone r'oze, kawalki 'slubnych welon'ow, zbrudzone paki pomara'nczowego kwiecia — wszystko to nedza zydowskich kram'ow o tanich wstazkach, szeleszczacych jak kawalki papieru, koronkach sinych z nier'ownym deseniem — wszystko to w formie bezksztaltnej masy spoczywa na gladko przyczesanych wlosach, zadziwiajac rozmaito'scia barw i dziwaczno'scia pomyslu. Kobiety te sa to najcze'sciej wyschle i zz'olkle szkielety, postarzale przedwcze'snie, z bruzdami na waskich czolach, z piegowatymi, zapadlymi policzkami. Ida sztywne, uroczyste, lekajac sie co chwila o zgniecenie sukni lub zaczepienie fredzli szala o parasolke lub laske przechodni'ow. Przed nimi gromadki dzieci, najcze'sciej z powykrzywianymi angielska choroba nogami, wloka swe nieksztaltne ciala, potracajac ludzi i zajmujac o ile mozno'sci najwiecej miejsca na chodniku. Ich chorobliwe, z'olte twarzyczki maja w sobie wyraz przedwczesnej dojrzalo'sci, a nierzadko mozna dostrzec na szyjach — 'zle oslonietych kreska — zmarszczone, brzydkie blizny, wla'sciwe tylko skrofulicznym istotom. Zrodzone najcze'sciej z matki, kt'ora oddychala niezdrowa atmosfera zacie'snionej, przeludnionej izby, a ojca saczacego bezustannie w siebie zabijajacy jad alkoholu i zbierajacego od dziecka prawie rozpuste kryjaca sie w'sr'od uroczej ciszy miejskich ogrod'ow — ci przyszli pracownicy, na kt'orych przemysl krajowy mial sie opiera'c, przedstawiali sie bardzo nedznie w'sr'od slonecznych blask'ow, wykazujacych nie tylko pekniecia sk'ory u ich obuwia, lecz i przedwczesne, a zbyt jawne zniszczenie organizmu tych schorzalych i prawie okaleczalych malc'ow. Slugi uwieszone u ramion kochank'ow przodowaly w tym tlumie, starajac sie wysuna'c na plan pierwszy, pewne mocy swych wdziek'ow i zachwycajace w niemodnych, wygniecionych sukniach, jakie ich plaskie i 'zle wyciosane postacie stroily. Cala che'c na'sladowania znienawidzonych pa'n przebijala sie w dziwacznej kombinacji niedzielnego stroju, w jaki te trywialne, o grubych ko'sciach dziewczyny wtlaczaly gwaltownie do swobodnych fald'ow codziennej sp'odnicy przywykle ksztalty. Barezowe suknie zbrudzone, przystrojone zupelnie odmiennej barwy falbankami, opinaly sie z uporem, zapadajac przy zgieciu kolan, aby odbite pietami przerzuca'c sie za kazdym krokiem z dziwna, a wcale nieponetna fantazja. Cale peki wstazek pozwijanych w trabki lub aksamitek o wystrzepionych brzegach przyczepily sie do bok'ow lub ramion; gorsy strojne w tarlatanowe kresy, dozwalaly widzie'c kawalek czerwonej, grubej szyi, na kt'orej zwieszala sie tradycjonalna „sylwetka” na czarnej aksamitce. Na glowach najdziwaczniejsze kapelusze wiewaly z defryzowanymi pi'orami lub zadziwialy pekiem majowo zielonej trawy, po'sr'od kt'orej kr'olowaly ogromne r'oze lub olbrzymiej wielko'sci niezapominajki. Niekt'ore dziewczyny szly z gola glowa, ale nie ukrywaly swej zazdro'sci na widok zastanawiajacego kapelusza zdobiacego glowe zamozniejszej towarzyszki. Obok nich mezczy'zni, najcze'sciej zolnierze, szli, kolyszac sie z mina zwyciezc'ow. Ulani w blekitnych ulankach i czerwonych myckach stawiali nogi szeroko, patrzac z pogarda na strzelc'ow i innego gatunku zolnierzy, nalezacych do piechoty. Kanonierzy w brazowych kabatach z kr'otkimi „faschinenmesserami” przy boku starali sie nie ustepowa'c kroku ulanom, kt'orych brawura przechodzila wszelkie granice. Czasem przemknela para „cywil'ow” — to znaczy, ze on nie nosil wojskowej kurtki, ani nie roztracal ludzi dla utorowania drogi i zwr'ocenia na siebie uwagi, a ona szla o wiele skromniej i przyzwoiciej niz dziewczyny prowadzace sie z zolnierzami. Brukowanym go'sci'ncem jechaly dorozki przepelnione lud'zmi. Zmeczone konie, zachecane batem, wlokly wychudle nogi, potykajac sie o nier'owne kamienie. Co dziesie'c minut ludzie ustepowali z drogi przed dzwonkiem obwieszczajacym nadej'scie tramwaju. Natlok panujacy w tramwajach byl tego dnia nieslychany; fala pasazer'ow wylewala sie na zewnatrz, przepelniajac ganeczki, cisnac konduktora, paralizujac ruchy wo'znicy. A pomimo tego na kazdym przystanku przybywali nowi pasazerowie; czepiajac sie balustrady, stawali na stopniach, pr'obujac sie wcisna'c do 'srodka, aby tam sila wywalczy'c kawalek lawki. Rodziny urzednik'ow, o wiele spokojniejsze, szly wolno, rozmawiajac ciszej, nie potracajac nikogo, wyr'ozniajac sie w tym tlumie lepszym gustem w ubraniu i chorobliwa blado'scia, jaka najcze'sciej twarze kobiet byly pokryte. Caly ten tlum zlozony przewaznie z ludzi chudych, o wkleslych klatkach piersiowych, 'smial sie falszywa wesolo'scia skaza'nc'ow, daleka od tej hala'sliwej rado'sci, jaka objawiaja rzemie'slnicy innych kraj'ow w bezczynno'sci popoludni niedzielnych. Nie bylo istotnej swobody w sczernialych lub wyblaklych maskach ich twarzy, rodzaj oglupienia i zbydlecenia malowal sie w rysach tych ludzi, kt'orzy w pracy swej widzieli jedynie 'zr'odlo zarobku — mozno'sci wypicia wiekszej ilo'sci piwa, a zacie'snieni w swych 'zle urzadzonych warsztatach, nie pracowali dla zadnej idei, dla dobra og'olu, lecz jedynie dla siebie samych, a w najlepszym razie dla utrzymania chorowitej zony i skrofulicznych dzieci. Nieozywieni zadna lepsza my'sla, mieli ch'od i spuszczenie lb'ow charakteryzujace konie zydowskich furman'ow, a nawet w swej wesolo'sci nie'sli ze soba trywialny smutek zapracowanych „na 'smier'c” ludzi. Zreszta jakaz rozrywka mieli orze'zwi'c zmeczone dusze, drzemiace w tych cialach, kt'ore miast krwi nosily w swych zylach rozczyn alkoholu i jad zlych chor'ob odziedziczonych po ojcach lub nabytych w rozpu'scie mlodo'sci? Brudne zydowskie knajpy, gdzie rozlegala sie wrzaskliwa muzyka, otwieraly swe przegnile wrota, wyciagajac wzdluz dusznych sal lub placyk'ow, szumnie „ogrodami” zwanych, cale szeregi stol'ow o blatach porysowanych, na kt'orych kufle piwa lub kieliszki koniaku zmienialy sie z przerazajaca szybko'scia. I w slabym 'swietle osadzonych w glinianych lichtarzach 'swiec cisnely sie cale gromady kobiet, mezczyzn, dzieci, ko'nczac dzie'n 'swiateczny zalewaniem sie strugami piwa, falszowanej w'odki, opychajac chore zoladki bryndza lub og'orkami. Przera'zliwe wrzaski traby napelnialy powietrze, stanowiac jedyna wznio'slejsza rozkosz, majaca podnie's'c ducha i umocni'c na dalsza ciezka i moralna wedr'owke.

I nic nie urzadzono dla inteligentniejszego rozerwania umysl'ow tej wielkiej gromady, kt'ora co niedziela przeciagala tlumami po zacie'snionych ulicach miasta, zdajac sie wielkim glosem domaga'c „panem et circenses[18]!”. Zadne ludowe przedstawienie, zaden teatrzyk tak zwany ogr'odkowy nie wyciagal swych go'scinnych lawek dla przyjecia spracowanego tlumu, kt'ory rad by wysluchal w przystepnej i wesolej formie moralnej poczciwej nauki, a cho'cby to rzeczywi'scie bylo grochem rzuconym o 'sciane, to moze mlode pokolenie przyjeloby groch ten nie z uporem starego muru.

Tymczasem fala ludu, postepujac wzdluz ulic smrodliwych i zaciemnionych, wplywala mimo woli do otwartych drzwi szynkowni, aby rozlozywszy sie dokola pooranych bruzdami stol'ow, chlona'c w siebie strugi odurzajacych, falszowanych napoj'ow i wlec sie p'o'zna noca do dom'ow, budzac u'spionych mieszka'nc'ow wrzaskiem i przekle'nstwami drzacymi przeciagla nuta nad miastem.

Sluzace uczepione u ramion swych kochank'ow dazyly na Wysoka G'ore lub op'o'znialy sie przed bramami — rozsnuwajac przed oczami przechodni'ow obrazy swych milostek; pruderia i bledne wyobrazenie o moralno'sci ich chlebodawc'ow odmawiajacych pozwolenia widywania kochank'ow w kuchniach, zmuszaly poniekad do podobnych schadzek ulicznych, na czym moralno's'c publiczna nie zyskiwala wcale.

Gdy Ka'ska znalazla sie nagle w'sr'od tlumu, ogarnela ja nie'smialo's'c wielka. Kazda z przechodzacych kobiet miala przy sobie je'sli nie mezczyzne, to druga kobiete, zapewne przyjaci'olke, z kt'ora szla, rozmawiajac lub sluchajac, co jej opowiadano. Ona byla sama, a cho'c w dnie powszednie takze nikt jej nie towarzyszyl, to'c w ten gwar niedzielny zawstydzila sie swego sieroctwa i osamotnienia, jakby w tym byla wlasna jej wina. Przy tym szla z gola glowa, bez kapelusza, blyszczaca tylko odblaskiem swych gladko przyczesanych wlos'ow. Dawala tym 'swiadectwo wielkiego ub'ostwa, bo tylko bardzo biedne dziewczeta nie nosza kapeluszy w dnie 'swiateczne. Nie zazdro'scila przeciez tych niezwyklych stroj'ow, jakie roztaczaly inne kobiety; ona wie, ze jest biedna, a drudzy sa bogaci. B'og tak chcial i porozdzielal. Za to w przyszlym zyciu setnie wynagrodzi. Zreszta sp'odnice ma dosy'c porzadna, jeszcze cala, a kaftanik perkalikowy, opinajacy jej piersi, 'swiezutko wyprasowany i podwiazany pod szyja czerwona wstazka. Wie, ze jest czysto ubrana, a ze biednie — nie jej w tym wina. Tylko przykro tak i's'c samej. Ten i 'ow sie obejrzy, B'og wie, co moze pomy'sle'c — ze nawet zadna kobieta zadawa'c sie z nia nie chce, skoro idzie tak samopas. To bardzo, bardzo nieprzyjemnie.

Nagle przychodzi jej do glowy R'ozia. Prawda, moze ona ma dzi's „wyj'scie” — bardzo by to dobrze bylo. Tylko ze R'ozia wychodzi bardzo rzadko w niedziele, w mleczarni jest w tym dniu nawal zajecia przy go'sciach, kt'orzy calymi gromadami zalegaja ogr'odek. Zwykle jedna dziewczyna bywa uwolniona, moze teraz wla'snie kolej na R'ozie wypadla. Trzeba sie przekona'c. W tym celu Ka'ska kieruje sie ku mleczarni. Zaszedlszy tam, dowiaduje sie, ze R'ozia opu'scila mleczarnie i zyje z „gotowego”. Tak zapewniala sama wla'scicielka, kt'ora dla zbytniego goraca ustapiwszy miejsca przy kasie swemu mezowi, sama zasiadla w kuchni, uzbrojona w olbrzymi czerpak do rozlewania mleka.

Ka'ska wyszla zn'ow na ulice i stanela chwilke, namy'slajac sie, czy odwiedzi'c R'ozie i zapyta'c, co miala znaczy'c ta zmiana w trybie jej zycia. Wahala sie przez chwile.

Przyszedl jej na my'sl Feliks. Od czasu owej pamietnej propozycji przy zabieraniu kuferka Ka'ska nie widziala go wiecej. Czula, ze sobie zrobila w nim nieprzyjaciela, i bala sie zajrze'c mu w oczy. Przyja'z'n wszakze dla R'ozi przemogla i Ka'ska w dziesie'c minut ujela za klamke drzwi prowadzacych do mieszkania jej przyjaci'olki.

Jakkolwiek owo zycie z „gotowego” zapowiadalo co's niezwyczajnego, Ka'ska od progu cofnela sie nagle, odurzona widokiem, jaki sie przedstawil jej oczom.

Na l'ozku na wprost drzwi siedzial Feliks w wspanialym kraciastym garniturze, wypomadowany, z wyczernionymi wasami, sterczacymi po obu stronach nosa. Przed nim, zamiast stolu, przysuniety do l'ozka kuferek pokryty resztkami wytwornej uczty, przyniesionej zapewne z sasiedniej garkuchni, wyciagal sw'oj zielony grzbiet w nieporzadku porozstawianych szklanek i talerzy. Kilka butelek z etykietami i bez, walalo sie dokola, na wz'or poslusznych nawet po 'smierci zolnierzy prostujac sie w r'ownej, wyciagnietej postawie. Obok l'ozka stala R'ozia, bledsza niz zwykle, lecz ubrana i uczesana, co wobec dawnego jej domowego zaniedbania bylo faktem nadzwyczajnym. Stara jedwabna suknia z welwetowym stanikiem, kupiona widocznie od handlarki starzyzna, wisi na niej nieksztaltnie, stanowiac swa jaskrawa ceglasta barwa jedna wiecej brudna plame na tle popekanej 'sciany. Cudacki, zmiety kapelusz pokrywa glowe, a rece wci'sniete w biale, brudne rekawiczki, zbyt kr'otkie, aby zakry'c miejsce pozostawione pomiedzy brzegiem rekawa a rekawiczka, odslaniaja kawalki ciala zsinialego od gwaltownego zbyt ciasna rekawiczka 'sci'sniecia.

Widocznie wybieraja sie na spacer, bo i Feliks wcisnal na glowe kapelusz l'sniacy nowo'scia filcu, a rece usiluje wepchna'c w piernikowej barwy rekawiczki.

Ciasne wnetrze izdebki napelnia wo'n 'zle przyrzadzonych potraw, kt'orych resztki wlekly sie na talerzach, zastyglych od tluszczu. Ko'sci kurczecia mie'scily sie ze zgnila zielono'scia salaty zaprawionej tanim octem. Silny zapach tytoniu dominowal wszakze i przygluszal wszystko — w powietrzu lezala cala warstwa silnego dymu, poruszajac sie z wolna i opadajac na sprzety i podloge.

Ka'ska, przyzwyczajona do zaniedbania w stroju R'ozi, stala chwile zdumiona tym przepychem, jaki nagle ol'snil jej oczy. Przy tym znaczna ilo's'c wypr'oznionych butelek, resztki kurczecia z salata i blyszczacy filc na kapeluszu Feliksa — dopelnialy wrazenia. Moze to urodziny lub imieniny, a ona nie wiedziala o tak waznej uroczysto'sci i gdyby nie przypadek, pominelaby dzie'n tak wazny milczeniem, krzywdzac w ten spos'ob przyjaci'olke. Serdecznie sie cieszy, ze spostrzegla w czas swe zapomnienie i wyciagajac rece, postepuje kilka krok'ow z poczciwa checia zlozenia zycze'n solenizantce.

Ta ostatnia wszakze na widok Ka'ski marszczy brwi gniewnie i zmienia sie na twarzy. Caly potok obelg wybucha z jej ust, spadajac gradem na glowe przybylej.

Jak to? Ona 'smie pokazywa'c sie jeszcze i wchodzi do niej, jakby nic sie nie stalo? Ale R'ozia wie wszystko, bo Feliks jej opowiedzial — i nie chce sie zadawa'c z taka ladacznica, co chce drugiej chlopa odmawia'c.

I caly rynsztok wyraz'ow pozbieranych z najbrudniejszych zaulk'ow, w'sr'od kt'orych R'ozia wzrosla, zalewa nagle ciasna przestrze'n izdebki. Ka'ska stoi nieruchoma, nie mogac zebra'c my'sli, nie rozumiejac, o co chodzi.

R'ozia tymczasem blada, z szeroko rozwartymi oczami, zaslania Feliksa jak skarb najdrozszy, kt'ory jej wydzieraja; — tak, ona wie teraz, co kryje Ka'ska pod ta sk'ora 'swietoszki, ale nie ja bra'c na kawal — ona widziala inne dziwy i wie, czego sie trzyma'c.

Wrzaskliwy glos odbija sie o niski sufit i spada w ciekacych pasmach na d'ol jak deszcz goracej wody.

— Patrz, szelmo, chciala's go zabra'c, namawiala's dla siebie… a moglaby's mu da'c kurczeta i takie zarcie? Widzisz ja, jaka mi pani! sama czym cielska nie ma nakry'c, a zachcialo jej sie Feliksa! Owa! Baciarka!…

Ka'ska, przerazona, przed ta brutalna napa'scia cofa sie ku drzwiom i wychodzi do sieni. Zamykajac drzwi, schodzac po schodach, slyszy jeszcze glos R'ozi lecacy skrzekliwym wrzaskiem w jej 'slady.

W prostocie swej i uczciwo'sci nie pojmuje, czym zawinila wzgledem R'ozi — wie tylko, ze stracila jedyna przyjaci'olke. O! Teraz moze zdechna'c z zalu, a nie bedzie sie miala nawet przed kim poskarzy'c. R'ozia mloda dziewczynka pracowala z Ka'ska w jednej fabryce, oddychaly tymi samymi szkodliwymi miazmatami przepelniajacymi wnetrze fabrycznego budynku; nad wieczorem wracaly razem, depcac bruk przedmie'scia i Ka'ska szczerze przywiazana byla do swej przyjaci'olki. Tyle lat zyly w zgodzie, przychodzac sobie z pomoca! Az tu mezczyzna stanal na drodze i por'oznil je, nie wiadomo nawet wla'sciwie, z jakiego powodu. I Ka'ska idzie, tlumiac w sobie jeszcze jeden zal wiecej do tych „chlop'ow”, kt'orzy wiecznie i wszedzie staja sie przyczyna jej utrapienia. Powoli wszakze refleksje przychodza jej do glowy.

Dlaczego R'ozia m'owila, ze ona, to jest Ka'ska, chce zabra'c sobie Feliksa? Wszak to on napadl na nia, gdy siedziala na brzegu kuferka, cerujac po'nczoche. Wygadywal wtedy na R'ozie, ze stara, ze do niczego, a potem chcial ja wzia'c za reke i zaczal sie bawi'c w „komplimenta”. Och! Ona pamieta dobrze, jak to bylo — bo przeciez wtedy tak ja zdusilo, ze sie rozplakala, nie doko'nczyla rozpoczetej roboty, wrzucila po'nczoche wraz z igla do kuferka i zaczela sie zbiera'c, 'spieszac sie bardzo. A dzisiaj R'ozia napada na nia, wymy'sla, jakby to Ka'ska byla winna! Przeciez powinna wiedzie'c, ze ona za mezczyznami nie patrzy, a na Feliksa nigdy sie nie obzierala, nawet wtedy, gdy razem mieszkali. Zreszta co cudze, to 'swiete. Odebra'c drugiej czy meza, czy kochanka to tyle, co ukra's'c, a ona jeszcze nic w swym zyciu nie ukradla.

Teraz, doprawdy, nie wie, gdzie i's'c i co ma zrobi'c ze soba. Liczyla na R'ozie, ale zawiodla ja ta rachuba. Blaka'c sie dalej po ulicy — i nudno i smutno. Wszyscy sie prowadza razem — ona jedna idzie jak pies, kt'ory nie ma pana. Przy tym smutek jej piersi rozrywa — ta R'ozia ma jezyk niepoczciwy!… Nazwala ja… ach! Ka'ska pomy'sle'c o tym spokojnie nie moze.

Najlepiej zrobi, gdy p'ojdzie do ko'sciola. Odkad jest w nowej sluzbie, wiecznie sie 'spieszy, nie ma czasu i wpada tam tylko na dorywke. Kto z Bogiem, to B'og z nim; trzeba sie pomodli'c, to ulzy jej z pewno'scia.

Wchodzi wiec do ko'sciola jak do jedynego miejsca, w kt'orym pobyt jest dla niej w to popoludnie niedzielne mozliwy. Popychajac drzwi obciagniete zielonym suknem, wsuwa sie nie'smialo do wnetrza 'swiatyni, odurzona na wstepie wilgotnym chlodem i przenikajacym 'spiewem przepelniajacym wysokie, ciemne mury.

W podw'ojnych rzedach lawek siedza cale gromady ludzi, gubiac kontury swych gl'ow i ramion w p'olmroku spadajacym z g'ornej cze'sci budynku. Ludzie ci o namietnych, twardych twarzach, z zapalem i niezwykla sila 'spiewaja, roztwierajac szeroko usta i opierajac sie ko'scistymi rekami o brzeg lawki. Jaki's dziki, namietny ton placze sie w tej pie'sni, kt'ora wzlata pod ginace w mroku sklepienie. Jest to przeciez serdeczna pro'sba do Matki Bozej, kt'orej twarz u'smiecha sie w'sr'od zieleni sztucznych kwiat'ow na jednym z bocznych oltarzy.

„Serdeczna Matko, opiekunko ludzi,

Niech Cie placz sierot do lito'sci wzbudzi” —

brzmia slowa pie'sni. Chropawe, nieugiete glosy nie maja wszakze pokornego, odpowiedniego d'zwieku. Ten ch'or mezczyzn o jakich's namietnych naturach, potrzebujacych hala'sliwego wylania, wzbija sie rwaca nier'owna melodia, przepelniajaca buntowniczym krzykiem ciemne zakatki 'swiatyni. Po drugiej stronie gromada kobiet odpowiada, odbierajac mezczyznom melodie i prowadzac ja cienkimi, piskliwymi glosami. Mezczy'zni niecierpliwie wyczekuja ko'nca strofki, wpadajac z halasem w gwar kobiecych wyraz'ow.

Nad nimi sklepienie ko'sciola ciemne, pomalowane w brunatne obloki, roztacza sie powaznie, pokrywajac ciezka masa wysokie filary zdobne w zniszczone sztukaterie, z kt'orych gips poodpadal. Okna wysoko umieszczone, pozaciagane ciemnymi zaslonami, nie przepuszczaja 'swiatla; tylko w zaglebieniu wielkiego oltarza blyszcza zlocone kolumny i plaszcze udrapowane wzdluz bioder naturalnej wielko'sci aniol'ow podtrzymujacych olbrzymi krzyz rysujacy sie ciemnymi ksztalty na tle bielejacym jasna smuga 'swiatla, kt'ora jedno otwarte okno wewnatrz 'swiatyni wrzuca.

Ka'ska uklekla przy bocznym oltarzu i poboznie zlozyla rece.

Przed nia wznosil sie oltarz po'swiecony Marii, bialy, zielony, pelen li'sci i stokrotek, rozkladajacych swe bibulane korony w ordynarnych szklanych wazonach. Spo'sr'od tego papierowego kwiecia wychyla sie dobrotliwa twarz Matki Bozej strojnej w blyszczaca blaszana sukienke. Cztery sznurki korali przypiete olbrzymimi szpilkami do pl'otna zdobily szyje Marii, a u st'op jej, na 'srodku oltarza z'olcily sie na bialym tle obrusa woskowe figurki skladane jako wota przez pobozne kobiety.

Ka'sce zrobilo sie bardzo przykro.

Przyszla z pustymi rekami, nie zlozyla zadnej „ofiarki” na oltarzu Matki Boskiej. Wczoraj wszakze kupila sobie nafty i pachnacego mydla za ostatnie pieniadze. Mogla sie wyszorowa'c zwyczajnym mydlem, a na oltarz ofiarke polozy'c. Co jej po tym, ze pachnie migdalami? — Matka Boza zapach'ow nie potrzebuje, a elegancja duszy nie zbawi. I bardzo skruszona korzy sie u st'op oltarza, przyrzekajac przyj's'c za trzy tygodnie i kupi'c piekna „ofiarke” — serce albo krzyzyk, zreszta zobaczy, co bedzie piekniejsze.

Coraz wiekszy mrok zalegal 'swiatynie. Czasem przez otwierane co chwila drzwi wpadal turkot dorozki i obieglszy nawe, milkl przerazony ta wlasna 'smialo'scia i powaga spadajaca z olbrzymich twarzy dwunastu apostol'ow ustawionych rzedem wzdluz 'scian framugi wielkiego oltarza. Czlonkowie bractwa przestali 'spiewa'c i rozchodzili sie powoli lub czytali w lawkach, zapalajac cienkie lojowe 'swieczki. 'Swieczki te, przytwierdzone do brzeg'ow pulpit'ow, mialy sluzy'c do o'swiecania kartek u ksiazek, z kt'orych mezczy'zni, a nawet i kobiety, modlitwy odmawiali.

Powoli cisza zalegala caly ko'sci'ol, ludzie nikneli w mroku jak cienie, przemieniajac sie w nieksztaltne, skurczone masy. Jaki's spok'oj wysuwal sie powoli z ciemnych kaplic, spadal spod ostrych luk'ow sklepienia i sunac wzdluz mur'ow, napelnial serca ludzi, kt'orzy u st'op oltarzy ukojenia szukali. Wszystkie te nieksztaltne masy kleczace po zaciemnionych katach chylily sie coraz wiecej ku ziemi pod wrazeniami tego uroczystego spokoju, jaki zbolale dusze kolysal. Gdyby nie to ciche schronienie, gdzie mozna bylo przepedzi'c cale popoludnie niedzielne, gdziezby poszly te istoty smutne i osamotnione? Jakiz szynk przyjalby w swe go'scinne wrota smutek i lze goraca, kt'ora na ko'scielna posadzke spada? Gdyby nagle drzwi ko'sciola zamknieto, gdziez wypedzono by te cala gromade istot, kt'ore 'slepa wiara utrzymuja sie w swej uczciwo'sci, czerpiac w tej 'slepej, fanatycznej wierze sile do przetrwania nedzy i unikniecia pokusy? Sa to najcze'sciej ludzie nerwowi, pelni fantazji i rwacego, burzliwego temperamentu; tym ludziom nie wystarcza kufelek piwa lub kieliszek koniaku — oni znajduja ochlode w wilgotnych murach ko'sciola, uspokajajac swe nerwy 'spiewem lub modlitwa. Gdziez wreszcie poszloby tak biedne stworzenie jak Ka'ska, kt'ora tak rzewnie, tak goraco placze, skulona na stopniach oltarza?

O, tak! Ona wie, ze tu plaka'c moze bezpiecznie. Cala nedze swego zycia, wczesne sieroctwo, nadmierna prace, zle pozywienie, tesknote do 'swiata, szyderstwa ludzi, wreszcie obojetno's'c Jana — wszystko to oplaka'c teraz moze, nie wstydzac sie lez swoich. Kolo niej klecza kobiety tak smutne jak ona, w mroku wieczornym gina ich twarze, ale wida'c glowy schylone, rece splecione na piersiach i slycha'c westchnienie, serdeczne sl'owko: „o Mario!”.

Ka'ska kleczy ciagle, skarzac sie po swojemu Naj'swietszej Panience, bo pieknych sl'ow nie umie, a wie, ze Matka Boska uczonego gadania nie potrzebuje. Zreszta ona wie dobrze, ze Ka'ska jest tylko biedna sluzaca i przyjmuje jej modlitwe laskawie. Jeszcze dzi's ta R'ozia napadla na nia bez przyczyny, to doprawdy za wiele przykro'sci… Utrapienie za utrapieniem — Naj'swietsza Panienka to widzi zreszta sama. Ona, to jest Ka'ska, ma najlepsza wole, rada by wszystko robi'c do ladu, ale jako's jej nie idzie. Ciagle robi szkody i przez to nic nie dostanie przy ko'ncu miesiaca, a tu trzewiki kupi'c trzeba, bo podeszwa odlazi, szewc juz drugi raz zelowa'c nie chce. Przy tym pani ja przymusza do klamstwa; ona, prawdziwie, nie chcialaby grzeszy'c, ale pani grozi i m'owi do niej tak poczciwie… Potem zn'ow z tym Janem. Ot, po prostu uwzial sie na nia; moze sie gniewa, ze wtedy na schodach nie pozwolila sie pocalowa'c. Alez Naj'swietsza Panienka nie lubi nieskromnych dziewczyn i gniewa sie na te, kt'ore sie 'zle prowadza. Zreszta to jeszcze nie racja, aby z powodu odm'owionego calusa drwi'c z niej wobec innych dziewczyn… Ona nigdy nie 'smialaby sie z niego, nawet gdyby rzeczywi'scie zrobil co's glupiego. Drwi'c z bli'znich sie nie godzi… a Jan jest przeciez jej bli'znim. Nawet gdyby mu sie jakie's nieszcze'scie przytrafilo, to ona oddalaby cale swoje mienie, pensje kwartalna, azeby tylko go d'zwigna'c z biedy. Sama wtedy chodzilaby boso, ale Jan wiedzialby, ze ma do czynienia z poczciwa dziewczyna, z kt'orej drwi'c sie nie godzi.

I kleczac tak w wilgotnym mroku ko'sciola, Ka'ska rozpo'sciera przed Matka Boza kryjaca sie w cieniu, wszystkie swoje zale i utrapienia serdeczne. 'Swiecaca blacha blyska tylko srebrnym 'swiatelkiem, odbijajac promienie lampki, plonacej u st'op obrazu. Ka'ska placze rzewnie, obcierajac lzy reka i pociagajac nosem z powodu braku koniecznej w takim wypadku chustki do nosa. Dokola niej inne kobiety rozkladaja swa drobna, powszednia nedze, liczac w'sr'od ciezkich westchnie'n utrapienia nedznego i trywialnego zycia. Niedostatek materialny i dziwnie chwilami poziome moralne troski d'zwiecza w tych skargach, szeptanych p'olglosem i niknacych w'sr'od wilgoci wyziewanej ze sczernialych mur'ow 'swiatyni. Nawet wielki oltarz ze swymi zloconymi kolumnami ginie w cieniu i tylko jeszcze krzyz szarzeje w niepewnym 'swietle, wznoszac triumfalnie swe proste, r'owne linie.

Ka'ska ocknela sie z zadumy i obejrzala sie dokola.

Zapadle cienie przerazily ja. Ukolysana spokojem panujacym wewnatrz budynku, przekleczala tak kilka godzin, nie troszczac sie o obowiazki sluzbowe. Musi by'c juz p'o'zno, pa'nstwo czeka'c beda na samowar, a ona zapomniala powr'oci'c na czas.

Wybiega wiec szybko, potracajac skurczone kolo lawek dewotki. Na ulicy jest o wiele ja'sniej niz w ko'sciele — i to ja troche uspokaja. Ale do domu jeszcze daleko. Budowscy mieszkaja prawie na przedmie'sciu, trzeba sie 'spieszy'c, a moze zdola unikna'c gniewu i wym'owek.

Na chodnikach ciagle ruch jeszcze i setki przechodni'ow krzyzuja sie w rozmaitych kierunkach. Gdzieniegdzie zablyska juz 'swiatlo gazowe, a kryjac w cieniu slup podtrzymujacy latarnie, migoce w oddaleniu jak drobna, z'oltawa gwiazdka opadla na ziemie.

Z nadej'sciem nocy goraczka ogarniajaca miasto wzrasta i niezdrowym tchnieniem przepelnia powietrze. Mezczy'zni staja sie bardziej natarczywi, kobiety 'smielej prezentuja pomalowane twarze, zuchwalsze o wiele w'sr'od ciemno'sci, 'zle przecietych 'swiatlem gazowym. Ka'ska czuje ten nagly, odurzajacy powiew, grzejacy jej plecy jakim's dziwnym dreszczem, przy'spiesza instynktownie kroku, pragnac uciec przed konieczno'scia upadku. Poza nia jaki's mezczyzna idzie szybko, potracajac ja prawie; jest to jaki's kanonier opuszczony przez swa „holke” i poszukujacy w'sr'od tlumu dziewczyny, kt'ora zgodzilaby sie zaja'c zaszczytne, wedlug niego, stanowisko jego kochanki. Samotnie idaca Ka'ska zwr'ocila jego uwage — fajna dziewka! Wielka, tega! — i z cala brutalno'scia nagle w swych zmyslach podbudzonego mezczyzny puszcza sie za nia, potracajac ja bezustannie i starajac sie w ten spos'ob zwr'oci'c uwage dziewczyny. Ona, przerazona, biegnie coraz predzej, wymijajac przechodni'ow i oddychajac ciezko.

Nie! Tego tylko brakowalo — musial ja napa's'c mezczyzna wtedy, gdy sie tak 'spieszy, aby powr'oci'c do domu. I tuz pod lokciami czuje ramie kanoniera, zuchwale potracajacego ja co chwila z uporem ulicznego uwodziciela.

W dodatku musi by'c pijany, bo goracy oddech jego ma w sobie pomieszana wo'n piwa i w'odki. Ka'ska liczy ulice i przemierza my'sla pozostajaca do przebycia odleglo's'c. Spomiedzy k'ol dorozek i tramwaj'ow wydostaje sie, aby wej's'c w zacie'sniona ulice prowadzaca na przedmie'scie. Zydowskie drobne kramiki wyrzucaja ze swych wnetrz waskie pasemka z'oltawego 'swiatla. Cale ub'ostwo drobnego, czastkowego handlu obsiadlo te dzielnice z uporem robactwa. Niski, splaszczony dach b'oznicy, podtrzymywany przez pekate filary, rozsiadl sie na brudnym placyku, okolonym przez walace sie, podejrzane domostwa. Naplyw ludzi w tym miejscu zwieksza sie w niezwykla ilo's'c, wszyscy 'spiesza sie, zlorzeczac wzajemnie. Szwargot zydostwa miesza swa gardlowa nute do bezmiernego gwaru, jaki sie z zacie'snionego kamienicami przej'scia wydobywa, a wpadlszy z halasem na placyk, ta fala glos'ow ludzkich zalewa obszerniejsza przestrze'n, gospodarujac w'sr'od brudnych kram'ow z zuchwalo'scia ulicznika.

Ka'ska przedziera sie przez tlumy i wydostaje na placyk. Na prawo ciagnie sie dluga i szeroka przedmiejska ulica ko'nczaca sie u bariery rogatkowej. Przy niej mieszkaja Budowscy. Ka'ska z daleka juz spostrzega latarnie plonaca tuz kolo bramy. Za dziesie'c minut bedzie juz w domu, duchem kolo samowara sie zakrzatnie, a pana i pania pieknie przeprosi. Tylko ten kanonier, kt'ory co chwila 'smielszym sie staje! Uszczypnal ja nawet w ramie, gdy w'sr'od tlumu zmuszona byla zatrzyma'c sie chwilke. Teraz jest tak blisko niej, ze spycha ja prawie do rynsztoka, a przy tym zaczyna 'smia'c sie i rozmawia'c. Ot, w tej chwili opowiada, ze nie'zle byloby, gdyby razem poszli za rogatke i wypili po halbie piwa; capstrzyk jeszcze nie zaraz odtrabia, on ma do's'c czasu i znajomo's'c zrobilby napredce. Jest kanonierem i byl nie w jednym landzie. Do kobiet ma latwo's'c w przystepie, a nie lubi zadnej kunierowa'c… Ka'ska nie odpowiada nic, biegnie tylko szybko, roztracajac ludzi; ot! doczekala sie, spacerujac po nocy. Nie o to jej chodzi, ze ja mezczyzna zaczepia, bo do tego nawykla, tylko ze to porzadne znajomo'sci sie tak nie robia. A zreszta z zolnierzami nie warto sie uczciwej dziewczynie zadawa'c, zolnierze robia znajomo'sci tylko na przedrwinki, ot, zeby mie'c z kim halbe piwa wypi'c, a potem ludzie taka dziewczyna poniewieraja — i maja sluszno's'c. I Ka'ska przy'spiesza jeszcze kroku, biegnac prawie i roztracajac po drodze ludzi, tak pilno jej oswobodzi'c sie od natretnego wielbiciela. On wszakze nie daje sie wyprzedzi'c, biegnie razem z nia, podniecony uporem dziewczyny, rozbawiony ta pogonia w'sr'od tlum'ow. Male'nkie jego oczki blyszcza na okraglej, pucolowatej twarzy; co chwila wyciaga reke, pragnac uchwyci'c te wielka, tega dziewke, wymykajaca sie z dziwna zreczno'scia. Przechodnie staja, ogladajac sie za ta dziwaczna para, nie 'spieszac wszakze z pomoca prze'sladowanej kobiecie.

Jaka's kucharka! — da sobie sama rade, a zreszta pewnie nic porzadnego — kto by sie o nia troszczyl!

Ka'ska dobiega do kamienicy i wpada do sieni. Panuje w niej mrok prawie zupelny. Jan nie zapalil jeszcze naftowej lampeczki o'swietlajacej te cze's'c budynku. Ka'ska, zdyszana, opiera sie o 'sciane i zamyka oczy. Pragnie odpocza'c chwilke, zanim wejdzie na schody.

Nagle jakie's silne ramiona opasuja jej lono i pociagaja ja w najciemniejszy kat sieni.

To kanonier niechcacy pu'sci'c tak latwo swej zdobyczy. I ci'snie do 'sciany przelekla dziewczyne, kt'ora nawet broni'c sie nie usiluje.

Chce jej dowie's'c, ze z „cisarskim zolnierzem” nie ma „szpas'ow” — i ostrzega, aby z nim „psa nie wybierala” (nie namy'slala sie), bo 'zle na tym wyjdzie.

Ka'ska traci swa zwykla sile; rece jej, zamiast odepchna'c natretnika, opadaja wzdluz ciala; poza ramionami zolnierza Ka'ska spostrzegla Jana. Odgadla go raczej, przeczula. Stal tuz przy nich, ale kryl sie prawie caly w cieniu; ona jednak wie, ze to on z pewno'scia — i rozpacz ogarnia ja na my'sl, ze widzi ja w tej walce z pijanym zolnierzem. Rozpacz ta paralizuje ja prawie, odbiera odwage, czyni ja bezsilna. Z piersi jej wydobywa sie tylko jeden krzyk, wspanialy swym brzmieniem, krzyk kobiety, pogwalconej w swej osobistej godno'sci — u wszystkich warstw jednakowy, pelen b'olu, skargi i bezsilno'sci kobiecej.

Na ten krzyk ciemna posta'c str'oza stojacego w zaglebieniu bramy odrywa sie szybko od ciemnego tla — i kanonier odrzucony silnym ramieniem str'oza obija sie z gluchym loskotem o przeciwlegla 'sciane. Ka'ska, oswobodzona, ucieka kilka krok'ow, lecz suchy odglos dawanych i odbieranych policzk'ow przykuwa ja na miejscu. Przed nia, w'sr'od zalegajacych wnetrze sieni zmrok'ow, zwijal sie olbrzymi klebek z dw'och cial meskich; przekle'nstwa ich mieszaly sie z loskotem raz'ow, kr'otkie, urywane wyrazy padaly, przerywane uderzeniem; widocznie Jan staral sie wyrzuci'c za pr'og bramy „cisarskiego zolnierza” i kierowal go ku roztwartym drzwiom, przez kt'ore wpadal halas i gwar uliczny. Kanonier bronil sie zaciecie, nie chcac ustapi'c z miejsca; plul przy tym i obsypywal str'oza gradem obelg, w kt'orych „cywil zatracony, kanonenfuter[19] i cywilska nacja” gl'owna graly role. Ka'ska stala zdretwiala z trwogi wobec tych dw'och ludzi masakrujacych sie z dziwna zacieklo'scia. Obaj nie znali jej prawie, a zabijali sie teraz, przepelniajac sie'n przekle'nstwami i suchym trzaskiem odbieranych policzk'ow. I drzala z obawy, aby kanonier nie uzyl tasaka wiszacego mu u pasa. Och! Wtedy Jan bylby zgubiony, a ona stalaby sie przyczyna tej zguby. I w bezmiernej trwodze gryzie wlasne rece, tlumiac krzyk cisnacy sie jej do gardla.

Nagle — oddycha swobodniej.

Walka sko'nczona.

Kanonier, z podbitym okiem i zwichnieta reka wyrzucony za brame, zlorzeczy „cywilnemu” i „holkom” i wlecze sie w strone koszar, bardzo niezadowolony ze swej milosnej przygody.

Na pobojowisku pozostal zwyciezca w osobie Jana, starajacego sie wszelkimi silami zatrzyma'c krew plynaca obficie z porzadnie nadwyrezonego nosa.

Ka'ska z uczuciem wdzieczno'sci zbliza sie nie'smialo, pragnac wyrazi'c swe podziekowanie, lecz Jan mija ja, kierujac sie nagle do swej izdebki pod schodami — i zamykajac drzwi za soba, uniemozliwia dziewczynie wszelka demonstracje wdzieczno'sci. Ka'ska pozostaje sama i oparlszy sie o 'sciane, zaczyna rozbiera'c wypadki dnia calego.

Nie! — To juz jej takie nieszcze'scie. Zwymy'slala ja R'ozia, wlazla do ko'sciola i zasiedziala sie tam do p'o'znego wieczora, napadl ja jaki's zolnierz i koniecznie musial to Jan zobaczy'c.

Teraz Jan moze pomy'sle'c sobie, ze to jej dawny kochanek albo, co gorsza, ze ona go przyciagnela za soba do bramy. I nawet wytlumaczy'c mu nie moze tego wszystkiego, bo uciekl przed nia i schowal sie do swej kom'orki. A przy tym, wypadaloby podziekowa'c. C'oz jednak pocza'c? Wej's'c do kom'orki nie wypada. Wygladaloby to na zaczepke, a zreszta ona by tego uczyni'c nigdy nie 'smiala. Moze jutro nadarzy sie lepsza sposobno's'c, gdy bedzie schodzi'c po bulki lub drzewo, wtedy podziekuje mu pieknie i przeprosi, ze przez nia mial tyle subiekcji. To przeciez bardzo pieknie z jego strony, ze tak sie zabral do tego kanoniera; wprawdzie ma nos rozbity, ale to dobrze, ze sie tylko na tym sko'nczylo. Moglo by'c o wiele gorzej.

Ka'ska wreszcie porusza sie i wchodzi na schody.

Ta niedziela cala nie udala sie jej. Nie bawila sie, wiele doznala tylko przykro'sci. Gdyby nie chodzila sama po ulicy, nie narazalaby sie na podobne napa'sci. Lepiej siedzie'c juz w domu, tylko ze to bardzo nieprzyjemnie. Trzy tygodnie harowa'c od 'switu do nocki, a p'o'zniej zadnej frajdy nie mie'c. I powoli zaczyna zazdro'sci'c innym dziewczynom, kt'ore roze'smiane, rozbawione, powracaja co niedziela do calotygodniowej pracy z wieksza ochota, a glowa pelna wspomnie'n dnia dobrze przepedzonego.

Na to wszakze jedyny 'srodek — mie'c jakiego's „kawalera”. Bo z kim i's'c za rogatke i zasia's'c przy stole? Tylko z „kawalerem” mozna i's'c na spacer i przyjmowa'c od niego fundowanie. To juz taki zwyczaj.

Gdy Ka'ska weszla do kuchni, ku wielkiemu swemu zdziwieniu ujrzala w z'oltawym 'swietle lampy zgnieciona posta'c pani, pochylonej nad samowarem. Niezdrowe, nalane cialo na policzkach Julii wzdymalo sie w nadmiernym wysileniu, a jej ciezki oddech rozlegal sie w ciasnym wnetrzu kuchenki przeciaglym 'swistem. Pr'obowala rozzarzy'c wegle czerwieniace sie na dnie samowaru; porozlewana woda, porozrzucane smolne drzazgi, mn'ostwo popsutych zapalek i nadpalonego papieru — 'swiadczylo dostatecznie o dlugich i uczonych studiach przedsiewzietych przez te leniwa istote w celu przysposobienia wieczornego posilku.

Gdy Ka'ska stanela na progu, Julia odwr'ocila ku niej glowe i bez 'sladu gniewu wyrzekla urywanym, zmeczonym glosem:

— Dobrze, ze's przyszla, nie moge sobie da'c rady z tym samowarem, nie chce sie gotowa'c.

Ka'ska rzucila sie do roboty, przepraszajac w goracych slowach za przedluzenie dozwolonej swobody. Nie wiedziala, ze juz tak p'o'zno, zasiedziala sie — ale duchem bedzie samowar i za sekunde poda go do pokoju. Pani taka dobra, chciala ja wyreczy'c; ona doprawdy nie wie, jak ma dziekowa'c za tak wielka laske.

I, przejeta wdzieczno'scia, caluje pania po rekach, porywa samowar, naklada wegle, rozpala i cala potega swych zdrowych, mlodych pluc dmucha wewnatrz blaszanego naczynia, z kt'orego wkr'otce czerwonawy blask rozja'snia pochylona twarz dziewczyny.

Julia opiera sie o 'sciane i przygaslymi 'zrenicami 'sledzi ruchy Ka'ski. To dziwne! Ona od p'olgodziny meczy sie, dmuchajac w samowar i nic poradzi'c nie moze, a Ka'ska w kilka minut zalatwila sie z ta nudna praca. Chciala zasloni'c Ka'ske przed gniewem meza i widzac, ze zdrzemnal sie, czytajac zeszloroczne dzienniki, wysunela sie cichutko do kuchni, aby przygotowa'c herbate. Bylo to zreszta bardzo naturalne uczucie wdzieczno'sci. Ka'ska zaslaniala jej nocne wycieczki, ona wiec poczuwa sie do obowiazku odplacenia cho'c w ten spos'ob bezinteresowne do tej chwili uslugi dziewczyny. W ciasnym zakresie swych my'sli sadzi, ze Ka'ska powraca r'owniez z milosnej schadzki, i patrzy na nia z rodzajem niezdrowej ciekawo'sci, chcac zrozumie'c, czy wszyscy ludzie jednakowo kochaja i milo's'c te objawiaja. Kochanek Ka'ski musi by'c jaki's zdrowy, tegi chlopak, o szerokich plecach, tak wysoki jak ona, bo inaczej 'smieszna bylaby ta para. I pani zapytuje nagle sapiaca ciezko nad samowarem dziewczyne:

— Dobrze sie bawila's? Gdzie byla's?

Ka'ska podnosi glowe.

— E! Prosze pani, jak tam ja sie moglam bawi'c… siedzialam do tej pory w ko'sciele!

Julia dziwi sie bardzo. Ona chodzi tylko do ko'sciola rano w niedziele, na sume, wtedy, gdy tam widno i wszyscy ludzie chodza. Po poludniu c'oz robi'c w takiej piwnicznej ciemno'sci, a jeszcze siedzie'c do p'o'znej nocy?!

— Dlaczego nie poszla's na spacer? — pyta, siadajac na zniszczonym krzeselku.

Dobrze jej w tej atmosferze kuchennej, przymyka oczy i nie wytezajac swej inteligencji, moze prowadzi'c rozmowe niewymagajaca zbytniej ilo'sci sl'ow i podnoszenia glosu.

Zapytuje wiec Ka'ske o przyczyne niep'oj'scia „na spacer” i zamknawszy oczy, wyczekuje cierpliwie odpowiedzi ze zwykla sobie obojetno'scia.

Ka'ska odpowiada szybko — o! ona z checia przeszlaby sie po tak pieknej pogodzie, tylko nie miala z kim — ot! wlazla do ko'sciola i tam siedziala kolo Naj'swietszej Panienki. Samotnej dziewczynie trudno wl'oczy'c sie po ulicach, to bardzo 'zle wyglada.

Julia otwiera oczy i patrzy zdziwiona na Ka'ske.

— Ty nie masz… kawalera? — zapytuje po kr'otkim wahaniu.

Ka'ska mimo woli wstydzi sie swej uczciwo'sci.

— Nie mam, prosze pani — odpowiada, kryjac sie w cieniu, dziwnie zmieszana.

Przez kilka tygodni zrobila postep znaczny. Dawniej czula w sobie samej zadowolenie i wystarczala jej pogawedka z nia'nka lub sama Pinkusowa Lewi. Teraz, gdy zostala sama, a w dodatku por'oznila sie z R'ozia, czuje, ze tak dlugo nie potrwa; musi mie'c kogo's przychylnego, komu by sie zwierzy'c z klopot'ow, a czasem u'smiechna'c mogla. W dodatku jeszcze wstyd jej doprawdy, ze nie ma „kawalera” — przeciez nieulomna, nieko'slawa, wyrosla, ba! nawet zanadto, a tak chodzi sama, jakby od niej stronili. Tylko ze to ona chce sie wyda'c, a mezczy'zni zawsze sobie na zart robia znajomo'sci. Ot! zeby miala jakiego porzadnego chlopca, to by juz chyba od niego nie uciekala i poszlaby z nim na spacer, a wieczorem, z pozwoleniem pa'nstwa, do kuchni by go wpu'scila. Tylko poszedlby zawsze punkt o dziewiatej, bo Ka'ska nie chcialaby „kumpromitacji” wobec calej kamienicy.

Gdy pani wyszla z kuchni, a Ka'ska, podawszy herbate, pozostala sama, raz rozbudzone w niej pragnienie zawiazania jakiej's „porzadnej” znajomo'sci krecilo sie po jej m'ozgu z dziwnym uporem. Nie — stanowczo to nie byloby zle, gdyby tak co niedziela przyszedl jaki's uczciwy czlowiek i usiadlszy sobie kolo stolu, rozmawial z nia grzecznie, ona zmywalaby naczynia, odpowiadajac na jego pytania, nalalaby mu swej herbaty i poczestowala swym cukrem.

Byloby to daleko weselej i zabawniej niz siedzie'c na kuferku po kilka godzin lub wl'oczy'c sie po ulicach. B'og wie czego, ot, chyba po obraze boska.

I Ka'ska z wyrazem nieokre'slonej blogo'sci przymyka oczy, wywolujac w swej wyobra'zni obraz podobnego zycia, pociagajacego ja urokiem nowo'sci, dla niej zupelnie nieznanej. Przedstawia sobie tego „kogo's” siedzacego tuz przy samym stole i pijacego herbate, kt'ora ona wlasnymi rekami by mu przyrzadzila. Kto wie, gdyby miala kilka cent'ow, kupilaby do herbaty bulke i troche salcesonu. Salceson mezczy'zni lubia. Pali'c by tylko nie m'ogl, bo pa'nstwo by sie gniewali, ale on by to dla niej zrobil i powstrzymal sie przez te kilka godzin od fajki lub cygara. Zreszta m'oglby stana'c przy okienku, to dym wyszedlby na dach, a w kuchence nie zostaloby ani 'sladu.

Ten „kto's” musi by'c uczciwym chlopcem, pracowitym, bo Ka'ska pr'ozniak'ow nie lubi. Rak nie bedzie mial od parady, a twarz musi mie'c rumiana i wesola. Oczy niebieskie, a zeby biale, zdrowe…

I mimo woli posta'c Jana przesuwa sie przed oczami dziewczyny. Tak! Jan jest takim chlopcem, pracowitym, wesolym, roslym — i poczciwym.

Ona zapomniala w tej chwili o drwinkach, jakie siekaca chlosta spadaly na jej ramiona, wie tylko, ze Jan w jej obronie rzucil sie na kanoniera i nos sobie nawet pozwolil „rozdrapa'c”.

Gdyby nie byl poczciwym czlowiekiem, patrzylby obojetnie, jak sie z zolnierzem biedzi; 'smialby sie moze, a potem rozpowiedzial innym dziewczynom. To przeciez bardzo pieknie z jego strony — i Ka'ska czuje gleboka wdzieczno's'c dla str'oza, kt'ora koniecznie ujawni'c na zewnatrz pragnie.

Zreszta nie sama wdzieczno's'c tu gra gl'owna role — dziewczyna mimo woli poddaje sie jakiej's silniejszej woli, kt'ora ja do Jana pociaga. Szcze'sliwa jest z nadarzajacej sie sposobno'sci, kt'ora pozwoli jej do niego przem'owi'c.

Jedyna jej troska jest, aby spotkala go samego i mogla sie „wyjezyczy'c”. Przychodzi jej m'owi'c z trudno'scia i w og'ole ma malo rezonu, ale sadzi, ze jej B'og dopomoze. Podziekuje mu ladnie i poprosi, aby z niej wiecej nie przedrwiwal, bo jej to przykro's'c sprawia. On pewnie za'smieje sie, pokazujac swe r'owne, biale zeby i pogodzi sie z nia, a moze, kto wie — gdy go zaprosi na g'ore, przyjdzie, usiadzie kolo stolu i porozmawia troche, herbate wypije.

Wtedy ona go przekona, ze nie mial sluszno'sci, postepujac z nia tak dziwnie; opowie mu, kim jest, z jakiej pochodzi familii, pokaze mu „mentryke” i „ksiazke sluzbowa” — a my'sli, ze to go ostatecznie przekona i ku niej nawr'oci. Tylko czy zechce przyj's'c i czy pan na to pozwoli, aby mezczyzna przesiadywal w kuchni?

W tym sek!

Wczesnym rankiem wyszedl Jan zamie's'c i pokropi'c ulice.

Chodniki, jeszcze puste, wyciagaly swe szare, plaskie grzbiety, chlonac w siebie promienie wschodzacego slo'nca.

Gdzieniegdzie przesuwaly sie gromadki robotnik'ow 'spieszacych do pracy, a pozawijanych w lachmany przesiakle potem i kurzem dnia wczorajszego. Zaspane sluzace d'zwigaly konewki, z kt'orych woda lala sie strumieniem; wozy 'spieszace na targ przelatywaly, dudniac po nier'ownym bruku.

Powoli otwieraly sie bramy dom'ow, blyskajac otworem sieni, z kt'orej dobywal sie halas budzacych sie ze snu ludzi.

Od czasu do czasu zajeczal slaby glos dzwonka wzywajacy zakonnik'ow na poranne modlitwy.

Przez szarawe, niepewne tlo horyzontu przecieraly sie leniwie blekitne smugi, zwiastujac u'spionemu jeszcze miastu piekny, pogodny dzionek. Miasto przeciez budzilo sie leniwie, jakby nieciekawe uroku letniego poranka, rzec mozna, ze sie „wyzylo” jak stary rozpustnik przyzwyczajony do widoku nieskalanej jeszcze piekno'sci.

Jan energicznie wzial sie do zamiatania chodnika. Jego silny, zdrowy organizm potrzebowal ruchu i meczacej pracy. Lubil wczesnym rankiem zamiata'c ulice; chl'od, jaki wyziewaly ostudzone w'sr'od nocy kamienie, wnikal mu w cialo i ziebil przyjemnym dreszczem.

Ciasna kom'orka sluzaca mu zwykle za mieszkanie, a wla'sciwie za legowisko nocne, dawala zbyt malo powietrza dla jego szerokich piersi. Rano wstawal zwykle z glowa pelna niezdrowego ciezaru, wychodzil chetnie na ulice, a ujawszy miotle, w przy'spieszonym ruchu wypedzal ze siebie, wedlug jego sl'ow, „chor'obsko, kt'ore mu sie do glowy cisnelo”.

Dzi's, tak jak zwykle, wstal rano i jest juz na zwyklym posterunku. Na jego twarzy rozpo'sciera sie czerwonawa plama, a zajmujac cze's'c nosa, ko'nczy sie na prawym policzku. Jest to znak wczorajszej walki i dow'od rozmiar'ow pie'sci „cisarskiego zolnira”.

Jan nie lubi, gdy mu co's dolega, a wla'snie b'ol nosa dokucza mu w spos'ob nadzwyczajny. Kanonier ma niezla sile, a cho'c Jan zem'scil sie, oddajac mu poczw'orna porcje kulak'ow, to stanu rzeczy nie zmienia i b'ol nosa pozostaje zawsze jednakowy. Jan objawia swoje niezadowolenie, plujac i mruczac co chwila:

— Psia krew zwykla, psia krew sobacza…

Rzeczywi'scie, po co mu bylo miesza'c sie do tej calej awantury — niechby zolnierz troche te „jezuitke” podusil, nic by sie wielkiego nie stalo.

Ba! — ale Janowi jako's dziwnie przykro bylo patrze'c, jak inny mezczyzna Ka'ske chcial calowa'c. Prawda, ze mimo woli odsunal sie od niej, widzac w zadaniu malze'nstwa zapore nie do przebycia, ale w egoizmie meskim chcial, aby nikt nie dotknal dziewczyny, skoro on pozwoli'c sobie tego nie moze. Przy tym przyznawal sie teraz, ze lubil zawsze takie duze, rosle kobiety, a Ka'ska miala jeszcze mile spojrzenie, kt'ore mu w piersiach „'swidrowalo”.

Gdy przechodzila kolo niego, to cho'c na ustach mial zart niepoczciwy, toz wzrokiem 'scigal ja i z upodobaniem wpatrywal sie w rozwiniete ksztalty. A potem wla'snie jej dobre prowadzenie sie ciagnelo Jana bezwiednie; to uparte osamotnienie, na jakie sie dobrowolnie skazywala, napelnialo go podziwem i — je'sli tego slowa uzy'c mozna — szacunkiem.

Zapewne Marynka byla weselsza i o wiele „udatniejsza” od cichej i spokojnej Ka'ski, ale gdyby Jan mial kiedykolwiek my'sl do zeniaczki, to by takiego latawca jak Marynka nie wzial. Kochanka — to co innego, a zona — to zona. Jak kochanka z innym chodzi, to nie takie poha'nbienie, jakby zona to zrobila.

Stanowczo Ka'ska na zone lepsza, tylko ze Jan nie my'sli sie zeni'c, bo to sie na diabla zdalo. Na kochanke zn'ow Ka'ska p'oj's'c nie zechce, wiec nie ma o czym my'sle'c…

Ba! kiedy to my'sl sama idzie do niej, jak mucha do miodu! Jan rad by my'sle'c o czym innym, wstyd mu troche tak od razu przemienia'c sie w inna sk'ore — ot! jeszcze gotowi ludzie pomy'sle'c, ze chce i's'c na tego „'slubnego”, co to go Ka'ska wyczekuje.

Gdyby nie to, dawno juz bylby do Ka'ski sie u'smiechnal i uczciwie przem'owil. Tylko wczoraj to juz zapomnial o wszystkim, taka go szewska pasja wziela na tego kanoniera, kt'ory biednej dziewczynie spokoju nie dawal. Dobrze sie stalo, ze Ka'ske obronil, a kanoniera poturbowal; tylko wzgledem tego nos — to nie jest wielka przyjemno's'c. Boli bestia i az spuchl, tak go kulak kanonierski przywital…

Z bramy wysunela sie cicho Ka'ska i stanela chwilke, widocznie bardzo zaklopotana. Pilnowala chwili, w kt'orej moze sam na sam z Janem porozmawia'c, i ukladala noc cala, w jaki spos'ob do niego przem'owi. Gdy wszakze stanela tuz przed nim, zapomniala zupelnie ulozonych zda'n i zmieszala sie bardzo.

Bala sie szyderstw Jana i zamiast rozpocza'c piekne podziekowanie, stala tak na chodniku, 'sciskajac nerwowo trzymana w reku konewke.

Jan widzial ja takze. Wydala mu sie jeszcze wyzsza, tezsza, wychodzac tak nagle z niewielkich drzwiczek, wykrojonych w bramie. W jasnym 'swietle porannym twarz jej rumienila sie goracym, r'ozowym odcieniem, ciemniejacym ku skroniom.

Bil od niej zapach mlodo'sci, jaka's wo'n niezuzytego, jedrnego ciala, 'swiezo skapanego w zimnej, czystej wodzie. Byla to „dziewczyna” w calym slowa tego znaczeniu — i Jan rozumial az nadto dobrze, ze ta… nie oszukuje ludzi.

I nagle podniecony wczorajszym zaj'sciem z owym kanonierem, pierwszy przerywa milczenie i obraca sie ku Ka'sce ze slowami:

— Dzie'n dobry pannie.

Ka'ska czuje sie bardzo szcze'sliwa i wdzieczno's'c jej dla Jana wzrasta z niezwykla szybko'scia. Ulatwil jej poczatek rozmowy, przemawiajac tak grzecznie, to bardzo, bardzo pieknie z jego strony. Teraz czuje, ze p'ojdzie jej o wiele latwiej; postepuje wiec kilka krok'ow i staje tuz przed Janem z dziwna w niej determinacja.

— Pan Jan wczoraj sie po trudzil uwolni'c mnie od tego wagabundy — m'owi wolno, spuszczajac oczy ku ziemi — chcialam wiec podziekowa'c… i przeprosi'c, ze beze mnie tyle mial pan Jan turbacji.

Jan nadyma sie i opiera na miotle z postawa niezwalczonego rycerza.

— Furda! Nie ma o czym m'owi'c. Rozklapal mi ta nos troche, ale to sie zagoi, za to jakem go zamalowal, to sie az o brame oparl — odpowiada z pyszna pogarda dokonanego dziela.

Ka'ska z uwielbieniem spoglada na „rozklapany” nos, mieniacy sie barwa purpurowo-granatowa na okraglej twarzy str'oza.

— To musi pana Jana bole'c — m'owi zmartwiona szczerze tym widomym znakiem walki, kt'orej byla mimowolna sprawczynia.

Jan macha reka.

— Et, drobiazgowo's'c! Nie ma o czym gada'c. Tylko, po co panna tak sama po nocy lazi? Zawsze'c to nie ma bezpiecze'nstwa. Jak dziewczyna idzie tak osobliwie, to mezczyzna ciagnie ku niej. To rzecz postanowiona!

Na Ka'ske uderzaja plomienie. Nie! — on teraz got'ow pomy'sle'c, ze ona umy'slnie chodzi, aby znajomo'sci szuka'c… Musi sie z tego wytlumaczy'c — niech wreszcie wie, z kim ma do czynienia.

— Niech pan Jan nie my'sli — zaczyna, ozywiajac sie stopniowo — ze chodzilam tak sama jedna po dobrej woli. Mnie samej to nie ladzi tak szpacerowa'c bez ulice, przez znajomych… ale ja znajomo'sci nie mam zadnej, a familia moja daleko, cho'c to sa bardzo porzadni ludzie.

I odrobina dumy, jaka ta dziewczyna chowa w glebi swej duszy, przebija sie w intonacji glosu, z jaka wymawia ostatnie slowa.

Ozywiona naglym, a dla niej niespodziewanie pomy'slnym zwrotem, staje sie rozmowna — i wbrew zwyczajowi ciemne jej oczy patrza wprost w twarz str'oza, migocac zlotawymi blaskami, przecinajacymi piwne zabarwienie 'zrenicy.

Jan z przyjemno'scia slucha mowy dziewczyny. I on rad jest, ze porzuci zbyt ciezka dla niego role wroga i stanie sie przyjacielem tej dziwnie dla niego sympatycznej kobiety.

Gdy Ka'ska sko'nczyla m'owi'c, Jan patrzyl na nia jeszcze chwilke z wielkim upodobaniem. Nieslusznie nazywaja ja „tlumokiem”, zadna z dziewczat zamieszkujacych kamienice nie moze i's'c w por'ownanie z Ka'ska — tak zdrowa, silna i ladna wydaje mu sie w tej chwili. Rozmawiajac, postawila trzymana w reku konewke i obie rece skrzyzowala wdziecznym ruchem na piersiach. Rece te czerwone, l'sniace, pelne — ciagna ku sobie wzrok Jana, budzac w nim chetke uszczypania silnie tuz okolo lokcia. Ale rozsadek przewaza; nie chce zrazi'c do siebie Ka'ski, bo wie, ze ona takich zart'ow nie lubi. P'o'zniej… kto wie, moze sie oswoi, zreszta — Jan zobaczy, co to z tego mie'c bedzie mozna.

Na razie jest zadowolony szczerze z obrotu, jaki rzeczy wziely. Polozyl miotle i zblizyl sie do Ka'ski; stoja tak naprzeciw siebie, przedzieleni tylko waskim rowkiem rynsztoka, w kt'orym plynie blekitnawa farba ubarwiona woda, wylana 'swiezo z pobliskiej farbiarni.

— To pannie tak przykro i ckliwo by'c musi ciagiem siedzie'c samej jednej? — pyta Jan, zainteresowany osamotnieniem Ka'ski.

M'oj Boze! Czy jej ckliwo? — Alez tak, a nawet bardzo. I szczerze, nic nie tajac, opowiada, jak przykrzy jej sie w kuchni, gdy nie ma co do roboty lub 'swieto pracowa'c zabrania.

— Pani dobra, ale strasznie niemrawa, pan zn'ow troche durnowaty, a oboje nigdy nic ze mna nie gadaja. Zreszta nie dziwota, bo to pa'nstwo, a ja tylko sluga, to im nie do rezonu ze mna; tylko ze to czlowiek nie pies ani nieme stworzenie, to lubi czasem rozgada'c sie o tym i o drugim. A tu cho'c do 'scian gadaj, taka pustka. W budny[20] dzie'n, to mniejsza, ale jak 'swieto przyjdzie, to nie uwierzy pan Jan, jak mnie chyci za serce. Takam wtedy zmarnowana, ze za nic kazda sierota! Wyjde na ulice, to laze jak 'cma, bo tak przez wyznaczenia, to jak na wystawe…

Jan z ubolewaniem kiwa glowa.

— Pewnie, pewnie — konkluduje po chwili — kobiecie samej to jak sroce w lesie. Kazda powinna mie'c swego chlopa, co by jej stanal w przygodzie i krzywdy zrobi'c nie dal.

Milkna oboje nagle, zmieszani tym zwrotem rozmowy. Ona my'sli w tej chwili o silnej pie'sci Jana, kt'ory tak gracko „stanal jej w przygodzie” — on za's mimo woli zapytuje siebie samego, czy nie warto by pomy'sle'c o zostaniu „chlopem” tej dziewczyny. Tylko ten 'slub! To malze'nstwo!… Eh, co tam! kupi'c nie kupi'c, potargowa'c nie wadzi. Zreszta, moze ona ustapi co's ze swych warunk'ow — kobiety same nie wiedza, czego chca. Czasem baba rano jezuitka, a w wiecz'or farmazonka. Spr'obowa'c trzeba; jak sie nie uda, to despektu zn'ow tak wielkiego nie bedzie.

I z nagla determinacja czyni Ka'sce propozycje wsp'olnego spaceru za trzy tygodnie, wtedy, gdy bedzie miala „wyj'scie”.

— P'ojdziemy za rogatke albo do menazerii; zreszta, gdzie panna Kasia zechce, mnie to za jedno, ja sie znam z tymi osobliwo'sciami…

I usiluje przybra'c mine zblazowanego czlowieka, dla kt'orego nic na 'swiecie obcym nie jest.

Ka'ska stoi chwilke, nie mogac przem'owi'c ani slowa. Walczy w niej jaki's instynkt, szarpiacy dusze kobiety w przededniu jej upadku — i che'c zabawienia sie w towarzystwie Jana. Czuje, ze powinna odpowiedzie'c „nie” i odej's'c od tego mezczyzny, do kt'orego ciagnie ja jakie's dziwne, nieokre'slone blizej uczucie.

Dotad zawsze m'owila „nie” na podobne propozycje; dzi's jest przeciez zupelnie bezsilna; odmowa przecisna'c sie nie moze przez usta, kt'ore chetka spedzenia z Janem calego popoludnia ubezwladnia.

On milczenie Ka'ski bierze za znak zgody i z wielka werwa roztacza barwne obrazy uciech, jakie spotka'c maja Ka'ske w tej przechadzce we dwoje.

Ka'ska mimo woli poddaje sie temu urokowi.

Mily Boze! Tyle dziewczyn chodzi na spacer w towarzystwie mezczyzn, — dlaczeg'oz ona ma wiecznie sie nudzi'c w samotno'sci? Cho'c Jan ma czesto „niegodliwe” zarty na ustach, to zn'ow nie wydaje sie zlym czlowiekiem — i dziewczyna moze przej's'c sie z nim przez ulice. Zreszta winna mu przeciez odplaci'c grzeczno'scia za ten nos „rozklapany” w obronie jej samej; odmowa moglaby go urazi'c, a tak postepowa'c sie nie godzi. I trywialnym sprytem ubiera chetke rozerwania sie w pozory wdzieczno'sci, kt'ora ja sklania do przyjecia proponowanego spaceru. Przy tym spacer — to jeszcze nie „kumpromitacja” — najporzadniejsze dziewczyny chodza na spacery ze znajomymi, byle tylko z uczciwymi lud'zmi…

I pelna niezdrowego zadowolenia przyjmuje plan zabawy, u'smiechajac sie lagodnie do stojacego przed nia Jana. On nachyla sie ku niej i z coraz wiekszym ozywieniem roztacza, przemienia, uklada program, kt'ory napelnia serce Ka'ski zdumieniem i rado'scia. Nagle silne jakie's ramie potraca Ka'ske, kt'ora, tracac r'ownowage, osuwa sie w rynsztok, maczajac bosa noge w blekitnej strudze rozlewajacej sie juz poza brzegi rynsztoka.

'Srodkiem chodnika idzie gromada ludzi, usilujacych utrzyma'c w r'ownowadze swe chwiejne, jakby wata wypchane ciala. Kapelusze przechylone na lewe ucho lub zsuniete w tyl glowy, palta obszarpane, powalane gipsem lub oblane strugami wina, nadaja dziwny poz'or tej zbieraninie mezczyzn o wydluzonych profilach i twarzach, na kt'orych pietno calonocnej hulanki, az nadto wyra'znie widnieje.

Prowadza sie 'srodkiem chodnika, podpierajac wzajemnie. Jedni sa mniej pijani i ci dopomagaja w stawianiu krok'ow zupelnie nieprzytomnym towarzyszom. Cala ta gromada o'swietlona czystym blaskiem poranka zatacza sie pod murami kamienic i zakre'sla swym zbiorowym cielskiem najr'oznorodniejsze zygzaki, nieznane w szkolach rysunkowych. Fantazja i dziwna dezynwoltura, z jaka ci ludzie prowadza nadzwyczaj glo'sne rozmowy, zdumiewa przechodni'ow.

W samym 'srodku odznacza sie znajoma nam posta'c literata, jak na teraz czlowieka „bez kondycji”, wedlug jego wlasnych sl'ow. Jego czerwone od bezsenno'sci oczy napelnione lzami, wpatrzone z glucha rozpacza w przestrze'n, maja dziwny wyraz smutku wla'sciwego tylko inteligentnym pijakom. Jest co's coraz tragiczniejszego w tym czlowieku szarpanym bezustanna czkawka, drzacym jak li's'c osiki; w jego bezladnej, chaotycznej mowie doslucha'c sie mozna urywk'ow wierszy dziwacznych, goraczkowych, przerywanych co chwila ulicznym, z knajpy wywleczonym slowem. Wspiera sie na ramieniu wysokiego, wygolonego mezczyzny, w kt'orym na pierwszy rzut oka mozna pozna'c aktora. Obok nich male'nki, pokurczony mezczyzna, ubrany zupelnie czarno, z przekrecona krawatka i rozpietym kolnierzykiem, usiluje zapia'c surdut na nieistniejace guziki i w tym chwalebnym celu wykrzywia twarz o zmietych rysach i chorobliwej, niezdrowej cerze. Oczy bladoniebieskie zdaja sie plywa'c cale w oliwie i grozi'c wylaniem sie na zewnatrz oprawy. Niski, niemodny cylinderek, przekrzywiony z fantazja na lewe ucho, sluzy za cel pocisk'ow wymierzanych z systematyczna regularno'scia reka wysokiego aktora.

Ten ostatni, przewyzszajacy o wiele wzrostem malego jegomo'scia w surducie wykazujacym brak guzik'ow, uderza z zamilowaniem w l'sniace dno cylindra, kt'orego brzeg migoce mu tuz przed oczami. Wla'sciciel maltretowanego kapelusza znosi ten zart z dziwna wyrozumialo'scia, a jedyna jego troske stanowi w tej chwili my'sl, kt'ora formuluje mniej wiecej w tych wyrazach.

— Powiedz mi, przyjacielu, jakim sposobem to sie dzieje? Bijesz mnie w cylinder, a mnie leb boli…

Cala gromada zatrzymuje sie na 'srodku chodnika, aby rozebra'c postawiona kwestie.

Nie mogac utrzyma'c sie na nogach, kolysza sie bezustannie i pluja na brzegi but'ow, po czym jednak nie omieszkuja zaciera'c fikcyjnych 'slad'ow 'sliny na flizach chodnika.

Ka'ska i Jan usuwaja sie na go'sciniec, zostawiajac hala'sliwej gromadzie wolne pole, to znaczy cala szeroko's'c chodnika. Ka'ska pomiedzy tymi pijanymi lud'zmi poznaje malego rze'zbiarza z mleczarni.

Stoi pod 'sciana kamienicy, oparty plecami o mur, z wyrazem zupelnej obojetno'sci na twarzy. Rysy jego, rzec mozna, wygladaja jak przysypane popiolem, a w kaciku ust trzyma uparcie dawno zgasle cygaro. Jest nad wyraz znuzony i mimo woli zamyka oczy. Ka'ska doznaje uczucia prostej lito'sci na widok tego bezmiernego znuzenia i dziwi sie, dlaczego ten panicz wstal tak rano, kiedy m'oglby sie wyspa'c jeszcze kilka godzin w wygodnym l'ozku.

Jan skrzywil usta i patrzy z rodzajem pogardy na grupe pijanych mezczyzn.

Ot! Jak sie prosty czlowiek upije, to nie dziwy, to rzecz zupelnie zwykla, ale „panowie” z surdutami na grzbiecie robia takie „szpektakle” w bialy dzie'n… czyste pokaranie.

W dodatku poznaje w niekt'orych tak zwanych „gazetnik'ow” — bo jak studentom poslugiwal, to nieraz go z papierami do „Gazety” posylali; bo to studenci — to ludzie duzo piszacy! Jan nieraz widzial w „jadministracji” tego pana z wasami, ba, i tego malego, co go ten wysoki po kapeluszu bez przyczyny wali. Wie, ze to „jentelegentniki”, co napisza to drukuja — i ludzie czytaja; ale c'oz z tego, kiedy sie wl'ocza po knajpach jak prosty nar'od, co to pr'ocz kieliszka nic na 'swiecie nie ma.

I zdrowym chlopskim rozumem ocenia cala ohyde podobnych postepk'ow, m'owiac do stojacej obok niego Ka'ski:

— A to ci jenteligencja, jak sie to wiechciem wala!

Tymczasem w'sr'od grupy pijanych ludzi „wyzszych” nie rozebrano jeszcze kwestii: dlaczego wla'sciwie glowa malego jegomo'sci cierpi, gdy uderzenia sa przeznaczone dla kapelusza?

Literat „bez kondycji” opiniowal, ze owego mlodzie'nca glowa nie moze bole'c, gdyz osobliwo's'c ta glowy nigdy nie miala; aktor, nie zwracajac uwagi na te wywody, zreszta do's'c logiczne, uderzal bezustannie w wierzch cylindra z cierpliwo'scia godna lepszej sprawy, czym zniecierpliwiony maly jegomo's'c odezwal sie nagle przerywanym czkawka glosem:

— Sluchaj! Je'sli ty sadzisz, ze mnie chodzi o ten cylinder… to patrz, co ja z niego zrobie!

I przy ostatnich slowach cisnal o ziemie z wielka brawura nieszczesny kapelusz, kt'ory upadl w sam 'srodek rynsztoka, obryzgujac cale towarzystwo blekitna ciecza.

Cale grono zdumialo sie nad tym szczytem abnegacji i z prawdziwym smutkiem wpatrywalo sie w czerniejacy w'sr'od rynsztoka kapelusz.

Jeden tylko aktor zabral glos w obronie nieszcze'sliwej cze'sci meskiego stroju, tak poniewieranej w bialy dzie'n i bez zadnej przewiny.

Zataczajac sie na prawo i na lewo, wydostaje sie z trudem na brzeg rynsztoka i laska usiluje przyciagna'c ku sobie cylinder, rozpo'scierajacy sie w'sr'od blekitnej cieczy z rodzajem zadowolenia muchy wpadlej w miekka, lepka ma'z, w kt'orej jej niewypowiedzianie blogo.

Cala gromada mezczyzn 'sledzi z zajeciem wazna czynno's'c swego „ducha” po sztuce i stawia wnioski: czy cylinder zostanie ocalony, czy tez przepadnie na zawsze? Maly jegomo's'c, rozrzewniony nadmiarem swego po'swiecenia, podsuwa pod reke artysty swoja spiczasta glowe, obro'snieta rzadkim wlosem, i prosi blagalnie, aby dalej ciagnal swoje uderzenia, „je'sli mu to do zycia potrzebne”.

Artysta za's z ruchem pelnym niewyslowionej pogardy odsuwa od siebie drobna posta'c uczynnego przyjaciela. Na swej wygolonej, czerwonej masce ma w tej chwili wyraz bezmiernej powagi, a glos jego brzmi prawie tragicznie, gdy wyrzuca wspanialym basem te dziwaczne slowa:

— Odsu'n sie, zatabaczona sieroto!

I bez przerwy tymczasem ciagnie swe usilowania, skierowane gl'ownie do wydobycia kapelusza. Zmeczone nogi odmawiaja mu wszakze poslusze'nstwa, stopy osuwaja sie na spiczastych kamieniach sterczacych na brzegu rynsztoka i calym ciezarem ciala upada w metna ciecz, przygniatajac soba zakwestionowany przedmiot.

W gronie jego towarzysz'ow zapanowalo chwilowe milczenie… Czerwony artysta, ogluszony niespodziewanym upadkiem, zanurzyl swe drobne, zgoraczkowane rece w blekitnej patoce z wyrazem chwilowej ulgi, kt'orej jego spieczonym palcom ten chlodny plyn udzielal.

Nagle przem'owil maluchny jegomo's'c, a glos jego brzmial przyjacielskim wyrzutem i checia lekkiego zawstydzenia niesfornego kolegi.

— Oj! Ty niepoczciwy, czy masz ty Boga w sercu, leze'c tak rano w rynsztoku!

Aktor podni'osl glowe i utkwil w m'owiacego sw'oj lzawy, teskny wzrok, pelen niewyslowionej skargi na zycie i w og'ole na 'swiat caly. Zaci'sniete jego usta wybelkotaly z trudno'scia:

— Nie miejsce czlowieka… lecz czlowiek miejsce zdobi.

I poprawil sie w rynsztoku, z prawdziwie pijackim uporem wciskajac swe cialo w waski otw'or rowu.

Slo'nce tymczasem wschodzilo ponad miastem, na ksztalt ptaka o wielkich purpurowych skrzydlach. Szara zaslona kryjaca horyzont rozdzierala sie z wolna, rumieniac sie na rabkach tych szczelin jak rana jeszcze niezagojona.

Zlote krzyze ko'sciol'ow odbijaly promienie slo'nca i 'swietlanymi strzalami blyskaly w przestrzeni. Okna otwieraly sie jedne po drugich jak oczy Argusa[21], a z ich otwartych wnetrz wyplywaly ostatnie cienie nocy uwiezione w alkowach wraz z z'oltawym 'swiatlem dogasajacej lampki.

Ludzie pojawiali sie coraz cze'sciej na chodnikach, a od strony 'sr'odmie'scia dolatywal gwar tysiaca glos'ow — harmonijna kapela odzywajaca sie codzienna wczesna serenada.

Gromada pijanych mezczyzn, po kr'otkiej naradzie wydobywszy z rynsztoka bezprzytomnego prawie aktora, kierowala sie ku otwartym drzwiom, nad kt'orymi widnial napis: „Wyszynk piwa i w'odki”.

Od kilku chwil przeciez maly rze'zbiarz otworzyl oczy i wpatrzyl sie z uporem w stojaca opodal Ka'ske. Ona, pelna zdziwienia, przypatrywala sie tym „panom”, tak porzadnie, wedlug niej, ubranym, a wl'oczacym po ulicy skutki rozpusty i calonocnej pijatyki. Tym bardziej jej to dziwne, ze poznaje pomiedzy nimi tych pan'ow, kt'orzy ofiarowywali jej po „trzy sz'o'scie” za godzine jakiego's oblepiania ja glina.

Jezeli czlowiek moze na takie zbytki wyda'c az trzy „sz'o'scie”, to musi by'c bogaty, bo Ka'ska wie, jak to dlugo na taki krajcar pracowa'c trzeba.

Wobec coraz wiekszego gwaru i ruchu przepelniajacego ulice wesole grono zdecydowalo sie opu'sci'c tymczasowa stacje nad rynsztokiem i uda'c sie w dalsza podr'oz. Przedtem jednak pozegnano czule artyste dramatycznego, zajmujacego pok'oj w kamienicy, kolo kt'orej stali. Rozrzewniony artysta znikl w bramie, unoszac za soba ostatni pocalunek malego jegomo'sci, kt'ory tak bohatersko pozbyl sie kapelusza, a teraz z odkryta glowa 'spieszy na czele calej gromady, wytrzeszczajac swe blade, wypelzle oczy na zdziwionych tym niezwyklym spojrzeniem przechodni'ow. Powoli oderwal sie od 'sciany i maly rze'zbiarz, posuwajac naprz'od swa drobna posta'c, ciazaca mu jednak niezwyklym ciezarem. Wl'okl sie, nie odrywajac podeszew i kiwajac glowa za kazdym krokiem. Gdy przechodzil kolo Ka'ski, stanal, wsuwajac zwyklym sobie ruchem brudne rece w kieszenie marynarki.

— Ty! — wyrzekl powoli — namy'sl sie… ja z ciebie arcydzielo stworze… Tylko nie bad'z glupia! Inaczej kaz sie wypcha'c trocinami i w pasy pomalowa'c!…

Patrzyl na nia jeszcze chwile i zn'ow w my'sli modelowal wspaniale ksztalty dziewczyny. Kilkakrotnie juz pr'obowal zrobi'c swa Kariatyde z pamieci, ale na pr'ozno! Nie m'ogl polaczy'c razem tego kobiecego wdzieku z muskularno'scia rozroslego mezczyzny. Potrzebowal widzie'c przed soba te dziewczyne bez zadnej oslony odkrywajaca przed nim sko'nczona piekno's'c form, jaka pod jej trywialnym ubraniem okiem artysty zgadywal.

Ka'ska, nadzwyczaj zmieszana, wziela konewke, a skinawszy uprzejmie glowa Janowi, oddalila sie w strone wodociagu. Rze'zbiarz chwilke patrzyl za nia.

— Kariatyda — wyrzekl wreszcie, trwajac uparcie przy raz powzietej my'sli. — Kariatyda!

I z wielkim wysilkiem zwr'ocil sie ku drzwiom szynkowni, w kt'orych znikneli jego towarzysze. Blysk rozsadku, jaki o'swiecil jego drobna twarzyczke, gdy okiem znawcy ocenial piekno's'c ksztalt'ow Ka'ski, znikl i zagasl zupelnie.

Natomiast z wielka dezynwoltura wszedl do wnetrza knajpy i juz na progu wyglosil rozkaz:

— Panie dobrodzieju!… prosze mi da'c za dwa grajcary sera!

Na chodniku pozostal Jan, kt'ory dziwnie niechetnym wzrokiem patrzyl na zblizanie sie rze'zbiarza do Ka'ski. Nie znal go, nie wiedzial, kim jest ten „pan”, m'owiacy do niej „ty” i nazywajacy ja niezrozumialym dla Jana imieniem — instynktem przeciez odgadl, ze i ten czlowiek pragnie tej dziewczyny. Nie rozumial, w jakim celu; dla niego pozadanie kobiety ograniczalo sie do jednego kierunku; nie wiedzial, ze rze'zbiarz pragnie ciala Ka'ski nie dla siebie, lecz dla og'olu, dla tysiaca 'ocz spragnionych harmonii ksztalt'ow, dla zadowolenia dusz potrzebujacych od czasu do czasu znale'z'c sie wobec piekno'sci istotnej, zakutej w marmurowa bryle.

Jan tego wszystkiego nie znal i nie rozumial; widzial tylko, ze rze'zbiarz patrzyl na dziewczyne namietnym wzrokiem — i glucha w'scieklo's'c wstrzasala do glebi ta dziwaczna dusza. Zn'ow „cylinder” chce sie miesza'c do nieswoich rzeczy i wyciaga reke po dziewczyne, kt'ora miedzy r'ownymi upa's'c winna. Niech no jeszcze raz spr'obuje przej's'c kolo kamienicy, to go Jan naznaczy! Oho! lepiej jak kanoniera, bo kanonier to jeszcze ujdzie, ale takiemu surdutowemu od Ka'ski wara!…

I z cala zlo'scia uderza Jan miotla 'ow nieszczesny kapelusz, kt'ory, zgnieciony, rozplaszczony, rozklada sie nieforemna plama po'sr'od rynsztoka.

Cala nienawi's'c czlowieka nizej postawionego, gorzej odzianego, nedzniej karmionego, koncentruje sie w tej w'scieklo'sci, z jaka Jan pastwi sie nad nieszcze'sliwym przykryciem glowy, od kt'orego proletariat bogatszych ludzi „cylindrami” nazywa. Wedlug Jana kapelusze te maja w sobie zarozumialo's'c i pyche wla'scicieli, a dzika rozkosz przejmuje cala jego istote, gdy moze wywrze'c sw'oj gniew na jednym z takich „cylindr'ow”.

Uderza wiec z furia w dno kapelusza, obryzgujac sie blekitnawa ciecza i powtarzajac co chwila:

— Psia krew zwykla! Psia krew sobacza!


*


Od tego dnia rozpoczely sie dla Ka'ski ja'sniejsze, lepsze dni, ozywiajace swa zwykla bezbarwno's'c epizodami wyniklymi ze zmiany stosunk'ow miedzy nia i str'ozem. Stala sie nieczula na zarty i drwiny innych dziewczyn. C'oz ja mogly obchodzi'c ich docinki, skoro Jan nie bral w tych, przeciw niej skierowanych wycieczkach udzialu? O! Mogly teraz bezpiecznie nazywa'c ja „tlumokiem” — Ka'ska szla przez ten grad obelg, wzruszajac ramionami; teraz wie, ze nie jest „tlumokiem”, bo'c przeciez pan Jan nie chcialby sie z nia pokaza'c w niedziele na spacerze, gdyby to byla prawda. Przeciez wszyscy wiedza, ze pan Jan jest bardzo „wybrydny” i wszystkie dziewczyny, z kt'orymi chodzi na ulicy, sa zawsze ladne i dobrze ubrane.

Ka'ska wprawdzie nie ma pretensji do „ladno'sci”, ale juz te przedrwinki tak jej dokuczyly, ze chwilami my'slala, iz jest naprawde jakim's straszydlem.

Jan powiedzial jej nawet, ze jest „niczego” i Ka'ska to dobrze pamieta, powtarza sobie to po cichu, gdy kleknie odmawia'c zdrowa'ski przed za'snieciem. Szla wtedy z koszykiem do miasta i miala na sobie czy'sciuchno wyprasowany kaftanik z niebieskiego perkaliku. Jan stal przed brama i rozmawial z handelesem; gdy Ka'ske zobaczyl, podszedl do niej, a przywitawszy pieknie, zaraz z poczatku powiedzial jej „kumplement”. 'Smial sie przy tym, pokazujac wszystkie zeby, zdrowe, czyste i biale. Ka'ska bardzo lubi, gdy kto ma takie r'owne i ladne zeby, wiec zapatrzyla sie na Jana, jak na obrazek. Ale gdy poslyszala, ze Jan nazywa ja „niczego”, zawstydzila sie bardzo i pozegnawszy, poszla do miasta.

Jedna tylko ma teraz troske: chcialaby chodzi'c zawsze czysto i schludnie ubrana, a tu trudno bardzo przyj's'c do czysto'sci w takiej sluzbie. Nie przez to, aby z lenistwa nie chciala posiedzie'c w nocy i wypra'c fartuszek lub kaftanik, o! nie; z checia by siedziala do bialego dnia, aby tylko rano zaszele'sci'c 'swieza sp'odniczka, gdy spotka Jana w bramie — ale z tym panem to czyste utrapienie. Wydziela nafty, mydla, drzewa, a przy obiedzie — to'c ciagle harowanie kolo pa'nskiej roboty nie pozwala oderwa'c sie ani na chwile.

I Ka'ska zaczyna powoli przyucza'c sie do klamstwa, wymy'sla powoli nocne zajecia, aby jakkolwiek ukra's'c cho'c kwadrans czasu. Przychodzi jej to z trudno'scia, ale spryt w oszukiwaniu, wrodzony kazdej kobiecie, podsuwa jej rozmaite wybiegi.

Ba! Czas ukra's'c mozna bodaj sobie samej, ale z mydlem trudniejsza sprawa, a z nafta, drzewem! Chwilami Ka'ske rozpacz chwyta. Ma jednak w sobie jaka's dziwna, 'smieszna uczciwo's'c, niezwykla w kobiecie z gminu. Co pa'nskie, to pa'nskie — rusza'c sie nie godzi.

Zreszta nawet jej na my'sl nie przychodzi, aby podzieli'c wydzielone przez pana mydlo lub odja'c szczypte wymierzonego krochmalu.

Nagle przypadek w postaci pani Julii przychodzi jej z pomoca. Budowski w bezmiernym swym skapstwie zaopatrywal zone tylko w konieczne, niezbedne artykuly toalety. Pani Julia w orientalnej gnu'sno'sci zamknietego i bezczynnego zycia lubila przede wszystkim zapachy, odurzajace wonie, cho'cby silny zapach zwyklych trociczek tlacych sie czesto na rogu komody, ale Julia nie posiadala nigdy pieniedzy. Budowski, sam majac malo, chowal skrzetnie najdrobniejsze kwoty i raz jeden, zupelnie wyjatkowo, pozostawil Julii guldena jako zadatek dla majacej przyj's'c do obowiazku slugi.

Julia przeto wymy'slala tysiaczne sposoby dla zadowolenia swej namietno'sci do odurzajacych woni, kt'ore od czasu do czasu przepelnialy ciasne, brudne 'sciany mieszkania. Na zapytanie Budowskiego: skad wziela potrzebne na ten cel pieniadze, odpowiadala, ze matka dala jej troche perfum lub kilka zbywajacych trociczek.

Bylo to wszakze nieprawda.

Julia klamala z calym spokojem bezkrwistej blondynki, a glos jej nigdy nie zmienil sie, gdy slowa mijaly sie z prawda. Byla w tej kobiecie jaka's wp'ol 'spiaca podlo's'c, kt'ora spokojnym leniwym potokiem wylewala sie na zewnatrz, niosac na grzbiecie metnych fal caly poklad czystej, srebrnej wody.

Julia porozumiewala sie zwykle ze sluzacymi, kt'ore okradajac zrecznie pana domu na tak zwanym „koszykowym”, dzielily sie p'o'zniej zyskiem z pania.

Maly byl to zysk, nedzny, centowy, ale Julia cierpliwie skladala te drobnostki, aby zadowoli'c swoje upodobanie; nie czula nigdy, jak bardzo poniza sie, wchodzac w sp'olke z wlasna sluzaca — sp'olke, kt'ora miala na celu oszukanie jej wlasnego meza.

Julia, wychowana jak niemal kazda c'orka nizszego urzednika, spedziwszy cale swe dzieci'nstwo w zepsutej atmosferze pokatnej pensyjki, nie miala w glebi swej sennej duszy ani jednego lepszego instynktu, zadnego poczucia swej wlasnej godno'sci. Jedynym celem w jej zyciu bylo wyj'scie za maz; dopiela swego, lecz odszedlszy od oltarza, zyla bez zadnej my'sli przewodniej, okradajac meza podw'ojnie — bo materialnie i moralnie; krzywdzac jego kiesze'n i z r'ownym spokojem wl'oczac jego dobre imie po ciemnych zakatkach pokatnego romansu z mlodym, prawie jej nieznanym studentem.

Poznala go na ulicy.

Chodzil juz czas jaki's co niedziela do ko'sciola i stawal zwykle naprzeciw niej, wpatrujac sie ciekawie w mloda kobiete. W Budowskiej zrozumial od razu latwa zdobycz w formie mezatki pragnacej zakazanego owocu i zbyt leniwa, aby zebra'c sily dla stawienia oporu.

Nikla posta'c meza wydala mu sie pozbawiona zupelnie jakiejkolwiek grozy, a bezbarwne, szare 'zrenice Julii, wlepione w niego z uporem, zachecaly go do dalszych krok'ow. Jakkolwiek mlody, posiadal wielka doze sprytu i znajomo'sci kobiet. Bral je czesto z brzega, bez wyboru, odrzucajac ze wstretem, gdy stosunek wkraczal w dziedzine dlugotrwalego jarzma. Lekko krecone wlosy, wysoki wzrost i szerokie ramiona ulatwialy mu podboje w nizszych warstwach spolecze'nstwa. Do wyzszych nie wdzieral sie nigdy; lubil by'c podziwiany, a znal swa mala warto's'c pod kazdym wzgledem. Bal sie kobiet inteligentnych lub noszacych jedwabne po'nczochy — czul, ze wobec nich wyda sie trywialny i 'smieszny.

Okiem bieglego znawcy ocenil plytko's'c umyslu Julii i zrozumial watpliwa bialo's'c jej po'nczoch. Walka byla kr'otka — latwo poja'c, ze ladny student zwyciezyl. Zreszta, Julia nie bronila sie wcale.

Przyszla na pierwsza schadzke wp'ol senna, dopiero p'o'zniej ozywiala sie stopniowo. Czy ta kobieta przywiazala sie do mlodego chlopca? — odgadna'c bylo niepodobie'nstwem. Urzadzajac schadzki z kochankiem, miala te sama leniwa obojetno's'c, z jaka konferowala z wlasna sluga co do wielko'sci sumy oszczedzonej na zakupie obiadowych wiktual'ow. Gdy zapalala ulubione trociczki, oczy jej migotaly tym samym niezdrowym blaskiem, jaki 'swiecil w jej 'zrenicach przy wsiadaniu do oczekujacego na nia w nocnej porze fiakra.

Blask ten gasl szybko, r'ownocze'snie ze zga'snieciem czerwonego ogniska tlejacej trociczki lub z ostatnim pocalunkiem, jaki kochanek wyciskal na jej bialej szyi. Julia kilkakrotnie chciala juz pociagna'c Ka'ske na swa strone i podsuna'c jej my'sl drobnej koszykowej kradziezy. Sadzila jednak, ze Ka'ska, sama wy'cwiczona w takich wypadkach, ulatwi jej poczatek rozmowy. Z najwieksza pozorna obojetno'scia przysluchiwala sie wieczornemu rachunkowi, kt'ory Ka'ska obowiazana byla zdawa'c codziennie samemu Budowskiemu; ale w gruncie rzeczy z niezmierna pilno'scia 'sledzila wymieniona przez Ka'ske cyfre, kt'ora Budowski do jednej ze znanych czarnych ksiag wpisywal. Ale pr'ozne byly wysilki pani Julii. Jakkolwiek wrodzonym juz instynktem kobiecym znala sie lepiej na drobiazgowym gospodarstwie anizeli maz, nie mogla w rachunkach Ka'ski pochwyci'c ani jednej niedokladno'sci, checi sprzeniewierzenia najdrobniejszej centowej kwoty.

Glucha zlo's'c opanowywala umysl Julii.

Siedzac tak w p'olcieniu, patrzyla na wyniosla posta'c Ka'ski stojacej przy progu.

Julia czula, ze musi ja uczy'c abecadla drobnego, powszedniego grzechu — to ja gniewalo i sama my'sl nuzyla niewypowiedzianie. Wolalaby przyj's'c jak zawsze do gotowego. Jednak jak wszystko mie'c musi sw'oj koniec, tak i nieposzlakowana uczciwo's'c Ka'ski musiala sie zarysowa'c i zachwia'c raz na zawsze. Uczciwa, pelna szlachetnej prostoty nie mogla i's'c dluzej przez zycie. Graniczylaby wtedy z istotami pozbawionymi rozumu wedlug poje'c 'swiata, w jakim sie obracala. Uczciwo's'c jej, nieugruntowana, nieutwierdzona rozwinieciem umyslowym, kt'ore faktami udowadnia konieczno's'c istnienia uczciwo'sci, musiala zachwia'c sie w'sr'od ciemno'sci, w kt'orych kroczyla do tej chwili, niepewna potrzeby swej egzystencji, niemajaca gruntu pod stopami.

Zreszta przypadek byl sprzymierze'ncem Julii.

Ka'ska byla zakochana.

Nie m'owie „Ka'ska kochala”, ale po prostu: „Ka'ska byla zakochana”.

Byla to milo's'c prosta, zwykla, prawie trywialna, a przeciez mimo to niepozbawiona lekkiego sentymentalizmu. Ka'ska, pomimo swego niskiego stanowiska, byla przede wszystkim kobieta wchodzaca dopiero w 'swiat, doznajaca po raz pierwszy na widok Jana odmiennego uczucia od zwyklego przestrachu, jaki w niej wszyscy mezczy'zni do tej chwili wzbudzali. Ka'ska czula gwaltowna potrzebe dobrego slowa i przyja'zniejszego obej'scia. Julia, nie wiedzac o tym, uczynila z niej wsp'olniczke swego wystepku jednym przychylniejszym zdaniem rzuconym w glebi ciemnej kuchenki. Potrzeba ta nie mogla wszakze dlugo by'c zapelniona przez lagodny glos drugiej kobiety; w Ka'sce budzila sie kobieta domagajaca sie wielkim glosem praw swoich, nie tylko w znaczeniu zmyslowym, ale i duchowym. Tak jest, Ka'ska, mimo wszystko, miala dusze pragnaca marzy'c bodaj przy balii, rwaca sie smutna, w dzieci'nstwie zaslyszana piosenka na usta obrzmiale od bezustannego dmuchania w samowar, cisnaca sie z glo'snym westchnieniem z piersi pelnej dymu i swedu przypalonej patelni.

A cho'c byla to dusza prosta, pokryta warstwa brudu i potu, nierozwinieta sonatami Beethovena ani wyksztalcona na laucentach Byrona, nieznajaca zachwyt'ow wobec dziel sztuki, ani przeczaca istnieniu Boga, to'c dusza ta zyla rzeczywi'scie, przytepiana nadmiernymi wysilkami ciala, zamknieta w ciasnym kole zwierzecych obowiazk'ow, przygniatana ciemnota, w kt'orej od kolyski blaka'c sie musiala.

Kazda kobieta, nawet w zebraczych lachmanach, musiala kocha'c po raz pierwszy. I jakikolwiek kal rozpusty nie przeplynalby p'o'zniej przez jej nedzne zycie, uczucie to, cho'cby objawione na zewnatrz w formach zupelnego zbydlecenia, musi pozostawi'c 'slady w pamieci kobiety.

Jest to jeden, jedyny kacik w sercu, kt'ory nic zaja'c nie zdola. Wspomnienie pozostaje na zawsze, czesto jakie's niemile, odurzajace, niezdrowe, pelne zalu i ha'nby — a przeciez wspomnienie to istnieje r'owniez pod cuchnaca szmata okrywajaca cialo zreumatyzmowanej zebraczki jak pod woniejaca suknia dystyngowanej damy.

Ka'ska nie analizowala uczu'c, jakimi od poznania Jana byla cala przepelniona. Lubila jego biale, r'owne zeby, kt'ore odslanial, u'smiechajac sie co chwila; ale lubila r'owniez, gdy stojac przed brama, spotkala sie z wzrokiem jego, w kt'orym instynktem zgadywala „wiele pieknych rzeczy”.

Nieraz ukryta w kaciku sieni 'sledzila przez otwarte drzwi barczysta posta'c str'oza, poruszajacego ciezka miotla z nadzwyczajna sila i swoboda; podziwiala wtedy jego szerokie plecy, troche zaokraglone pod zbyt ciasna bluza, i kark szeroki, czerwony, kark roslego blondyna, pokryty drobnym mchem wlos'ow. Ale w r'owny zachwyt wprowadzal ja glos Jana wypowiadajacy wiele uciesznych historii, o kt'orych Ka'ska dawniej nie miala wyobrazenia.

Bylo jej wtedy bardzo przyjemnie, a glos ten wpadal do jej ucha lagodnie i przenikal ja dreszczem. Zapominala wtedy o piekno'sci zeb'ow i szeroko'sci plec'ow Jana; opierala sie o 'sciane, sluchajac jego sl'ow, i najcze'sciej przymykala oczy, aby go nie widzie'c, a slysze'c lepiej.

Chwilami ogarnialo ja rozrzewnienie wielkie. Byly to zapewne poczatki rozdraznienia nerw'ow, lecz Ka'ska, nie znajac ustroju nerwowego, ograniczala sie na obtarciu lez 'scierka przeznaczona do czyszczenia naczy'n i na wyszeptaniu do siebie calego szeregu urywanych zda'n wyrazajacych wielki smutek, kt'ory ja „napadal” teraz cze'sciej niz dawniej. A przeciez gl'owna przyczyna jej zmartwie'n, to jest wrogie usposobienie Jana, zmienilo sie zupelnie na korzy's'c Ka'ski. Nie mozna powiedzie'c, aby byl i teraz zadziwiajaco grzecznym, nie! Jan mial system podbijania kobiet sobie tylko wla'sciwy; chwilami maltretowal swe kochanki i dawal im uczu'c cala wyzszo's'c meskiej przewagi; z Ka'ska, jakkolwiek system ten ulegl pewnej zmianie ze wzgledu na dziwaczne usposobienie dziewczyny, zawsze jeszcze Jan trzymal sie zasad, kt'ore chetnie miedzy jedna fajka a druga wyrazal mniej wiecej w tych slowach:

— Z baba to jak ze znarowiona miotla, folgi nie dawaj, a zawsze g'ore bierz, bo inaczej bedzie p'ol psa, p'ol kozy. Nasztorcuj sie uczciwie, to ci sama w lape wlezie. To juz taka psia krew zwykla.

„Sztorcowal” sie tez do Ka'ski, zaczepial ja, gdy szla przez dziedziniec, wolajac, aby uwazala, bo mu brame soba rozwali — ale ona u'smiechala sie lagodnie, bo zrozumiala, ze owe zaczepki stanowia wla'snie wstep do zalot'ow.

Czasami Jan nie odezwie sie do Ka'ski, tylko przechodzaca zatrzyma i uszczypnie w lokie'c niezbyt silnie, ot — po prostu dla zartu. Na kazdego innego mezczyzne Ka'ska gniewalaby sie z pewno'scia, ale Janowi widocznie duzo wolno; bo cho'c sie Ka'ska troche dasa, to musi w skryto'sci ducha przyzna'c, ze jej po kazdym takim uszczypnieciu tak milo, jakby sie herbaty z sze'scioma kawalkami cukru napila.

Ka'ska raz jeden pila taka herbate u pa'nstwa Lewi wtedy, gdy nia'nka powr'ocila z pogrzebu swej matki pijana i, zapewne ze zbytku zalo'sci, nic do ust wzia'c nie mogla. Ka'ska zabrala wtedy podw'ojna porcje cukru i przyrzadzila sobie herbate, kt'ora pila po lyzeczce, delektujac sie nadzwyczajna slodycza. Teraz do'swiadczala podobnego uczucia blogo'sci, gdy Jan ja „zaczepial”. Poddawala sie powoli wplywowi mezczyzny, nie rozumujac, bliska upadku, a nie przypuszczajaca nawet jego mozliwo'sci. „Ciagnelo” ja do Jana jak do nikogo w zyciu, ale o nastepstwach podobnego „ciagnienia” nie pomy'slala nigdy.

Nie przeszkadza jej to w robocie, tylko dziwnie placze wieczorne zdrowa'ski. Gdy uklekla przy l'ozku, ani rusz sko'nczy'c pacierza nie moze. My'sl o Janie i tej niedzieli, kt'ora razem spedzi'c maja, wplata sie bezustannie w zdania pacierza. Gdziez oni p'ojda? Co robi'c beda? Co ona na siebie wlozy? Skad we'zmie pieniedzy na krochmal, konieczny do szelestu sp'odnic?

I wielka rozpacz ogarnia Ka'ske; liczy, ile mniej wiecej dostanie z naleznej miesiecznej pensji. Wziela guldena zadatku, stlukla waze, dwie filizanki i ze trzy szklanki. Przy tym rozsypal sie w piwnicy szaflik, za co pan obiecal jej wytraci'c siedemdziesiat cent'ow. Bez kupiony dla pani wynosi trzy centy…

Ka'ska bez gniewu my'sli teraz o tej galazce bzu, kt'ora pani, idac na schadzke, zatknela sobie we wlosy. Teraz robi sie cokolwiek lagodniejsza i poblazliwsza na podobne bledy. Zapewne — z obrazka Naj'swietszej Panny nie trzeba porusza'c nic z tego, co juz tam wetkniete, ale… skoro pani nie miala innego kwiatka, to'c i ten od biedy wzia'c mogla. Pewnego poranku weszla Julia do kuchni i zastala Ka'ske wyjmujaca z kosza kupione w mie'scie wiktualy; 'swieze powietrze i przy'spieszony ruch spedzily na policzki dziewczyny fale zdrowej, 'swiezej krwi mieniacej sie purpura pod zgrubialym nask'orkiem. Palce jej przesuwaly sie z pewna rozkosza po wilgotnych listkach salaty, kt'ore rozrzucala po stole, przebierajac wiecej zgnile dla wrzucenia w obok stojacy szaflik. Za wej'sciem pani, Ka'ska obtarla rece, przygotowujac sie do znanego nam listu, kt'ory sluzyl Julii za pretekst do schadzek z kochankiem. Ale Julia nie oddala jej zadnej kartki; stala przed nia z wzrokiem uparcie wlepionym w troche drobnej monety, kt'ora lezala na rogu stolu, 'swiecac malymi plamkami w'sr'od listk'ow salaty.

Ka'ska, zdziwiona niezmiernie ta niezwykla wizyta, zbita zupelnie z tropu brakiem zwyklego w takich wypadkach listu, patrzyla wprost w twarz Julii ze zdziwieniem wielkim; obecno's'c pani w kuchni uwazala za rzecz nadzwyczajna, zapowiadajaca zwykle nocna wycieczke — dzi's wszakze stalo sie co's niezwyklego.

Pani nie oddaje jej listu i nie prosi, aby go wreczyla panu. Musi mie'c jakie's inne zadanie… moze teraz m'owi'c bez obawy. Odkad Ka'ska zrozumiala, ze mezczyzna nie zawsze jest „niegodziwcem” i czasem przyjemnie pogada'c i po'smia'c sie troche, chetniej wypelnia zlecenia Julii.

I tym razem jest do uslug gotowa. Zapewne idzie o co's wzgledem tego wysokiego pana — Ka'ska chetnie i to zalatwi. Zreszta mie'c bedzie jeden pretekst wiecej do przebiegania przez dziedziniec, a wla'snie slyszy glos Jana, kt'ory niezmiernie dobitnie „poniewiera” tapicerke, co wylala na 'srodku dziedzi'nca pomyje.

Ale pani nie m'owi nic o wysokim panu i nie daje wzgledem niego zadnego polecenia.

Przymykajac oczy, oparta o 'sciane, przyciszonym glosem opowiada Ka'sce, w jaki spos'ob zwykle inne sluzace stawaly sie jej pozyteczne…

Nie jest to przeciez kradziez! O nie, wcale; ona sama kradzieza sie brzydzi; ale co pana, to i jej — co jest wlasno'scia meza, to i zony; c'oz wiec byloby zlego, gdyby Ka'ska te wlasno's'c, to jest te „reszte” z miasta dzielila na polowe i jedna z tych pol'owek oddawala jej samej?

Ona nawet poprzestanie na mniejszej cze'sci, bo krzywdy meza nie pragnie, chce tylko oszczedzi'c sobie przykro'sci w proszeniu sie o drobne, nedzne kwoty.

Ka'ska stoi nieruchoma, zasluchana w glos Julii rozlewajacy sie pod niskim sufitem kuchenki.

Jak to? Wiec pani sama doradza jej kradziez? Bo, bad'z co bad'z, rzecz taka jest kradzieza. Si'odme przykazanie m'owi przeciez: „nie kradnij”. W glowie Ka'ski powstaje zamet nieokre'slony. Slowa Julii mieszaja sie w jeden szmer, z kt'orego nic odr'ozni'c nie moze. Rozumie przeciez tre's'c i wie, ze pani zada od niej nowego klamstwa, nowej zdrozno'sci.

Nie! Ona do tego reki nie przylozy.

I z wielkim szacunkiem, lecz do's'c stanowczym glosem opiera sie zadaniu Julii. Nie tlumaczy sie, nie dowodzi, odmawia tylko stanowczo i prostymi slowy broni sie od zarzutu nieposlusze'nstwa.

— Pan bedzie sie gniewal, ja nie moge, pan mnie posadzi, 'swiadectwo zle napisze; zreszta to nie mozna, to…

Urywa nagle.

Na ustach ma slowa: „to grzech ciezki”, lecz w tym domu, gdzie imie boskie, niewymawiane nigdy, zda sie nie istnie'c nawet, zdrowy chlopski rozum Ka'ski uznaje ten argument za zbyteczny. Wie, ze Julia sie nie przestraszy gniewu boskiego, a predzej chyba podziala na nia obawa przed mezem.

Lecz Julia, zacieta w uporze glupiej i 'zle wychowanej kobiety, trwa ciagle przy swoim, podnoszac glos i ozywiajac sie stopniowo.

Kobieta ta daje znaki zycia jedynie tylko wobec wystepku, czy to majacego wszelkie pozory zbrodni, czy tez drobnego dziecinnego grzeszku. W zylach swych widocznie ma jaka's czastke zepsutej krwi, kt'ora odzywia sie w atmosferze klamstwa. Chwyta zrecznie proste na poz'or, a w gruncie przewrotne argumenty, kt'orymi popiera swe twierdzenie, trafiajac dobrze w umysl Ka'ski, do kt'orej poziomu inteligentnego zniza sie bezwiednie w tej trywialnej zadzy dostania drobnej, nedznej sumy.

— Zreszta — ko'nczy powoli, nie patrzac w twarz Ka'ski — r'ob jak chcesz, moje dziecko, ale bede musiala sie postara'c o inna dziewczyne, chetniejsza i bardziej do mnie przywiazana.

Ka'ska doznaje nagle dziwnego ol'snienia. Machinalnie wypuszcza z reki kilka listk'ow salaty, kt'ore czepiaja sie brzeg'ow 'scierki, sluzacej Ka'sce za fartuch. Jak to? Miano by ja oddali'c dla tak drobnego powodu? Zal zalewa jej serce: ta cala brudna i ciemna kuchenka wydaje sie jej dobra przyjaci'olka, kt'ora porzuci'c by kazano. Przy tym glos Jana, glos dono'sny, czysty, wpada przez otwarte okienko i przypomina Ka'sce cala posta'c str'oza, pelna teraz dla niej nieokre'slonej, przyciagajacej sily. Julia opuszcza kuchnie, pozostawiajac Ka'ske pod wrazeniem swych sl'ow ostatnich. Jest pewna, ze Ka'ska sie namy'sli, tak jak i inne dziewczeta. Julia nie my'sli przeciez skrupulatnie odbiera'c cent'ow ukradzionych przez Ka'ske w mie'scie. Ot, po prostu we'zmie, co jej Ka'ska wieczorem, 'scielac l'ozko, pod poduszke wsunie. Gdy pani wyszla z kuchni, Ka'ska postala jeszcze chwile kolo stolu z rekami opuszczonymi, z glowa zwieszona na piersi. Po czym, ciezko wzdychajac, zabrala sie do siekania miesa i dzielenia na drobne, podluzne kupki. Wloszczyzna w maluchnej wiazeczce, kilkana'scie rozsypanych kartofli, 'cwier'c funta z'oltawego solonego masla zalewajacego felieton jakiego's brukowego pisemka i troche maki w sinawym, papierowym woreczku — oto byly te wiktualy, na kt'orych okrada'c miala pana i tym samym uszczupla'c jeszcze zbyt skromna ilo's'c pozywienia.

O nia nie chodzilo. Mily Boze! Ona przeciez zywila sie czym bad'z i marcepan'ow nie potrzebowala, ale jakze poda na st'ol potrawy, kt'ore i tak wygladaja mizernie? Nie, doprawdy, Ka'ska czuje sie bardzo nieszcze'sliwa. Na my'sl opuszczenia sluzby lzy sie jej cisna do oczu. Jak to? Ona musialaby odchodzi'c teraz, kiedy zyje z Janem w takiej pieknej zgodzie, a nawet za pie'c dni maja i's'c razem na spacer? Ka'ska czuje, ze gdy wyprowadzi sie z kamienicy, sko'nczy sie wszystko i ona wiecej go nie zobaczy. I z rozpacza sieka tepym tasakiem mieso, rozplaszczajace sie krwawa masa na powierzchni sczernialej stolnicy. Po czym siega po maly garnuszek, w kt'orym moczy sie troche komi'snego chleba, i wyjmuje, chcac pomiesza'c go z miesem. Maja by'c z tego zrazy — jedzenie niewykwintne, ale oszczedza sie miesa, bo z chlebem na wp'ol zmieszane. Ka'ska zamy'sla sie gleboko. Ten chleb daje jej wiele do my'slenia. Przeciez pan nie pozna, czy jest mniej lub wiecej miesa w tej calej mieszaninie, kt'ora ugniata palcami.

'Cwier'c funta miesa — to blisko siedem cent'ow oszczedzonych! Pani bylaby kontenta, a Ka'ska mialaby spok'oj zapewniony!

I powoli uczciwo's'c Ka'ski nabiera coraz ciemniejszych barw, a che'c pozostania wobec Jana podsuwa jej tysiace wym'owek, kt'orymi usypia swe sumienie.

Zle przyklady otaczajace ja od dzieci'nstwa, ta wieczna atmosfera kradziezy i oszustwa, w jakiej sie obracala, zaczyna wywiera'c sw'oj wplyw, gluszac wszelkie dobre popedy; „koszykowe” — ta plaga domowego gospodarstwa — rozpo'sciera sie powoli i w'sr'od tej urzedniczej nedzy, czyniac z uczciwej dziewczyny zlodziejke, jakkolwiek poczatkujaca, lecz juz obrzucona blotem wystepku. Gdy Julia nastepnego dnia ukladala sie do snu, znalazla wsunieta pod poduszke garstke drobnej monety, za kt'ora kupila sobie trzy chi'nskie papierki napelniajace sinawym dymkiem male pomieszkanie.

Glos Ka'ski drzal wprawdzie, gdy przy rachunku wymieniala ilo's'c maki i miesa, ale siedzaca u okna Julia nie zdawala sie zwraca'c uwagi na taka drobnostke. Z ciemnej glebi okna wpadal prad 'swiezego powietrza przynoszacy ze soba gluchy turkot przelatujacego wla'snie pociagu. Julia, wpatrzona w purpurowa gwiazdke l'sniaca po wysokim nasypie kolejowym, rwala sie my'sla w dalekie strony, kt'ore przedstawialy sie jej w zamglonych obrazach p'olsennych. Jak m'owili'smy, byla to jedyna chwila dnia, w kt'orej nawet na twarzy Julii przemykalo sie pragnienie swobody. Z oczyma utkwionymi w przelatujace krwawe 'swiatlo, nie zwracala uwagi na Ka'ske przyci'snieta do przeciwleglej 'sciany. Ka'ska po raz pierwszy w zyciu kradla i z cala niepewno'scia debiutanta wymawiala slowa majace na celu zamaskowanie kradziezy. Ta wielka, tega dziewczyna z gminu, miala w sobie zwykle jaka's nie'smialo's'c dziecieca, a przed zlym czynem cofala sie ze wstretem.

Zycie i okoliczno'sci pchaly ja ku przepa'sci. Szla wolno, pedzona drobnymi, powszednimi wypadkami, broniac sie wprawdzie, ale broniac sie slabo, niedoleznie, jak istota niemajaca nigdzie silnego punktu oparcia. Pan nie poznal sie na oszustwie, a jakkolwiek dobrze ja w „dolku” zapieklo, gdy wymieniala ilo's'c miesa, to przeciez deszcz siarczysty nie spadl na jej glowe… Pani byla zadowolona, nazajutrz poglaskala Ka'ske i nakadzila jej w kuchni chi'nskim papierkiem. Slodkawa wo'n zmieszala sie z zapachem kapusty gotujacej sie w 'zle przykrytym garnku. Ka'ska u'smiechala sie pelna niezdrowego zadowolenia na widok Julii, kt'orej plaska glowa niknela w sinawych pasemkach unoszacych sie z trzymanego nad 'swieca papierka.

Jednej wszakze rzeczy Ka'ska dnia tego dopelni'c nie mogla. Gdy po uko'nczonym rachunku weszla do kuchni, a zalatwiwszy sie z robota, uklekla do wieczornego pacierza, nie mogla odmawia'c modlitw tak, jak zwykle. Mimo woli slowa wiezly w jej gardle, a oczy zamiast wprost na obrazy 'swietych patrzyly uparcie w 'sciane.

Ta czysta i dobra dusza w swej 'slepej wierze sadzila, ze z malowanych twarzy 'swietych wyczyta ostra nagane za zly postepek, jakim sie splamila.

Dlatego to Ka'ska kleczala dluga chwile, milczac i nie 'smiejac spojrze'c w twarz Naj'swietszej Panienki, a nawet w surowe rysy Dawidsona.

Powoli jednak oswoila sie ze swym stanem. Byl to poczatek rozkladu niezepsutej jeszcze natury; rozklad ten wchodzil w istote Ka'ski i oswajal powoli dziewczyne, saczac jad drobnych, powszednich grzech'ow w zdrowa dotad dusze kobiety.

Poczatkowo oddawala Julii wszystkie drobne sumki, usprawiedliwiajac sie niejako przed soba sama; na trzeci dzie'n wszakze podzielila skradzione pieniadze na dwie r'owne cze'sci i za jedna z nich kupila sobie odrobine nafty, krochmalu i mydla. Noc cala prala i prasowala, nadsluchujac pilnie, czy pan nie zbudzil sie i nie dostrzegl w kuchni 'swiatla. Zaslonila dziurke od klucza i z najwyzsza ostrozno'scia wyjmowala rozpalone dusze z pieca.

Byla to sobota, dzie'n najciezszy w tygodniu. Ka'ska szorowala podloge i sprzatala do p'olnocy. Upadala ze znuzenia, a przeciez do bialego dnia od'swiezala swoja r'ozowa perkalowa sukienke, kt'ora juz od trzech lat sluzy jej na najwieksza parade. Troche kr'otka, a kaftanik ciasny, nie moze pomie'sci'c ramion dziewczyny, ale sie na to jako's poradzi. Ka'ska ma czarna chusteczke robiona na drutach — wlozy ja na plecy i z przodu zapnie. Bedzie to nawet ladnie wygladalo.

Jutro ma i's'c z Janem na 'ow „szpacer”. Och! Ona wie, ze inne dziewczeta beda jej zazdro'scily; ale nie to ja przeciez cieszy.

Bedzie z nim razem przez trzy godziny, zobaczy wiele pieknych rzeczy, zabawi sie pierwszy raz w zyciu.

Jedno ma wszakze zmartwienie. Prawda, ze jej sukienka cala i czysto wyprana. Buciki wyglancuje sobie i wypucuje tak jak panu, a szyje i rece czysto wymyje. Ba! Nawet ma chustke do nosa, kt'ora znalazla kiedy's na ulicy, idac rano po 'smietanke. My'slala z poczatku, ze to szmata, ale p'o'zniej, gdy ja podniosla, poznala z rado'scia, ze to wcale dobra pl'ocienna chusteczka. Wyprala ja teraz, wykrochmalila i jutro we'zmie w prawa reke, bo tak chodza przyzwoite dziewczyny, ale to wszystko jest niczym wobec jednej wielkiej troski, kt'ora zaczyna nurtowa'c umysl Ka'ski. Nie wie, czy Jan nie bedzie sie wstydzil i's'c z dziewczyna, kt'ora nie ma na „szpacer” jakiegokolwiek kapelusza. Ka'ska nie lubi kapeluszy, woli chodzi'c z gola glowa; ale Jan — to taki „helegant”, chodzi od 'swieta w „tuziurku” i ma spodnie w kratke. Doprawdy, ona nie wie, co to bedzie… moze on wcale nie zechce „publikowa'c” sie z nia po ulicy. I do glowy Ka'ski powoli wkrada sie zal, ze dawniej nie posluchala pani i nie zaczela oszczedza'c pieniedzy przy zakupie miesa, tak jak to teraz czyni. Jest juz sze's'c tygodni, mogla sobie zlozy'c do's'c pieniedzy i kupi'c kapelusz.

Trzeba pomy'sle'c o tym, ale jutro juz musi i's'c z gola glowa przez ulice. Przeprosi pieknie Jana i poprosi go, aby sie nie gniewal. Za trzy tygodnie ubierze sie lepiej, teraz musi ja wzia'c taka, jak jest.

Szarawe, niepewne 'swiatlo poranka wpadlo do kuchenki i o'swiecilo zmeczona twarz Ka'ski pochylonej nad kuferkiem. 'Swieza r'ozowa sukienka wznosila sie sztywna obrecza, zawieszona na jednym z gwo'zdzi sluzacych do przyczepiania naczy'n kuchennych. Ka'ska podniosla glowe i przymruzonymi oczami wpatrywala sie w szmat nieba bielejacego poza malym otworem okienka. Na twarzy dziewczyny bezsenno's'c i znuzenie zaczynaly juz zostawia'c 'slady. Oczy czerwone, krwia nabiegle przymykaly sie mimo woli, jakby nadwerezone od bezustannego natezenia. Pod sk'ora przewijaly sie z'oltawe pasma, walczac jeszcze z purpura krwi, kt'ora mlode cialo tylko wytwarza'c umie. Byly to ledwo dostrzegalne 'slady zlego odzywiania i braku koniecznego spoczynku. Widocznie organizm zuzyl zas'ob sil, w kt'orych czerpal swa czerstwo's'c, i potrzebowal pomocy.

Pomoc jednak ta nie przybywala, bo kt'oz bada 'slady znuzenia na twarzy sluzacej? Maszyne do szycia napuszcza sie od czasu do czasu oliwa i oddaje do reperacji — ale to rzecz inna. Maszyny zepsutej odmieni'c nie mozna, trzeba naby'c nowa i to za drogie pieniadze. Schorowanej slugi pozby'c sie latwo — setki innych czekaja dla zajecia opr'oznionej sluzby…

Ka'ska przeciez nie dreczy sie takimi drobnostkami. Wie, ze pracowa'c musi, bo jest do tego stworzona. Dzi's czuje sie nawet szcze'sliwa, a sumienie zagluszylo rodzace sie w jej sercu przywiazanie do Jana. Skadze by wziela na krochmal i mydlo? Wolalaby wcale nie i's'c na „szpacer” — niz wyj's'c jak brudas. A przeciez ten „szpacer” — to cala jej rozrywka, o kt'orej my'sli cale trzy tygodnie!… Patrzac na swoja sztywna sukienke, na czy'sciuchna sp'odniczke i koszule, nie zaluje ukradzionych pieniedzy.

M'oj Boze!… Te kilka cent'ow pana nie zuboza, a jej daly mozno's'c wystapienia porzadnie przed Janem.

Tylko ten kapelusz!…


*


— Wielkie okazy! Zwierzeta z kraj'ow azjatyckoameryka'nskich, lesiste poczwary, tygrysy ogoniaste, komgury workowate! Wielmozna publiczno's'c, prosze do 'srodka! Waz Boa, trzy lokcie wokrag majacy, w tej chwili karmienie padlina, antre[22] dziesie'c grajcar, dzieci i zolnierze polowe…

Ka'ska otworzyla szeroko oczy i usta, a na dobitne szturkniecie Jana zamknela usta bezzwlocznie.

Stali przed pl'ocienna buda, ciagnaca sw'oj szary, dlugi korpus wzdluz placu pelnego 'smieci i kup rozmaitej wielko'sci kamieni. Do zewnetrznej 'sciany, od strony chodnika, przybite olbrzymie tablice przedstawialy dw'och mezczyzn we frakach i dame w piernikowej sukni trzymajacych w wyciagnietych rekach potwornej wielko'sci weza, zapewne owego Boa, znajdujacego sie wewnatrz namiotu. Ponad samym wej'sciem widnial wielki napis „West-Ind-Menagerie”, r'ownie niezrozumialy dla prostaczk'ow, jak i dla uczonych.

Innego wszakze zdania byl nasz Jan, kt'ory przekreciwszy czapke na lewe ucho, z nadzwyczajna znajomo'scia rzeczy wylozyl oglupialej Ka'sce, co znaczy west-ind-menagerie. Po czym, poczestowawszy kilkoma kulakami kilka os'ob z tlumu oblegajacego dokola wej'scie namiotu, utorowal sobie w ten delikatny spos'ob droge do kilku stopni prowadzacych na rodzaj maluchnej scenki sluzacej za przedsionek, kase i foyer owego pl'ociennego budynku.

Ka'ska, wedlug instrukcji Jana uczepiona u poly jego „tuziurka”, z obawy zgubienia sie w tlumie, patrzyla z podziwieniem na ogromnego draba w fantastycznej zielonej kurtce, w dlugich ceratowych sztylpach na zrudzialych i wykrzywionych butach i z wielka szpicruta w brudnej, wlosem obro'snietej rece.

Drab 'ow wyglaszal schrypnietym glosem tyrade przytoczona na poczatku rozdzialu. M'owil ja plynnie, bez zajaknienia, patrzac szklanymi oczami w przestrze'n. Byl to widocznie przewodnik po owej menazerii, jeden z jej nielicznych okaz'ow, posiadajacych tylko mowe, lecz tak samo 'zle zywiony i drzacy pod pl'otnem namiotu.

Z glebi dochodzil ryk lwicy i wycie wilka. Byly to jakie's przygluszone glosy, dalekie od poteznych, wstrzasajacych wrzask'ow napelniajacych pustynie lub lasy.

Jaki's jek, skarga na nielito'sciwe kraty brzmiala w tym zwierzecym krzyku przedzierajacym sie z latwo'scia przez pl'ocienne 'sciany namiotu.

Ka'ska, poslyszawszy ryk lwicy, przysiadla nagle, pociagajac w ten spos'ob trzymana w reku pole „tuziurka”. Jan placacy „antre” obejrzal sie z pogarda.

— To ci odwaznica… az kucnela, jak lew jape otworzyl. No, wsta'n panna, nic ci sie nie stanie… od czeg'oz ja tu jestem?!

I z nadzwyczajna fantazja przekrzywiwszy czapke, ujal za reke Ka'ske, aby wprowadzi'c ja do 'srodka. Ona szla wolno, przerazona, ol'sniona niezwyklym widokiem, jaki sie przedstawil jej oczom.

Poza nimi postepowal 'ow „oprowadzacz” w zielonej kurtce. Ze zwykla sobie obojetno'scia gotowal sie do recytowania zwyklych zda'n zastosowanych do kazdej klatki. Byla to maszyna wiecznie funkcjonujaca, rodzaj perpetuum mobile blakajacego sie w'sr'od pl'ociennych 'scian namiotu.

Ka'ska z niezmiernym naboze'nstwem weszla do wnetrza menazerii. Na progu przezegnala sie ukradkiem, z obawy przed dzikimi potworami, kt'ore spoza sczernialych krat otwieraly swe paszcze.

Jan, przeciwnie, uragal dzikim „bestiom”, przekrzywial czapke, a wpakowawszy rece w kieszenie „tuziurka”, podsuwal sie coraz blizej ku klatkom z dziwna dezynwoltura i brawura, kt'ora w podziw wprowadzala Ka'ske. Wydawal sie w tej chwili czym's znacznie wyzszym, gdy schwyciwszy dlugi patyk, wpakowal go rysiowi pod nos. Nie! Ka'ska nie zrobilaby tego za nic w 'swiecie. Ona sie nawet do kraty nie zblizy, woli sie patrze'c z daleka. Ale Jan 'smieje sie z jej trwogi i staje sie coraz zuchwalszy.

Powoli Ka'ska, pociagnieta jego odwaga, nabiera cokolwiek 'smialo'sci i rozglada sie uwazniej.

Przed nia, na podwyzszeniu ciagnie sie caly szereg klatek opatrzonych od frontowej 'sciany do's'c cienkimi zelaznymi pretami. W klatkach tych drzemia lub siedza wp'olsenne zwierzeta patrzace dziwnym wzrokiem na tlum ludzi cisnacy sie kolo poreczy.

W'sr'od cieni zalegajacych klatki blyskaja zielonawe oczy pantery lub piwne 'zrenice rysia.

Lwica tuz obok hieny ulozyla sie do snu, wydajac od czasu do czasu ryk, wiecej do jeku podobny.

Dwa bobry rozrzucaja galazki i zwiedle li'scie, wlazac co chwila do malego, plaskiego naczy'nka napelnionego metna woda.

Na g'orze dwa wspaniale puchacze tula sie do siebie, prezentujac biale, puszyste piersi i zakrzywione dzioby. Wysoka czapla, zgieta w p'ol w zbyt niskiej klatce, kilka nedznych, suchotniczych malpek o szarej sier'sci i czerwonych, zmeczonych oczach, siedzialy smutne i jakby zgnebione. W ostatniej klatce przewalal sie ogromny nied'zwied'z o rudawych, olbrzymich kudlach, wyciagajac co chwila swa wlochata lape przez do's'c szerokie otwory kraty. W namiocie panowala duszaca, smrodliwa atmosfera. Zapach nie'swiezego miesa, kt'orego szczatki walaly sie w niekt'orych klatkach, laczyl sie z odorem r'oznorodnych zwierzat i tysiacem zatrutych oddech'ow ludzkich, kt'ore to miazmaty odwiedzajacy menazerie tam zostawiali. Schrypniete tony nadwerezonej katarynki grajacej bez przerwy oklepane melodie zagluszyl ryk zwierzat i szmer glos'ow ludzkich.

Kilka naftowych lampek o'swietlalo skapo te nedze zwierzeca i ludzka, kt'ora wyzierala z kazdej klatki, z kazdego zakatka, nawet z twarzy czlowieka w zielonej kurtce.

Teraz stal on tuz przy Ka'sce i monotonnym glosem ciagnal swe opowiadanie. Wskazywal wla'snie na klatke, w kt'orej dwa szopy drzemaly spokojnie, wetknawszy pyszczki pomiedzy druty.

— Dwa szopy! Samiec majacy p'oltora roku, samica ma dwa roki. Razem p'oltrzecia roku!

Dokola cisnal sie tlum ciekawy, spragniony zasiegniecia blizszych wiadomo'sci o zwierzetach, tak niepodobnych do zwykle w zyciu spotykanych. Tlum ten popychal sie, kl'ocil, smutny swa ciemnota, z wyrazem dziwnej glupoty na l'sniacych od potu twarzach.

— Ameryka'nski sztrauss — obja'snial dalej mezczyzna w kurtce.

Jan uznal za stosowne zablagowa'c.

— Patrzajcie! A to rarytne str'oze w tej Ameryce!

Caly ten tlum wybuchnal 'smiechem. Ka'ska zatykala sobie usta rekami, aby nie 'smia'c sie zbyt glo'sno, po prostu przez przyzwoito's'c.

W klatkach zwierzeta, zdziwione tym 'smiechem, przepelniajacym nagle wnetrze namiotu, pootwieraly szeroko oczy; ry's cofnal sie w glab klatki, a puchacze przycisnely sie blizej do siebie.

— Hiena! Wykopuje trupy i pozera je zywcem…

W tlumie zrobil sie ruch niezwykly. Jan zaopiniowal, ze to jest „hamatorka kwa'snych jablek”, a jaki's ulan podawal w watpliwo's'c owe „zywe trupy”. Ale nie bylo czasu na dalsza dyskusje, zblizano sie do klatki nied'zwiedzia i zewszad okrzyki zadowolenia witaly nieksztaltna mase wstrzasajaca swe kudly w niepewnym 'swietle przyczepionej do slupa lampy.

Na widok czlowieka w zielonej kurtce nied'zwied'z przywl'okl sie na sam brzeg klatki. Powstawszy na tylne lapy, wyciagnal przednie jakby do u'scisku, rozsuwajac szeroko czarne, jakby nabrzmiale palce. Czlowiek w kurtce przysunal sie do klatki i pozwolil zwierzeciu obja'c swe ramiona, poddajac sie z przyjemno'scia tej niebezpiecznej pieszczocie. I dluga chwile stali tak zlaczeni, jak dwaj towarzysze niedoli, obaj silni, a mimo to slabi, bo zwiazani niedola, z kt'orej sie wyplata'c nie mogli. Nied'zwied'z, widocznie przywiazany do swego czlowieka, mruczal bezustannie, przyciagajac go do siebie. W tlumie podziwienie roslo z kazda chwila: jak to? Wiec ten „pan” nie boi sie nied'zwiedzia? To chyba czarownik.

Ka'ska az cala chustke wpakowala do geby, tak bardzo byla zdziwiona. Tylko Jan zachowal zwykla r'ownowage i blagowal w sobie tylko wla'sciwy spos'ob.

Wielka historia! — i on by to sam zrobil, tylko nie ma ochoty, by mu bestia powalala nowy „tuziurek”. To nie zadna sztuka, tylko trzeba mie'c moc w rekach.

I szerokimi, spracowanymi dlo'nmi wywija przed oczami tlumu, prezentujac w mdlym 'swietle lamp odci'snieta sk'ore na dloni i grube, nieksztaltne palce, zako'nczone tepo ucietymi paznokciami. Ka'ska z uwielbieniem spoglada na te rece. Musza by'c rzeczywi'scie silne, skoro pan Jan m'owi, ze mozna nimi przytrzyma'c nied'zwiedzia.

Ale juz wszyscy zwracaja sie w inna strone. W ciemnym kacie wisi zaslona maskujaca widocznie przej'scie do dalszych ubikacji[23] menazeryjnych.

Czlowiek w zielonej kurtce, wyswobodziwszy sie z u'scisk'ow nied'zwiedzia, staje przed zaslona i pyta poteznym glosem:

— Ledizerca!… kto chce zobaczy'c ledizerce?

W gromadzie robi sie ruch gwaltowny. Cze's'c widz'ow nie pojmuje, co znaczy wyraz „ledizerca”. Moze to jaki zwierz nieznany, ale pewnie co's osobliwego, skoro go na osobno'sci trzymaja. I kilkadziesiat par 'zrenic z najwyzsza ciekawo'scia stara sie przejrze'c zaslone kryjaca to dziwo natury, pokazywane pod mianem „ledizercy”.

Ale Jan zn'ow zabiera glos. On wie, co to za diabel siedzi za ta firanka. On go widzial juz nieraz. Jest to czlowiek, tylko czarny jak kominiarz i zjada ludzkie mieso…

Tlum nie dowierza.

To przeciez by'c nie moze — policaje by na to nie pozwolili. Ale Jan gniewa sie i walac kulakiem w piersi, zarecza za prawdziwo's'c swych sl'ow. Wtedy powstaje w tlumie chetka obejrzenia potwora z bliska. Doplaci'c jednak trzeba sz'ostaka!… Niejeden odchodzi zrazony tym podw'ojnym wydatkiem, wymy'slajac na przedsiebiorce menazerii, kt'ory kaze placi'c antre, a mimo to nie pokazuje wszystkiego, co ma w szopie.

Jan wszakze doplaca zadane dwa sz'ostaki i ujawszy Ka'ske za reke, wprowadza ja za zaslone. Za nim wchodzi kilkana'scie os'ob z tych, kt'orzy moga sobie uzy'c w niedziele uczciwej rozrywki. Ka'ska po raz pierwszy znajduje sie w takim towarzystwie. Czuje sie odr'ozniona od motlochu i to jej sprawia wielka przyjemno's'c. Ten Jan umie dziewczyne uczci'c, jak sie nalezy. Az przyjemno's'c wybra'c sie z nim na spacer!

'Ow „ledizerca” jest umieszczony w male'nkim kaciku utworzonym ze zlaczenia dw'och 'scian namiotu. Siedzac na podwyzszeniu pokrytym czerwonym suknem, na tle ciemnej firanki przedstawia sie do's'c efektownie, w do's'c jasnym o'swietleniu kilku lampek naftowych, opatrzonych reflektorami. Rysy jego drobnej twarzy wskazuja pochodzenie zydowskie, a wlosy pokrecone, czarne, maja wszelka ceche wla'sciwa izraelskiemu plemieniu. Jest to po prostu biedny Zydek urodzony w Brodach, pomalowany na czarno i pobierajacy place dwudziestu cent'ow dziennie za jedzenie zywych kr'olik'ow, kt'ore obowiazany jest rozszarpywa'c w oczach publiczno'sci. Zydek 'ow ma mine czlowieka pogodzonego z losem i niezmiernie zyczliwie spoglada na tlum cisnacy sie u jego st'op. Ubrany w tunike z farbowanych pi'or gesich i jakiej's brudnej welnianej tkaniny, wystawia naprz'od swa naga pier's, l'sniaca od czarnej farby, kt'ora mu cale cialo pociagnieto. Na glowie ma r'owniez korone z pi'or gesich, a w uszach ogromne tombakowe kolczyki przytwierdzone za pomoca cieniuchnych drucik'ow.

Wszystko to razem sprawia olbrzymie wrazenie na zgromadzonej publiczno'sci, kt'ora z wielkim szacunkiem i przestrachem spoglada na te czarna, naga, zywiaca sie miesem ludzkim istote.

Jan blaguje znowu. Stoi w pierwszym rzedzie i nie zwazajac na przerazenie Ka'ski, usiluje wm'owi'c w tlum, ze „ledizerca” za chwile rzuci sie i wybierze kogo's do „zezarcia”. Jaki's maly, chuderlawy czeladnik kryje sie w najodleglejszy kat z obawy przed spodziewana napa'scia. I w tej maluchnej, zacie'snionej przestrzeni powstaje niepok'oj wielki. Ludzie mimo woli cisna sie do siebie, przerazeni o swe nedzne, wychudle ciala, kt'ore z takim trudem odzywia'c musza. Jaki's ulan przeciez nie dowierza slowom Jana, pragnie wyja'snienia i dlaczeg'oz by wpuszczono tu ludzi, je'sli ta potwora rzeczywi'scie krzywde sprawi'c moze? Nie! Na to by „majstrat” nie pozwolil i wydal stosowny „befel[24]”. A zreszta, jakby mial kogo zje's'c, to pewnie te tlusta panne, kt'ora tak blisko niego stoi.

I wszystkie oczy zwracaja sie na Ka'ske, kt'ora rzeczywi'scie w tym calym zgromadzeniu przedstawia najlepszy material spozywczy.

Ona, zawstydzona, zmieszana, bezwiednie przysuwa sie do Jana, jakby szukajac u niego opieki i ratunku.

— Ty! Cisarska slugo! — wrzeszczy Jan, rozstawiajac szeroko nogi — stul tam dziape, bo ci sie prababka przy'sni, jak cie lune w kontramarke!

Ka'ska przypomina sobie zaj'scie z kanonierem i przerazona, stara sie uspokoi'c rozdraznienie Jana, tym bardziej, ze i ulan chce zalatwi'c sprawe w spos'ob do's'c stanowczy. Na szcze'scie, wnosza malego, bialego kr'olika — i ciekawo's'c przemaga drazliwo's'c honoru. Ci panowie milkna i wpatruja sie z ciekawo'scia w niezwykly widok przedstawiajacy sie ich oczom.

Zydek z Brod'ow chwyta w obie rece nieszcze'sliwego kr'olika, nader zrecznie rozdziera go i wyjmujac z wnetrza cieple, krwia ciekace wnetrzno'sci, zaczyna zajada'c go bez zadnego wstretu. Obok niego na estradzie pojawia sie czlowiek w zielonej kurtce i monotonnym glosem wyglasza nastepujaca tyrade.

— Oto jest ledizerca! Po rusku, mieszkaje na libanckoj hore; jak Angliki na Turcje iszli, tak go zlowili a oswoili. Pod Wiedniem stara babe zlowil, zlupil a zjadl!

Schrypniete tony katarynki wpadaly przez zaslone i mieszaly sie z glosem mezczyzny. Tak jak ta katarynka, jeczaca w tej chwili Miserere Verdiego, grala wiecznie jedno i to samo, pragnac rozweseli'c nedze panujaca pod pl'ociennym namiotem — tak i ten czlowiek recytowal od lat kilku jedne i te same brednie, wl'oczac sie po rozmaitych zakamarkach, wsiach i miasteczkach.

Na estradzie ludozerca zajadal ciagle kr'olika mieszajac farbe swego ciala z krwia zwierzecia. Bylo to ohydne rzemioslo wykonywane dla latwego zarobku, dziwne w czlowieku zydowskiego pochodzenia, kt'ory zwykle przeklada drobna ruchliwo's'c handlu nad bezczynne zycie. Krew kr'olika 'sciekala na ziemie, zastygajac na suknie pokrywajacym estrade. Pelno bylo tych plam naokolo, nawet na 'scianach namiotu.

Stojaca u st'op podwyzszenia garstka ludzi patrzyla w milczeniu na akt rozdzierania kr'olika i tlumiac oddech w sobie, 'sledzila najlzejszy ruch mniemanego ludozercy. Ka'ska w przerazeniu przycisnela sie do Jana, kt'ory, korzystajac z chwilowego zapomnienia sie dziewczyny, szczypal ja lekko w ramie. Ona przeciez nie gniewala sie teraz za to. B'ol ten sprawial jej jaka's przyjemno's'c, nie taka wprawdzie, jaka na widok Jana doznawala. O! Nie — to bylo zupelnie co innego, ale teraz za kazdym dotknieciem sie str'oza ogarniala ja dziwna niemoc, oslabienie, kt'ore nie dozwalalo sie broni'c i zbyt 'smialej reki odtraca'c.

Dlatego i teraz stoi przed estrada wpatrzona w ludozerce dojadajacego resztki kr'olika, ale mimo to czuje dobrze owo szczypanie Jana w ramie, tuz nad lokciem. Dawniej bronilaby sie z pewno'scia — teraz nie ma po prostu sily. M'oj Boze, Jan byl dla niej dzi's tak dobry! Przyszedl po nia az do kuchni i powiedzial, ze „szykantno” wyglada. M'oglby przeciez zgrymasi'c, bo dziewczyna bez kapelusza — to juz wielka nedzota, ale on, przeciwnie, m'owi, ze woli dziewczyne „we wlosach”, bo okrzetniej wyglada.

Potem zeszli razem po schodach, tuz kolo kuchni nalezacej do mieszkania pani hrabiny. Kucharka siedziala jak zawsze przy oknie i czytala z ksiazki, a mlodsza czesala falszywy warkocz, zaczepiwszy go o kurek od samowara. Gdy zobaczyly Ka'ske i Jana, az wstaly z wielkiej ciekawo'sci i polozywszy warkocz i ksiazke, wyszly na schody, aby ich lepiej zobaczy'c. Ka'ska zarumienila sie z rado'sci, przechodzac kolo stojacych na przej'sciu kobiet. Czysta sp'odnica szele'scila dokola niej jakby wykrojona z papieru, a buciki 'swiezo podzelowane skrzypialy za kazdym stapnieciem. Ka'ska prawie zalowala, ze Marynka wyszla wcze'sniej i nie widziala jej parady. Marynka bylaby sie zdziwila, ze Jan z „tlumokiem” na spacer idzie.

Gdy Ka'ska opu'scila wreszcie menazerie, stala chwile na 'srodku ulicy, pragnac sie przyzwyczai'c do 'swiatla dziennego. Jan zapalil cygaro — Virginie, dlugie, piekne, od kt'orego slomke zalozyl sobie za ucho. Powoli skierowali sie ku Wysokiej G'orze, idac wolno szerokimi, jasnymi ulicami, oprawionymi w rzedy bialo pomalowanych kamienic.

Ka'ska szla drobnym krokiem, zarumieniona, u'smiechnieta. Jan tuz przy niej puszczal kleby dymu pod nos przechodzacym „cylindrom”.

Gdy weszli na Wysoka G'ore, zapu'scili sie w aleje ocienione gestymi galeziami drzew. Drobny zwir chrze'scil pod ich stopami, a drzewa szumialy zrywajacym sie co chwila wichrem. Ka'ska oparla sie o niski plotek okalajacy dokola brzeg g'ory na ksztalt balustrady. Jan stanal tez przy niej, cygaro mu zgaslo, usilowal je zapali'c, co przy zrywajacym sie wichrze nie bylo nazbyt latwe.

Ka'ska tymczasem patrzyla przed siebie z zajeciem wielkim.

Przed nia, na dole rozkladalo sie miasto, imponujac na oko swym obszarem i ilo'scia wspanialszych budowli. Rozlewalo sie jak obszerne jezioro majace nieksztaltne, wyszarpane brzegi. Z powodzi dach'ow i komin'ow wybiegaly wieze ko'sciol'ow, zlocac swe krzyze w promieniach letniego slo'nca. Zebata wieza ratuszowa prezentowala czarna tarcze zegara, na kt'orym wskaz'owki oznaczaly piata godzine.

Na wzniesieniu cokolwiek za miastem rozsiadla sie wspaniala cerkiew stara, powaznie wznoszac swe mury, podobna do babki blogoslawiacej swe wnuczeta.

Czyste linie Domu Inwalid'ow, nieposzlakowanie r'owne, pieknie wygladaly z ciemnej zielono'sci otaczajacych dokola drzew, a w 'srodku miasta okragla kopula ko'sciola OO. Dominikan'ow wychylala sw'oj grzbiet wypukly jak olbrzymia tarcza z'olwia, grzejacego sie na slo'ncu. I cale miasto lezalo ciche, spokojne u st'op tej g'ory, kt'ora wznosila ponad nim swoje uwie'nczone zielono'scia czolo.

W powodzi tych spokojnych dach'ow o kominach zda sie zastyglych, niesaczacych nigdzie ani najwezszego pasma dymu, nikt by nie przypuszczal tylu nedz moralnych i materialnych, kt'ore pod tymi dachami zalozyly stale siedlisko. Byl to zwierz u'spiony, nawet lagodny w swym spoczynku, grzejacy sw'oj grzbiet w cieple slonecznym, ale wewnatrz kryjacy brud, hipokryzje i sko'nczona ohyde.

Ka'ska patrzyla ciagle na to niezliczone mn'ostwo dom'ow rozciagajacych sie u jej st'op. Wiedziala, ze miasto rzeczywi'scie wielkie, ale nie przypuszczala, azeby zajmowalo az tyle przestrzeni. I blakala sie wzrokiem po przedmie'sciach, szukajac zamieszkanego przez nia domu. Nie! Stanowczo sama go nie znajdzie, Jan musi jej w tym dopom'oc…

Ale Jan jest teraz zajety czym innym. Przechodzi wla'snie Zyd majacy na sprzedaz rozmaite lakocie. Caly ubogi kramik, kt'ory sie nosi w koszyku przytwierdzonym sk'orzanym rzemieniem. Jan wybiera paczke piernik'ow owinietych w r'ozowa bibule i kilka karmelk'ow z „wierszami”.

Ka'ska czerwieni sie jak piwonia na ten niespodziewany objaw galanterii. I drzacymi od wzruszenia rekami rozwija bibule kryjaca pierniki. Jan tymczasem zajmuje sie przeczytaniem glo'sno znajdujacych sie przy karmelkach wierszydel, kt'ore Ka'sce wydaja sie czym's zupelnie niezwyczajnym. Szczeg'olniej jeden wiersz napelnia Ka'ske wielkim pomieszaniem. Od wstydu malo sie nie udlawi piernikami. A ten Jan niepoczciwy 'smieje sie na cale gardlo, powtarzajac raz dziesiaty:

„Kazda Kasia

Znajdzie swego Jasia”.

Nie! To nie moze by'c tak wla'snie wydrukowane. Jan to chyba ulozyl napredce. I pragnie zobaczy'c na wlasne oczy, przekona'c sie po prostu, czy tak jest rzeczywi'scie. Jan pokazuje jej zmiety papierek, na kt'orym drobnymi czcionkami wydrukowano:

„Kazda Kasia

Znajdzie swego Jasia” —

a Ka'ska z wielkim mozolem odczytuje owa poezje. To dziwne! Tak jakby dla nich napisane. I Jan rozweselony szepcze dziewczynie do ucha B'og wie jakie glupstwa i 'smiale propozycje, popierajac je argumentem zupelnie niezwyklym:

— Tak stoi drukowane, panna musi by'c „moina”.

Ka'ska przeciez nie jest zupelnie przekonana, zajada teraz z wielkim smakiem pierniki, przegryzajac je mietowymi karmelkami. Zapewne, ze te wiersze wcale sie udaly, ale czyz to jeden Jan i jedna Ka'ska na 'swiecie?

I powoli odzyskuje pozornie chwilowo utracona r'ownowage. U'smiecha sie nawet i pokrywa w ten spos'ob zmieszanie swoje. Usiedli teraz na lawce pod rozlozystym debem i patrza na siebie w zupelnie r'ozny spos'ob. Jan po prostu zjada dziewczyne oczyma, tak mu sie wydaje ladna w tej czystej, krochmalnej sukience, z dobrze wymyta szyja i l'sniacymi od pomady wlosami. Ona patrzy w ziemie, a tylko chwilami podnosi swe piwne, lagodne 'zrenice i spojrzawszy w twarz str'oza, oblewa sie rumie'ncem. Dobrze im jest w tej ciszy przerywanej tylko szumem li'sci lub odglosem krok'ow jakiego's przechodnia. U ich st'op miasto odpoczywa po calotygodniowej pracy, wyciagajac ku niebu bezczynne kominy fabryczne. Dokola widnokrag plaski, poprzecinany kretymi drogami prowadzacymi do okolicznych wiosek; na prawo szklana, czworograniasta tafla stawu jak olbrzymie zwierciadlo oprawne w zielone ramy.

Nad nimi, przedzierajac sie przez geste li'scie drzew, przeglada niebo czyste, pogodne, letnie. Jan zdjal czapke i cala piersia wciagal 'swieze powietrze. Mieli go tak malo, zamknieci wiecznie w'sr'od mur'ow, gdzie miastowe wyziewy zastygaly w przestrzeni. Ka'ska, od tylu tygodni pozbawiona tej koniecznej do zycia potrzeby, czula sie jak pijana od tego czystego powietrza, od kt'orego odwykly jej pluca. Przywykla juz do woni mydlin, pomyj i nie'swiezego masla. Doznawala uczucia podobnego do wzruszenia wie'znia, gdy go nagle na swobode wypuszcza.

Kolo nich przesuwaly sie pary bedace ich wiernym odbiciem. Dziewczyny ze 'sladami wiekszego lub mniejszego moralnego zepsucia na twarzy, w towarzystwie mezczyzn o zdobywczych, wyzywajacych postawach. Ka'ska patrzyla na te pary i doznawala jakiej's nieokre'slonej trwogi, z kt'orej sobie sprawy zda'c nie umiala. Bylo to instynktowne przeczucie swego upadku, a te dziewczyny, wlokace sie ze skradzionymi galazkami akacji w rekach, mierzyly ja wzrokiem, kt'ory ja mieszal niewypowiedzianie. Gdyby nie to, bylaby sie czula nad wyraz szcze'sliwa, tak jej dobrze przechodzilo to popoludnie niedzielne. Ale Jan wstal z lawki i wezwal Ka'ske do dalszej wedr'owki. Chcial wypelni'c co do joty sw'oj plan i teraz mieli p'oj's'c do szynku napi'c sie po kufelku piwa. Ka'ska wahala sie chwile, ale Jan zareczyl jej, ze 'smialo z nim wej's'c moze. Nie jest to zadna prosta szynkownia, uchowaj Boze — Jan wie przeciez, gdzie porzadna panne zaprowadzi'c mozna. Jest to ogr'odek, gdzie gra muzyka i schodzi sie przyzwoite towarzystwo. Nawet kupcy, ba! i majstrowie przychodza wypi'c kufelek i przyslucha'c sie graniu damskiej kapeli. Ka'ska otwiera szeroko oczy.

Jak to, damskiej kapeli?

Jan 'smieje sie, uradowany, ze same niespodzianki spotykaja dzi's dziewczyne. I tlumaczy jej, co znaczy „damska kapela”. Ot, kobiety, takie same jak mezczy'zni. To sie nazywa damska kapela.

Przechodza wla'snie kolo ko'sciola OO. Paulin'ow. Ka'ska zatrzymuje sie przy samym wej'sciu. Chcialaby wstapi'c na pacierz. Zm'owilaby go chetnie, bo od trzech tygodni w ko'sciele nie byla. Ale Jan 'smieje sie z niej i zartuje w spos'ob sobie tylko wla'sciwy.

Do ko'sciola? Po co?

To dobre dla malych dzieci, co jeszcze koszule w zebach nosza; on za madry na takie kawaly! I z dziwna fantazja przekreca czapke na bakier, patrzac z ironia na statue 'sw. Onufrego kleczacego w niszy, tuz przy wej'sciu do ko'sciola.

Ka'ska czuje sie zmieszana. Mimo woli porusza sie z miejsca i idzie za Janem w strone piwiarni. Wesole tony muzyki wybiegaja az na ulice. Zapewne — tam o wiele weselej jak w tym ciemnym, smutnym ko'sciele, tylko, ze…

I Ka'ska doznaje jakiej's zgryzoty, wchodzac do piwiarni. Ale Jan zasiadl juz za stolem i wola na nia, aby sie 'spieszyla, bo miejsce zajma. Rzeczywi'scie 'scisk jest wielki i tlumy ludzi cisna sie dokola. Tylko dzieki zreczno'sci Jana dostali jakie's niezle miejsce przy rogu stolu, tuz obok estrady.

Juz Jan dysponuje brudnemu i nieczesanemu od tygodnia kelnerowi „dwa chleby z maslem, wedzonke i dwa kufle piwa”. Ka'ska rozpatruje sie, szukajac jakiejkolwiek znajomej twarzy. Nagle tuz obok siebie, przy drugim jednak stole, dostrzega Marynke pijaca „bruderschaft” z jakim's dobrze wypomadowanym elegantem. Ka'ska doznaje na widok Marynki wielkiej pociechy — nareszcie zobaczy ja w towarzystwie Jana. Tylko czy nie bedzie sie z niej wy'smiewa'c wobec wszystkich tych ludzi i nazywa'c ja „tlumokiem?

Ach, to byloby bardzo nieprzyjemne. I Ka'ska o ile mozno'sci kryje sie i kurczy swa wielka posta'c, aby nie by'c dostrzezona przez nieprzyjaci'olke. Abneguje z milo'sci wlasnej i woli nie nacieszy'c sie triumfem z pozyskanej przyja'zni Jana. Ale Marynka, cala zajeta swym kawalerem, nie zwraca na nia uwagi. Czerwona od goraca i rozpalajacych napoj'ow, rozklada swa zniszczona alpagowa sukienke, prezentujac czerwone rece wychodzace z p'olkr'otkich rekawk'ow.

Ka'ska uspakaja sie powoli.

Juz kelner przyni'osl zadany chleb z maslem i dwie halby piwa. Ka'ska ujmuje w prawa reke n'oz, a pokrajawszy wedzonke na drobne kawalki, zjada ja razem z chlebem powoli, nie 'spieszac sie wcale; Jan wypil juz swoje piwo i wola o drugie. Glos jego ginie w gwarze przepelniajacym ogr'odek. Setki ludzi o zniszczonych, zawiedlych twarzach, maczaja usta w kuflach napelnionych jasnym, przejrzystym piwem. Niekiedy pija koniak i jedza jaja na twardo, maczajac je w grubo tluczonej soli. Wszyscy mezczy'zni pala tanie cygara lub ordynarne papierosy. Niekt'orzy porozpinali kamizelki i porozwiazywali krawaty. W ten spos'ob wiecej wypi'c mozna…

Na estradzie siedza rzedem mlode dziewczyny, poubierane w jednakowe czerwone welwetowe suknie. Jest ich sze's'c, a wszystkie maja wyraz znuzenia i przedwczesnego rozwiniecia na wynedznialych twarzach. Rzec mozna, ze uwiedly pod wplywem tej zgeszczonej atmosfery, jaka je codziennie otacza. Za nimi wida'c kilku mezczyzn, r'owniez w czerwonych frakach, grajacych na detych instrumentach i walacych w bebny. Dziewczyny poopieraly brody na skrzypcach i nie patrzac w nuty, wodza smyczkami po strunach — troszcza sie malo o doskonalo's'c harmonii. Kazda z nich ma kochanka w jednym z mezczyzn nalezacych do orkiestry, kt'ory ja bije, ale zarazem kocha zapamietale. Dlatego to publiczno's'c nie przedstawia dla nich zadnego szczeg'olnego interesu; graja, byle odegra'c to, co program im nakazuje, a potem powr'oci'c do domu po razy i pieszczoty. Szczek kufli, brzek talerzy, gwar rozm'ow zagluszal prawie melodie walca, kt'ora z trudno'scia przebijala sie przez ten halas trywialny, pelen gminnych wyraze'n i szczeku grubego szkla i ordynarnego fajansu. Jan wpredce wynalazl sobie towarzystwo. Jaki's 'slusarz przysiadl sie do nich, wlokac za soba zone, chuda i zawiedla kobiecine. Ka'ska usunela sie, robiac jej miejsce, i po kr'otkiej „polityce” rozpoczeto rozmowe od debatowania nad ilo'scia wody dolanej do piwa. Gawedka w ten spos'ob rozpoczeta ciagnela sie dalej, zmieniajac co chwila tematy.

Menazeria dostarczala wiele materialu do rozmowy, a ten „psia wiara ledizerca” ciagle byl na ustach Jana. Pomimo to wszakze nie zapominal i o Ka'sce, kt'ora, zjadlszy chleb i wypiwszy piwo, siedziala do's'c spokojnie, biorac niewielki udzial w rozmowie. Zwracal sie ku niej ciagle i wypytywal, czy wygodnie siedzi i ma do's'c miejsca przy stole. Kazal przynie's'c kwargli i bulek — i wszystko to postawil przed Ka'ska, proszac, aby sama jadla i czestowala kompanie. Ka'ska wziela jeden tylko kwargiel, cho'c bardzo lubila ich ostry zapach, bala sie jednak okaza'c „niepolityczna”. 'Slusarz nie pozostal w tyle, kazal da'c jedna „kolej” — i wkr'otce cztery kieliszki czystej zytni'owki pojawily sie na stole. Spelniono ra'zno niewielkie miarki, a nawet Ka'ska z przyjemno'scia wychylila sw'oj kieliszek. Dziwiono sie tylko, ze te kieliszki predzej by sluzy'c mogly za naparstki dla jakich szwaczek. Jan chcial raz jeszcze spr'obowa'c, bo przysiegal sie, ze nawet nie czul, jak mu sie w'odka przelala przez gardlo. Mial jezyk zupelnie suchy, nawet sie nie zmoczyl od tych kilku kropel. I przywolawszy kelnera, zazadal cztery „pestk'owki”.

Teraz towarzystwo zsunelo sie blizej. Zanosilo sie na „traktament” na serio. Najlepiej wtedy siedzie'c blisko siebie, ot, jak dobrzy przyjaciele. Jan przysuwa do siebie Ka'ske, kt'ora tuli sie do niego w p'olsennym rozmarzeniu. Nie ma dobrej glowy ta dziewczyna! Zaledwie wypila jeden kieliszek, a juz ma oczy jak szperki. „Pestk'owka” smakowala lepiej — troche slodkawa, ale o wiele przyjemniejsza. 'Slusarka opowiada, ze nieraz cierpi na „nerwy” i wykrzywia dziwnie przy tych slowach zniszczona twarz starej zlo'snicy.

— Jak mnie chyci, to wszystkich bym po gebie bila — m'owi, dajac wyobrazenie o rodzaju nerwowych napad'ow, kt'orych nieraz caly warsztat i kuchnia jest gl'owna widownia. — Uspakajam sie tylko wanili'owka, to mi dobrze robi, zaraz zasypiam.

Jan, 'smiejac sie, proponuje zazycie tego 'srodka. I on cierpi czasem na „nerwy”, zwlaszcza gdy 'smiecie na dziedziniec wyrzuca. Spr'obuje, czy pani majstrowa prawde powiada. Ale 'slusarz nie chce pozwala'c na tego rodzaju despekt. Ta kolej do niego nalezy, tym bardziej, ze to jest proste lekarstwo uzywane przez zone.

Po trzecim kieliszku Ka'ska doznaje dziwnego uczucia, pi'c musi, bo inaczej obrazi kompanie i nigdy ja nie wezma ze soba. Ona przeciez wie, co sie grzeczno'sci komu nalezy. Tylko ta ostatnia w'odka zawraca jej dziwnie w glowie. Wszystko sie miesza przed jej oczyma, drzewa, ludzie, kufle, stoly — zlewaja sie w jaka's bezksztaltna mase. W glowie czuje jakby co's obcego, jaka's bryle, kt'ora jej wlozono mimo jej woli. I obiema rekami opiera sie na stole, aby nada'c sobie pozory zupelnie pewnej siebie osoby. Tak, stanowczo ten Jan jest najpoczciwszy z ludzi, skoro sie z nia tak godnie obchodzi i fetuje ja jak jaka hrabine. Czymze ona zasluzyla na tyle dobroci i w jaki spos'ob mu sie odwdzieczy?

Wydal na nia ze dwa papierki i teraz zn'ow kaze dawa'c „piolun'owki”, aby sie jej lepiej zrobilo.

'Slusarz za's doradza herbate z mocnym „harakiem”, a 'slusarka powt'orzenie wanili'owki. W og'ole jest tam bardzo wesolo. Ludzie, powoli podnieceni odurzajacymi trunkami, rozmawiaja coraz glo'snej i wybuchaja co chwila bezmy'slnym 'smiechem. Niekt'orzy posiadali na stolach, aby lepiej widzie'c orkiestre, a Jan az stanal na lawce, bo m'owi, ze mu na dole uszy po prostu zatyka. Jaki's ulan, dobrze podochocony, kl'oci sie z piechurem, kt'orego mundur i niedolezna mina draznia go widocznie. Ulan rozparl sie na krze'sle i z junakieria wy'spiewuje piosnke:

„Hulany zuchy

Pija piwo w nocy,

A piechury galgany

Wytsescaja ocy”.

Ochryply glos zolnierza miesza sie z tonami orkiestry. Blizsi go'scie okazuja widoczne niezadowolenie z tego niepozadanego sola, kt'ore im w sluchaniu „muzyki” przeszkadza. Ale ulan uraga wszystkim, coraz glo'sniej wykrzykuje, uderzajac do taktu kuflem o brzeg stolu:

„Te chusteczke, co's mi dala,

Ja za galgan bral,

Coby's sobie nie my'slala,

Zem ja cie za frajlu mial”.

Jan uwaza za stosowne wmiesza'c sie w te sprawe.

— Cicho ta, ty 'swiecaca nedzo! Id'z do kantyny wy'c, a ludziom uspokojenie zostaw.

Ka'ska z trudno'scia otwiera oczy i pociaga Jana za pole „tuziurka”. Po co sie kl'oci'c z jakim's pierwszym z brzega? Czy chce p'oj's'c na inspekcje?

Jan, uspokojony troche, siada i wola o cztery koniaki. Ka'ska stanowczo pi'c wiecej nie chce, juz i tak dusi ja pod piersiami. Jan nalega, m'owia sobie „ty” i glowy ich dotykaja sie, tak siedza blisko siebie. Zreszta moga sie nie krepowa'c wcale, uwaga publiczno'sci skierowana teraz na pewna familijna scene, kt'ora sie rozgrywa przy samym wej'sciu do ogr'odka. Jakie's malze'nstwo por'oznilo sie przy 'osmym kuflu piwa — teraz wzajemnie wyrzucaja sobie rozmaite zdrozno'sci popelnione. Ona broni sie zawziecie jak lwica, napelniajac ciasne wnetrze ogr'odka trywialnym wrzaskiem na wp'ol pijanej rzemie'slniczki.

— Jestem 'slubne dziecko! Macierzy'nska c'orka! Nie dam soba poniewiera'c, jak jaka najducha.

Maz z r'ownym wrzaskiem wyglasza pewne watpliwo'sci co do jej pochodzenia; publiczno's'c zaczyna sie niepokoi'c i powstaje z miejsc dokola kl'ocacej sie pary. Placz dzieci czepiajacych sie sp'odnicy rozszalalej z gniewu kobiety dopelnia miary tego chaosu i zamieszania.

Tymczasem cienie zalegaja ogr'odek. Ponad tym wrzeszczacym, pijanym tlumem noc rozpo'sciera swa zaslone. Tu i 'owdzie pojawiaja sie na stolach 'swiece osloniete od wiatru szklanymi kloszami. 'Slusarka, zupelnie wanili'owka pokrzepiona, staje sie niezmiernie czula i wylana wzgledem meza.

— Sluchaj, mezu! Daj buzi, kiedy cie 'slubna zona prosi.

Ka'ska przygaslym wzrokiem spoglada na te pieszczoty. Wie, ze powinna i's'c do domu. Pa'nstwo czekaja. Ba! Ale nogi ma jakby z olowiu, a senno's'c ogarnia ja zupelnie…

Jednak Jan wstaje i placi kelnerowi rachunek za wypite napoje i chleb z wedzonka. Po czym podnosi prawie sila Ka'ske i kieruje sie z nia ku wyj'sciu. O! On ma o wiele silniejsza glowe i trzyma sie pewniej na nogach niz ta wielka dziewczyna, kt'ora sie kolysze prawie, przechodzac kolo Marynki. Ta ostatnia spostrzega ja nareszcie i kr'otka chwile mierza sie obie pelnym znaczenia wzrokiem. Ka'ska, pomimo swej lagodno'sci, pod wplywem podrazniajacych napoj'ow czuje jaka's nienawi's'c i glucha zlo's'c do dawnej Jana kochanki. Marynka nie tai swego gniewu na widok „tlumoka”, kt'ory spaceruje tak jawnie przy boku jej dawnego kawalera. I mogloby przyj's'c do jakiego's starcia pomiedzy tymi dwiema kobietami, gdyby nie interwencja Jana przeczuwajacego jaki's wybuch mogacy mie'c zle skutki. Za chwile Ka'ska znajduje sie na ulicy, gdzie ja 'swiezsze powietrze przyprowadza do r'ownowagi. Ale Jan obejmuje ja wp'ol i prowadzi, szepczac jej do ucha rozmaite dwuznaczne sl'owka. Ka'ska przeciez nie poddaje sie teraz tak latwo. Tam, w ogr'odku, za stolem, to bylo jako's inaczej. Muzyka, rozgrzewajace napoje, goraco, wszystko to mieszalo ja i odbieralo przytomno's'c. Teraz przeciez, wydostawszy sie na ulice, cho'c w cze'sci przychodzi do 'swiadomo'sci swego polozenia. O! Nie, nic z tego nie bedzie, nie jest przeciez dziewczyna, kt'ora sie zapomni dla kufelka piwa. Kolacje zje's'c mogla, nawet po'smia'c sie i pozartowa'c lubi, ale wie, gdzie jest granica — i Jan, jakkolwiek przyjemny i wcale „honetny” chlopak, moze da'c jej spok'oj, przynajmniej na dzisiaj.

Jan wszakze nie traci nadziei. Dochodza juz do bramy, ona zawsze odmawia, pomimo ze chetnie pozostalaby jeszcze w towarzystwie str'oza. I prawie przemoca wyrywa sie z jego ramion; kt'orymi on ja przy sobie przytrzymuje. Walczy wtedy podw'ojnie, z mezczyzna i z sama soba, z ta bezsilno'scia, kt'ora ja ogarnia teraz zwykle przy zblizeniu sie Jana. Gdy przebiegla brame i wydostala sie na dziedziniec, miala wielka ochote zawr'oci'c sie, podziekowa'c jeszcze Janowi za ten dzie'n, tak czule spedzony. Ale jaki's przestrach gnal ja na g'ore. Byla to trwoga 'sciganego zwierzecia, kt'ore czuje poza soba 'smier'c pewna.

Kazda kobieta do'swiadcza tej trwogi przed swoim upadkiem. Ka'ska nie byla wylaczona od tej zasady. Biegnac po schodach, otrze'zwiala zupelnie. Jedynym jej dazeniem bylo dosta'c sie do kuchni i zamkna'c drzwi za soba.

Gdy wieczorem uklekla przy l'ozku, jaki's niepok'oj owladnal jej istote. Zapewne, bawila sie doskonale, pila bardzo wiele dobrych rzeczy, widziala r'ozne dziwy. Jan byl dla niej bardzo „haleganckim”, a mimo to miala dziwny niesmak w swym sercu. Przy tym w'odka rozmarzyla ja do reszty. Prawie nie mogla podnie's'c reki, aby sie przezegna'c. I odurzona trunkiem, zmeczona wrazeniami dnia calego zasnela, kleczac, oparlszy glowe na zlozonych na prze'scieradle rekach. Spala tak juz pierwszej nocy, gdy przybyla na sluzbe do Budowskich, ale spala wtedy z nadmiaru pracy i wysilenia. Dzi's szukala rozrywki i zabawy, a znalazla takze umeczenie ciala i duszy; kt'ory stan sprawial jej wiecej przykro'sci, nad tym nie zastanawiala sie wcale.

Spala tylko twardo, wydajac od czasu do czasu westchnienie bardzo do jeku podobne.


*


Zaczely sie teraz dla Ka'ski dni dziwnego niepokoju, kt'ory ogarnal nia cala. W tym zdrowym i niezuzytym ciele budzila sie namietno's'c wielka, powstrzymywana uczciwo'scia, stanowiaca w tej dziewczynie gl'owna cze's'c jej istoty. Jan nie zasypial przeciez sprawy. Z cala przebieglo'scia ulicznego uwodziciela usilowal oplata'c dziewczyne i nam'owi'c do zlego. Ale ona trzymala sie ostro, odpowiadajac zawsze — nie, pelna pomimo tego checi osuniecia sie w ramiona mezczyzny, kt'ory pierwszy w zyciu robil na niej silne wrazenie. Nieraz, gdy spotkal ja na strychu lub w korytarzu prowadzacym do piwnic, usilowal przytrzyma'c ja gwaltem — ona patrzyla mu wtedy prosto w oczy i jednym ruchem reki odsuwala sie do 'sciany, torujac sobie wolne przej'scie.

Nie! Ona nie mogla tak upa's'c jak Marynka lub inne dziewczeta. Napatrzyla sie nieraz w fabryce, jak wychodzily na podobnych zabawkach jej towarzyszki. Schodzily na poniewierke i robotnicy dobrego slowa nie dali takim kobietom.

Gdyby zechcial wzia'c ja za zone!

Ka'ska nie wspomina o tym nigdy, a przeciez wie, ze bylaby wtedy zupelnie szcze'sliwa. Mieszkaliby pod jednym dachem, a ona moglaby bra'c bielizne do prania. Nie przysporzylaby mu klopotu, ba, i na dzieci zapracowa'c by mogla.

Jan przeciez jest przeciwny malze'nstwu, Ka'ska wie o tym dobrze. Wszakze nie zapomni nigdy, jak wy'smiewal sie z niej pierwszego wieczoru, gdy ja spotkal przed brama. Pytal ja, czy zechce czeka'c na „'slubnego” — jakze mozna nawet my'sle'c, aby on sam chcial by'c tym „'slubnym”.

I Ka'ska w swym szcze'sciu czuje sie bardzo nieszcze'sliwa. Wie przeciez, ze mezczyzna latwo sie zrazi'c moze, skoro kobieta uwodzi go zbyt dlugo, a ta sama my'sl, ze Jan got'ow odwr'oci'c sie od niej i sta'c sie zn'ow jej wrogiem, napelnia ja rozpacza nieokre'slona.

Powoli cala sluzba zamieszkujaca kamienice, nie majac teraz poparcia w zlo'sliwo'sci Jana, przestaje dokucza'c Ka'sce. Teraz tylko szepcza na boku, podgladajac z ciekawo'scia jej stosunek ze str'ozem. Tylko jedna Marynka pozostaje otwartym wrogiem „tlumoka” i usiluje cho'c w ten spos'ob okaza'c swa pogarde dla swej nastepczyni.

Ka'ska stara sie wszystkie te zaczepki pomija'c milczeniem. Nie odpowiada wcale na zlo'sliwe docinki, kt'orych jej Marynka nie szczedzi. Szybko przechodzi mimo, udajac, ze nic nie slyszy.

Stan ten jednak nie m'ogl dlugo potrwa'c; stanowisko Jana pomiedzy tymi dwiema kobietami zaczynalo wymaga'c jakiej's interwencji — i ta nastapila niebawem. Jan zajal sie Ka'ska nie na zarty. Op'or dziewczyny draznil go i podniecal jego gruba, trywialna nature. Wobec latwo upadajacych kobiet, z kt'orymi mial do tej chwili do czynienia, Ka'ska byla zjawiskiem niezwyklym, zadne wypr'obowane juz przez niego fortele i sztuczki nie osiagaly celu. Odmawiala ciagle, pomimo ze drzala jak w febrze. Jan widzial dobrze, co sie z nia dzialo, i liczyl na te wrazliwo's'c, ale wpredce zrozumial, ze zawi'odl sie i ze nic nie zdola skloni'c Ka'ski do zostania jego kochanka.

Rozumial przeciez, dlaczego sie opiera. Powiedziala mu to wyra'znie owego wieczoru, gdy spotkali sie przed brama.

Chciala zosta'c zona i tylko czepek mezatki m'ogl ugia'c jej glowe, kt'ora teraz tak wysoko nosila. Ba! Ale Jan nie chcial sie zeni'c — uwazal to za glupstwo.

Studenci, u kt'orych poslugiwal, m'owili nieraz bardzo rozumnie, ze madry czlowiek nigdy nie powinien przykuwa'c sie do jednej kobiety.

Jan nasluchal sie takich opowiada'n i teraz wie, czego sie trzyma'c. Baba predko sie starzeje i brzydnie, a potem ani rusz odczepi'c sie od „'slubnej” nie mozna. Kochanka — to co innego.

Skoro sie sprzykrzy, to sie ja porzuca. Je'sli awantury robi, od czego kulak lub miotla? Zawsze'c sobie z kochanka poradzi'c mozna.

Chwilami wiec Jan szedl po rozum do glowy i przestawal stara'c sie o wzgledy Ka'ski. Udawal zajetego praca i nie zaczepil jej, gdy przechodzila kolo niego przez dziedziniec. Ale nie m'ogl sie oprze'c pokusie, aby nie spojrze'c na te rosla, tega kobiete, tak dobrze i mocno zbudowana, kt'ora z szelestem czystych sp'odnic przesuwala sie kolo niego. Wzrok jego z rozkosza zatrzymywal sie na czystej linii jej karku, kt'ory pokrywaly zdobne, ciemne wlosy, wymykajace sie spod ciasno upietego warkocza.

I nie pomagaly wtedy najsilniejsze postanowienia. Jan porzucal miotle lub blaszana polewaczke i biegl za Ka'ska, aby przytrzyma'c ja w ciemnym kacie bramy lub klatki schodowej. Usilowal zaciagna'c ja zawsze do najciemniejszych zakatk'ow — czul, ze tam stawala sie o wiele slabsza, latwiejsza… Rzec mozna, ze 'swiatlo dzienne dodawalo jej sily. Po dniu bronila sie znacznie lepiej, w ciemno'sciach chwilami nie odpychala go i stawala sie jakby odretwiala.

Jan mial juz nieraz nadzieje, ale ta do tej chwili zawodzila go przeciez. Ka'ska zwykle oprzytomniala w pore i uciekala, zostawiajac go w najwiekszym podraznieniu.

I ona czula niebezpiecze'nstwo takiego spotkania, instynktem wiedziona unikala ciemno'sci, w kt'orych nie czula swej zwyklej pewno'sci. Dlatego umy'slila przyjmowa'c Jana w kuchni. Tam przeciez jest spokojna, wie, ze Jan zachowa sie przyzwoicie. Cho'c on „pa'nstwa” nie bardzo szanuje, ale ona potrafi go uprosi'c i w ten spos'ob zalatwi sie cala sprawa przyzwoicie. Beda mogli widywa'c sie spokojnie, po ludzku, a nie po katach jak jakie wl'oczegi. Przeciez pa'nstwo jej takiej rozrywki zabroni'c nie moga.

Juz i tak Marynka bezustannie podpatruje, kiedy sie razem zejda i cho'cby chwilke zartuja ze soba. Ta niepoczciwa dziewczyna wiecznie po domu sie kreci, niby to szukajac Loli i Parysa.

Prawda, ze psy lataja ciagle z g'ory na d'ol, ale ona pod pozorem pilnowania jest ciagle tam, gdzie by'c nie powinna. Ka'ske to gniewa, bo wie, ze Marynka ma ostry jezyk i gotowa B'og wie jakie plotki po ludziach poroznosi'c. Jan takze kilka razy zniecierpliwil sie, gdy mu Marynka w droge wlazla. Teraz nie lubi tej dziewczyny, a jej zadarty nos i zlo'sliwe oczy gniewaja go. Przyzwyczail sie do lagodnego spojrzenia Ka'ski i Marynka po prostu wydaje mu sie brzydka i zla dziewczyna. Przypomina sobie latwy upadek i jej plaska, glupia milo's'c, w kt'orej kolczyki, pier'scionek i krzyzyk z turkusem wielka graly role.

Gdyby m'ogl, odebralby jej teraz te 'swiecidelka: wielki ma zal do siebie, ze sie dal „wzia'c na kawal”. Och! Ona umiala „naciaga'c” ta nic dobrego! Dlaczego Ka'ska nigdy nie zazada nic od niego? Jej chetnie kupilby niejedna rzecz piekna, gdyby tylko sie namy'slila i nie odpychala go ciagle. To przynajmniej byloby warto, ale Marynka!…

Pewnego popoludnia zauwazyl Jan, ze Ka'ska musiala sko'nczy'c zwykle tygodniowe pranie i z pewno'scia kolo piatej p'ojdzie na strych wiesza'c bielizne.

Rzeczywi'scie, przyszedlszy pod pozorem obejrzenia zepsutego dachu, zastal Ka'ske, kt'ora przyniosla caly kosz mokrej zupelnie bielizny, a postawiwszy go na ziemi, czerwonymi i wilgotnymi jeszcze rekami przymocowywala sznury do wystajacych na ukos belek.

Strych byl do's'c obszerny i podzielony drewnianymi sztachetkami na kilka oddzial'ow. Kazdy lokator mial sw'oj wlasny oddzial, kt'ory zamykal na kl'odke. I Budowscy, jakkolwiek niewielkie zajmowali mieszkanie, mieli takze oddzielna klatke, do's'c widna, bo opatrzona wla'snie okienkiem wychodzacym na dachy. Zdawalo sie, ze rozpalona blacha dachu przesyla w glab domu swe goraco. Ka'ska oddychala ciezko, a pot kroplami splywal jej z czola. Chwilami krew zalewala jej m'ozg i odbierala przytomno's'c. Jedne z mokrych chusteczek polozyla na wierzchu glowy, pragnac ulzy'c sobie i ochlodzi'c sie troche.

Gdy przymocowywala sznury, dostrzegla wchodzacego Jana. Byla pewna, ze przyjdzie; nie zdziwila sie wcale, przywitala go uprzejmie i rozpoczela wieszanie bielizny. 'Spieszy'c sie musiala… pani dzi's wiecz'or miala i's'c na schadzke, dlatego samowar musial by'c wcze'sniej podany.

Jan udal sie na przeciwlegly koniec strychu, udajac niezmiernie zajetego wazno'scia naprawy owego popsutego dachu. Staly tam kufry pani hrabiny i woda lala sie wprost na nie, tak przynajmniej m'owila wczoraj kucharka. I podnoszac glos, opowiadal Ka'sce o rozmiarze owej szczeliny, jaka pozostala w 'swiezo naprawionym dachu.

Ka'ska, zajeta bielizna, przyznaje mu sluszno's'c w konieczno'sci zawezwania dekarza — cho'c je'sli to niewielka szpara, to sam Jan jako's zalata'c moze.

Ale Jan oponuje.

— Niech psia wiara gospodarz placi, kiedy mu sie domu zachciewa — m'owi, zblizajac sie do Ka'ski — ja ta pa'nskiej kieszeni oszczedza'c nie bede, nawet dekarza nam'owie, co by naprz'od dach jeszcze gorzej rozwalil, a potem se wiecej placi'c kazal.

Ka'ska milczy.

Dawniej przeciez bylaby stanowczo o'swiadczyla sie za oszczedzeniem pa'nskiej kieszeni, ale dzi's, gdy sama oszukuje pana, nie 'smie gani'c postepowania Jana. Zreszta, kto wie, moze on ma i racje. M'oj Boze, taki wla'sciciel komorne zbiera a zbiera, a taki biedny dekarz dobrze napracowa'c sie musi, zanim kilka cent'ow usklada.

Jan siada na malej pace, stojacej na samym przej'sciu i wyciagajac z kieszeni kr'ociuchna fajeczke, zaczyna zabiera'c sie do palenia.

Ka'ska widocznie uznaje za stosowne zaoponowa'c.

— Niech pan Jan da z ta fajka pok'oj, jeszcze sie ogie'n zapr'oszy i wszystko z dymem p'ojdzie.

Ale Janowi obojetna jest widocznie cudza wlasno's'c. Z niewyslowiona ironia patrzy na Ka'ske, a zapaliwszy fajke, rzuca niedbale niezagaszona zapalke poza siebie.

— Owa! — m'owi wolno, puszczajac sinawe k'olka, kt'ore rozplywaja sie powoli w powietrzu — Owa! To by ci byla heca, zeby sie ta hardyga spalila! Abo to moje albo panny? Ja ta po m'oj kuferek jeszcze bym zdazyl, a Kasie to bym na plecach wyni'osl. A niechby sie spalilo, nauczyloby to pana bumblowa'c po ulicach i nic nie robi'c. On pieniadze od lokator'ow furtem ciagnie, a czy mu to dom prosi je's'c albo pi'c? Nic go to nie kosztuje, a on za byle klitke setke se kla's'c kaze. Ja bym go pu'scil w taniec, azeby sie pietami bil po plecach. Psia krew zwykla!

Ka'ska nie odpowiada nic, przyzwyczajona juz do tych gwaltownych wybuch'ow, kt'ore ogarniaja Jana na my'sl o cudzym dobrobycie. Moze by'c, ze on ma i racje, tylko ze ona woli sie zn'ow w takie rzeczy nie miesza'c. Niech bedzie tak jak jest, podpala'c dom — to byloby nieuczciwie.

Co innego kilka cent'ow „koszykowego”, to przeciez pa'nstwa nie zrujnuje. Zreszta, pani sama pokazala jej droge…

I rozmy'sla w ten spos'ob, wieszajac powoli bielizne, sztuka po sztuce, uwazajac, aby wszystko sie wygodnie rozmie'sci'c udalo. Cala nedza skapego urzedniczego zycia prze'swieca z tej bielizny o tanich, bazarowych fasonach, z rzadkiego perkalu uszytej. Te koszule o pospolitych haftach; kaftaniki z dlugimi, ubranymi falbanka rekawami; prze'scieradla obrebione tylko u dolu, niezako'nczone ani haftem, ani koronka; poszewki r'ownie trywialne jak glowy, kt'ore na nich spoczywaly — 'swiadcza zbyt wyra'znie o zyciu pozbawionym wszelkiej elegancji, komfortu, zamilowania piekna. Ka'ska zawiesila ostatnia sp'odniczke i odetchnela z zadowoleniem. Upal stawal sie nadto ciezki do wytrzymania.

Zabrala juz pusty kosz, a zamknawszy kl'odke, gotowala sie do odej'scia.

Od kilku minut Jan 'sledzil ruchy dziewczyny z wielkim natezeniem. Niezdrowa zadza zaczynala ogarnia'c go znowu, a w tym goraca namietno's'c jego rosla nad miare.

Gdy Ka'ska przechodzila kolo niego, pociagnal ja tak gwaltownie, ze mimo woli usiadla na pace. Objal ja wp'ol i przyciagnal ku sobie. Ona, bezsilna, pozwolila pocalowa'c sie w usta raz, drugi i dziesiaty… Nagle przyciszony chichot rozlegl sie pod niskim dachem strychu.

Ka'ska przerazona spojrzala w strone, skad glos pochodzil. W otwartych drzwiach wchodowych w jasnej smudze 'swiatla stala Marynka, trzymajac pod pacha Parysa, kt'ory, wywiesiwszy jezyk, dyszal ciezko w'sr'od tego strasznego goraca. Jak zwykle dziewczyna ta musiala sie zjawi'c i podpatrzy'c ich, kiedy sie calowali.

To juz zaczynalo by'c niezno'sne!

Ka'ska zerwala sie szybko i schwyciwszy kosz, chciala wyj's'c ze strychu. Nie bylo to jednak tak latwe. Marynka tamowala przej'scie i stala wciaz we drzwiach, chichoczac sie ze 'zle ukryta zlo'scia.

Nie miala przeciez pretensji, azeby Jan nie mial innej kochanki, skoro sie rozeszli w dobrej zgodzie, ale bra'c po niej Ka'ske — zdalo sie jej nadto oburzajace.

Jan przeciez wpadl w gniew i widocznym bylo, ze teraz Marynki wcale oszczedza'c nie bedzie. Szlo mu tak dobrze, a Ka'ska pierwszy raz nie odsuwala go od siebie.

Gdyby nie ta niezno'sna dziewczyna, kto wie, co by sie sta'c moglo!

Podni'osl sie wiec z paki, a przez zaci'sniete zeby wyszeptal ulubione swoje:

— Psia krew! a! psia krew zwykla!

Marynka przeciez nie uwazala tej zmiany na twarzy Jana, ona wciaz patrzyla na Ka'ske, uszcze'sliwiona ze zmieszania dziewczyny. Na koniec, nie przestajac sie chichota'c, zapytala:

— Nie widzial tu pan Jan przypadkiem „tlumoka”? Tym z magistratu zapodzial sie gdzie's… pewnikiem jest na strychu!

Ka'ska poczerwieniala cala.

Nazywa ja wobec Jana „tlumokiem”! O! Na cztery oczy niech m'owi, co chce, ale nie przy nim! Nie przy nim!

Caly gniew mezczyzny zawiedzionego w swych nadziejach zawrzal w piersi Jana. Marynka w tej chwili staje mu sie najwstretniejszym stworzeniem pod slo'ncem. Ka'ska moze by'c spokojna — on sie pom'sci za nia i za siebie. I caly grad obelg spada nagle na zdziwiona tym wybuchem Marynke. Jan nazywa ja latawcem, urwipieta i ma mine tak gro'zna, jakby chcial ja zrzuci'c co najmniej z trzeciego pietra.

Ona przeciez nie daje za wygrane. Owa! Wielka historia, ze im przerwala ich czulo'sci! Taka dziewka jak Ka'ska to stary praktyk! Ona potrafi zn'ow go do kata zaciagna'c. Tylko czy nie wstyd Janowi zadawa'c sie z taka dziewczyna, kt'ora B'og wie skad sie przywlokla do kamienicy i nawet koszuli na grzbiecie nie ma?

Ale Jan jest juz tuz przy niej i piorunujacym glosem nakazuje Marynce milczenie. Kazdej wolno, tylko nie jej! Ona to nie zasluguje na dobre slowo, wl'oczac sie co tydzie'n z innym mezczyzna!… Od Ka'ski jej wara, bo to uczciwa — a teraz takiej dziewczyny ze 'swieca wyszukiwa'c trzeba.

Marynka blednieje cala pod wplywem sl'ow Jana. Tak? Teraz on bedzie jej wyrzucal, ze sie 'zle prowadzi? A kt'oz to calowal ja tak, jak przed chwila Ka'ske, a na piwo sie z nia prowadzil? Niechze teraz jej zaprzeczy, niech o'smieli sie powiedzie'c, ze jest urwipieta!

Owszem, ona bardzo prosi, aby powiedzial, czy jej nie kochal i nie zaklinal sie, ze bedzie z nia zyl rok caly. Tylko ona miala wiecej rozumu niz ta glupia Ka'ska i opatrzyla sie predko, ze nie warta gra 'swiecy.

— A nie dalem ci zlota?! — wola rozw'scieklony Jan, przyskakujac do wrzeszczacej dziewczyny. — Oddaj zloto, a potem szczekaj… ale raz ci m'owie, od Ka'ski wara, bo nie takim jak ty buzie sobie nia wyciera'c!… Ona uczciwa dziewczyna, a ty psia krew zwykla!!!

I z najwyzsza pasja trzesie zaci'snietymi pie'sciami nad glowa Marynki. Chwila jeszcze, a uderzylby ja z pewno'scia. Ale ona w sam czas uciekla, rzucajac poza siebie nastepujace slowa:

— Czekaj, ja cie przekonam o jej uczciwo'sci! Zobaczysz, dla kogo's mna poniewieral!

Slowa te padaja jak gro'zba na rozplakana Ka'ske. Jaka's trwoga 'sciska jej serce. Przeciez nie popelnila nic zlego, Jan moze 'sledzi'c jej kroki — a jednak obawa ogarnia ja cala.

Przy tym to rozsuwanie przed jej oczyma calej nedzy milostek Marynki i str'oza sprawilo jej przykro's'c wielka.

Gdy schodzila ze strychu, plakala gorzko i dlugo jeszcze w kuchni nie mogla sie uspokoi'c. Jan nie zatrzymywal jej przeciez; czul, ze co's niedobrego stanelo pomiedzy nimi. Byl widocznie zmieszany slowami Marynki i pragnal czym predzej opu'sci'c strych, przedstawiajacy mu sie jako widownia dawnych, niesmacznych milostek. Odprowadzil Ka'ske do drzwi pomieszkania i pozegnal ja grzecznie. Gdy sie drzwi za nia zamknely, stal jeszcze dluga chwile zamy'slony i jaki's markotny. Czul sie niesw'oj i chcial Ka'ske przeprosi'c za przykro's'c, jakiej doznala od dawnej jego kochanki.

Nie wiedzial tylko, jak zacza'c i dlatego nie powiedzial nic, sprowadzajac ja ze schod'ow. Widzial tylko lzy dziewczyny i te mu lezaly kamieniem na sercu.

Pomedytowawszy troche, zeszedl na d'ol i udal sie wprost do szynku.

Ale i przy kieliszku nie m'ogl zapomnie'c o tym przykrym przej'sciu. Zalowal prawie, ze uni'osl sie tak bardzo i obrazil Marynke. Dziewczyna zla, gotowa sie m'sci'c na nim i na Ka'sce, a kobieta m'sciwa — to'c gorzej diabla samego!

Ka'ska tymczasem otarla lzy i zabrala sie do nastawiania samowara. Pani oddala jej znany list — i miala zn'ow wykona'c zwykly manewr dla umozliwienia pani zobaczenia sie z kochankiem. Przez te kilka miesiecy Ka'ska przyuczyla sie do klamstwa i szlo jej nadspodziewanie gladko. Nie jakala sie teraz tak jak dawniej, gdy co's nieprawdziwego mialo jej przej's'c przez gardlo. Tylko oczy trzymala zwykle wlepione w ziemie, nie mogac przem'oc na sobie, aby spojrze'c nimi prosto w twarz pana. Drobne, powszednie grzechy zaczynaly przychodzi'c jej z wieksza niz sie spodziewala latwo'scia. To ja po prostu zachecalo do wiekszych przestepstw.

Gdy gotowala sie wej's'c do pokoju, uderzyly ja jakie's jeki, dochodzace od strony sypialni. Wszedlszy do jadalni, zastala sama pania stojaca na 'srodku pokoju, niezmiernie zaklopotana. W kilku slowach obja'snila Ka'sce istotny stan rzeczy.

Pan, powr'ociwszy z biura, czul sie niezdr'ow, byla to choroba przykra, kamienie z'olciowe, kt'ore mu juz nieraz dokuczaly w zyciu. Teraz to widocznie powraca i trzeba przyszykowa'c kataplazmy z lnianego siemienia, a do kieliszka wycisna'c sok z kilku cytryn.

To mniejsza, ale c'oz teraz bedzie z ta schadzka? Nie spos'ob odej's'c, bo pan jest w takich razach szalenie gryma'sny i nie pozwala jej odej's'c na krok od l'ozka. Trzeba wiec zawiadomi'c tamtego, aby nie czekal na nia. Ka'ska tylko to moze uczyni'c.

Wie przeciez, gdzie zwykle staje kareta; skoro sie 'sciemni, musi pobiegna'c na wiadome miejsce i tam opowiedzie'c, dlaczego pani nie mogla dotrzyma'c danego przyrzeczenia.

Ka'ska zgadza sie chetnie i przygotowawszy kataplazmy, oczekuje nadej'scia nocy.

Tymczasem Budowski przera'zliwymi jekami napelnia wnetrze mieszkania. Jego zz'olkla, pomarszczona twarz wykrzywia sie bezustannie, kurczona b'olami szarpiacymi jego wnetrzno'sci. Julia z apatycznym wyrazem twarzy zmienia kataplazmy, podaje mu cytryny, nie okazujac najmniejszego wsp'olczucia dla cierpie'n meza. Wyglada jak platna dozorczyni zgodzona na dnie do dogladania obojetnego dla niej czlowieka.

My'sl jej krazy gdzie indziej jak przy l'ozku chorego. Nie wie, czy Ka'ska sprawi sie dobrze i opowie istotna przyczyne, kt'ora ja zatrzymuje w domu.

'Sciemnia sie zupelnie.

Ka'ska, narzuciwszy chustke na plecy, wybiega z domu i dazy w strone, gdzie zwykle oczekuje na Julie jej kochanek. Z daleka widzi juz dwie latarnie 'swiecace z'oltym blaskiem. Zbliza sie do powozu i spotyka opartego o drzwiczki mlodego, wysokiego mezczyzne. Pali jak zwykle papierosa, ale na widok zblizajacej sie Ka'ski rzuca go na ziemie. Dziwi sie jednak, nie dostrzeglszy Julii. Ka'ska staje przed nim zmieszana, zadyszana cala od zbyt po'spiesznego biegu.

— Pan zaslabl — m'owi szybko, nie podnoszac oczu na patrzacego na nia mezczyzne, — pan zaslabl, a pani robi kataplazmy, przyj's'c nie moze, pieknie pana przeprasza.

To „przeproszenie” dodala juz z wlasnej glowy. Wydalo jej sie to o wiele polityczniej. Pani wprawdzie nie m'owila o tym, ale Ka'ska wie dobrze, co sie komu nalezy.

Zalatwiwszy sie w ten spos'ob, pragnie odej's'c, ale wysoki mezczyzna przytrzymuje ja za reke.

— Co pani robi? Co? — zapytuje, chcac zawiaza'c i przeciagna'c w ten spos'ob rozmowe.

Ka'ska odpowiada chetnie, sadzac, ze 'ow pan nie doslyszal, co do niego m'owila.

— Kataplazmy, prosze pana, z siemienia lnianego i dlatego pana pieknie przeprasza.

— Za co przeprasza? — pyta zn'ow mezczyzna, przysuwajac sie blizej do zmieszanej tym niespodziewanym zblizeniem dziewczyny.

— Za to… ze przyj's'c nie moze — odpowiada Ka'ska, usuwajac sie o ile mozno'sci jak najdalej.

On mierzy ja dziwnym spojrzeniem. Ta dziewczyna podoba mu sie. W pogardzie swej dla kobiet lubi odmiany; dziewczyna z gminu jest tak latwa zdobycza, po kt'ora wyciaga sie reke, a ona sama zbliza sie zwykle uszcze'sliwiona zaszczytem, jaki ja spotyka.

I w mdlawym 'swietle latarni rozbiera szybko jej wdzieki. Tak! Ta dziewczyna moze by'c niezla rozrywka w'sr'od wielu innych. Dlaczeg'oz nie zabawi'c sie, skoro i ona chetnie skloni sie zapewne ku uczynionej propozycji.

I bez wahania, szczypiac dziewczyne w policzek, daje do zrozumienia to, do czego dazy. Ona, zmieszana tym nieoczekiwanym zwrotem, stoi chwile jakby przykuta do miejsca.

Jak to?… I ten takze?

Majac tak piekna pania, zaczepia'c jej wlasna sluzaca… Ka'ska stoi, nie mogac znale'z'c odpowiedzi. C'oz ci mezczy'zni maja pod sk'ora, aby napada'c na kobiety, kt'ore raz pierwszy w zyciu widza?!

On nalega.

Milczenie Ka'ski bierze za wahanie i namysl. Wie z do'swiadczenia, ze moralno's'c nie kwitnie pomiedzy slugami, a kazda prawie chetnie daje sie nam'owi'c do zlego. O Julie nie leka sie wcale — wie r'owniez, ze slugi czesto dziela sie ze swymi paniami przedmiotem milo'sci, ale maja te wyzszo's'c nad swymi chlebodawczyniami, ze sa bardziej dyskretne. A wreszcie, Julia ciezy mu po prostu, rad by z nia zerwa'c, — lecz trudno poradzi'c z ta tajemnicza kobieta, wp'olsenna, a mimo to namietna. Kto wie, jaki ogie'n kryje sie w tych przygaslych 'zrenicach. On sie boi, moze to zerwanie byloby nadto kompromitujace, je'sli w nim 'zr'odlo we'zmie. Lepiej niech Julia da jaki pow'od, zrobi mu scene — cho'cby scene zazdro'sci. Juz wtedy poradzi sobie z pewno'scia.

Ka'ska przeciez pragnie odej's'c i wyrywa sie niemal z gniewem.

— Nie bad'z glupia i dzika — tlumaczy jej mezczyzna — jeste's wcale przystojna, podobasz mi sie, nie pozalujesz; zobaczysz!

Ale Ka'ska nie slucha. Ona pragnie odej's'c czym predzej, bo ogarnia ja dziwny wstret do tego czlowieka, kt'orego reka przytrzymuje ja silnie na miejscu.

— Pu's'c mnie pan, pu's'c! — odzywa sie nareszcie silnym glosem — Pu's'c, bo wszystko powiem pani!

I niezwykla energia brzmi w glosie dziewczyny. Ona, zwykle tak nie'smiala wobec ludzi zajmujacych wyzsze stanowisko spoleczne, podnosi oczy i z wyrazem niewyslowionej pogardy spoglada w twarz mezczyzny.

W z'oltawym 'swietle latarni spotykaja sie ich 'zrenice: jego — pociagniete mgla nagle zbudzonej zadzy, jej — czyste, prawdziwie dziewicze. Chwile patrza i Ka'ska pierwsza odwraca glowe. Jaka's dziwna trwoga przejmuje jej cala istote. Dawno juz, bedac dzieckiem, widziala rycine przedstawiajaca jaka's poczware — p'ol kozla, p'ol czlowieka. Rycine te znalazla na 'smietniku i dlugo zachowywala ja, przypatrujac sie codziennie kilka razy.

Teraz przypomina sobie, ze ta poczwara miala twarz bardzo podobna do mezczyzny, kt'ory stoi przed nia. Ka'ska boi sie takich zlych twarzy, jest przekonana, ze one nieszcze'scie za soba nosza, a naleza tylko do najgorszych ludzi.

Dlatego sie przerazila i teraz stoi cala drzaca, cisnac wolna reka gwaltownie bijace serce.

On, rozgniewany oporem dziewczyny, a zwlaszcza jej gro'zba, puszcza ja nagle, rzuciwszy za uciekajaca niezbyt grzeczne:

— Id'z sobie do diabla!

Ka'ska woli i's'c do samego diabla, jak rozmawia'c dluzej z takim „niegodliwym panem”. Pierwszy raz w zyciu nienawidzi kogo's. M'oj Boze, pani taka piekna, taka grzeczna, taka wychowana, a ten pan sie jeszcze jej biednej slugi czepia!

Dlaczego?

Ka'ska tego zrozumie'c nie moze.

Wie tylko, ze chce uciec jak najpredzej od nienawistnego sobie czlowieka. Uszedlszy kilka krok'ow, potraca jaka's dziewczyne stojaca niedaleko miejsca, na kt'orym przed chwila rozmawiala z kochankiem swej pani. Poniewaz pow'oz jeszcze nie ruszyl, gdyz zawiedziony podw'ojnie w swych nadziejach zalatwia rachunek z wo'znica — smuga 'swiatla bijaca z latarni o'swietla dostatecznie potracona przez Ka'ske kobiete.

Jest to Marynka idaca z koneweczka po wode do bliskiego wodociagu. Kto wie, moze owa konewka to tylko poz'or dla 'sledzenia Ka'ski…

Ta ostatnia wszakze nie rozumuje i nie podejrzewa Marynki o zamiary podpatrywania jej czynno'sci. Przechodzi mimo, cala zmieszana jeszcze dziwna propozycja i napa'scia, jakiej doznala. Nie! Ona tego nigdy swej pani nie opowie. Ta biedna poczciwa pani zmartwilaby sie z pewno'scia. M'oj Boze, przeciez Jan jeszcze dla niej niczym nie jest i po prostu nie ma do niego zadnego prawa, a mimo to bylaby szczerze zgryziona, gdyby sie dowiedziala, ze inna dziewczyne zaczepial. Nawet na te my'sl dostaje zawrotu glowy i o malo nie wpada pod kola nadjezdzajacej dorozki. Stanowczo kocha sie w nim! Ot, nowa bieda do jej utrapie'n. I po co jej bylo wdawa'c sie w takie awantury? Teraz ani go z serca wygry'z'c. Wpil sie gleboko jak pijawka.

Ka'ska tylko o nim ciagle my'sli i chodzi po prostu jak bez glowy… Biednej dziewczynie jak ona nie do kochania. To zawsze prowadzi albo do placzu, albo do grzechu.

I Ka'ska zatrzymuje sie na ulicy, czujac w oczach lzy, kt'ore powoli zaczynaja jej 'scieka'c po policzkach. Owszem, niech sie wyplacze, moze jej lzej cho'c troche bedzie, bo teraz ma tyle smutku w gardle, ze ja malo nie udusi.

Opiera glowe o mur kamienicy i stoi tak dluga chwile, potracana przez przechodni'ow. Czeg'oz im stoi na drodze ta wielka i barczysta? Zabiera soba z p'ol chodnika.

Moze pijana?

Prawdopodobnie, bo ot wziela sie za glowe, zupelnie jak pijaczka…

Ale Ka'ska nie jest pijana. Przeciez ona nie pila nic, w ustach nawet dzi's w'odki nie miala. Tylko ja ta zalo's'c tak „chycila”, ze sie wyplaka'c musiala. Zapewne, ze na ulicy to nie uchodzi, ale w kuchni plaka'c nie moze, bo nie ma czasu — pan chory, to bedzie zakretanina z kataplazmami. Na ulicy to swobodniej. Jeden, drugi sie obejrzy, ale Ka'ska zn'ow o nieznajomych nie dba. Dlatego teraz stoi pod murem kamienicy i kulakiem 'sciera lzy ciekace jej po twarzy.


*


Szybko minal koniec lata i nadeszla jesie'n. U Budowskich ostatnie tygodnie wlokly sie powoli, niosac z dniem kazdym chorobe i nieodlaczne od niej klopoty. Budowski lezal w l'ozku, stekajac i przesadzajac w skargach i lamentach. Julia ze zwykla sobie obojetno'scia dogladala go poczatkowo w chorobie, ale wkr'otce znuzyla ja ta rola, wymagajaca bezustannego ruchu. Wpredce wiec pozbyla sie obowiazk'ow dozorczyni, przelewajac je w zupelno'sci na Ka'ske. Na te ostatnia wiec spadl ciezar dogladania gryma'snego starca, podawania mu lekarstw, czuwania przy nim w nocy i pelnienia rozmaitych innych poslug nieodlacznych od l'ozka chorego.

Julia pod pozorem aptecznej atmosfery panujacej obecnie w mieszkaniu, dnie cale palila trociczki i kadzila chi'nskimi papierkami, kt'ore kupowala teraz wraz z lekarstwami z apteki. Nie pomogla w tym razie opozycja Budowskiego, kt'ory krzykliwym glosem wolal, iz cala jego krwawa praca p'ojdzie z dymem.

Julia nie tlumaczy sie nawet. Szcze'sliwa, kapala swa zgnieciona posta'c w sinawych obloczkach unoszacych sie w przestrzeni — reszta obchodzila ja bardzo malo.

Ka'ska wiec miala teraz bardzo wiele do czynienia. Opr'ocz zwyklych zatrudnie'n, musiala co chwila zaglada'c do sypialni, pytajac, czy chory nie potrzebuje czegokolwiek.

Budowski nie byl nigdy przyjemny — i z'olciowe kamienie maja to do siebie, ze czynia czlowieka niezmiernie zgry'zliwym i niewyrozumialym dla drugich.

Ka'ska przeto cierpiala bezustannie lajanie i najostrzejsze wymysly, pomimo ze dokladala wszelkich stara'n dla dogodzenia dziwacznemu starcowi.

Pewnego dnia, duszac sie w atmosferze medykament'ow i chi'nskich papierk'ow, nakazal Ka'sce przynie's'c w garnku 'swiezego powietrza. Ka'ska, posluszna, wybiegla na dziedziniec, lowiac owo „'swieze powietrze” duzym garnkiem glinianym. Po czym nakryla go szybko blaszana pokrywka i pobiegla do pokoju pana. Ale to wszystko nie zadowolilo Budowskiego. Wetknawszy glowe w garnek i odetchnawszy gleboko, o'swiadczyl Ka'sce, ze mu przyniosla stechle powietrze, kt'ore musiala lowi'c kolo 'smietnika.

Nie pomogly zaklecia Ka'ski, kt'ora pragnela przekona'c chorego, ze „brala” powietrze ze 'srodka dziedzi'nca kolo kasztan'ow, Budowski twierdzil uparcie, ze powietrze jest stechle i ze 'smietnikiem traci. Byl to jeden z tysiaca kaprys'ow, jakie Ka'ska musiala zadowala'c, upadajac nieraz z bezsenno'sci i znuzenia. Miala jednak jedna wielka pocieche, kt'ora osladzala jej ciezkie dnie obecne.

Oto Jan, zaproszony pewnego wieczoru, przyszedl do kuchni i przesiedzial kilka godzin, rozmawiajac z nia bardzo przyzwoicie. Odtad przychodzil prawie codziennie i siedzac przy stole, patrzyl, jak sie krzatala po ciasnej kuchence, prasujac lub zmywajac naczynia. Pani, wyszedlszy do kuchni, zobaczyla Jana, ale on wstal i uklonil sie bardzo grzecznie, czym sobie do reszty zjednal Ka'ske.

Powiedzial nawet „caluje raczki” — a to bylo szczytem grzeczno'sci z jego strony.

Pani, zapewne ujeta jego uprzejmo'scia, nie zaoponowala przeciw tym wizytom. Owszem, popatrzyla jako's dziwnie na Ka'ske, a potem na niego i u'smiechnela sie poblazajaco. Ka'ska byla tym dowodem laski tak rozczulona, ze schwyciwszy reke pani, ucalowala ja goraco.

Jan zganil natychmiast ten akt pokory.

Ale Ka'ska nie zwracala uwagi na podobnego rodzaju gadaniny. Ona wie, ze pani jest bardzo dobra i dla niej chetnie by w pieklo skoczyla. Teraz tylko chodzi jej o przyzwoite przyjecie Jana, tak, azeby nabral o niej dobrego wyobrazenia. Marcepan'ow przed nim nie postawi, ale „koszykowe” pozwala jej na male zbytki.

Kawalek salcesonu, krwawej kiszki lub wreszcie para pieknych 'swiezych kielbasek pojawia sie zwykle przed Janem. Przy tym odkad pan lezy, Ka'ska zasypuje sama herbate, pokazujac zawsze dno czajnika, aby Budowski m'ogl sprawdzi'c, czy nie za wielka ilo's'c uzyla. Nie przeszkadza to przeciez dosypa'c powt'ornie, powracajac z sypialni — tego pan kontrolowa'c nie moze.

Marzenie wiec Ka'ski spelnione.

Owej niedzieli, kt'ora tak smutnie spedzila, wl'oczac sie sama po ulicach miasta i siedzac skurczona w ko'sciele, marzyla o porzadnym czlowieku, kt'ory, usiadlszy kolo stolu, rozmawialby z nia zyczliwie i w ten spos'ob zycie zno'sniejszym uczynil.

W nadmiarze swego zuchwalstwa pragnela, aby ten czlowiek mial rysy i posta'c Jana! Dzi's — marzenie jej spelnione; oto Jan sam we wlasnej osobie siedzi oparty o st'ol, zastawiony brudnym naczyniem i krecac galeczki z chleba, rzuca nimi na uszcze'sliwiona Ka'ske. Ona, zaczerwieniona, 'swiecaca cala od potu, z rekawami zawinietymi, krzata sie po ciasnej kuchence, szorujac wla'snie szaflik, na poz'or zajeta robota, ale wpatrzona w Jana jak w tecze.

W kuchni nie boi sie zadnej napa'sci z jego strony. Bliska obecno's'c pa'nstwa ratuje ja. Jan nie spr'obowal nawet zadnej ze zwyklych sobie zaczepek. Rzuca na nia od czasu do czasu galeczkami z chleba lub schwyciwszy kropidlo, skrapia ja obficie woda, ale Ka'ska zna sie na zartach i wie, co znacza podobne figle. Ona tylko boi sie ciemnych kat'ow, w kt'orych sily zupelnie ja odbiegaja.

Tu, przy 'swietle, kolo pani jest silna i pewna siebie. Dlatego nawet u'smiecha sie cze'sciej i staje sie zalotna. Jan pochwalil jej rece, czerwone, grube, pokryte l'sniaca sk'ora.

Powiedzial, ze lubi takie „lapska”, bo to zdrowie i pracowito's'c pokazuje. Ka'ska od tej chwili podnosila zwykle rekawki swego kaftanika, starajac sie o ile mozno'sci pokaza'c jak najwiecej swych rak czerwonych. Byla to kokieteria niewinna, istotnie kuchenna, ale zawsze kokieteria. Ka'ska powoli przeksztalcala sie na doskonala kobiete. Cala sluzba bedaca w kamienicy wiedziala o wizytach Jana u Ka'ski i 'sledzila z nieokre'slona ciekawo'scia caly przebieg tego stosunku.

Kucharka pani hrabiny, wr'ociwszy wla'snie z adoracji Naj'swietszego Serca Jezusowego, zaopiniowala, ze jeszcze nigdy pod dachem takiego domu nie spala! Co's podobnego moglo sie zdarzy'c tylko w Sodomie i Gomorze, o czym wla'snie pozawczoraj z ust samej pani hrabiny slyszala. Pokoj'owka, mlodsza i niewpisana do bractwa bezustannej adoracji, wyrazala tylko swe ubolewanie nad Janem, kt'ory bedac tak „szykantnym mezczyzna, kompornituje sie z taka dziewczyna”.

Wla'scicielka sklepiku, zona tapicera, caly legion nianiek i poslugaczek z oficyny, stanowily niezla armie pelniaca obowiazki policji 'sledczej.

Gdy Jan szedl na g'ore, cala kamienica wrzala oburzeniem. Jak to, o 'osmej? Prosze, teraz juz nie krepuja sie wcale. Niedlugo zacznie tam przesiadywa'c w poludnie. Lepiej by bylo, aby wla'sciciel kom'orke str'oza wynajal — Ka'ska przyjmie go na mieszkanie wraz z manatkami. I nienawi's'c do dziewczyny rosla w miare przychylno'sci, jaka Jan jej okazywal. Budowskich nie oszczedzano wcale. Musi by'c porzadna taka pani, kt'ora pozwala na takie szkaradzie'nstwa tuz obok siebie. Zreszta wszyscy wiedza, co sa ci ludzie warci — jaki pan, taki kram…

Tylko jedna Marynka zachowywala sie nad podziw umiarkowanie. Gdy inne sluzace gromadzily sie w bramie lub na schodach, celem zajecia sie losem Ka'ski, ona przechodzila zwykle obok nich milczaca i zachmurzona. Nie dorzucila nigdy sl'owka do ich rozm'ow, unikajac po prostu najmniejszej wzmianki o swym dawnym wypadku.

Rzec mozna, ze przezuwala w my'sli jaki's plan, kt'ory wykona'c zamierzala w niedalekiej przyszlo'sci.

Tymczasem Ka'ska, zupelnie szcze'sliwa, mimo nadmiernej pracy i nedznego pozywienia, zyla z dnia na dzie'n, czekajac przybycia Jana z goraczkowa niecierpliwo'scia. Gdy zblizala sie 'osma, Ka'ska dostawala febrycznego dreszczu i purpurowych na twarzy wypiek'ow. Drzacymi rekami przygotowywala nakupione poprzednio wiktualy lub rozpalala ogie'n dla przyrzadzenia kielbasek, kt'ore Jan lubil nad wszystko. Jakze szcze'sliwa sie czula, gdy Jan spozyl kolacje z apetytem i wypil kilka szklanek herbaty, kt'ora lubil mocna i z arakiem. Ka'ska cala swoja pensje tracila na te traktamenty, a „koszykowym” dzielila sie w spos'ob bardzo nier'owny z pania. Byl to jedyny spos'ob, w jaki Ka'ska ujawniala na zewnatrz swa milo's'c do Jana. Zaczerwieniona, zgoraczkowana, z pustym zoladkiem, 'sledzila wrazenie, jakie robi na Janie kapusta zostawiona z obiadu lub kiszka w nowy przyrzadzona spos'ob.

Gdy je's'c nie chcial lub nie m'ogl, Ka'ska ze zmartwienia dlugo spa'c nie mogla.

Widocznie byl u innej i tam mu lepiej smakowalo… Ach! W takie dnie bylaby Ka'ska zdolna do kradziezy cho'cby dw'och sz'ostek, aby tylko kupi'c jaki's marcepan, kt'ory bylby w gu'scie Jana. Gdy zjadl wszystko, a chlebem zmi'otl talerz do czysta, Ka'ska 'smiala sie, zatykajac 'scierka usta.

Ot'oz tak, to lubi! Wida'c zaraz, ze ona u niego jedyna!

Tymczasem Budowski powracal powoli do zdrowia. Siedzial o wlasnych silach i niedlugo wsta'c zamierzal. Julia, pozbawiona mozno'sci widywania sie z kochankiem, przy'spieszyla o ile mogla u meza chwile opuszczenia l'ozka, gdyz wiedziala, ze r'ownocze'snie bedzie mogla uda'c sie na schadzke.

Pewnego wieczoru Jan przyszedl jeszcze wcze'sniej niz zwykle. Byly to imieniny Ka'ski i Jan pamietal dobrze o tym waznym dniu. Przyni'osl jej bilet z powinszowaniem, piekny, ozdobiony bukietem z pomara'nczowych i blekitnych kwiatk'ow. Bukiet ten stanowil rodzaj przykrywki. Pod nim znajdowal sie prze'sliczny obrazek przedstawiajacy ogr'od, w kt'orym r'oze byly tych samych rozmiar'ow, co glowy przechadzajacych sie po ogrodzie go'sci. Piekna dama w krynolinie i z'oltej sukni trzymala biala wstege z napisem: „z powinszowaniem imienin”, a na odwrotnej karcie wielkimi literami wypisano:

„Od Jana Viebika, pannie Katarzynie na dow'od szacunku i zyczliwo'sci, w dniu 'Sw. Katarzyny roku biezacego”.

Ka'ska nigdy nie widziala tak pieknego biletu. M'oj Boze! I to dla niej! Ach! Zaraz zatknie go za rame 'swietego obrazu. Przeciez Matka Boska nie pogniewa sie o to.

Ale jeszcze nie koniec.

Jan wydobywa paczke i kladzie ja na stole. W paczce tej jest para cieplych po'nczoch czerwonych z niebieskim, w paski i cieple wl'oczkowe rekawiczki, cale fioletowe z pieknym zielonym szlaczkiem.

Nie! Stanowczo Ka'ska doprawdy nie zasluzyla na tyle dowod'ow dobroci; jakze mozna wyda'c na nia tyle pieniedzy? I z oczyma lez pelnymi dziekuje Janowi za otrzymane prezenty; on nadyma sie, dumny z okazanej galanterii, kt'ora go kosztowala wprawdzie kilka sz'ostek, ale uchyli'c sie od przyniesienia prezentu nie m'ogl.

I on przeciez wie, co sie komu nalezy, i juz nie z jedna dziewczyna mial do czynienia.

Ka'ska za reszte swej pensji kupila dnia tego troche piwa i „wanili'owki”. Wydobyla wiec flaszki z ukrycia i stawia je przed Janem. On wykrzykuje na widok podobnej fety. Owszem, dzi's chetnie co's przetraci, bo ma wla'snie apetyt.

I zabiera sie do palaszowania podanej przez Ka'ske przekaski, odkladajac n'oz i widelec, jako sprzety zupelnie w tym razie zbyteczne.

Ka'ska stoi tuz przy nim, u'smiechnieta, zadowolona, dolewajac co chwila likieru do wypr'oznionego kieliszka. Sama sie napila troche na wyra'zne zadanie Jana i goraco jej teraz tak, ze nie wie, co ze soba zrobi'c. Wlozyla na rece fioletowe rekawiczki, grube, 'smieszne, z jednym palcem, ale bardzo praktyczne do miasta na zime. Po'nczochy leza nieopodal. Jan proponuje, aby je przymierzy'c.

Ka'ska ze 'smiechem odmawia.

I dobrze im tak razem w tej atmosferze dusznej, ale pelnej jakiego's spokoju. Rozpalona do czerwono'sci blacha wydziela z siebie wiele ciepla, a w ten drzysty wiecz'or jesienny przyjemnie rozgrza'c zziebniete cialo. Jan lubi takie goraco i prawie plecami ociera sie o piec, pomimo ze Ka'ska przestrzega go przed mozno'scia dostania kataru.

Deszcz z gluchym loskotem spada na dach, przytykajacy do 'sciany, w kt'orej sie znajduje okienko, zamkniete teraz i nawet juz kitem oblepione; Ka'ska wcze'snie pomy'slala o zabezpieczeniu sie od zimna, w razie potrzeby — mozna drzwi od sieni otworzy'c.

Tlumaczy to Janowi, kt'ory zupelnie podziela jej zdanie.

Zreszta Jan dzi's jest bardzo wesoly. Wypiwszy piwo, zapytuje nagle zapatrzona w swe rekawiczki Ka'ske:

— Budze Ka'ske!

Ka'ska przeciez, jakkolwiek nie taki bywalec jak Marynka, ale wie, co sie w takich razach odpowiada.

— W kolorze?

Jan u'smiecha sie figlarnie i my'sli dlugo.

— W szaro-papuczastym! — odpowiada, spogladajac ze znaczeniem na swoja kratkowana kamizelke.

Ka'ska milczy chwile zaklopotana. Zapewne Jan m'owi o sobie.

Nie moze mu powiedzie'c calej prawdy, a niegrzecznie odpowiedzie'c tez nie chce. Najlepiej wybierze droge po'srednia.

I ze spuszczonymi oczyma, sercem bijacym, szepcze.

— Bardzo… szacuje.

Ale Jan wybucha 'smiechem i z cala rado'scia z zaklopotania Ka'ski wola triumfalnie:

— Salceson!

Ka'ska dzieli jego rado's'c. Mala kuchenka rozbrzmiewa wybuchami 'smiechu tych dwojga ludzi, tak dobrze odpowiadajacych sobie rozmiarami inteligencji. 'Smieja sie hala'sliwie, pokazujac rzedy zdrowych zeb'ow, polyskujacych l'sniaca bialo'scia w czerwonej oprawie warg grubych.

Nagle 'smiech milknie i reka Jana, niosacego wla'snie do ust kawalek salcesonu, opada jakby sparalizowana. W otwartych drzwiach jadalnego pokoju stoi Budowski, drzacy, niepewny na oslabionych nogach, chwytajacy sie ramy drzwi jak male dziecko, kt'ore niedawno chodzi'c zaczelo. Wychudla ta posta'c, bardziej do widma niz do istoty zyjacej podobna, rysuje sie ostro w jasnym 'swietle padajacym od lampy zawieszonej nad stolem jadalnym.

Budowski wstal nagle i zapragnal przej's'c sie po pokoju. 'Smiechy dochodzace z kuchni zdziwily go nie po malu[25]. C'oz to za go'scie bawia sie tak wesolo w jego kuchni?

Wartalo by zajrze'c, co ten grenadier Ka'ska za bale wyprawia. Stanawszy na progu, oniemial z przerazenia. Jak to? Pozwala sobie do tego stopnia, ze przyjmuje jakich's mezczyzn w kuchni i traktuje specjalami? Nie! Tego juz za wiele!

I w najwyzszej pasji chwyta sie za glowe, wolajac:

— Milosierdzie boze! Co sie tu dzieje! Co sie tu dzieje!…

Jan powstal z miejsca, zachmurzony i niezadowolony z obrotu, jaki rzeczy wziely. Ka'ska uwaza za stosowne wystapi'c z obrona.

— Prosze wielmoznego pana — belkoce, przypominajac sobie klamstwa pokoj'owki pragnacej zasloni'c swego kochanka przed gniewem pani Lewi — „to m'oj… brat”.

Budowski zna dobrze Jana i nie daje sie wywie's'c w pole.

— Brat? — krzyczy, przysiadajac prawie na progu — Brat? Klamiesz, to tutejszy Jan Viebik! Brat!… One wszystkie maja stu pie'cdziesieciu braci na rok.

Ach! Tego juz za wiele! Pan obraza tym niezmiernie honor Ka'ski i czyni to wobec Jana. Stu pie'cdziesieciu braci! — tak jakby ona przyjmowala jeszcze innych! Doprawdy, pan jest niesprawiedliwy.

Budowski tymczasem postepuje kilka krok'ow i staje przed stolem, przypatrujac sie porozstawianym talerzom i butelkom.

— No! No! Ladnie sie raczycie, nie ma co m'owi'c! Kr'olewskie przyjecie! — zaczyna zn'ow sycacym glosem, a wargi mu nabrzmiewaja od zadzy pokosztowania tlustego miesa, kt'orego kawalki walaja sie po talerzu. Jego wyglodzony zoladek zbyt dluga dieta dopomina sie o swoje prawa; z dziwna pozadliwo'scia zaglada do flaszek na wp'ol wypr'oznionych i do kieliszk'ow, na dnie kt'orych czerwienia sie resztki likieru.

Jan tymczasem szuka swej czapki, chcac wyj's'c jak naj'spieszniej. Czuje, ze zbiera mu sie na zlo's'c i m'oglby powiedzie'c jakie przykre slowo, kt'orego by potem zalowal.

Ale Budowski nie uwzglednia wcale tego po'spiechu, tylko w bezmiernej pasji wola zmienionym od gniewu glosem:

— Wyno's sie stad precz, wl'oczego jeden! Zeby mi tu noga twoja nie postala nigdy!

Jan, bedacy juz na progu, zatrzymuje sie nagle. Ciemny rumieniec oblewa mu twarz i szyje. Rece konwulsyjne mna czapke — zwierze kopniete budzi sie w czlowieku.

— To sie wie, ze p'ojde! — odpowiada hardo — Ale panu zasie nazywa'c mnie wl'oczega! Niech pan nie zaczyna, bo, jakem Viebik, zaskarze, co pan mi honor pokrzywdzil… i wtedy zobaczym, kto praw!

I roztworzywszy drzwi szeroko, wyszedl, stukajac silnie obcasami. W sieni obr'ocil sie jeszcze i rzekl lagodniejszym tonem:

— Do widziska, panno Kasiu!

Ale ona nie odpowiedziala nic, tak byla przerazona calym tym zaj'sciem.

M'oj Boze! C'oz w tym zdroznego, ze przyjela Jana w kuchni? Przeciez robota na tym nie ucierpiala wcale. Przeciwnie, szla jej o wiele ra'zniej, kiedy on siedzial obok, u'smiechal sie i rozpowiadal takie piekne rzeczy. Zreszta, lepiej uczciwie taki wiecz'or w domu przesiedzie'c niz sie po szynkach wl'oczy'c. Ale pan tego zrozumie'c nie chce.

Wychodzac z kuchni, bardzo ostro nakazal, aby sie nie wazyla nigdy wpuszcza'c wiecej Jana; je'sli kiedykolwiek zastanie jeszcze str'oza lub jakiegokolwiek innego mezczyzne, odprawi ja i da jej w dodatku najgorsze 'swiadectwo.

Zapewne — pan mialby racje, gdyby ona chciala przyjmowa'c jakiego ulana lub pompiera[26] — to wcale nieladnie i dom postponuje, ale Jan, taki uczciwy i przyzwoity mezczyzna, nie krzywdzi kuchni, w kt'orej siedzi.

Zreszta, panu dobrze w pokoju, bo ma pania i moze z nia porozmawia'c i poslysze'c dobre slowo, ale Ka'sce bardzo smutno w tej ciemnej kuchence, pomiedzy balia i garnkami.

Teraz bedzie musiala zn'ow po schodach i piwnicach widywa'c sie z Janem, a ona sie tych ciemnych kat'ow leka. W kuchni bylo tak milo gawedzi'c we dwoje, wieczory uplywaly nie wiadomo kiedy.

Teraz bedzie inaczej…

I Ka'ska, szczerze zmartwiona, opiera glowe o krate okienka i stoi tak dlugo z przymknietymi oczami. Caly dzie'n pracuje tak ciezko! Dlaczego w wiecz'or nie moze rozerwa'c sie przyzwoicie?

Deszcz z suchym loskotem spada na dach i w przygluszonym szmerze splywa do rynny. Na dworze 'sciele sie smutna slota jesienna, wiodaca za soba plusk blota i kaszel suchotnik'ow. Ka'ska stoi smutna i zgnebiona, jakby przeczuwajac, ze razem z ta chmurna jesienia ulatuje od niej ja'sniejsza dola, a splywa ciezka, czarna godzina, tak czarna jak ta noc jesienna, siekaca ziemie zimnym, niezdrowym deszczem.

Powoli Budowski podni'osl sie z choroby i powr'ocil do dawnych swoich zaje'c. Schudl tylko jeszcze wiecej, zz'olkl, a sk'ora na czaszce porysowala sie w dziwaczne faldy. Mimo nadmiernego oslabienia, ujal w swe rece ster rzad'ow domowych, starajac sie oszczedno'scia posunieta do mozliwych granic wyr'owna'c szczerby powstale wskutek jego choroby. Dla Ka'ski przeciez bylo to rzecza obojetna. Sloty jesienne nie pozwalaly marzy'c nawet o niedzielnych spacerach, a widywanie sie z Janem na schodach lub przed brama nie pociagalo za soba zadnych wydatk'ow.

Je'sli kradla, czynila to wiecej dla Julii, kt'ora od czasu choroby meza zuzywala podw'ojna ilo's'c pachnidel, a tym samym potrzebowala znacznie wiecej pieniedzy. Ka'ska zyla teraz dziwnym, goraczkowym zyciem. Sypiala malo, budzac sie co chwila niespokojna, pelna jakich's trwozliwych przeczu'c. Zdawalo sie jej, ze musi spa's'c na nia jakie's wielkie nieszcze'scie, kt'orego unikna'c nie moze. Z Janem stosunek jej nie zmienil sie prawie wcale. M'owila ciagle „nie”, ale czula juz, ze slabnie i sily ja opuszczaja.

Jan, wypedzony z kuchni, czatowal na nia po ciemnych zakatkach, chwytajac w przej'sciu i szepczac do ucha rzeczy, od kt'orych Ka'sce w oczach ciemnialo.

Zreszta caly dom popychal ja do upadku: slugi spogladajace na nia tak, jak sie patrzy na zgubiona dziewczyne, pan wyrzucajacy jej co chwila spotkanego w kuchni kochanka. Na pr'ozno zaprzeczala ze lzami w oczach, nikt jej nie wierzyl — zsuwala sie nad krawed'z przepa'sci jak kamie'n z g'ory rzucony.

Nie wolala o ratunek, ale chwilami ogarniala ja trwoga, szczeg'olniej, gdy klekla do wieczornego pacierza. Modlila sie malo i czula, ze modlitwa nie plynie jej z serca.

Dawniej — miala przesad, ze skoro za'snie, nie zm'owiwszy pacierza, — we 'snie zobaczy diabla. Wierzyla w to 'swiecie i za nic nie poszlaby spa'c bez pacierza. Zwierzyla sie z ta swoja wiara Janowi, kt'ory wy'smial ja i zareczyl, ze on nigdy nie m'owi pacierza, a mimo to nie widzial nigdy we 'snie diabla, cho'c pragnalby go raz zobaczy'c. Ka'ska zgorszyla sie na razie, ale powoli zaczela zastanawia'c sie nad slowami str'oza i rezultatem tego zastanowienia bylo pewne zaniedbanie owych, tak pilnie odmawianych Zdrowasiek.

Od pewnego czasu Jan stal sie dziwnie podejrzliwy i zazdrosny. Czy z wlasnej inwencji, czy tez ulegajac czyim's poszeptom, zaczal wmawia'c w siebie, ze op'or Ka'ski ma 'zr'odlo w jakiej's tajemniczej milo'sci, kt'orej przedmiotem musi by'c jaka's nieznana mu osobisto's'c.

Na pr'ozno Ka'ska zaklinala sie, tlumaczac, ze nigdy, ale to nigdy nie „bawila sie” z innym mezczyzna.

Jan trwal ciagle przy swoim, sadzac, ze w ten spos'ob predzej dojdzie do zamierzonego celu. Byl to ostatni 'srodek — je'sli by ten sie nie udal, Jan czul, ze musi sie wyrzec wszystkiego. Byla w tym czlowieku zacieklo's'c dziwna do zgubienia Ka'ski, zacieklo's'c mezczyzny pelnego nienasyconej zadzy. Moze w glebi tej nieokrzesanej, a nawet wulkanicznej natury tlalo jakie's lepsze, rzewniejsze uczucie, ale namietno's'c gluszyla glos serca i zwierze rozwielmoznialo swe panowanie, gluszac wrodzony nawet najnizej postawionej klasie ludzi pierwiastek duchowy.

Ka'ska drzala z trwogi przed tym zwierzeciem, kt'ore czatowalo na nia po ciemnych zakatkach, lecz z uleglo'scia istoty skazanej na zatrate nie miala sily ucieka'c ani wola'c o pomoc. Zreszta gdziez miala sie uda'c? Do pani, kt'ora odprowadzala na schadzki z kochankiem? — Do pana liczacego polana drzewa lub ziarnka kawy?

Modli'c sie nie mogla, nie umiala… zdalo sie jej, ze B'og odwr'ocil sie od niej; mloda krew dopominala sie takze praw swoich… Szamotala sie jeszcze, ale byly to konwulsyjne drgania, kt'ore ocalenia jej zapewni'c nie mogly. Wrodzona uczciwo's'c zagluszalo zycie i nedzne warunki istnienia.

Piekna strona tej szlachetnej istoty za malo byla rozwijana, aby mogla stanowi'c do's'c silna tarcze pokusom, kt'ore ja zewszad otaczaly. I w Ka'sce bylo zwierze, kt'ore budzilo sie pod wplywem Jana.

Podejrzenie Jana sprawilo jej bole's'c wielka. Skad powstalo? Dlaczego wyrzuca jej bezustannie tego drugiego, o kt'orym ona sama nic nie wie? Nawet kilka dni temu wspominal, ze to jest jaki's „cylinder”. Ach! Ka'ska wie, ze „cylindry” nie dla niej. Nie wdawalaby sie nigdy w zadne konszachty z panami.

C'oz, kiedy Jan wytlumaczy'c sobie nie pozwoli i boczy sie na nia, a nawet wczoraj „dobranoc” jej nie powiedzial. Moze dzi's przecie udobrucha go troche.

Pani wybiera sie wieczorem na zwykla przejazdzke — postoi wiec troche przed brama i porozmawia dluzej.

Zamysl jej wszakze nie udaje sie wcale.

Gdy nastawila samowar, wpadl do kuchni zdyszany poslaniec, oddajac karteczke, zakre'slona nieksztaltnym pismem. Nakazal odda'c to natychmiast pani Budowskiej, dodajac, ze matka pani umiera. Na Julii wiadomo's'c ta wywarla do's'c silne wrazenie, bad'z co bad'z, byla dzieckiem i przywiazanie rozbudzilo ja na chwile z letargu, w kt'orym byla pograzona.

Nie odpowiadajac ani slowa na zgry'zliwe uwagi Budowskiego, ze matka za czesto umiera, wyszla szybko, na wp'ol ubrana, z wlosami w nieladzie.

Ka'ska pobiegla za nia, chcac jej by'c pomocna, lecz Julia wstrzymala ja ruchem reki.

— Daj zna'c… — wyrzekla tylko, schodzac szybko ze schod'ow — daj zna'c, wiesz komu!

Za chwile znikla na zakrecie, pozostawiajac po sobie wo'n tanich pachnidel i paczulowego mydla. Spieszyla sie bardzo do loza matki, kt'orej choroby tak czesto uzywala za pretekst do pokrycia swych niegodziwo'sci. Moze sumienie ocknelo sie wreszcie w tej wiarolomnej zonie i zlej c'orce.

Ka'ska przeciez nie zastanawiala sie nad tym. Ona wiedziala tylko jedno, ze pani kazala jej zn'ow rozmawia'c ze swym kochankiem, a Ka'ska w glebi duszy nienawidzila tego czlowieka. Musi i's'c przeciez i wypelni'c rozkaz pani — inaczej moglaby sie na gniew narazi'c.

Gdy wybila oznaczona godzina, Ka'ska zarzucila chustke na glowe i wybiegla szybko na ulice. Przed brama stal Jan, palac fajke. Nie pozdrowil wszakze Ka'ski, 'sledzil tylko uwaznie jej kroki. Gdy oddalila sie cokolwiek, porwal sie z miejsca i pobiegl za nia. W oczach mial niepoczciwa iskre, a przez zaci'sniete zeby przeciskaly sie jego zwykle slowa:

— Ach! Psia krew zwykla! Psia krew zwykla!…

Ka'ska predko przebyla droge oddzielajaca ja od miejsca, na kt'orym zwykle oczekiwal kochanek jej pani. Spostrzegla go zaraz, palacego jak zwykle papieros.

Przystapiwszy ku niemu, szybko opowiedziala mu przyczyne niedozwalajaca Julii przyj's'c na schadzke. Nie dodala jednak — „pani przeprasza”.

Po blizszym zastanowieniu, uwazala te grzeczno's'c za rzecz zupelnie zbyteczna.

On wszakze patrzal na nia z tym samym upodobaniem i ponowil swa propozycje z cala bezczelno'scia studenta szcze'sliwego w przedpokojowych konkietach. Ka'ska, milczac, odwraca sie, pragnac wr'oci'c do domu, lecz spotyka sie oko w oko z Janem.

Ten ostatni stoi na 'srodku ulicy i nie mogac slysze'c sl'ow, widzi jednak wszystko. A teraz juz wie, dlaczego Ka'ska pogardza nim, biednym str'ozem! „Cylindry” na nia czekaja… do nich wybiega wieczorem, z ta minka jezuitki, a jemu o buziaka komedie wyprawia!

Teraz juz wie, czego sie trzyma'c z ta obludnica.

Ale Ka'ska przechodzi mimo niego, pragnac oddali'c sie jak naj'spieszniej.

Noc juz ciemna, ale latarnie powozu 'sciela z'olte smugi 'swiatla. Ka'ska dostrzegla niedobry plomie'n w oczach Jana, widzi jego twarz skurczona od wewnetrznej zlo'sci. Boi sie awantury, skandalu i pragnie zazegna'c te burze. Wszakze nie moze Janowi powiedzie'c, ze rozmawiala z kochankiem swej pani, m'oglby jeszcze komu opowiedzie'c, a ona wie, ze to przeciez nie sa zarty.

Idzie wiec szybko w kierunku domu, a za nia postepuje o kilka krok'ow Jan z zaci'snietymi pie'sciami, z sina prawie twarza. Gdy dochodza do bramy, Ka'ska zatrzymuje sie nagle. Deszcz zaczyna pada'c, moczac jej chustke, jedyne okrycie nawet na najwieksze mrozy. Ona wszakze nie uwaza na to, cala drzaca i zmieszana zwraca sie do Jana.

— Pan Jan… — zaczyna wolno, chcac sie w jakikolwiek spos'ob usprawiedliwi'c, ale urywa targnieta nagle silnie za ramie przez rozw'scieklonego str'oza.

— Ach! Ty jezuitko! — wola Jan, nie zwazajac na przechodni'ow — Ty gadzino nieczysta, ty jezuitko faryzejska! To ty po nocy za cylindrami lata'c bedziesz! A mnie to szopy grasz? Ja cie naucze ludzi tumani'c, ja cie naucze…

Gniew dlawi go. Krew bije mu do glowy i zalewa oczy purpurowa struga. Oszalaly, bezprzytomny, uderza kilkakrotnie Ka'ske, kt'ora zatacza sie z jekiem i przykleka pod silnymi razami.

Po czym wpada do bramy i zamyka sie w swej kom'orce, jakby w obawie przed zbytkiem w'scieklo'sci, kt'ora mu piersi rozsadza.

Ka'ska pozostaje chwile przed brama, kleczac ciagle, odurzona od niespodziewanych uderze'n, kt'ore otrzymala w prawa strone glowy. Garstka przechodni'ow zaczyna sie gromadzi'c przed ta kleczaca dziewczyna, kt'orej spadla z ramion chustka, a wlosy potargane spadaja na plecy: Ka'ska przeciez przychodzi szybko do przytomno'sci i trzymajac sie z boku za glowe, wchodzi wolno do bramy.

Uderzyl ja!

Zbil ja nawet mocno… Ka'ska jest pewna, ze mie'c bedzie jutro siniaki. Nie ma jednak do Jana zadnej urazy; gdy chlop bije dziewczyne, jest przeciez w swoim prawie. To juz jest tak dawno postanowione i zaden policaj nie ma prawa wtraca'c sie miedzy taka pare. Nie chodzi jej przeciez o siniaki, ale boli ja to gl'ownie, ze Jan ma o niej zle wyobrazenie i posadza ja o stosunki z tym wstretnym dla niej czlowiekiem. M'oj Boze! Co tez sie nacierpie'c musi przez pania! Przeciez gdyby ja pani nie wyslala do swego kochanka, Jan nie mialby powodu do zazdro'sci. Czyz to jej wina, ze musi wypelnia'c rozkazy pani? Ale Janowi niepodobna nawet bylo wytlumaczy'c, jak to jest w istocie: napadl na nia tak gwaltownie, ze do slowa przyj's'c nie mogla. Potem uciekl i zamknal sie w kom'orce. Ka'ska boi sie do domu zastuka'c.

I zmieszana, zbolala, z twarza nabrzmiala od silnych uderze'n, idzie wolno po schodach, wzdychajac ciezko. Co tez zawinila, ze B'og ja tak ciezko karze?

Gdy weszla do kuchenki, zajela sie przygotowaniem lugu potrzebnego do szorowania kuchennej podlogi. Byla to sobota i czekalo na nia mn'ostwo roboty. Ale b'ol glowy dokuczal jej bardzo. Twarz spuchla, a zyly na skroniach nabrzmialy. Obmyla sie zimna woda, ale to nie przynioslo jej zadnej ulgi, owszem, sprawialo jej dotkliwe pieczenie.

Juz od dw'och godzin zajeta byla uporzadkowaniem wiecznie czyszczonych i wiecznie zbrudzonych przedmiot'ow. Budowski wbrew swemu zwyczajowi nie spal, czekajac na zone. Krecil sie po pokojach ze 'swieca, kapiac stearyna na podloge i meble. Kilkakrotnie zagladal do kuchni wtracajac sie do roboty Ka'ski, kt'ora zmoczona, powalana cegla, przedstawiala istny obraz zwierzecia — zbitego, 'zle nakarmionego, a mimo to wprzegnietego do nocnej pracy.

Nagle Budowski zniecierpliwil sie bardzo.

Nie! Ta Julia widocznie dzi's powr'oci'c nie my'sli. Czy chce tam nocowa'c?

I stanowczym glosem nakazuje Ka'sce i's'c natychmiast na ulice Berli'nska do starszej pani i nie powraca'c bez Julii. Na Ka'ske uderzaja poty. Mily Boze: c'oz ona pocznie teraz, ona, kt'ora nie wie, gdzie ta matka pani mieszka? Pan wszakze nie ustepuje. Ka'ska okrywa sie zmoczona jeszcze od deszczu chustka i wybiega do sieni.

Trudno, pan kaze — sluga musi.

Na schodach juz zupelnie ciemno. Klatka schodowa przedstawia sie jak wielka studnia, brudna, cuchnaca. Ka'ska z odwaga zapuszcza sie w ten ciemny labirynt.

Brama juz zamknieta, trzeba obudzi'c str'oza. Ach! Na te my'sl dreszcz przechodzi Ka'ske. Jakze ona o'smieli sie to uczyni'c po tym, co pomiedzy nimi zaszlo? Ale musi przeciez zdecydowa'c sie i na to upokorzenie. Pan kazal, i's'c trzeba — przeciez o Berli'nska ulice dopyta sie z latwo'scia, a raz na ulicy moze i pomieszkanie matki pani znajdzie…

Drzac cala, puka do szybki, kt'ora daje 'swiatlo kom'orce str'oza. Chwile trwa spok'oj zupelny — Ka'ska ponawia pukanie. W kom'orce budzi sie Jan z glo'snym stekaniem i mruczac, narzuca na siebie rodzaj dreliszkowej kapoty. Bierze klucz, wiszacy zwykle na gwo'zdziku kolo drzwi i nie zapalajac 'swiatla, wychodzi do bramy, dzwoniac zebami z wilgotnego zimna, w kt'ore wszedl nagle na wp'ol odziany i od snu cieply.

Ciemno's'c zalega brame. Ka'ska tuli sie do 'sciany, pragnac, aby Jan nie poznal jej i uwolnil tym samym od nowych raz'ow i przekle'nstw. Ale rachuby zawodza ja. W chwili otwarcia furtki Jan po wzro'scie poznaje Ka'ske i cala w'scieklo's'c odzywa sie w nim na nowo.

Gdziez idzie zn'ow po nocy?

Zapewne do tego „cylindra”, kt'ory rozmawial z nia wieczorem na ulicy. Wiec nie do's'c jej takich schadzek? Czyz bedzie po nocach wykrada'c sie, aby biega'c do kochanka?

I on sam! On ma jej brame otwiera'c, aby ulatwi'c jej w ten spos'ob wyj'scie na schadzki nocne!

I przypomina mu sie, jak przed ta sama brama Ka'ska zareczala, ze pragnie i's'c za maz jak na uczciwa dziewczyne przystalo.

A on glupi uwierzyl i obchodzil sie z nia jak z taka, kt'ora ma co's jeszcze do stracenia!

I brutalna reka potraca Ka'ske, wyrzucajac ja za brame.

— Le'c na zlamanie karku! — wola stlumionym od gniewu glosem, zatrzaskujac z furia ciezka, okuta furtke.

Ka'ska, uderzona gwaltownie w plecy, o malo nie upadla twarza na mokre flizy chodnika. Deszcz lal strumieniami, przecinajac z gluchym loskotem powietrze.

Ka'ska odkryla glowe, chcac ochlodzi'c rozpalone skronie w tej zgnilawej powodzi, kt'ora smagala jej twarz w'sr'od ciemno'sci zalegajacych ulice.

Pu'scila sie w strone miasta, brnac po kostki w wodzie. Gdzieniegdzie palily sie jeszcze 'swiatla gazowe, blyskajac chorobliwym blaskiem w'sr'od ciemnej przestrzeni. Rynsztoki plynely z szumem, wylewajac ze swych krawedzi brudne i cuchnace fale. W powietrzu czu'c bylo miazmy rozkladajacych sie cial, plynacych z ta woda 'sciekajaca z rynien z loskotem jednostajnym podobnym do oddalonego glosu bebna. Ka'ska biegla na o'slep, przemoczona do ko'sci, drzaca od fizycznego i moralnego b'olu, wystawiajac swa twarz spuchnieta pod zimne strugi wody. Ulice byly puste, czasem tylko przemknela dorozka, obryzgujac trotuary woda, lub sp'o'zniony przechodzie'n biegl, usilujac parasolem zasloni'c sie przed ulewa.

Ka'ska skrecila na prawo, nie wiedzac po prostu, gdzie ja ta ulica prowadzi.

Stracila juz 'swiadomo's'c swych czyn'ow, sk'ore miala rozpalona, a wewnatrz zastyglo w niej lodowate zimno, od kt'orego zeby jej dzwonily jak w febrze. Powalanymi cegla rekami ocierala strugi wody, plynace jej po twarzy; suknie przemoczone ciezyly jej, a chustka na ramionach zdala sie stufuntowym olowiem.

Biegla jak 'scigane zwierze, wiedzac tylko, ze do domu powr'oci'c nie powinna. W bramie musiala przeciez spotka'c Jana, a na g'orze czekal na nia pan, kt'ory przykazywal jej nie wraca'c bez pani. Gdziez wszakze tej pani szuka'c?

Na domiar zlego, nie moze sobie przypomnie'c, jak sie nazywa matka pani. Gdyby sie dowlokla na ulice Berli'nska — o kog'oz po bramach pyta'c bedzie?

Idzie wiec nieznanymi sobie ulicami, sluchajac uderze'n miejskich zegar'ow, kt'orych ponure d'zwieki wpadaja leniwie w przegnila atmosfere jesienna.

Nagle zatrzymuje sie przerazona.

Wszakze to nie wolno samej dziewczynie blaka'c sie tak p'o'zno w nocy. Patrol zabiera takie wl'oczegi i prowadzi na inspekcje. Och! wszystko, tylko nie to… juz woli narazi'c sie na razy i lajanie pana.

I chwiejac sie na nogach z oslabienia, kieruje sie ku domowi, bladzac jeszcze w'sr'od ulic, ale odgadujac prawie instynktem punkt, do kt'orego pcha ja szalona trwoga.

W ciemno'sciach zdaja sie 'sciga'c ja widma „policaj'ow”, a zlowr'ozbne p'olksiezyce zdobiace ich piersi blyskaja dziwnie gro'zno w rozgoraczkowanej wyobra'zni dziewczyny.

Jest juz przy bramie i konwulsyjnie chwyta za raczke od dzwonka.

Gdy Jan otworzyl brame, cofnal sie, przerazony ta zmoczona, bezksztaltna masa wpadajaca do bramy z takim po'spiechem. Wpredce jednak poznal Ka'ske, i zatrzasnawszy drzwi, zabieral sie wej's'c do swej kom'orki. Ale na gluchy loskot usuwajacego sie ciala odwr'ocil glowe. Pod 'sciana czernilo sie co's w dziwacznym skr'oceniu. Postapil blizej. Gdy wyciagnal reke, natrafil na mokra chustke, kt'ora okrywala plecy Ka'ski. Pociagnal za te chustke, natrafil na op'or. Ka'ska usunela sie na kolana, przybita moralnym i fizycznym cierpieniem. I zwierze zbite, znedzniale, upada pod brzemieniem niedoli. Czasem w najsilniejszych naturach nastepuje gwaltowny upadek i zmeczenie — a Ka'ska wla'snie nalezala do tego rodzaju istot.

Gdy Jan pochylil sie nad nia, czula dobrze jego oddech, ale nie miala sily odsuna'c sie.

Ciemno'sci zalegaly brame, a Jan uczul nagle, jakby co's go przykuwalo do miejsca i kazalo mu zblizy'c sie do zmaltretowanej przed chwila dziewczyny. Byly to zmysly, kt'ore braly w tej chwili g'ore nad uczuciem zazdro'sci i pogardy dla niewiernej kochanki. Nienawidzil ja za latanie po nocach do innych mezczyzn, a mimo to kurczowo zaciskal rece, aby nie porwa'c jej w swe objecia.

Ona wiedziala, poznala, ze chwila upadku przyszla… broni'c sie nie mogla, nie miala sily.

Lecz gdy nagle Jan porwal ja w swe ramiona, ona konwulsyjnie szarpnela sie jeszcze jak zwierze 'smiertelnie ranione. On w swej namietno'sci pragnal ja uspokoi'c i rzucil jej sl'ow kilka, kt'ore przyciszonym szeptem zasyczaly w'sr'od ciemnej przestrzeni:

— Glupia! Ja sie z toba ozenie!


*


Matka Julii rzeczywi'scie umarla tej nocy. Nie zostawila po sobie wszakze zadnego majatku, co Budowskiego doprowadzilo do szalonej rozpaczy. Dreczyl wiec coraz wiecej zone, kt'ora 'smiercia matki wyrwana na chwile z apatii, w jakiej drzemala, nosila teraz swa zalobe z bezwzgledna obojetno'scia bezkrwistej blondynki.

Zawiedziony w swych nadziejach Budowski zaczal zwraca'c baczniejsza jeszcze uwage na wydatki domowe, a skapstwo jego przeszlo wszelkie granice. Obecnie juz Ka'ska nie mogla popelni'c swych drobiazgowych kradziezy, gdyz Budowski najcze'sciej, idac do biura, sam zakupywal calodzienna zywno's'c; Ka'sce pozostawalo chodzi'c tylko za nim z koszykiem i odnosi'c zakupione wiktualy do domu.

Julia, pozbawiona swych tanich perfum, trociczek i chi'nskich papierk'ow, wzdychala od czasu do czasu i lezala teraz prawie ciagle z przymknietymi oczami, jak istota na wp'ol zywa. Z kochankiem nie widziala sie od kilku tygodni. Po 'smierci matki nie miala pretekstu wychodzenia wieczorami z domu. Bez kochanka i trociczek — ta kobieta wegetowala do reszty.

Ka'ska po swym upadku doznala dziwnego uczucia trwogi i wstydu, a uczucie to potegowalo sie z kazda chwila.

Kazda kobieta, nawet najnizej postawiona, przychodzi na 'swiat cnotliwa; z chwila gdy cze's'c swa zatraca, rzucajac sie w objecia mezczyzny, uczuwa zal wielki, cho'cby nawet ten upadek zostal spelniony w najnormalniejszych warunkach, to jest usankcjonowany malze'nstwem. C'oz jednak mogla powiedzie'c o sobie ta dziewczyna, kt'ora Jan wzial, nie poprowadziwszy wprz'od przed ksiedza i rzuciwszy jej tylko jedno slowo:

— Ozenie sie!

I Ka'ska w chwilach strasznego niepokoju, jaki szarpal jej dusze, powtarzala sobie to slowo, majace dla niej tak doniosle znaczenie.

— Ozenie sie!

Zapewne, on ozeni'c sie powinien teraz, kiedy ja unieszcze'sliwil na cale zycie.

Wydaje sie porzadnym czlowiekiem, a ona mu wytlumaczyla, ze 'ow „cylinder” nie byl nigdy jej kochankiem. Nie powiedziala wprawdzie, ze to pani wyslala ja do niego, ale przeciez Jan powinien sie tego domy'sle'c. On zapewne jej uwierzyl, bo sam sie przyznal, ze to Marynka, spotkawszy go kolo 'smietnika, opowiedziala mu o schadzkach Ka'ski z jakim's „z miasta”.

On nie chcial wierzy'c temu latawcowi, ale gdy sie sam przekonal, to'c Ka'ska nie powinna mu by'c krzywa, ze ja troche poturbowal. Teraz juz niechze tak bedzie, jak Ka'ska m'owi, ale on sobie wyprasza takie po nocach chodzenie.

Ka'ska przyrzeka poprawe, ale mimo zlagodzenia sie Jana, niepok'oj nie opuszcza jej ani na chwile. Dziwno jej jako's; czasem zdaje sie, ze jest zupelnie inna istota, ze tamta Ka'ska — to byla dobra znajoma, kt'ora umarla, a ona sama byla na jej pogrzebie. Na 'swiete obrazy spojrze'c nie moze; gdy kleknie do pacierza, zegna sie czym predzej i wstaje; chwilami zdaje sie jej, ze kto's za nia krok w krok chodzi i co's jej do ucha szepcze. Boi sie ciemno'sci, a gdy lampka zga'snie, chowa sie z glowa pod przykrycie — stanowczo, zrobilo sie z nia co's dziwnego.

Stan ten meczy ja nad wyraz wszelki. Na domiar zlego Jan zmienia sie od owej pamietnej nocy do niepoznania.

Przybiera zn'ow ton drwiacy i spoglada na Ka'ske z mina zwyciezcy. To ja onie'smiela do reszty. Zdaje sie jej, ze Jan po prostu ja lekcewazy i tym sposobem daje do poznania wszystkim, co pomiedzy nimi zaszlo.

Pod tym wzgledem nasza Ka'ska nie myli sie wcale.

Jan jak prawdziwy mezczyzna naduzywa swej przewagi i odniesionego zwyciestwa.

Nie pamieta walk, jakie stoczy'c musial z Ka'ska, zanim mu ulegla, wie tylko, ze jest jego kochanka i to mu wystarcza. Widok Ka'ski sprawia mu zawsze przyjemno's'c, zblizenie sie do niej rozbudza namietno's'c, ale brak mu tej goraczki, jaka czul zwykle wobec opierajacej sie dziewczyny. Zepsuty powodzeniem u innych kobiet, znajdowal dziwna podniete w tym oporze Ka'ski i to go wiazalo gl'ownie i przytrzymywalo w upartym staraniu sie o jej wzgledy; gdy osiagnal cel upragniony, widzial juz w Ka'sce zwykla, upadla kobiete, niepomny, ze ja sam doprowadzil do tego upadku.

Gdy zbita, zmeczona, bezsilna usuwala sie do jego st'op jak ofiara — porwal ja brutalnie w ramiona z triumfem istoty 'swiadomej o swej fizycznej i moralnej wyzszo'sci. Ta jedna chwila spadla ta kobieta w oczach Jana do poziomu, skad wybieral zwykle swe milostki; teraz Ka'ska byla dla'n tym samym, czym Marynka lub kazda inna z dawnych jego kochanek.

Stad pochodzil ten dziwaczny ton, kt'ory takim strachem przejmowal Ka'ske, i cala zmiana w zachowaniu sie Jana.

Zreszta — Jan pragnal pochwali'c sie otrzymanym zwyciestwem. Zbyt dlugo „chodzil” okolo „tlumoka”, azeby cala sluzba zamieszkujaca kamienice nie dostrzegla tego. Marynka przy tym nie zaniedbala opowiada'c o niezwyklej „milo'sci” Jana do „grenadiera od Budowskich”. Falszywa pozycja str'oza do Ka'ski nie dozwalala Janowi zaja'c pewnego stanowiska wobec tych wszystkich przedrwinek, jakie rozlegaly sie po ciemnych katach bramy lub klatek schodowych. Podniecony nienasycona namietno'scia, gluszyl w sobie pr'ozno's'c, kt'ora dotykaly owe bezustanne docinki co do powierzchowno'sci Ka'ski i jej ubogich sukienek. Pod polatanym kaftanikiem przeczuwal jedrne, silne cialo dziewczyny, kt'orego pozadal z uporem mezczyzny. Gdy wszakze dotknal sie tych wspanialych ramion i poczul chl'od gladkiej sk'ory, przypomnial sobie laty na kaftaniku i wstydzil sie tak ubogiej kochanki. Chcial jednak, aby nikt go nie posadzil o porazke i dlatego usilowal jak najszerzej rozglosi'c upadek Ka'ski. Wolal przyzna'c sie do ub'ostwa kochanki niz mie'c w czymkolwiek nadwerezona slawe uwodziciela.

Zreszta — po c'oz sie opierala, skoro czy predzej, czy p'o'zniej miala tak sko'nczy'c?

Ona — przywiazala sie do niego z chwila upadku jaka's zwierzeca, bezwzgledna milo'scia, uznajac w nim pana, wladce stworze'n wszystkich, a siebie w szczeg'olno'sci; zycie swe, przyszlo's'c, rzucila pod stopy tego czlowieka, tracac jedyne dobro, jakie posiadala na ziemi, to jest niewinno's'c swoja.

On — po spelnieniu tej zbrodni pozostal znaczniej wystyglym, pelnym jakiej's ukrytej zlo'sci za ten dlugi op'or, kt'ory tak rozlicznymi fortelami zwalcza'c musial.

I byla wielka r'oznica w uczuciu dwojga tych ludzi.

Ona kocha'c zaczela, on — przestal, a przynajmniej zdawalo mu sie, ze przestal.

O dopelnieniu przyrzeczenia, kt'ore tak niebacznie rzucil w chwili szalu, nie my'slal. Przypomnial sobie, ze powiedzial co's podobnego, ale to sie gada kazdej dziewczynie, a czyz zeni'c sie zaraz trzeba!

Glupia ta, kt'ora uwierzy.

Zreszta, gdyby mezczy'zni chcieli dotrzymywa'c podobnych zobowiaza'n, mieliby przynajmniej po dziesie'c tuzin'ow zon. Oho! Jan wie juz, jak tam sie z tego wywina'c; z wielka fantazja przekreca czapke i powtarza swoja ulubiona przypowiastke:

— Okret z glupimi zatonal…

Nie m'owi tego wszakze do Ka'ski. O! Nie — on umie „politykowa'c”.

Cho'c Ka'ska nie jest „furiatka”, ale moglaby mu dobrze „przy'spili'c” — a on tego wcale nie pragnie. Owszem, u'smiecha sie do niej, gdy przechodzi przez dziedziniec, i nieraz poszuka jej na strychu lub w piwnicy. Ona za jego zblizeniem drzy jak li's'c i z nie'smialo'scia wielka poddaje sie jego pieszczotom. W tej wysokiej, tegiej dziewczynie przebija sie zaleknienie drobnej dziewczynki — i to ja czyni nad wyraz powabna.

Nie dla Jana wszakze. On w swym zepsuciu i rozproszonym zyciu brukowego zdobywcy, znajduje to zaleknienie nadzwyczaj glupie, a rumie'nce Ka'ski draznia niemile jego trywialna nature.

C'oz, u diabla, za miny jezuitki przybiera teraz jeszcze, gdy powinna zrzuci'c ze siebie skromno's'c, jak niepotrzebna juz szmate? Przedtem to jeszcze uchodzilo — ale teraz, to sie juz na nic nie przyda.

I powoli zaczyna Jan oglada'c sie za nowa zdobycza, zagladajac w oczy dziewczynom biegnacym po wode z konewkami lub 'spieszacym na targ z pustym jeszcze koszykiem. To bezustanne pragnienie nowo'sci, kt'ore drzemie w krwi kazdego mezczyzny, nie dozwala Janowi zadowoli'c sie jedna na dluzszy czas kochanka.

Zreszta c'oz go wiaze?

Sumienie?

Na tego robaka najlepsza pestk'owka, przekrecenie czapki i spluniecie w rynsztok! To zaraz ulzy, gdy czlowieka taka zmora opadnie. A jak pestk'owka nie pomoze, to jest wanili'owka, goldwaserka, miet'owka i wiele innych kordial'ow. A zreszta, po c'oz sama mu w rece lazla? Kiedy taka glupia, to niech ja tam! A wreszcie, c'oz zlego sie stalo? Nie umarla przeciez. Ba! Zeby wszystkie dziewczyny z tego umieraly, to zabrakloby kobiet na 'swiecie.

Teraz juz cala sluzba przepelniajaca kamienice wiedziala o upadku Ka'ski.

Kucharka pani hrabiny bardzo wymownie przewracala oczami i usuwala demonstracyjnie brzeg swej szarej tercjarskiej sukni, gdy zmuszona byla na schodach otrze'c sie o przechodzaca Ka'ske. Pokoj'owka, blada blondynka o podsinialych od nieprzespanych nocy oczach, znalazla na swych zgniecionych wargach dowcipna uwage, ile razy wysoka posta'c Ka'ski przesunela sie po dziedzi'ncu. Tapicerka, jej dwie slugi, wla'scicielka sklepiku — wszystkie te kobiety, pelne jeszcze wspomnie'n wystepnych milostek, dorzucaly slowa pogardy, kt'ore jak grad osypywaly plecy dziewczyny.

Ona szla wolno, na poz'or spokojna, blednac przeciez pod naciskiem tych obelg, kt'orych odrzuci'c wszakze nie miala juz prawa.

Czula to dobrze; te obelzywe slowa nalezaly do niej — z upadkiem swoim przybrala te nazwy, kt'ore dawniej bylyby wstrzasnely cala jej istote…

Nie miala prawa zaprzeczy'c obelgom, wla'sciwie sily nie miala.

Gdyby w tej duszy mniej bylo niezwyklej prawo'sci, z bezczelna 'smialo'scia moglaby Ka'ska zaprzeczy'c brutalnym domyslom swych przeciwniczek. Nieraz juz chciala sie odwr'oci'c i zawola'c wielkim glosem „nieprawda!”, ale gdy przyszlo to wykona'c, sily ja opuszczaly i zwiesiwszy glowe, szla wolno, przyjmujac zasluzone cierpienie.

Czula sie teraz bardzo nieszcze'sliwa; wzgledem Jana stala sie nie'smiala i z trudno'scia przyszloby jej powiedzie'c, ile przykro'sci sprawiaja jej te 'smiechy i obelgi, kt'ore slyszy naokolo siebie.

Wy'smialby ja moze. Ach! Nie — woli juz znosi'c w milczeniu te upokorzenia, tym bardziej, ze sama na nie zasluzyla. Najwiecej wszakze cierpiala ze strony Marynki. Dziewczyna ta, do gruntu juz przegnila w atmosferze kilkudniowych milostek, szybko odczula i zrozumiala upadek swej rywalki.

A wiec i ta dumna dziewka musiala przej's'c wreszcie przez to!… Nie bedzie wiecej nosa zadziera'c i jak pawica sie nadyma'c, a uczciwo'scia innym przed oczy rzuca'c. Nie jest juz teraz niczym wiecej, tylko tym samym co ona, Marynka, tak zniewazona przez Jana i sponiewierana dlatego tylko, ze o'smielila sie zle slowo na Ka'ske powiedzie'c.

O! Marynka wiedziala, czym sie to sko'nczy. Takie pyszne dziewki jak Ka'ska spadaja zawsze bardzo nisko: za maz sie wyda'c chciala! Ma teraz wydanie bez 'slubu.

Przynajmniej ona, Marynka, wiedziala, dla kogo sie zaprzepa'sci'c. Jej pierwszym kochankiem byl przystojny, szykowny student, a nie str'oz jaki's. Ze p'o'zniej juz zeszla, to'c zwykla kolej, ale przynajmniej poczatek miala uczciwy.

A Ka'ska od str'oz'ow zaczyna! — no! zreszta, znajdzie sw'oj swego…

Tymczasem nadeszla zima, mro'zna, pelna zawiei i 'sniegu. Miasto cale pokrylo sie biela, a na dachach pietrzyly sie stosy 'sniegu, grozac stoczeniem sie po 'sliskiej pochylo'sci.

Na ulicach str'oze owinieci w kozuchy ostrymi kosturami siekali poklady lodu pokrywajace zamarzniete chodniki; przechodnie mijali sie, nie zwracajac wzajemnie na siebie uwagi, 'spieszac do celu tak szybko, o ile pozwalaly zziebniete stopy i 'sliskie trotuary. Kobiety nie zatrzymywaly sie nawet przed wystawami sklep'ow, lecz zziebniete wpadaly do ko'sciol'ow, aby tam w ustronnej kaplicy rozgrza'c sie troche. Zebraczki ustawialy swe nadszczerbione garnki pelne zarzacych wegli, a dorozkarze co chwile zagladali do pobliskich szynk'ow, skad wychodzili rozgrzani chwilowo, lecz coraz wiecej odurzeni sila alkoholu.

Z otwierajacych sie co chwila sklep'ow, szynk'ow lub restauracji buchaly kleby bialej pary, zastygajacej w powietrzu, a nad miastem unosilo sie niebo szare, niepewne, o'swietlone z'olta, blada plama niewydajaca ze siebie ani odrobiny ciepla.

Na ulicach panowala jaka's dziwna cisza; rzec mozna, ze zimno mrozilo ten zwykly gwar, jaki z wnetrza ulic wybiegal ponad dachy; slaby i zachryply odglos dzwonka przyczepionego do dyszla sanek jeczal nieraz samotnie w'sr'od ciszy, a krzyk Zyd'owki wolajacej: „Marrony[27]! Pieczone, 'swieze” rozlegal sie z dziwna dokladno'scia po zasypanym 'sniegiem placu.

Zima ta byla bardzo ciezka dla Ka'ski. Opr'ocz welnianego kaftanika za cale okrycie posiadala tylko stara, czarna kamlotowa chustke.

Ta chustka przeciez w jesieni okazala sie niedostateczna ochrona od zimna, c'oz dopiero gdy mrozy nadeszly! Przyszedlszy do Budowskich, Ka'ska miala ciepla welniana chustke, ale podczas choroby Budowskiego Jan tak czesto przychodzil wieczorami! Trzeba go bylo uczciwie przyja'c i cho'c z „koszykowego” nieraz porzadny grosz sie uskubal, to'c jeszcze trzeba bylo dokupi'c tego i owego, bo wstydu przez skapstwo je's'c przeciez nie mozna.

I chustka przewedrowala do handlarki za sume jednego guldena, kt'ory to gulden posluzyl na wyprawienie dw'och uczt wieczornych, po kt'orych az Jan glaskal sie po zoladku.

Ka'sce wtedy bylo bardzo przyjemnie. Z wilgotnymi od wzruszenia oczami, patrzyla na zadowolenie Jana, nie my'slac o smutnych nastepstwach swej go'scinno'sci.

Teraz, drzac od zimna i kryjac odziebione rece pod podarta szmate, nie zalowala r'owniez zmarnowanego cieplego okrycia. Tak by'c musialo — byle co Janowi na talerz polozy'c nie mogla.

Zreszta nie byla przyzwyczajona do futer i wat'owek, nieraz do fabryki biegla boso, w perkalowym kaftaniczku, a zimna nie czula. Tylko ze od kilku tygodni czuje sie troche niezdrowa, zmeczona nad wyraz i jaka's senno's'c ja dreczy. Zapewne dlatego, ze nic je's'c nie moze — zapach potraw sprawia jej nudno'sci. Zywi sie chlebem maczanym w occie, a na mieso patrze'c nie moze. Nie rozumie, co sie dzieje. Dawniej wiecznie byla glodna, dzi's na my'sl o przelknieciu strawy gardlo jej zaciska kurcz, a usta ma pelne 'sliny.

Przy tym rece, nogi, cieza jej jakby z olowiu. Spalaby chetnie dnie cale, a robota jej zupelnie nie idzie.

Bardzo, bardzo oslabla; wode nosi z trudno'scia najwyzsza, podloge szoruje prawie ze lzami w oczach.

Przy tym ma odziebione rece i nogi.

Buciki podarly sie zupelnie i przez szczeliny nabieraja do wnetrza 'sniegu czepiajacego sie z uporem zsinialej z zimna sk'ory. Rece jej spuchly jak poduszki i 'swieca sie niby wysmarowane olejem. Ka'ska, powr'ociwszy z miasta, dlugo musi trze'c palce, zanim poczuje, ze do niej rzeczywi'scie naleza. Pod wiecz'or rece i nogi pala w nieokre'slony spos'ob, po prostu utrzyma'c zelaza nie moze.

Co chwila tylko wzdycha przyciszonym glosem:

— O Matko Naj'swietsza!

Sa to drobne meczarnie nieznane zupelnie kobietom noszacym rekawiczki i buciki na flaneli. W ciasnej tej kuchence dreczy sie istota piekna, mloda, wznoszaca sie w'sr'od trywialnego otoczenia jak posag, pelen doskonalych form i harmonii ksztalt'ow. A przeciez ksztalty te, poranione, zsiniale, skurczone cierpieniem, przedstawiaja sie jak masa, jak maszyna bezduszna, psujaca sie coraz wiecej nadmiarem pracy i zaniedbaniem wla'scicielki.

W bezustannym zajeciu, zziebnieta lub rozgrzana do potegi, z rekami poranionymi, z podeszwami spuchnietymi, z grzbietem zlamanym, Ka'ska stanowi istotny typ tak zwanej „slugi do wszystkiego”, slugi 'zle platnej, 'zle odzywianej, ale zaprzegnietej do roboty, jak prawdziwe zwierze. Dawniej zbiegla przynajmniej na d'ol i na pogawedce z Janem spedzila kilka chwil przyjemnych — dzi's i tej rozrywki wyrzec sie musi.

Jan staje sie coraz mrukliwszy, a chwilami patrzy na nia spode lba, z jakim's zlo'sliwym u'smiechem…

Co wiecej — spotkala go kilkakrotnie rozmawiajacego z Marynka. Pomimo swej wrodzonej lagodno'sci, zacisnela pie'sci i chciala poczestowa'c Marynke dobrym kulakiem; ale opamietala sie w czas.

Jaki's wstyd skrepowal jej rece i odeszla pelna smutku i zazdro'sci.

A wiec Jan pogodzil sie z ta dziewczyna, kt'ora sam „latawcem, wiercipieta” przezywal? O! Ka'ska dobrze pamieta, jak to bylo na strychu, i widzi jeszcze, z jaka w'scieklo'scia Jan bronil ja przeciw docinkom Marynki.

Teraz wszakze rozmawia z nia po katach i 'smieje sie, jakby nic pomiedzy nimi nie zaszlo. To 'zle ze strony Jana, bo'c chlop winien zawsze ciagna'c za swa dziewczyna.

I z wielka nie'smialo'scia Ka'ska, po rozmaitych om'owieniach, zwraca uwage Jana na niewla'sciwo's'c tego kroku.

On wszakze nie pr'obuje usprawiedliwi'c sie nawet.

— A bo co? — odpowiada zuchwale, naciagajac na rece grube rekawice z czerwonej wl'oczki — A bo co? C'oz to, bez pozwolenia nie moge z dziewczynami rozmawia'c?… Owa, to ci zajechala!

I z pyszna obojetno'scia ujmuje miotle sluzaca mu do zamiatania sieni i tak macha w prawo i lewo, ze Ka'ska musi ustapi'c i wyj's'c na dziedziniec.

Ka'ska chciala dzi's jeszcze wspomnie'c i o ozenku, ale jako's nie 'smiala.

Jan ta arogancja swoja zbil ja zupelnie z tonu i onie'smielil. Cho'c jej przyrzekl, ze sie ozeni, teraz nie wspomina nawet o tym.

Dlaczego?

I w glowie Ka'ski powstaje wielki chaos. Mialzeby zapomnie'c? O! Nie, takich rzeczy sie nie zapomina.

Ka'ska z trwoga zaciska rece na piersiach. Od chwili swego upadku my'sl o niedotrzymaniu danej przez Jana obietnicy dreczy ja jak zmora. Nie sformulowala jej jednak jasno — bala sie tej my'sli jak jakiego's upiora, kt'ory mial jej serce z piersi wydrze'c.

Stoi tak na dziedzi'ncu zziebnieta, smutna, zgnebiona, maczajac swe 'zle obute stopy w rozmakajacym 'sniegu. Twarz jej nosi 'slady bezsennych nocy i wielkiego znuzenia. Oczy, ciemnymi obw'odkami podkre'slone, maja wyraz szczeg'olnej tesknoty i glebokiego smutku. Policzki zaczynaja sie zapada'c z lekka, a twarz cala przybrala odcie'n wiecej z'oltawy, niezdrowy.

Wielka zaszla zmiana w tej pieknej i niegdy's blyszczacej zdrowiem dziewczynie, okragle linie podbr'odka znikly, natomiast gors wypelnil sie jeszcze i teraz niemal rozrywa zniszczona tkanine kaftanika. Tylko wzrost pozostal niezmieniony, ksztaltne linie czola i nosa rysuja sie jeszcze dokladniej przez wydelikacona sk'ore — a ramiona, wspaniale, cho'c pochylone, biodra jeszcze wiecej rozro'sniete i caly szkielet tej kobiety, szkielet olbrzymki, niedajacy sie zwalczy'c ani moralnemu, ani fizycznemu cierpieniu, doprasza sie koniecznie jednego tylko slowa — „Kariatyda”.

Ponad nia, ponad ta gnebiona ciezkimi warunkami powszedniego bytu Kariatyda, wznosi sie szmat nieba szarego, bezbarwnego jak cale zycie tej istotnej nedzarki. Czym jest i dokad dazy podobne jej stworzenie? Jakiz cel nakre'slono tam w g'orze istnieniu tej kobiety wiecznie glodnej, zziebnietej i zmeczonej nadmiarem pracy?

I oczy jej z wyrazem wielkiego smutku bladza po szarych murach domu i wybiegaja wreszcie na rozlegly plac spowity w bialy calun, a ko'nczacy sie dlugim budynkiem, nazwanym Tandeta.

Czarne bariery odgraniczajace miejsce, na kt'orym sie mustruja zolnierze, z dziwna dokladno'scia rysuja sie na bialym tle 'sniegu. Z'olte mury koszar wznosza sie powaznie z tej puchowej bieli, a wal kolejowy, osrebrzony 'sniegiem zatacza swa droge w 'smialym p'olkolu.

Ka'ska zna dobrze to wszystko! Och, nieraz patrzyla na przebiegajace pociagi, a Jan tlumaczyl jej, czy to sznelcug, czy bombelcug nadchodzi.

Wydalo sie to jej wtedy bardzo ladne i bardzo wesole, a 'swist zblizajacej sie lokomotywy wywabil ja nieraz z kuchenki. I ot, teraz nadchodzi wla'snie „towarowy” z niezliczona ilo'scia wagon'ow. Wlecze sie jak olbrzymi waz, a turkot k'ol najdokladniej slycha'c.

Kleby pary wznosza sie w powietrze i, zda sie, marzna w zimnej atmosferze. Ka'ska ze 'sci'snionym sercem patrzy na przelatujacy pociag! Mily Boze! Gdy szedl „towarowy”, Jan zwykle wychodzil na dziedziniec i szybko liczyl ilo's'c wagon'ow. Bywalo ich nieraz do pie'cdziesieciu ba! czasem i wiecej. Ka'ska nie mogla wtedy wyj's'c z podziwu, jak jedna maszyna moze tyle wagon'ow uciagna'c naraz, ale Jan zapewnial ja, ze to rzecz nienadzwyczajna. Ba! On by sam to potrafil, gdyby zechcial. To szyny „bestie” wszystko, wedlug niego, robia; szyny to ci same kola pchaja, a zdrowy chlop uciagnie tak jak maszyna, a czasem i wiecej. Ka'ska dziwila sie bardzo tak wielkiej sile Jana i zapewnila, ze ona by nigdy sie nie odwazyla na podobna pr'obe nawet z pomoca szyn.

Jan 'smial sie swym szczerym, serdecznym 'smiechem, a wyciagajac zylaste rece, odwijal rekawy koszuli dla pokazania Ka'sce, jakie ma silne muskuly.

Bylo im wtedy bardzo wesolo i Ka'ska czula sie bardzo szcze'sliwa.

Teraz Jan nie wychodzi juz na dziedziniec, cho'c slyszy dobrze gwizd lokomotywy. Nie lubi dlugo jednej i tej samej rozrywki, tak jak nie moze znosi'c jednego rodzaju w'odki. Potrzebuje zmiany, w czym zreszta nie wyr'oznia sie od wszystkich mezczyzn.

Ka'ska wszakze, wierna dawnemu zwyczajowi, smutnymi oczami spoglada na znikajacy w oddaleniu pociag. Chciala przeliczy'c wagony, ale nie mogla. Za predko biegly, a przy tym 'scisnela ja zalo's'c tak wielka, ze w oczach sie jej za'cmilo. Mimo woli obraca glowe, szukajac Jana i spostrzega go w zaglebieniu bramy rozmawiajacego z jaka's kobieta.

Nie jest to wszakze Marynka, ani zadna ze sluzacych zamieszkujacych kamienice. Ka'ska zna te glowe i plecy proste jak deska, kt'ore, okryte jasnym perkalowym stanikiem, migocza na tle sieni. Tak! Ka'ska sie nie myli, to ona! To R'ozia przychodzi ja szuka'c, moze przeprosi'c za wyrzadzona nieslusznie krzywde.

I niepomna doznanej urazy, podchodzi szybko ku przyjaci'olce zasiegajacej widocznie blizszych informacji u Jana, jako str'oza. R'ozia odwraca swa plaska twarz i patrza tak chwile na siebie, nie m'owiac ani slowa. Ka'ska pierwsza wyciaga reke i serdecznym, poczciwym glosem wita R'ozie, dziwiac sie zmianie, jaka zaszla w tej dziewczynie.

I rzeczywi'scie, Ka'ska ma sluszno's'c, dziwiac sie tak bardzo. Twarz R'ozi nosi takie pietno nedzy i niedostatku, ze Ka'ska, jakkolwiek mizerna, wydaje sie r'oza kwitnaca zdrowiem i dobrobytem. Cala posta'c R'ozi niezwykle plaska splaszczyla sie jeszcze wiecej, je'sli mozna tu uzy'c tego slowa. Tylko ramiona i lokcie stercza szpiczastymi katami pod perkalem podartego kaftanika. Na chudej szyi wida'c 'slady palc'ow o dlugich, krogulczo zagietych paznokciach. Palce te widocznie wpily sie niedawno w szyje tej kobiety i podarly sk'ore, wyrywajac nawet w jednym miejscu kawaleczek ciala. Rana ta czerwona, 'swieza, niezagojona jeszcze, jatrzy sie jak po ukaszeniu niedobrego zwierzecia. Pod lewym okiem mieni sie sk'ora z'oltawo-niebieskim cieniem, unoszac wychudly policzek w do's'c znaczna wysoko's'c. R'ozia brudna reka zaslania to podbite oko i bladymi ustami usiluje u'smiechna'c sie do witajacej ja serdecznie Ka'ski.

— Mam do ciebie interes — m'owi na koniec, a glos jej drzy od zimna i wewnetrznego wzruszenia — czy nie mozna i's'c do kuchni?

M'owiac, oglada sie ciagle trwozliwie na drzwi sieni prowadzace na ulice — rzec mozna, ze sie bardzo czego's leka: moze jakiej's pogoni, moze wla'snie tej reki, kt'orej palce czerwonymi bruzdami pooraly z'oltawa sk'ore jej szyi.

Ka'ska milczy wszakze przez chwile. Budowski nie pozwala, aby ktokolwiek opr'ocz Ka'ski znajdowal sie w kuchni.

Ale R'ozia patrzy blagalnie na Ka'ske i drzy z zimna, 'zle okryta swym podartym perkalikiem. Sp'odnica, zmaczana na dole, wlecze sie sczernialym od blota kawalem po obu bokach. Poddarta z przodu, odslania prunelowe buciki podarte, powiazane tasiemka i zbyt kr'otkie, aby osloni'c gola, zaczerwieniona od zimna noge.

Ka'ska uczuwa lito's'c wielka nad swa przyjaci'olka. Ona wie, co to jest zimno, bo sama drzy, jakkolwiek jest cieplej ubrana, i z nagla determinacje chwyta R'ozie za reke.

— Chod'z! P'ojdziemy na g'ore!

Nagle z ciemnego kata wysunela sie posta'c mezczyzny. Byl to Jan, kt'ory podczas przywitania dw'och przyjaci'olek usunal sie na strone. Ze swego kata wszakze obserwowal dobrze R'ozie. Wydala mu sie nedzna, obszarpana wl'oczega, ale instynktem zwierzecym odgadl w niej kobiete namietna, pelna zadzy i nigdy niezaspokojonych pragnie'n. W tej dziewczynie plaskiej, 'zle zbudowanej, o przytloczonym korpusie i szpiczastych ramionach, byla jaka's sila, przyciagajaca mezczyzn — magnes kryjacy sie w faldach jej obszarpanej sukni lub 'zle uczesanych wlosach. Jan ocenil wprawnym okiem to zniszczone, a mimo to niezuzyte cialo i zblizyl sie ku R'ozi z milym u'smiechem na ustach.

— Panna w odwiedziny do Ka'ski? Panna pewnie przyjaci'olka?

I wsunawszy rece w kieszenie, kolysze sie, patrzac na R'ozie przymruzonymi oczami.

Ona wszakze nie zwraca baczniejszej uwagi na Jana. Zapewne — rosly i tegi mezczyzna, ale ona ma teraz co innego na glowie: rada by jak najpredzej by'c juz w kuchni u Ka'ski. I odwraca sie szybko, zakrywajac ciagle podbite oko zsiniala reka.

Ale Jan nie daje tak latwo za wygrana. Z glo'snym 'smiechem obserwuje, ze „pannie musial kto's nadepta'c na oko”, ale on zna niezawodne lekarstwo w postaci kieliszka wanili'owki.

— Mocna w'odka, tega, a mimo to damska — dodaje z pewna galanteria, u'smiechajac sie dwuznacznie.

Widzac przeciez, ze wszystkie zaproszenia nie odnosza zadnego skutku, traca Ka'ske, aby ona poparla jego pro'sbe.

— Ty! Zapro'sze, glupia, panne, p'ojdziemy na kieliszek!

R'ozia, slyszac to, spoglada na Ka'ske. Ten kulak, ta nazwa „glupia”, to'c dowodzi juz bliskiej znajomo'sci. Mialazby Ka'ska przej's'c juz przez to? Bylzeby to jej kochanek?

I z ciekawo'scia zaczyna sie przyglada'c Janowi, nie ma jednak czasu do dalszych obserwacji, bo Ka'ska nagle porywa sie z miejsca i pociaga za soba przyjaci'olke.

— P'ojdziemy do kuchni! Ogrzejesz sie!

I przeszedlszy przez dziedziniec, obie znikaja w ciemnym wnetrzu klatki schodowej. Chwile jeszcze stal Jan, wpatrzony w miejsce, kt'ore przed chwila zajmowala R'ozia.

Swoja droga — dobrze sie stalo, ze nie zgodzily sie p'oj's'c z nim na kieliszek. Obie byly nadto obszarpane i brudne. Nie mialy nawet cieplych chustek, a Jan juz jak kogo ze soba prowadzi, to nie moze zn'ow psu ocz'ow zaprzeda'c. Tylko, ze ta nieznajoma dziewczyna wydala mu sie do's'c przyjemna, pomimo podsinialego oka i zaszarganej sukni. Musi mie'c jakiego's diabla w sk'orze, bo Janowi mrowie chodzi po zylach, jak sobie ja przypomni. To sa takie kobiety! O, trafiaja sie, cho'c nieczesto — od razu co's ciagnie i krew burzy. Jan juz znal takie dziewczyny, nic w nich nie ma na poz'or, bo to chude i mizerne, ale zblizy'c sie do nich — juz czlowiekowi dziwnie sie robi.

I dwie te natury pokrewne sobie, wiecznie pragnace zadowolenia zmysl'ow, tonace jedynie w nienasyconej namietno'sci, odczuly sie i zrozumialy w mgnieniu oka. Zreszta Jan potrzebowal nowo'sci, a na to przeciez sa kobiety, aby je czesto przemienia'c.

Ka'ska dobra — byle niedlugo.

I Jan z wielka fantazja przekrzywiwszy czapke na lewe ucho i zmruzywszy oczy, wyszedl przed brame, aby tam, przybrawszy poze zwyciescy, zaczepia'c przechodzace dziewczyny.

Gdy Ka'ska wprowadzila do kuchni swa przyjaci'olke, pomie'scila ja kolo pieca, pragnac przede wszystkim, aby R'ozia rozgrzala sie troche. Potem zakrzatnela sie kolo komina, a odstawiwszy garnek z ko's'cmi majacymi na'sladowa'c mieso do rosolu, przystawila kolo fajerki imbryczek z reszta zimnej herbaty. Pragnela bowiem poczestowa'c przyjaci'olke czym's goracym; widziala, ze R'ozia drzy cala, a szczeki zacinaja sie jej z konwulsyjnym drganiem. Ciekawa jest, co tez moglo R'ozie doprowadzi'c do stanu takiej nedzy i opuszczenia.

Nie 'smiala wszakze pyta'c.

R'ozia, usiadlszy na niskim stolku, oparta plecami o rozpalone kafle pieca oddychala ciezko, przychodzac do siebie pod wplywem goraca panujacego w kuchence. Teraz juz nie zaslaniala podbitego oka, wobec Ka'ski nie zenowala sie wcale, odslaniala cala nedze swoja fizyczna, jak przed kilku miesiacami nie kryla swego moralnego ub'ostwa.

Gdy Ka'ska podala jej szklanke goracej esencji zabielonej odrobina mleka i kawalek sczerstwialego chleba — chwycila jadlo z jaka's lapczywo'scia. Widocznie dawno nie jadla.

Pila herbate, parzac sobie jezyk i gardlo, a chleb przelykala calymi kawalkami, nie przezuwszy go pierwej.

Ka'ska stala przed nia wpatrzona ze zdziwieniem w ten szkielet wyglodnialy, zziebniety, posiniaczony.

M'oj Boze! Ona my'slala, ze nie ma na 'swiecie nieszcze'sliwszej nad nia istoty — teraz przekonala sie, ze sa jeszcze wieksze nedze, wieksze utrapienia na 'swiecie. Czyz ta zebraczka moze by'c rzeczywi'scie ta pyszna R'ozia, kt'ora Ka'ska ostatni raz widziala w mantynowej sukni, przy skrzynce zastawionej calej resztkami rozlicznych specjal'ow? Tak jak wtedy nie umiala sobie wytlumaczy'c tego dobrobytu, tak teraz nie moze zrozumie'c przyczyn naglej nedzy.

O swej urazie juz zapomniala; widzi przyjaci'olke nieszcze'sliwa, zglodniala, obdarta — to jej wystarcza. I w naglym uniesieniu porywa swa zniszczona, podarta chustke, jedyne swe przed zimnem okrycie, a zarzucajac na szpiczaste ramiona R'ozi, m'owi dobrym, pelnym uczucia glosem:

— Na[28]! Ogrzej sie!

Ale R'ozi jest teraz cieplo zupelnie. Teraz tylko pragnie m'owi'c. Goraca esencja rozgrzala jej gardlo — i caly potok zamarznietych sl'ow przepelnia jej usta. Czyni wiec sobie ulge, zaczynajac swa spowied'z od sl'ow:

— Wiesz, ten psubrat wygnal mnie.

Wygnal ja?

Dobrze, ale kto? Ka'ska tego zrozumie'c nie moze. Kt'oz m'ogl wygna'c R'ozie z jej wlasnego mieszkania? Przeciez to ona placila komorne, a sprzety takze byly jej wlasno'scia. I pelna naiwnego zdziwienia zapytuje:

— Kto cie wygnal? Dlaczego?

R'ozia niecierpliwie wzrusza ramionami.

— A kt'oz, jak nie ten wl'oczykij, ten utrapieniec, to boze pomiotlo, ten rabu'snik Feliks. Wygnal mnie i obil. O pobicie — to mniejsza, ale stancje zaparl i nazad wetkna'c sie nie moge.

Ka'ska z wielkiego zdumienia az przysiadla na ziemi. Wiec do tego doszla zuchwalo's'c tego mezczyzny, zeby az w mr'oz swoja kochanke na dw'or wypedzal? Jakze sie to stalo?

Nie potrzebuje wszakze pyta'c, bo R'ozia, rozpoczawszy swa opowie's'c, nie daje sie prosi'c z okre'sleniem blizszym calej katastrofy.

— Cholernik to, a nie czlowiek — m'owi, trac plecy o rozpalone plyty — z latyndy przerobilam na pana, na grzbiet przywdzialam szmaty, a ta kanalia, nie do's'c ze dnie cale do g'ory brzuchem lezal i dziury w suficie rachowal, tak mnie teraz opilowal, ze ani do 'swiata, ani do porzadku dostepu mie'c nie moge… Z mleczarni ci mnie wyciagnal, do kawiarni i's'c kazal; a ze czasy byly psie, to nam'owil, aby zmieni'c papiery: no! wiesz, te z glipotecznego banku! Zrobilam ja tak i lapciuchowi sprzedalam, bo mi tak juz kanalia dozieral za to, ze mam skladanke, a on po kotlach jada. My'sle sobie: na! we'z, zatkaj pysk. Ta i wzial, sprawil sobie garnitur; ledwom wydarla na te jedwabna suknie, co's mnie w niej widziala. Z kawiarni juz wystapilam, bo on sam chcial, abym z nim uzywala pa'nstwa. I bumblowali'smy tez! bumblowali…

Urwala nagle, a metnymi oczami zapatrzyla sie przed siebie. Widocznie to „bumblowanie” bylo niezmiernie milym wspomnieniem i wymagalo troche rozwagi. Ka'ska, zasluchana, nie przerywala tego milczenia. W religijnym skupieniu sluchala sl'ow przyjaci'olki, kiwajac tylko od czasu do czasu glowa na znak zdziwienia.

Sad o tej calej sprawie zostawila na p'o'zniej.

— Ale'smy sie nauzywali — ciagnela dalej R'ozia, u'smiechajac sie — jedli'smy u mej dawnej pani, zeby poznala, psia jucha, kogo to miala w sluzbie. Wszystko na ma'sle, bo Feliks taki ci sie wybrednik zrobil, ze smalcu by w gebe nie wzial. A po obiedzie kazal sobie dawa'c czarna kawe i wyciagal nogi jak jaki hrabia, a zeby wykluwal… pedam ci! Jak sie na niego patrzylam, to mnie podziwienie bralo, skad mu sie taka pa'nsko's'c wziela. Po obiedzie to czasem wolali'smy drynde i hajda na spacer. A Feliks bestia nogi zakladal dryndziarzowi za kolnierz i tak jechal, a tylko plul, jak kto nas mijal. Wieczorem to'smy szli na kufel i tam sie zabawiali nieraz do rana. Oj! to ci bylo zycie!…

Ka'ska uznaje za stosowne wtraci'c uwage:

— A za c'oz cie wygnal, kiedy's mu takie dogodzenie sprawiala?

— Za co mnie wygnal? — wola R'ozia — psia wiara! Pieniedzy nie stalo, a on nabral pa'nskich nawyczek i chcial sobie ciegiem zeby smarowa'c miodem. Wydziwial co dzie'n, namawial, aze…

Urwala nagle, ogladajac sie na wszystkie strony.

— Ty wiesz, czy nas kto nie slucha? — zapytala nagle, a niepok'oj marszczyl blada i zgnieciona maske jej twarzy.

Ka'ska obejrzala sie mimo woli.

C'oz, u diabla, ma do ukrywania ta R'ozia? Dlaczego sie obawia ludzkich usz'ow? Musiala zrobi'c co's zlego. I mimo woli Ka'ske przejmuje trwoga — licho wie, co popelni'c mogla ta dziewczyna za namowa takiego utrapie'nca jak Feliks.

Mimo to zapewnia R'ozie, ze sa bezpieczne zupelnie. O! Pan dawno wyszedl, a o pania nie ma strachu. Ta lezy jak martwa i tylko od czasu do czasu westchnie jak male dziecko. Ona nic nie poslyszy.

I ciagle strwozona przysuwa sie do R'ozi, przyklekajac tuz przy niej, aby lepiej doslysze'c mogla. Tak jej R'ozia moze sie zwierzy'c zupelnie bezpiecznie. Ona nikomu nie wygada — wpadnie jak w ucho ksiedza na 'swietej spowiedzi.

— Nie mialam juz pieniedzy — zaczyna R'ozia, kurczac mimo woli cala swa posta'c. — Feliks harmiderowal, poszlam do grubej i… chcialam 'sciagna'c jej z szufladki. Gruba sie w czas spostrzegla, a ja ucieklam, tylko kawalek sp'odnicy w rekach pana zostal. Moga mnie zlapa'c i zamkna'c, nie chcialabym uzy'c tej frajdy, bo to sie na zawsze do czlowieka przylepi i nigdy juz nie odstanie.

Sko'nczyla, patrzac zdziwiona na Ka'ske, milczaca i patrzaca chmurnie w ziemie. Spodziewala sie potepienia ze strony przyjaci'olki, kt'ora w jej wyobrazeniu pozostala jeszcze ciagle z pietnem uczciwej glupoty na czole. Dlaczeg'oz dzi's wla'snie Ka'ska nie gani jej postepku, tej checi okradzenia dawnej swej chlebodawczyni, za co ja dawniej tak surowo gromila?

Czyzby i ona sama?…

Ale Ka'ska przecina jej domysly. Zdrowym, chlopskim rozumem ogarnia cala sytuacje i reasumuje ja w kilku slowach:

— Przeciez teraz nie mozesz wyj's'c na ulice.

Prawda, R'ozia nie pomy'slala o tym. Po nieudanym zamachu na kase grubej wla'scicielki mleczarni uciekla wprost do Ka'ski, pedzona jakim's niewytlumaczonym dla niej instynktem zachowawczym. Zdawalo sie jej, ze ta wielka, silna dziewczyna zdola ja obroni'c od wszystkich „policaj'ow” 'swiata calego.

Teraz jednak zrozumiala cale swoje polozenie, w uszach ciagle brzmial jej wykrzyk pelen gro'zby i obiecujacy spelnienie zawartej tre'sci:

— Zgnijesz w kryminale!

C'oz teraz pocza'c? Wyj's'c i odda'c sie tym samym w rece policji? O! Nie, R'ozia woli sie raczej obla'c nafta i podpali'c. Tak przynajmniej zapewnia, lkajac rozpaczliwie.

Ka'ska jednak zbiera cala energie; zapomina o swych wlasnych troskach i my'sli jedynie o zapewnieniu bezpiecznego schronienia swej przyjaci'olce.

Tak bedzie najlepiej. R'ozia ukryje sie na strychu, za malym ogrodzeniem, w kt'orym sa schowane rozmaite graty, stare dach'owki i tym podobne przedmioty.

Jan, gdy go Ka'ska poprosi, pozwoli na to z pewno'scia.

I pelna najlepszych checi chwyta za klucz od strychu, zachecajac R'ozie do udania sie dla zajecia nowego lokalu. R'ozia wszakze ociaga sie chwilke, uprzejmo's'c Ka'ski budzi w niej wspomnienie krzywdy wyrzadzonej tej dobrej dziewczynie owego popoludnia niedzielnego, gdy Ka'ska przyszla do niej w odwiedziny. Dzi's R'ozia padla na jej rece, a ona, zapomniawszy urazy, ocala ja od ohydnej kary, jaka jej grozi. Czym sie wyplaci za tyle dobroci?

M'owi jej to z pewnym zaklopotaniem, bojac sie, czy przypomnieniem gradu obelg, jakimi obsypala Ka'ske, nie zmieni w tej ostatniej dobrego postanowienia.

Ale Ka'ska zatrzymuje sie przy drzwiach po to tylko, aby lagodnie zapyta'c sie, czym wla'sciwie zasluzyla na ten „despekt”, jaki ja spotkal.

R'ozia odzyskuje nagle rezon.

— To Feliks gadal, ze jake's przyszla po kufer, to sie do niego brala's, a na mnie suchej nitki nie ostawila's, take's mnie przed nim malowala.

Ka'ska zdziwiona patrzy chwile, po czym rusza ramionami.

— Ot, plecenie bez ladu — odpowiada — durna byla's, ze's w to uwierzyla, a teraz chod'z na strych, bo pan wr'oci i bedzie wtedy godzina!

Mogla przeciez powiedzie'c R'ozi, ze to Feliks wla'snie namawial ja sobie, ale z delikatno'scia wla'sciwa poczciwym kobietom milczy na tym punkcie, nie chcac sprawi'c przykro'sci przyjaci'olce.

Za chwile wchodza obie na strych, gdzie panuje zgnile zimno wpadajace do wnetrza przez otwory dachu i powybijane szybki strychowych okienek. Ka'ska lokuje R'ozie w malej przedzialce utworzonej z desek, do's'c szczelnie zbitych i zamknietych na drzwiczki opatrzone zawiaskami. Ka'ska obiecuje przynie's'c niebawem kl'odke i zamkna'c R'ozie w tym schronieniu.

— Bedzie ci tu przespiecznie, tylko jakby kto wiesza'c bielizne przyszedl, to sie nie ruchaj — upomina przyjaci'olke — sied'z jak umarla; ja ci tu przyniose jaka po'sci'olke, a tymczasem we'z moja chustke i owi'n sie dobrze.

M'owiac to, 'sciaga z plec'ow zrudzialy i zniszczony szal, kt'orym owija R'ozie; nie pamieta w tej chwili, ze jest to jedyne jej przed zimnem okrycie, widzi tylko drzaca od zimna istote i stara sie ja ogrza'c, narazajac sie sama na przeziebienie i inne gorsze nastepstwa.

R'ozia pragnie jej podziekowa'c serdecznie, ale Ka'ska nagle blednie i chwiejac sie, opiera o szalowanie. Cichym glosem zapewnia R'ozie, ze to przejdzie, bo teraz czesto napada na nia takie „stumanienie”, tylko ze predko przechodzi. I teraz przejdzie z pewno'scia, tylko wyjdzie troche na powietrze.

R'ozia okiem do'swiadczonej kobiety spoglada na przyjaci'olke. Te „stumanienia” bywaja zwykle u dziewczyn podejrzane. Ona sama nie przechodzila tego nigdy, ale napatrzyla sie nieraz na takie historie. Nie m'owi jednak nic, tylko u'smiecha sie dwuznacznie, nie rozumiejac, dlaczego sprawia jej zadowolenie ten jawny dow'od upadku Ka'ski. Nawet odbierajac dobrodziejstwa z rak tej dziewczyny, rada by ja widzie'c nad przepa'scia, je'sli nie na dnie przepa'sci. Ma w swym charakterze te troche zgnilizny, jaka nosi zielonawa cera jej twarzy. Rada wciaga w siebie wo'n rozkladu swego i drugich, cho'cby dobrze jej czyniacych os'ob.

Gdy Ka'ska zeszla na dziedziniec, znalazla Jana opartego o 'sciane 'smietnika i wpatrzonego w dal z wyrazem znudzenia na twarzy. Na glos Ka'ski odwr'ocil sie niechetnie i sluchal jej sl'ow z widocznym niezadowoleniem. Ona poczatkowo starala sie ulagodzi'c go i rozrusza'c, u'smiechajac sie do'n lagodnie, pomimo bezustannych mdlo'sci, kt'ore ja trapily. On pozostal ciagle zachmurzony; dopiero gdy Ka'ska zaczela nie'smialo prosi'c go, aby pozwolil R'ozi przesiedzie'c jaki's czas na strychu, rozja'snil sie widocznie.

Owszem, dlaczeg'oz nie ma pozwoli'c tej dziewczynie przenocowa'c w schowanku? C'oz to, czy one sadza, ze on z kamienia i na biede ludzka nie ma wyrozumialo'sci? On wie, co sie nalezy dla kobiet, i chetnie nie tylko pozwala, ale i siennika nawet pozyczy. Ka'ska, pelna wdzieczno'sci, glaszcze go po ramieniu. M'oj Boze! Ona sie tak bala, ze Jan ja ofuknie i R'ozi precz i's'c kaze; teraz go przeprasza za to posadzenie — my'slala, ze jest o wiele niepoczciwszy — ot, jak kazdy chlop, kt'ory dziewczynami poniewiera.

I chetnie odpowiada na pytania Jana, jakie ten ostatni jej zadaje. Pytania te tycza sie gl'ownie R'ozi, kto jest, skad przybyla, czy ma jakiego kochanka.

Ka'ska przedstawia swa przyjaci'olke w jak najlepszym 'swietle. Milczy o jej wadach, nie moze jednak pomina'c opowie'sci o Feliksie. Jan 'smieje sie, pobudzony nagle obrazem zwierzecego przywiazania tej plaskiej dziewczyny dla starego, zonatego czlowieka.

— A to ci kawalarka! — m'owi — ja zaraz poznalem, ze to musi by'c rarytny ananas, bo ma takie 'swidrujace 'slepie…

I za oddalajaca sie Ka'ska posyla jeszcze wybuch 'smiechu i „to ci kawalarka!”.

Wr'ociwszy do kuchenki, zastala Ka'ska Budowska oczekujaca na nia niecierpliwie. Na z'oltej twarzy Julii widnialo jakie's rozpaczliwe postanowienie, che'c dopiecia, bad'z co bad'z, zamierzonego celu. W reku trzymala list zapieczetowany, z nakre'slonym uko'snie adresem. List ten wreczyla Ka'sce, nakazujac jej i's'c natychmiast do Politechniki, odszuka'c tam rze'zbiarza Wodnickiego i temu wreczy'c list dla przeslania go wiadomej osobie.

— Id'z predko — m'owi, zblizajac sie do komina — ja obiadu dopilnuje, ty id'z i dopytaj sie madrze o tego pana. To jest mlody pan, co z kamienia ludzi robi — tlumaczy, podnoszac z nerwowym po'spiechem pokrywki od garnk'ow — pokaza ci, gdzie on lepi; ty jeste's rozumna dziewczyna, trafisz z pewno'scia.

Ka'ska wychodzi szybko, ogarnawszy sie troche. Wlozyla lepsza sp'odnice i stary flanelowy kaftanik. Chciala wstapi'c po chustke, ale cofnela sie juz od drzwi strychu. Ona sie zagrzeje, idac; R'ozia, siedzac pod strychem, moze zziebna'c gorzej. Woli wiec zostawi'c chustke przyjaci'olce.

Wyszedlszy na ulice, zatrzymuje sie, orientujac powoli.

Politechnika! — trudna nazwa — i Ka'ska z pewno'scia by nie trafila, gdyby nie to, ze dawno juz, wtedy jeszcze, gdy byla u Pinkus'ow Lewi, przechodzila z nia'nka przez ulice prowadzaca za miasto. Ko'nczyli wla'snie budowa'c jaki's wielki budynek i Ka'ska stanela chwile, aby sie dobrze tej masie przypatrzy'c. Jeden z robotnik'ow, kt'ory nawet wygladal na „starszego”, wytlumaczyl zaciekawionym dziewczynom cel, na jaki gmach ten ma by'c przeznaczony. Tlumaczenie to nie bylo nader jasne, a Ka'ska i Franka nie odznaczaly sie widocznie bystro'scia umyslu, skoro odeszly tak madre, jak sie zatrzymaly. Wpadla im tylko do usz'ow nazwa „Politechniki”, kt'ora przekrecaly na sw'oj spos'ob. Nazwa jednak w pamieci zostala. Dlatego Ka'ska, po chwilowym namy'sle, skierowala sie na prawo i szybkim krokiem zapu'scila sie w labirynt waskich i zydostwem zapchanych uliczek. Kolo Pocztowej ulicy przestrze'n zaczela sie rozszerza'c, domy czy'sciejsze, wolne od zydowskich szyld'ow i szafek wznosily swe mury zdobne w balkoniki przystrojone pasami 'sniegowego puchu.

Wpredce Ka'ska wydostala sie na szeroka ulice pelna rusztowa'n lub 'swiezo uko'nczonych kamienic. Z dala widnial juz gmach Politechniki. Sam bialy, wystepowal ze 'sniegu jak olbrzymia kobieta stojaca w 'snieznej, miekkiej po'scieli. Przed nim maly placyk roztaczal sie niepokalanie bialy, puszysty jak futerko kr'olika. Czarne sztachety okalajace ogr'od, mialy na zalamaniach swych strzal na brazowych ozdobach pelno tej 'sniezystej, koronkowej bieli. Ka'ska od razu poznala gmach. Tak, istotnie, to byl ten sam dom, kt'orego rozmiary zastanowily ja nawet, gdy jeszcze rusztowaniem w cze'sci zasloniete byly. Tylko teraz imponowal jej nieposzlakowana czysto'scia mur'ow. Mimo woli zatrzymala sie u gl'ownego wej'scia… wszystko az 'swieci z czysto'sci — jakze ona tam wej's'c moze!

Nie puszcza ja z pewno'scia.

Ale w przedsionku nie bylo szwajcara, ani zadnego ze sluzby. Ka'ska weszla wiec, unoszac swa zamoczona sp'odnice. Ta piekna, taflowa posadzka onie'smielala ja bardzo. Wolno bardzo skierowala sie ku schodom, kt'ore wysuwaly ku niej swe plaskie, szerokie flizy, szare, niezdecydowanej prawie barwy, zapozyczonej od zimowego, posepnego nieba. Schody te, umieszczone niewla'sciwie, za olbrzymie w por'ownaniu z obszarem, w kt'orym sie mie'scily, zdawaly sie by'c przygniecione zbyt niskim sufitem, kt'ory niesmaczna masa zwieszal sie nad nimi. Ka'ska jednak, malo wrazliwa na bledy architektury, stapala wolno i ostroznie po kamiennych flizach. Ten przedsionek robil jej wrazenie ko'sciola; religijna cisza panujaca dokola potegowala te iluzje. Dokola korytarze wyciagaly sie w prostych liniach, zabierajac w swe wnetrze waski pas wojlokowego dywanu.

Na szczycie schod'ow korytarze te plataly sie w istny labirynt. Szklana kopula o'swiecala jasno szeroka przestrze'n pokryta ciemnymi i jasnymi flizami. Dokola jak promienie gwiazdy rozsnuwaly sie glebie korytarzy, chlonac w siebie 'swiatlo i ginac w cieniu. Wielka kamienna statua stala zimna i niewzruszona w glebi, opierajac sie plecami o naga 'sciane. Byla to wielka, muskularna kobieta ubrana w toge i przystrojona w laurowy wieniec. Oczy jej szeroko rozwarte patrzyly bez 'zrenic, z tym upornym, smutnym wyrazem, tylko posagom wla'sciwym. W jednej rece trzymala rylec, w drugiej tabliczke. Stala tak samotna, znudzona, w niepewnym 'swietle lejacym sie z szyb g'ornego okna kopuly. U st'op jej waskie i niewygodne laweczki nie zapraszaly zbyt go'scinnie do wypoczynku. I wszystko w tym przedsionku bylo smutne, szare, milczace, tchnace jakim's niezdrowym, szpitalnym spokojem.

Ka'ska zatrzymala sie, niepewna, w kt'ora strone skierowa'c kroki. Z poza wysokich, ciemno pomalowanych drzwi nie dobiegal zaden szmer, zaden glos ludzki. Zdaly sie wrotami jakich's tajemniczych grobowc'ow wiezacych w sobie trupy spowiniete w pl'otna kryte hieroglifami.

Ka'ska nie 'smiala dotkna'c sie kt'orejkolwiek klamki. Blyszczaly w szarym 'swietle jak ostrza sztylet'ow, jak ko'nce dzid ukrytych poza drzwiami straznik'ow.

I Ka'ska stala tak dlugo, oddychajac cicho, bojac sie, aby glo'sniejszym westchnieniem nie zakl'oci'c religijnej ciszy plynacej wzdluz tych zimnych, szarych mur'ow.

Nagle z glebi korytarza wysunal sie mlody chlopak w pl'ociennych podartych spodniach i kortowej kurtce na grzbiecie. Byla to dziwaczna istota, wysoka, chuda, przygarbiona. Czolo wypukle, zakryte bylo w polowie kosmykiem rudawych wlos'ow. Nos prosty, regularny, zako'nczony cienkimi nozdrzami, usta szerokie, o waskich, zaci'snietych wargach, cala ta twarz, bedaca mieszanina najpiekniejszych linii z nieforemno'sciami i skurczeniami zupelnie nieregularnymi, uderzala na pierwszy rzut oka. Klasyczny nos, prawdziwy nos Napoleona I, zablakal sie widocznie pomiedzy dwoje drobnych, prawie chi'nsko rozcietych oczu. Oczy te mialy chwilami blysk stali; bylo w nich co's ze 'zrenic kota, gdy je nadmierne 'swiatlo razi. Owal twarzy harmonizowal z piekno'scia nosa, lecz ksztalt glowy psul to wrazenie. Szyja dluga i chuda, ramiona olbrzyma, piersi wklesle, nogi dlugie i prawie w palak zgiete, nadawaly temu chlopcu pietno szpetoty, pomimo pojedynczych idealnie pieknych rys'ow.

Chlopiec szedl wolno, kolyszac sie na krzywych nogach. W jednej rece trzymal mlotek ubielony caly gipsem. Zreszta gipsu tego mial na sobie pod dostatkiem. Na wlosach osiadly cale tumany, tak, ze gdzieniegdzie tylko prze'swiecaly rude kosmyki.

Plecy, rekawy, buty nawet, wszystko ginelo pod biala powloka. Na twarzy takze mial biale plamy, co mu nadawalo podobie'nstwo do clown'ow cyrkowych.

Szedl z przymruzonymi oczami, wymachujac mlotkiem i rozsypujac dokola tumany kurzu. Dostrzeglszy Ka'ske, zatrzymal sie chwile. Obecno's'c tej dziewczyny zastanowila go widocznie. Podobne odwiedziny nie powtarzaly sie zbyt czesto pod oszklona kopula. Ka'ska stala takze, nie 'smiejac sie ruszy'c z miejsca. Uko'sne oczy tego chlopca nie budzily w niej zaufania. Przy tym machal ciagle mlotkiem w spos'ob dwuznaczny. Kto wie, jakie mial zamiary!

Ale on porwal sie nagle z miejsca i przysunal sie ku niej z szybko'scia blyskawicy. 'Zrenice blyszczaly dziwacznie, a z jego piersi dobyl sie krzyk nieludzki, zwierzecy, krzyk ostry jak n'oz my'sliwski i przejmujacy do szpiku ko'sci.

Ka'ska przerazona cofnela sie kilka krok'ow ku schodom. Glos tego czlowieka przerznal nagle powietrze i triumfalnie wzbil sie az pod szklane sklepienie. W krzyku tym drgaly cale setki niewypowiedzianych wyraz'ow, jakie's rozpaczliwe pragnienie, aby zosta'c zrozumianym. W cisze panujaca dokola wpadl nagle ten krzyk wp'ol ludzki, wp'ol zwierzecy i zakolatal do wszystkich zamknietych drzwi wznoszacych sie dokola przedsionka.

Ale nikt opr'ocz Ka'ski nie zastanowil sie nad znaczeniem tego glosu. Drzwi niewzruszone, szczelnie zamkniete, polyskiwaly klamkami, a kamienna kobieta nie drgnela na swym piedestale. I powt'ornie zn'ow sie rozlegl ten wrzask, jeszcze silniejszy, gro'zniejszy niz przedtem. Chlopak patrzyl ciagle na Ka'ske, a na czole jego wystapily dwie sinawe pregi. Widocznie wydobycie glosu kosztowalo go wiele sily.

Teraz Ka'ska zrozumiala, ze ma do czynienia z gluchoniemym. Wpredce pozbyla sie obawy. Postapila kilka krok'ow, a znalazlszy sie przed kaleka, usilowala gestami wytlumaczy'c, o co jej chodzi. Nie szlo jednak latwo. Chlopiec nie m'ogl zrozumie'c, o co chodzi, a Ka'ska malo miala wyobrazenia o podobnym sposobie porozumiewania sie.

Stali tak dlugo naprzeciw siebie, czyniac najrozmaitsze gesta i nie mogac sie porozumie'c wzajemnie. Nagle gluchoniemy schwycil Ka'ske za reke i pociagnal ja w glab jednego z korytarzy. Wydajac dzikie krzyki, biegl po wojlokowym chodniku, ciagnac za soba przerazona dziewczyne. Na prawo i na lewo migaly przed nia drzwi takie same, jakie okalaly przedsionek.

Jedne z tych drzwi otworzyly sie gwaltownie. W nich ukazala sie znajoma Ka'sce posta'c malego rze'zbiarza, kt'ory ofiarowywal na podw'orku mleczarni dwa sz'ostaki za pozwolenie oblepienia ja glina. I on poznaje od razu te tega dziewczyne, ujrzana w'sr'od letniego popoludnia; wesoly u'smiech igra na jego ksztaltnych ustach. Z prawdziwa rado'scia przy pomocy gluchoniemego wciaga Ka'ske do wnetrza pracowni. Tam 'smieje sie z niej, podkrecajac wasa, usilujac nada'c swej drobnej, dzieciecej twarzyczce wyraz diabelski. Pozbyla sie wreszcie niepotrzebnego „boja” i namy'slila sie. Zrobila bardzo dobrze, bo dwie sz'ostki… to zawsze dwie sz'ostki. I z mina bogacza uderza sie po wiecznie pustych kieszeniach, dla wzbudzenia wiekszego zaufania, co jednak nie oddzialywa na gluchoniemego. Widocznie ten „pomocnik rze'zbiarski” nie daje sie bra'c na tak zwane „kawaly” i energicznymi wrzaskami zaprzecza istnieniu jakiejkolwiek monety w kieszeni swego mistrza.

Ten ostatni przeciez nie zwraca uwagi na brak uszanowania, jaki mu jego ucze'n w tak dono'sny spos'ob objawia; stoi ciagle przed Ka'ska u'smiechniety i pelen rado'sci, ze natrafil wreszcie na przyzwoity model dawno obmy'slanej Kariatydy. Ale ona przecina szybko te przedwczesne nadzieje. Nie namy'slila sie wcale, ani nie przyszla tu po dobrej woli. Pani ja poslala z listem do jakiego's pana Wodnickiego. Moze on zechce ja obja'sni'c, gdzie mozna znale'z'c tego pana. Pragnie wr'oci'c jak najpredzej do domu, ale tutaj to jak na cmentarzu, ot, jakby wszyscy powymierali — taka pustka, czlowieka spotka'c i zapyta'c nie mozna…

Wesolo's'c malego rze'zbiarza wzrasta. Wszakze to on jest Wodnickim, a ona prosi go o wskazanie, gdzie „ten pan” przebywa.

— Ach, sztukaterio jedna! — wola, zanoszac sie od 'smiechu — Poszukasz niedlugo wlasnej glowy, co's ja zostawila na dziedzi'ncu!

Gluchoniemy wydaje coraz przera'zliwsze wrzaski. Nie slyszy 'smiechu pana, ale poznaje po skladzie ust, ze to jaka's „frajda”. W przystepie rado'sci wali z calej sily mlotkiem w kawalek blachy i dobywa ze siebie skandaliczne krzyki.

Mistrz uznaje za stosowne polozy'c koniec tej lubej wesolo'sci.

— Milcz, brylo jedna! — wola, dodajac odpowiedni gest, wspanialy gest Cezara, uciszajacego tlumy.

Tlum w postaci jednego kaleki milknie i tylko gluche, przyciszone warczenie daje sie slysze'c z kata. Gluchoniemy zasuwa sie za stosy plyt gipsowych i stamtad 'sledzi uwaznie wyraz twarzy swego pana. Tymczasem Ka'ska zabiera sie do odej'scia; skoro doreczyla list, nie ma tu przeciez co robi'c. Ale rze'zbiarz jest innego zdania. List nie jest adresowany do niego; ten pan, dla kt'orego list jest wla'sciwie przeznaczony, moze nadej's'c… dobrze wiec, aby Ka'ska poczekala i rozm'owila sie z nim osobi'scie. Teraz Ka'ska tym bardziej opiera sie i kieruje sie ku drzwiom. Wspomnienie barczystego studenta napelnia ja trwoga. Pamieta go dobrze w tym niepewnym 'swietle latarni; jego zuchwale oczy i wydete wargi sprawily na niej przykre wrazenie. Instynktem wla'sciwym kobietom przeczula w nim zwierze pelne niepohamowanej namietno'sci i znienawidzila go bezwiednie. Dlatego teraz pragnie odej's'c i febrycznie chwyta za klamke, kt'ora jej maly rze'zbiarz wydrze'c usiluje.

— Nie p'ojdziesz tak szybko, ty ornamencie dziki! — wola, 'smiejac sie szczerym, serdecznym 'smiechem — Niechze cho'c dam ci karteczke, ze list mi oddala's.

Ka'ska decyduje sie zaczeka'c, a Wodnicki zaczyna szuka'c przybor'ow do pisania. Dziewczyna tymczasem rozglada sie po pracowni. Nigdy jeszcze nie byla w takim miejscu. Wprawdzie co's podobnego widziala juz, idac na cmentarz, ale zawsze nie bylo to, co tutaj.

Tam robili pro'sci robotnicy w fartuchach, a spod ich mlot'ow rodzily sie same 'swiete figury. Wiec Pan Jezus na krzyzu, z wiecznie jednakowo przechylona glowa; wysokie anioly w faldzistych sp'odnicach, z trabami w spuchnietych rekach; male dzieci przewiazane pieluszka i kleczace w bardzo niewygodnej pozie — slowem, caly ten legion figur kamiennych, ciosanych reka drzaca jeszcze od w'odki i ulicznej rozpusty, bez 'sladu natchnienia, pojecia o prawdzie, o piekno'sci cielesnej lub duchowej. Dla Ka'ski przeciez tamte wytwory sztuki byly o wiele piekniejsze i bardziej przemawiajace do jej trywialnej natury niz pr'obki geniuszu napelniajace pracownie Wodnickiego.

Pracownia ta mie'scila sie w podluznej, wysokiej salce przeznaczonej pierwotnie do innego uzytku, a za staraniem jednego z czlonk'ow wydzialu, a protektora malego rze'zbiarza, oddana Wodnickiemu na tak zwane „atelier”.

Byla to biedna pracownia ubogiego polskiego artysty, daleka od wytwornych i bajecznych przepych'ow, jakimi odznacza'c sie zwykly pracownie zagranicznych mistrz'ow. Ale bylo tam za to bogactwo talentu, przepych pr'obek genialnych, 'smiala reka w jednej chwili tworzonych i dostatek my'sli zakuwanych w material nedzny i skarzacy sie tym ub'ostwem.

Na bialych 'scianach widnialy kontury postaci kre'slone weglem, grzeszace czasem przeciw skrupulatnej anatomii, ale pelne zycia juz w swych zarysach, dla oczu znawc'ow tylko zrozumialych. Rysunki te przecinaly medaliony gipsowe lub z terakoty, porozrzucane niesymetrycznie, grupami, ot, tak w porzadku tworzenia lub w chwili kaprysu. Na medalionach tych widnialy profile rozmaitych ludzi — nieksztaltne glowy z upartymi czolami, o splaszczonych czaszkach lub czyste, klasyczne rysy, ozywione u'smiechem lub pelnym znaczenia sfaldowaniem czola. Byly tam i plaskorze'zby, niewielkie, kwadratowe lub podluzne tablice, z kt'orych do p'ol wysuwaly sie figury smuklych, nagich kobiet, ta'nczacych z tamburynami lub kapiacych sie w lekko marszczonej wodzie.

Na 'srodku pracowni staly dwie olbrzymie postacie siegajace az do sufitu nagimi czaszkami. Dwa te olbrzymy, potworne swa wielko'scia, ohydne w tym nienaturalnym zwiekszeniu, czynily wrazenie sloni zamknietych w ciasnej klatce niemieckich Thiergarten'ow.

Po odpowiednich emblematach, to jest po kluczach itd., pozna'c bylo mozna dw'och apostol'ow, Piotra i Pawla, przeznaczonych do przyozdobienia jednego z malomiasteczkowych ko'sciol'ow.

Byl to obstalunek zrobiony ze skladek poboznych parafian. Pragneli mie'c 'swietych tak wielkich jak zaden ko'sci'ol w miasteczku; rozmierzyli na lokcie, wytargowali kazdy centymetr i co tydzie'n niemal delegowano deputacje dla zbadania, czy 'swieci postapili we wzro'scie i czy rze'zbiarz trzyma sie ich uwag i wskaz'owek. Wielkie zmartwienie sprawil tej deputacji 'swiety Pawel, kt'ory przynajmniej o czolo zdawal sie nizszy od 'swietego Piotra. Chcieli mie'c 'swietych r'ownych wzrostem, aby nie obniza'c zadnego z nich w umy'sle wiernych. Przez dlugi czas nudzili Wodnickiego, aby zr'ownal glowy apostol'ow.

— C'oz to panu szkodzi podnie's'c troche 'swietego Pawla. Mozna go postawi'c na przyklad na cegielce albo na kamieniu.

Wodnicki zaciskal pie'sci i nie odzywal sie wcale, tylko od czasu do czasu rzucal taki wzrok na gromade „wiernych”, ze gluchoniemy, niemylacy sie nigdy co do natury tego wzroku, chwytal w nadmiarze przestrachu gar's'c gliny i zasmarowywal sobie twarz cala.

Ka'ska z trwoga i szacunkiem spojrzala na 'swiete figury. W malej salce zdaly sie jej olbrzymie, surowe, pelne grozy, nieublaganie spogladajace na nia szara powloka swych 'zrenic. O podstawe oparte staly cze'sci pomnika slawnego historyka zmarlego przed kilkoma laty. I na te pamiatke skladal sie nar'od, ale nie garstka kilkuset sfanatyzowanych mieszczan, lecz kilkaset tysiecy ludzi, kt'orzy kroczyli po ciemnej drodze roz'swietlanej pochodnia plonaca w dloni wielkiego pracownika.

Pracownik ten zstapil do mogily przedwcze'snie, ale pochodnia zapalona jego reka plonie na kartach ksiag, kt'ore za zycia kre'slil. I jednozgodnie rzucono sie do znoszenia ofiar na pomnik dla zgaslego historyka. Nikt nie wolal, nie uderzal w wielki dzwon, nie alarmowal i nie dzwonil dziadowska puszka. Szli wielcy i mali, a najwiecej mali, i nie'sli grosz drobny, z kt'orego to grosza urosla mala stosunkowo sumka, ale dla naszego ubogiego kraju stosowna. Wykonanie pomnika powierzono takze jednemu z „malych”, bo zmarly szczeg'olniej tych „malych” ukochal, pracujac dla nich, a uczac ich „przeszlo'sci”, w nich widzial „przyszlo's'c” kraju.

I Wodnicki odczul pragnienie zmarlego; dlatego przy pomniku nie stala zadna wp'olnaga niewiasta gaszaca pochodnie lub goly geniusz z pochylona rozpaczliwie glowa. On umie'scil u st'op pomnika male, drobne pachole, czytajace z ksiegi, zadumane nad nia, zapatrzone w karty jak w obraz cudowny.

Pachole to bylo bose i mialo na sobie koszulke przepasana krajka. Rysy tej dziecinnej twarzyczki nie tworzyly greckiego profilu. Byla to prosta, trywialna twarz chlopskiego dziecka o pomierzwionej, spadajacej na oczy grzywie. Tylko w zmarszczeniu brwi, w kurczowym zaci'snieciu ust domy'sle'c sie mozna bylo budzacej sie w tej glowie my'sli. My'sl ta drzemala lat tyle, dlatego wstawala teraz leniwie, bole'snie jako's, ale wstawala zawsze i cho'c wolno, rozwijala sie przeciez.

Wodnicki z wrodzona sobie genialna obserwacja caly ten proces budzenia sie ludu uwiezil w tej chlopskiej dziecinie siedzacej u st'op pomnika. Ksiega, z kt'orej dziecko czytalo, nosila tytul jednego z dziel zgaslego pisarza. I po c'oz mial rze'zbiarz stawia'c na strazy pomnika geniusza z zagasla pochodnia? Tylko tw'orcom dziel znikomych, przemijajacych, przystoja podobne alegorie. Historyk, odslaniajac przeszlo's'c, pracowal dla przyszlo'sci — i ta przyszlo's'c uosobiona w ludzie przypadla mu do st'op pomnika.

Wzrok Ka'ski zatrzymal sie chwile na tym dziecku bosym, biednym, znedznialem. Dziewczyna z ludu odczula mimowolnie prawde i u'smiechnela sie do tej skamienialej nedzy, kt'ora byla jej wiernym odbiciem. I ona, bedac dzieckiem, bosa i w jednej koszuli, wl'oczyla sie po lakach, okalajacych przedmie'scia. Gdy zaczela czyta'c, siadala czasem pod murem fabryki z elementarzem w reku, skurczona, z brwiami zmarszczonymi, wytezajac cala swa uwage na rozr'oznienie czarnych znaczk'ow zapelniajacych ksiazke. P'o'zniej elementarz rzucila w kat, bo do nauki nie miala czasu, ani nawet wielkiej chetki, ale pamie'c tych dni pozostala jej na dlugo. Dlatego teraz stoi u'smiechnieta, wpatrzona w to szare, kamienne dziecko, kt'ore odcina sie od plaszczyzny i w wiecznym milczeniu pograzone, przypomina jej mlodo's'c i nedze dni minionych.

Niedaleko, oparta o drewniany koziolek, stala tablica 'srodkowa, ozdobiona medalionem historyka. Wodnicki uwiecznil rysy tej twarzy z calym niemal brutalnym podobie'nstwem. Podobie'nstwo to przerazalo na pierwszy rzut oka — cialo poszarpane ospa oddane zostalo z jak najdokladniejsza prawda. Rze'zbiarz nie idealizowal, nie poprawial natury — mial model brzydki i wiernie go na'sladowal. Tylko ksztalt glowy, czola i wyraz ust wynagradzal sowicie 'slady ospy. Bylo to dzielo drobne na poz'or, ale traktowane energicznie, 'smialo, pelne brzydoty i piekno'sci zarazem, uragajace przepisanym formom, zbaczajace z wydeptanej 'sciezki. Dla Ka'ski byl to tylko „ospowaty pan”… widziala tylko poszarpane cialo, nie baczac na nic innego, nie czujac piekno'sci duchowej w profilu tej twarzy o ostrych, nieregularnych rysach

Po lewej stronie sali stal olbrzymi gipsowy Samson czekajacy na marmurowa szate, kt'orej prawdopodobnie nie mial nigdy dosta'c. Doskonaly swa meska, potezna piekno'scia, bielal w jasnym 'swietle, jak zjawisko uragajace swa nago'scia obydwom apostolom otulonym po same szyje w dlugie, faldziste plaszcze. Piekny i strojny ta nago'scia, rozsiadl sie dumnie na odlamku skaly, zapatrzony w przestrze'n, podparty na muskularnej rece. Niedaleko niego marmurowa 'Switezianka, owinieta przejrzysta siatka znaleziona pewnie w w'od glebinie, wznosila w g'ore swa posta'c biala, smukla jak lilia wodna. Poza nia jedna z artystek dramatu u'smiechala sie, prezentujac mala gl'owke strojna w grecka fryzure i smukla szyjke tonaca w falach najdelikatniej rze'zbionych koronek. Biu'scik ten powt'orzony kilkakrotnie i porozrzucany w rozmaitych punktach pracowni, mienil sie czerwonawa barwa terakoty i ozywial jakby tchnieniem zycia trupia bialo's'c gipsu lub szara powloke kamienia.

Wreszcie dokola porozrzucane w najwyzszym nieladzie lezaly rozmaite ornamenty, sztukaterie, linijki, pokruszone medaliony, popiersia kobiece, plaskorze'zby, nogi gipsowe, kawalki rak lepionych napredce z gliny — jakie's twarze pochwycone w przelocie — projekty utworzone w chwili goraczki — slowem, caly ten chaos pelen ulamk'ow, my'sli, urywk'ow, pr'obek talentu, czasem mieszczacych w sobie odblask geniuszu czasem zn'ow zgniecionych potezniejszym nad wszystko dzialaniem alkoholu. Tylko biust artystki u'smiechal sie zawsze poprawny, wyko'nczony, wypieszczony prawie. Reka, kt'ora go tworzyla, musiala by'c pewna i 'smiala, rzec mozna, ze w goraczce szarpiacej dusze rze'zbiarza, on znajdowal odpoczynek, wygladzajac te rysy — rze'zbiac delikatne kontury szyi. I ta u'smiechnieta kobietka wygladajaca z kacik'ow pracowni zdawala sie tu zapowiedzia jasnej, lepszej przyszlo'sci. Wnosila ze swym u'smiechem i figlarnym przechyleniem gl'owki wo'n porzadku i perfum do tej ubogiej, a bogatej w talent pracowni mlodego chlopca. Byla to widocznie Monna Bice Wodnickiego, strojna w koronki, z grzywka przycieta i starannie zafryzowana w tysiaczne pier'scienie.

Ka'ska stala dluga chwile na 'srodku pracowni, nie mogac wyj's'c ze zdumienia. Ogrom apostol'ow przerazal ja; nago's'c Samsona zawstydzala ja niezmiernie; patrzac na 'Switezianke, rumienila sie jak wi'snia… Pomimo swego upadku zachowala wstydliwo's'c dziecieca; ta naga kobieta spowinieta w przezroczysta siatke zawstydzala ja nad wyraz wszelki. Czeg'oz sie tak rozebrala? Czyz byla tak biedna, ze nie miala nawet koszuli? Alez koszule ma kazdy, cho'cby najwiekszy biedak na 'swiecie.

Tymczasem Wodnicki stara sie o'smieli'c dziewczyne i proponuje jej znowu pozowanie, ofiarowujac jej teraz „trzy sz'ostki” za godzine. Ka'ska odmawia; skadze moglaby znale'z'c tyle czasu? A po tym, ona nie do tego. Wodnicki wskazuje jej 'Switezianke, sadzac, ze ja tym zacheci.

— Patrz, terakoto — m'owi, wykrzywiajac sie dziwacznie — to takze ulepilem z jednej dziewczyny, co miala wiecej rozumu od ciebie. Postala przede mna pare razy i c'oz jej sie stalo? Przeciez jej nie zjadlem, a kilka ryni'ow wziela i rece mi jeszcze calowala. Tobie chce da'c wiecej, ale nie r'ob ceregieli, bo jak Boga kocham, buchne taki ornament gdzie indziej, a ty gips wsadzisz do kieszeni.

Ka'sce krew uderza do glowy, czym predzej wychodzi z pracowni, nie zegnajac sie nawet i pozostawiajac drzwi otwarte. Juz na korytarzu slyszy, jak gluchoniemy, wydajac dzikie wrzaski, zamyka za nia drzwi; ona ucieka z tych zimnych, bialych mur'ow, gdzie czuje sie prawie naga, tak jak ta biala, gipsowa kobieta owinieta tylko w siatke i ulepiona z takiej jak ona dziewczyny.

I zbiegajac po schodach, wyobraza sobie te druga sluge, rozebrana, stojaca na 'srodku tej sali, oblana cala strugami bialego, jasnego 'swiatla! Jakze ona mogla tak sta'c ta dziewczyna przed mezczyznami, wystawiajac sie na taki wstyd dla marnego grosza?! O! Ona, Ka'ska, nie zrobilaby tego nigdy, nawet gdyby z glodu jej zamrze'c przyszlo. Grzech to ciezki, a nawet nieraz slyszala, ze nagich ludzi diabli za glowy chwytaja. Ta dziewczyna musiala juz by'c ostatnia z ostatnich — zadna uczciwa dziewczyna nie pu'scilaby sie na tego rodzaju zarobki.

I w swym dziwacznym pojeciu o moralno'sci, pojeciu tak szeroko rozgalezionym pomiedzy nizsza warstwa spolecze'nstwa, kobieta ta nie czuje swego upadku, ale gromem potepienia rzuca na glowe dziewczyny, kt'ora 'smiala da'c sie „wylepi'c” z gliny tak, jak stoi, bez zadnej oslony. Z jaka's nieokre'slona odraza i wstretem ucieka z tych mur'ow, do kt'orych przeznaczenie moze zmusi ja powr'oci'c. Ona nie wie, dlaczego, ale zbiegajac po szerokich, kamiennych schodach, zdaje sie jej, ze powraca z trupiarni, w kt'orej dostrzegla swe wlasne cialo nagie, martwe, rozciagniete obok drugiego ciala kobiety, tej drugiej slugi, kt'ora naga, owinieta siatka, bieli sie jak trup przekletej istoty. I wszedzie idzie za nia ta biala gipsowa kobieta, zdajac sie uraga'c jej oburzeniu, wyciagajac swe nagie ramiona. Pelna bezczelno'sci, chwalaca sie swym cialem jakby towarem tanio nabytym lub suknia dobrze uszyta. Ka'ska przeciera oczy i pragnie odegna'c od siebie te mare. Na pr'ozno! Mimo woli wyobraza sobie te dziewczyne ubrana tak jak ona, w podarty kaftanik i zmoczona 'sniegiem sp'odnice. Suknie z niej spadaja i oto stoi naga, z rekami wyciagnietymi, przed obcym mezczyzna, kt'ory 'smieje sie z niej i szydzi. I Ka'ska czuje jakby uderzenie r'ozgi po ciele, bo teraz juz nie wie sama, czy to ona, czy ta dziewczyna zawinila w ten spos'ob. I jak zranione zwierze rzuca sie ku wyj'sciu, bo zdaje sie jej, ze te 'sciany zdzieraja z niej odziez i gwaltem przymuszaja ja do wyciagania rak, tak, jak wyciagala swe rece ta druga sluga, ta druga dziewczyna!


*


Jan dotrzymal slowa.

Nie tylko, ze nie niepokoil R'ozi i pozostawil ja lokatorka strychu, ale w dodatku ofiarowal stary siennik i wypchal go sloma. Siennik ten zani'osl sam, dowodzac, ze Ka'ska tylko slome na schodach porozwl'oczy i uwage na siebie 'sciagnie.

— Teraz sie panna buchnij i chrap — wyrzekl z galanteria do R'ozi, drzacej z chlodu i przytulonej do 'sciany, przez kt'ora wpadal zimny wicher hulajacy zreszta po calym poddaszu.

R'ozia uznala za stosowne podziekowa'c; rozwinela przy tym podziekowaniu tak bezczelna arogancje kawiarnianej slugi, ze Jan majacy do czynienia z rozmaitymi kobietami zadziwil sie przeciez tym „wytarciem w pysku” nowej swej znajomej.

Nie odchodzil przeciez; czul, ze ta obszarpana dziewczyna nie z jednego pieca chleb jadla; a po Ka'sce, nie'smialej i krepujacej go nie'smialo'scia, przyjemnie mu bylo odetchna'c atmosfera rynsztoka, jaka R'ozia unosila w swej mowie i w faldach zabloconej sp'odnicy.

— Z panny to jest numer! — wyrzekl, 'smiejac sie i wchodzac do schowanka — Musiala tez panna gromade przeskroba'c, skoro teraz jak mysz ze strachu do dziury wlazla.

R'ozia odwr'ocila glowe.

Wstydzila sie podbitego oka i si'nc'ow na twarzy. Wiedziala, ze to ja nie zdobi i dobrego wyobrazenia o dziewczynie nie daje. Ale Jan okazal sie wyzszy nad te drobnostki.

— Niech panna giemby tak nie skreca, bo juz widzialem podkowe pod okiem. To nie jest zn'ow taki wielki dyshonor. Kobiete kulakna'c to meska rzecz. Ja sam, jak kocham, a psia krew mi doje, to czasem jak z pasji naznacze, to lepiej jeszcze jak panna zasinieje. U mnie juz takze takie kochanie. Nie pytam, tylko wale…

R'ozia spojrzala na niego z wielka ciekawo'scia. Ten tegi, barczysty mezczyzna podobal jej sie coraz wiecej. Po chudym, nedznym Feliksie, Jan przedstawial sie jej oczom jak uosobienie piekno'sci meskiej. Rada wiedzie'c co'skolwiek wiecej o milostkach Ka'ski i Jana, kt'ore odgadywala wechem praktycznej w tych wypadkach kobiety; zrecznym zwrotem sprowadza rozmowe do pozadanego przez nia rezultatu.

— A Ka'ska? Te pan str'oz wali tez? — pyta, chichoczac sie w cieniu.

— A jakze! — odpowiada Jan z przechwalka — niemrawy szturmak az sie prosi o szturchniecie.

M'owiac to, nasuwa czapke na oczy i usiluje nada'c sobie ton pewno'sci. Nie udaje mu sie jednak, bo czuje w gruncie rzeczy klamstwo, jakie popelnia. Ka'ske uderzyl raz jeden tylko, owego pamietnego wieczoru, kiedy splakana, zbita, zmeczona, upadla w bramie tuz przy jego nogach. — Od tej chwili nie tracil jej nigdy. Byla zanadto dobra, lagodna, aby Jan uciekal sie z nia do podobnie przekonywajacych argument'ow. Ale on sadzi, ze dobrze jest chwali'c sie brutalno'scia przed ta dziewczyna, kt'orej twarz nosi niemale 'slady silnej, ko'scistej, meskiej pie'sci, i dlatego powtarza ciagle z dziwnym uporem:

— Niemrawa bestia! Niemrawa bestia!

R'ozia 'smieje sie uszcze'sliwiona, ze i kochanek Ka'ski „wydziwia” na nia. Wiec nie jeden Feliks ma taki brzydki zwyczaj poniewierania kochankami i obgadywania ich przed drugimi dziewczynami. Widocznie kazdy chlop wedlug jednej miary.

— O! Co tez to pan str'oz tak Ka'ske odsadza — zaczyna, chcac przedluzy'c rozmowe. — Ka'ska tega dziewczyna, a pan str'oz powinien mie'c dla niej konsyderacje, bo przecie jeste'scie para.

Jeszcze nie sko'nczyla, kiedy Jan przerwal jej gwaltownie:

— Para? He? Moze jeszcze Ka'ska pedala pannie, co mnie na 'slubnego przed oltarz pociagnie?

— A jakze! Rychtyg[29] mi to dzi's opowiadala — klamie R'ozia, pragnac dowiedzie'c sie wiecej jeszcze szczeg'ol'ow, a nagle rozdraznienie Jana jest jej w tym wielka pomoca.

— A to jezuitka! — wola str'oz z wzrastajaca zlo'scia — ja wiem, ze jej oltarz pachnie, ale to nie ze mna bedzie miala taka parade. Niech sobie szuka innych frajer'ow, ja tam do zeniaczki nieskory…

— A nie obiecywal jej pan str'oz 'slubu? — pyta R'ozia — Bo to te porzadne dziewczyny to nic bez takiej obiecanki nie zrobia.

— Eh! — 'smieje sie Jan — obiecanka cacanka, a glupiemu wesele!…

Lecz w glebi duszy my'sli inaczej.

Tak! — prawda. Obiecywal sie zeni'c, bo, bad'z co bad'z, Ka'ska byla jeszcze uczciwa, zanim przez to przeszla. Moze nawet 'zle zrobil, wyrywajac sie z obietnica, kt'orej dotrzyma'c nie my'slal. Po c'oz mu wierzyla? Czyz nie wiedziala, ze mezczyzna w danej chwili got'ow przysiac zdjecie gwiazdy z nieba, a nie pobranie sie przed oltarzem? I dziwna w nim powstaje nieche'c i zlo's'c przeciw samemu sobie, kt'ora to nieche'c zwraca ku Ka'sce z cala przewrotna logika czujacego sw'oj blad mezczyzny.

— Ma pan str'oz recht — konkluduje R'ozia — takie tam sznurowanie sie na cale zycie, to funta klak'ow niewarte. To tylko glupie dziewczyny maja ku takiej paradzie chetke, ja tam wole na wiare. Zawsze to w kazdej chwili rozle'z'c sie mozna, bez krzyku i po dobrej woli!

Janowi to rozumowanie trafia bardzo do przekonania.

— Widze, ze z panny bywalec — odzywa sie z wielka galanteria — ja lubie takie dziewczyny, co maja sw'oj rozum, a za ksiedzem nie patrza. Takie 'sluby to tylko napychanie im kieszeni, 'slub to najlepszy, jak sie dziewczyna nada; z taka to wiem, ze by mnie ani pioruny, ani woda nie rozlaczyly, cho'cbym tylko z nia zyl na wiare…

I sam nie rozumiejac dobrze dlaczego, klamie zn'ow obietnice zastosowana do poje'c dziewczyny siedzacej obok niego. Widocznie natura ulicznego pogromcy serc niewie'scich zmusza go do ciaglego klamstwa i uwodzenia pierwszej lepszej kobiety, kt'orej obecno's'c obok siebie spostrzega. Z wielkim sprytem umie uklada'c zdania swej rozmowy, aby nie obiecujac nic, wprost da'c do zrozumienia cala gotowo's'c w wypelnieniu zada'n stawianych mu jako warunki upadku. Tylko ze z ta plaska dziewczyna o podsinialych oczach latwiej sobie poradzi'c w chwili rozej'scia; ona rozumie to dobrze, ze taki Jan cale zycie z jedna kobieta wytrwa'c nie moze. Przy tym i ona musi lubi'c zmiany — przynajmniej wyglada na taka. Brzydka jest, blada i mizerna, ale Jan lubuje sie w kontrastach. Po zdrowym ciele Ka'ski pragnie dotkna'c sie wynedznialej i zniszczonej sk'ory. To zwykly mu system w wyborze kochanki.

I dziwnie rozdrazniony, podsuwa sie blizej ku R'ozi, kt'ora z u'smiechem na zgniecionych wargach nie odsuwa sie wcale. Owszem, z wielka przyjemno'scia spoglada na Jana, pragnac takze kontrastu, chcac zatrze'c wrazenie niepozornego Feliksa zblizeniem sie tegiego i barczystego str'oza. Dwie te natury pokrewne sobie odczuwaja sie i lacza latwo w'sr'od ciasnoty poddasza. Przez otwory 'zle zbitych desek wpadaja do wnetrza schowanka slabe promienie 'swiatla, za'scielajac na sienniku i lezacych dokola przedmiotach blade, anemiczne, jasne linie, odcinajac sie w'sr'od cienia, zalegajacego te katy. R'ozia patrzy juz teraz w twarz Jana o'swiecona jednym z tych bladych promieni, jej za's twarz i osoba pozostaja w cieniu. Jan czuje ja tylko przy sobie i w zwierzecym swym podraznieniu zgaduje jako's'c zmyslowych wraze'n, jakie m'oglby odebra'c za po'srednictwem tej kobiety. My'sl o Ka'sce nie powstrzymuje go, nie zwykl sie krepowa'c ze wzgledu na swe dawne kochanki, owszem, lubi we wszystkim okaza'c swa niezalezno's'c i wlasna wole.

Przy tym ta my'sl, ze Ka'ska chce doprowadzi'c go do malze'nstwa, napelnia go w'scieklo'scia. Jest wolny i moze robi'c to, co mu sie podoba. Tak! „We'zmie sie” do R'ozi, to bedzie najlepiej. W ten spos'ob przekona i Ka'ske, i wszystkich, ze o malze'nstwie nie my'sli.

Latwo's'c przystepu do R'ozi dopomaga mu w tych zamiarach. Teraz oboje siedza juz blisko przy sobie i zgadzaja sie w zapatrywaniach, tak na zycie, jak i na jego warunki. Zapomnieli zbyt predko, ile oboje winni tej dziewczynie, kt'orej chca wielka wyrzadzi'c krzywde. Mezczyzna odebral jej uczciwo's'c, zdrowie, spok'oj i prawdopodobnie 'srodki do zycia, a wzial od niej chwile nieklamanej, cho'c tylko zmyslowej rozkoszy; kobieta chronila sie w tej chwili przed wiezieniem, glodem i ostatecznym ohydnym upadkiem.

W zamian za to, w ciszy poddasza, z polaczenia dw'och zwierzecych namietno'sci wyrasta dla Ka'ski zdrada i wielki zaw'od serdeczny. Janowi R'ozia przypadla do smaku — nie przebierala w zartach i nie odwracala glowy na 'smiale koncepta, kt'ore przepelnialy usta str'oza. Rzecz dziwna! — z Ka'ska znal sie juz od dawna, a zawsze wzgledem niej czul sie 'smiesznie skrepowany; R'ozia, przeciwnie — o'smielala go nawet… Ot i teraz, gdy zartujac, przysunal sie do niej blisko i objal reka jej plaska kibi'c, ona nie usuwa sie od niego, owszem — poddaje sie temu ujeciu, poruszajac lekko plecami.

Widocznie — dziewczyna, kt'ora zycie zna i pojmuje jak nalezy…

Tymczasem — pod nimi — Ka'ska, krecac sie w swej kuchence, 'spieszyla sie z gotowaniem, otwierajac co chwila drzwi do sieni dla wpuszczenia 'swiezego powietrza. Para wydobywajaca sie z garnk'ow dusila ja, a nudno'sci wzmagaly sie co chwila. Stala sie teraz dziwnie wrazliwa na wszystkie zapachy i mdly od'or potraw przyprawial ja o przykre cierpienia. Nie pojmowala, co sie z nia dzieje; chwilami stawala jak nieprzytomna, porywajac sie to za serce, kt'ore kolatalo w niej gwaltownie za lada wstrza'snieniem, to za zeby, kt'ore zdawaly sie jej przedluzone i wystajace z szczek obolalych. Mimo to przeciez, pracowala ze zdwojona gorliwo'scia, szukajac w fizycznym zmeczeniu ulgi w tylu dolegliwo'sciach, jakie ja ciagle dreczyly.

I mijaly dnie szybko, nie przynoszac wielkiej zmiany, opr'ocz czestych wycieczek Ka'ski na strych i r'owniez czestych odwiedzin Jana u R'ozi. Ka'ska spotkala kilkakrotnie swego kochanka w schowanku, siedzacego na sienniku R'ozi i rozmawiajacego z nia przyja'znie. Ucieszyla sie serdecznie tym dowodem dobroci jego serca i wyrazila mu nawet swa wdzieczno's'c kilkoma serdecznymi slowy. Jan wszakze krzyknal na nia tak gwaltownie, ze Ka'ska w pierwszej chwili zupelnie zglupiala. Nie mial sie przeciez czego tak oburza'c, ze ona dba o rozrywke swej przyjaci'olki. Chciala mu to wytlumaczy'c, ale on zeszedl ze strychu, mruczac gniewnie i powtarzajac:

— Ach! Psia krew! Psia krew zwykla!…

Ka'ska, szczerze zmartwiona, zwr'ocila sie do R'ozi; przyniosla jej wla'snie troche rosolu, kt'ory byla kawiarka spozywala z wielkim lakomstwem. Odzywila sie juz troche na cieplej strawie, jaka jej dostarczala Ka'ska, i na w'odce, i zimnych przekaskach, jakie jej znosil ukradkiem Jan. Wygladala nawet wcale nie'zle, a Ka'ska wyprala jej i wyprasowala r'ozowa sukienke, w kt'orej R'ozia przyszla. Stopniowo robilo sie cieplej na dworze i pobyt na strychu nie byl bardzo dokuczliwy. R'ozia widocznie polubila nawet swe schronienie, bo nie wspominala nigdy o swych projektach na przyszlo's'c. Ka'ska czula przeciez, ze tak pozosta'c nie moglo i ze strych m'ogl by'c tylko chwilowym przytulkiem dla mlodej i zdrowej dziewczyny.

Nie m'owila jednak tego swej przyjaci'olce. Bala sie ja urazi'c i wywola'c zn'ow potok obelg, kt'ory w ustach R'ozi mial siedlisko. Znosila wiec R'ozi jadlo, odejmujac sobie od ust, co jej z wielka przykro'scia przychodzilo.

Stala sie w niej bowiem zmiana wielka. Trapiace ja od jesieni mdlo'sci ustapily prawie zupelnie, a natomiast rozwinela sie w niej zwierzeca prawie che'c do jedzenia, jaki's apetyt straszny, sprawiajacy prawie b'ol, gdy zadowoli'c go nie byla w stanie.

Zglodniala, wybladla, krecila sie w swej kuchence jak zwierze, kt'oremu dostatecznej ilo'sci pozywienia nie dano. Zbierala zeschle kawalki chleba, ogryzala ko'sci, lupiny od kartofli, drobne swe koszykowe kradzieze obracala na kupno rozmaitych wedlin, bulek, 'sledzi, og'ork'ow — ale wszystko bylo na pr'ozno… Bylo w niej jakie's zwierze, kt'ore pochlanialo wszystko i domagalo sie jeszcze, jeszcze!

Pomimo tego twarz jej zapadla i sk'ora na szyi wyciagnela sie tak, ze prawie zyly zna'c bylo przez zz'olkla powloke. Jan spostrzegl te zmiane. Bez zadnej ceremonii, z niedelikatno'scia wla'sciwa tylko mezczy'znie powiedzial jej to otwarcie, sprowadzajac wszystkie swe uwagi do nastepujacego zdania:

— A to psia krew zeszkapiala!

Byla to jeszcze jedna przykro's'c, jaka spadla na biedna dziewczyne. Do cierpienia fizycznego dolaczyl sie b'ol moralny. Ka'ska cierpiala na sw'oj spos'ob. Gotujac, piorac, wynoszac szafliki — zapewne, ale cierpiala takze, widzac, jak Jan obojetnieje dla niej z dniem kazdym.

Teraz juz nie szukal jej po piwnicach i ciasnych przej'sciach. Czasem nie pozdrowil jej nawet, gdy przechodzila kolo niego — odwracal umy'slnie glowe. Ona instynktem kobiecym przeczula te zmiane i starala sie przypodoba'c mu wiecej niz dawniej. Przedtem niechetnie nawet poddawala sie jego pieszczotom; nie byla namietna, a gdy on ujmowal ja w swe objecia, odwracala twarz ze wstretem przed goracym oddechem mezczyzny.

Dzi's chetnie by zgodzila sie na te, unikane dawnej przez nia chwile, nie dla siebie wszakze, o, nie, wcale! — Ale dla przywr'ocenia pomiedzy soba a swym kochankiem dawnej zazylo'sci i tej sp'ojni, jaka odbierana i dawana rozkosz wytwarza. Ka'ska nie rozumowala jednak w ten spos'ob; czula tylko, ze sie pomiedzy nimi „urwalo”, i chciala nawiaza'c na powr'ot zerwany wezel. Nie wiedziala przeciez, jak sie juz wzia'c do tego. Wszystkie najlepsze jej checi rozbijaly sie o lodowa obojetno's'c Jana, a ostatni sad jego o „zeszkapieniu” dobil ja do reszty. Czula sie bezsilna; zrozumiala, ze stracila kochanka, i nie miala sposobu, aby go odzyska'c.

Postanowila zwierzy'c sie R'ozi, ale ta ostatnia, zamiast da'c jej jaka's praktyczna rade, zaczela 'smia'c sie z niej jako's dziwnie, m'owiac przy tym:

— W takich okoliczno'sciach rady nie ma. Pu's'c go takze w trabe i nie z'ol'c sie. To zwyczajna kolej, ze chlop z poczatku chodzi kolo dziewczyny, a p'o'zniej i nie splunie w te strone. Ja bym tam nie suszyla sobie nad tym glowy!

Ale Ka'ska nie chce zrozumie'c tego zwyklego porzadku rzeczy. Bez przyczyny tak ja rzuca'c? Przeciez to okropne… Ona w niczym nie zawinila; troche przyz'olkla na twarzy — alez to nie jej wina.

R'ozia wzrusza ramionami.

— Eh, moja's ty! — odzywa sie po chwili. — Cholera wie, co sie tym chlopom podoba; dzi's ci powie, ze's kr'olowa 'sliczno'sci, a bez dzie'n nazwie cie tlumokiem… A zreszta, moze juz inna mu w leb wlazla — dodaje cichszym glosem.

Ale Ka'ska porywa sie nagle z niezwykla u niej energia.

— Inna? Inna? — wola pelna wzburzenia i niebywalej u niej zlo'sci. — Dalabym ja tej bestii, no…

Wzruszenie tamuje jej glos, m'owi'c dalej nie moze, ale wysoko podniesiona reka grozi ciagle tej „innej”, grozi w nieublaganym rozdraznieniu, dziwnym w tej cichej i lagodnej istocie.

R'ozia podnosi glowe i patrzy chwile na Ka'ske, wielka, silna, wznoszaca swa olbrzymia posta'c wysoko i potegujaca sie jeszcze w ciasnej przestrzeni, w jakiej sa obie zamkniete.

— I c'oz by's jej zrobila, co? — pyta, nie dowierzajac energii dziewczyny, kt'ora do tej chwili przywykla uwaza'c za uosobienie bezkrwistej powolno'sci.

— Ja? — odpowiada Ka'ska, zaciskajac pie'sci. — Ja bym jej slipie wybila! Morde roztlukla! Leb rozwalila!… Ja bym ja… zabila!…

Ostatnie slowo wymawia przeciez ciszej i za chwile, lkajac glo'sno, osuwa sie na brzeg siennika. Teraz juz cala energia opu'scila ja — bylo to sztuczne podniecenie wywolane przez bezustanne cierpienia. Szlochajac i zawodzac zalo'snie, spowiada sie przed R'ozia ze wszystkiego, z calego przebiegu swej znajomo'sci z Janem. Tamta slucha ja ciekawie. Nagle przerywa opowiadanie Ka'ski, pytajac niedowierzajaco:

— To's ty nie miala przed nim nikogo?

Ka'ska porywa sie oburzona.

— Nie wiesz, czy co? Bylam do tych por uczciwa dziewczyna… tylko bez niego sie ta rzecz stala!

R'ozia czuje sie podrazniona slowami Ka'ski. Uczciwa dziewczyna! — Prosze, wiec ona, R'ozia, nie byla nia nigdy, bo, jak dawno pamiecia zasiegna'c moze, wl'oczyla sie juz z bandami chlopc'ow po rowach i gestwinach przydroznych. Ale niepotrzebnie Ka'ska parade ze swa uczciwo'scia robi i tak sie wywyzsza. Ona wie, czym moze ja upokorzy'c i w proch zetrze'c.

— Jan gadal — zaczyna powoli, starajac sie wszakze nie patrze'c na Ka'ske — co on wzgledem ciebie nijakich obowiazk'ow nie ma, bo nie on u ciebie jest pierwszy. Gadal, co wie dobrze od ludzi, ze's ty…

Ale doko'nczy'c nie moze. Ka'ska chwyta ja za ramie i wstrzasa gwaltownie. Jak to? Wiec Jan m'ogl to powiedzie'c? On wla'snie? Nie do's'c, ze jej wyrzadzil krzywde tak wielka, jeszcze ja ha'nbi przed lud'zmi?… R'ozia, przerazona, stara sie ja uspokoi'c. Ot — zwykla rzecz, chlop szelma — to wiadome przeciez kazdej kobiecie.

Ale Ka'ska nie chce tej prawdy zrozumie'c, zyje jeszcze sama za kr'otko i cho'c od dziecka widzi nedze i b'ol, przez jakie podobne jej istoty przechodza, wobec spadajacego na nia nieszcze'scia buntuje sie rozpaczliwie. Obelga rzucona na nia przez Jana szarpie nia i wstrzasa calym jej jestestwem. Ona nie byla uczciwa! — Ona przed nim miala juz kochank'ow! Nie, to za wiele, za wiele! Ale ona sie pom'sci, niech tylko znajdzie te niegodziwa, kt'ora Janowi w oczy lezie i zabiera jej meza! Tak! Bo Jan przyrzekl sie z nia ozeni'c, powiedzial to sam i slowa pewnie dotrzyma, mimo wszystko… I pelna rozpaczy, chorobliwie rozdrazniona, m'owi ciagle, przerywajac sobie slowa lkaniem wydzierajacym sie z jej piersi. Nie zwraca uwagi na R'ozie, kt'ora na wzmianke o ozenieniu wzrusza ramionami, ale wylewa z siebie cala te bezbrzezna rozpacz, kt'ora nosi w sobie od chwili upadku. Teraz cala jej my'sl koncentruje sie na znalezieniu nowej kochanki Jana i na rozprawieniu sie z nia w spos'ob jej wla'sciwy. Jest przekonana, ze gdy usunie ja ze swej drogi, Jan dotrzyma przyrzeczenia i zaprowadzi ja przed oltarz. To pewnie ta niegodziwa wstrzymuje go — nic innego.

— Marna jej godzina! Marna jej godzina!… — wykrzykuje w rozzaleniu, schodzac po waskiej drabince prowadzacej na strych.

I dziwna jaka's energia budzi sie w niej razem z podejrzeniem o zdradzie kochanka; chce, bad'z co bad'z, odzyska'c Jana, uwazajac go jako swa prawa wlasno's'c. Dlatego z niezmierna gorliwo'scia zaczyna 'sledzi'c kroki str'oza. Wie, o kt'orej godzinie wydala sie z domu, i niewidocznie postepuje za nim, chcac dowiedzie'c sie, dokad zdaza. Na pr'ozno przeciez 'sledzi go, bo Jan najregularniej udaje sie przed poludniem do szynku, gdzie siedzi cala godzine, a wieczorem odbywa te sama droge. W szynku nie ma nawet poslugaczki, tylko za szynkwasem stoi sama wla'scicielka, niemloda juz kobieta, kt'ora Ka'ska nie moze posadzi'c o stosunki z Janem. Opr'ocz tych dw'och godzin, Jan pozostaje w obrebie kamienicy, zamiatajac dziedziniec lub naprawiajac popsuty dach ponad g'ora do wieszania bielizny.

Poczatkowo Ka'ska bala sie bardzo, ze sprowadzeni dekarze odkryja R'ozie w jej schronieniu, ale Jan z wielka uprzejmo'scia podjal sie sam naprawi'c niewielkie zreszta uszkodzenia. Ka'ska serdecznie mu byla wdzieczna za troskliwo's'c o bezpiecze'nstwo jej przyjaci'olki i odtad Jan dlugie chwile spedzal na strychu, pracujac zapewne nad zalataniem i poprawieniem dachu. Ka'ska przeto lamala sobie glowe, nie mogac odkry'c swej rywalki, o kt'orej istnieniu byla jednak przekonana. Kobiety maja dziwny w tych wypadkach instynkt, jaki's glos tajemniczy ostrzega je zwykle i nie zawodzi nigdy.

Nie mogac nic odkry'c na zewnatrz, Ka'ska zwr'ocila swe poszukiwanie wewnatrz kamienicy. Ale nic ja nie moglo naprowadzi'c na 'slad istotny. Slugi pani hrabiny nie patrzyly na str'oza — jedna zbyt byla zajeta zakrystia i ko'sciolem, druga zwr'ocila wla'snie uwage samego hrabicza i z aprobata poboznej hrabiny szczycila sie wzgledami wybladlego mlokosa. Slugi tapicer'ow i inne kobiety pelniace funkcje pokoj'owek lub kucharek w oficynie byly prawie wszystkie stare lub mialy kochank'ow, kt'orym oddawaly bez podzialu swe serce i cale garnki rosolu, barszczu lub innych delikates'ow.

Pozostawala jeszcze Marynka, ale ta od pewnego czasu zmienila sie znacznie. Zbladla, zmizerniala i kaszlala ciezko. Wl'oczyla sie po dziedzi'ncu dziwnie osowiala, bez tej wesolej pustoty, kt'ora dawniej 'smiala sie z calej jej postaci. Suchy, urywany kaszel rozdzieral jej piersi, rozlegajac sie jak dzwon pogrzebowy w'sr'od ciasnej klatki schod'ow, po kt'orych wolno, trzymajac sie poreczy, schodzila. Snad'z goraczkowe zycie, pelne podniecajacych likier'ow, p'o'zniej nocnej hulanki; wyniszczylo ten mlody organizm, kladac w piersi dziewczyny zar'od 'smiertelnej choroby. Chwilami zrywala sie jeszcze do zycia, biegnac za rogatki i pijac „bruderschaft” z ulanami, ale kieliszek wypadal z drzacej reki, a ciemne, wielkie oczy zaslaniala mgla, poza kt'ora majaczylo widmo strasznego zgonu. Na Jana nie zwracala juz uwagi, przesuwajac sie kolo niego chmurna i zamy'slona. Powoli przestala uczeszcza'c i za rogatki i usunela sie od towarzystwa mezczyzn, kt'ore pierwej przenosila nad wszystko. Rzec mozna, ze jaka's glucha nienawi's'c powstala w jej piersi do tych wszystkich ludzi, kt'orym kolejno padala w objecia bez troski o jutro, o to, co p'o'zniej z nia bedzie. Roztrwaniala z nimi skarby zdrowia i mlodo'sci, rozrzucajac hojnie swe pocalunki i palace pieszczoty; oni czerpali te mlodo's'c i sile bez najmniejszych skrupul'ow, 'smiejac sie poza jej plecami lub rzucajac jej za chwilowa rozkosz posrebrzany pier'scionek lub inne cacko. Dzi's, gdy pozostala sama ze swym cierpieniem, zalowala gorzko zmarnowanych sil, a straszna nienawi's'c i bezmierny zal budzil sie w niej na widok dawnych swych kochank'ow. Oni byli ciagle zdrowi, silni, zadni zabaw, rozkoszy, nowych pieszczot i hulanek — ona wl'oczyla swe wychudle cialo, kaszlac ciezko i meczac sie w'sr'od bezsennych nocy.

Teraz innym juz wzrokiem spogladala na Ka'ske. Zawsze byla przekonana o uczciwo'sci tej dziewczyny i przeczuwala, jaki obr'ot przybierze jej stosunek z Janem. Wiedziala, ze czy predzej, czy p'o'zniej Jan porzuci Ka'ske, bo co do tej ostatniej, to posadzi'c ja nie mozna bylo o opuszczenie kochanka. Marynka w swej dlugiej praktyce doszla do nastepujacej konkluzji. Je'sli kobieta sie nie po'spieszy i nie porzuci mezczyzny, to z pewno'scia zostanie w kr'otkim czasie porzucona. Ka'ska nie po'spieszyla sie — i zostala zdradzona. Marynka w swej pogardzie dla mezczyzn przewidziala to wszystko i patrzyla na Ka'ske z pewnym politowaniem. Mimo tej calej zlo'sci, jaka pierwej „zionela” ku „tlumokowi”, 'sledzila zmiane na twarzy Ka'ski i rozumiala pow'od tejze zmiany. Co wiecej, wypadkiem odkryla R'ozie w objeciach Jana i z dziwna zmienno'scia zaczela sympatyzowa'c ze zdradzona Ka'ska. Kilkakrotnie chciala ja przestrzec i wskaza'c jej, gdzie przebywa obecna kochanka Jana, ale wrodzona kazdej kobiecie delikatno's'c nie dozwalala jej przyj's'c do slowa. Wypadek wszakze podburzyl ja i naklonil do sprowadzenia katastrofy. Jan od pewnego czasu stal sie dla niej bardzo opryskliwy. Gdy z najwyzszym wysilkiem niosla konewke wody, wylewala czesto cale strugi, kt'ore 'sciekaly daleko po stopniach schod'ow. Jan wpadal wtedy w zlo's'c wielka i nie oszczedzal wcale swej dawnej kochanki, nazywajac ja „latawcem” i B'og wie jakimi nazwy. Marynka zaciskala usta i wchodzila wolno na g'ore, trzymajac sie konwulsyjnie poreczy. W glowie jej rodzila sie my'sl gorzka. Ot — co zyskala, wl'oczac sie z mezczyznami! Zdrowie stracila i dobrego slowa uslysze'c nawet nie moze. Och! Gdyby raz jeszcze wr'ocily jej sily, wiedzialaby, jak sie zachowa'c i co robi'c!

Tymczasem jej glucha nienawi's'c do wszystkich mezczyzn koncentrowala sie gl'ownie na Janie. Innych swych kochank'ow nie widywala prawie, wychodzac teraz malo. Ale on byl ciagle kolo niej, krecil sie przed jej oczami, uosabiajac czastke jej zguby, jej obecnego nieszcze'scia. Ta napa's'c Jana, to nazwanie jej „latawcem” wtedy, kiedy on sam ja na to „latanie” namawial i wyciagal, zdalo sie jej niesprawiedliwo'scia wielka. Cala wiec swa sympatie zwr'ocila na Ka'ske, kt'ora widziala wybladla i cierpiaca. Odkad sama zachorowala, odczuwala lepiej cierpienie drugich. Ona sama upadala na silach, a przyczyna jej zguby byli mezczy'zni; Ka'ska slabla takze z tegoz samego powodu, a w dodatku byla zdradzona.

Nie! Marynka na to obojetnym wzrokiem patrze'c nie mogla.

I raz zeszly sie kolo studni te dwie dziewczyny, przed rokiem kwitnace zdrowiem, zbytkiem sil i mlodzie'nczej krasy. Wiosna 'smiala sie dokola, 'scielac ziele'n i promienie sloneczne. Poza sztachetami oddzielajacymi dziedziniec od spadzistej powierzchni placu zielenila sie mloda trawa, przysypana lekko pylem miejskim. W dali zolnierze biegali szybko, formujac r'owne linie lub lamiac sie w dziwaczne zygzaki. Wal kolejowy nie zazielenil sie jeszcze, tylko wznosil sie szary, krecac sie jak waz olbrzymi, polyskujacy gdzieniegdzie nowymi, 'swiezo ukladanymi szynami.

Marynka spojrzala pierwsza na nienawidzona dawniej przez siebie dziewczyne. W tym slo'ncu wiosennym twarz Ka'ski zdawala sie jeszcze z'olciejsza, a oczy bardziej zapadlymi. Od zaj'scia na strychu obie dziewczyny nie rozmawialy ze soba zupelnie. Niemniej i Ka'ska dostrzegla zmiane w twarzy Marynki. I obudzila sie w ich sercach wzajemna lito's'c wielka, lito's'c prawdziwie kobieca. Marynka z wysilkiem chwycila za pompe, aby utoczy'c troche wody, ale silny napad kaszlu przeszkodzil jej w dopelnieniu tej pracy. Chwile stala oparta o zelazo pompy, z glowa pochylona, z twarza wykrzywiona od kaszlu wydzierajacego sie z jej piersi. Wtedy Ka'ska zblizyla sie do kaszlacej dziewczyny i usunawszy ja lagodnie, zabrala sie do pompowania wody.

Marynka, milczac, przyjela te pomoc. Ulatwialo jej to znacznie zblizenie sie do Ka'ski, czego goraco pragnela. Ka'ska, napelniwszy konewke, odstawila ja na bok i przysunela sw'oj dzbanek, kt'ory z kolei napelni'c chciala. Ale i jej zabraklo sily, a serce zaczelo w niej bi'c tak gwaltownie, ze zmuszona byla odpocza'c chwile, a nawet usia's'c na studni.

Marynka pierwsza przerwala milczenie.

— Panna takze co's niezdrowa — zaczela powoli — a taka panna byla rosla i tega, jak tutaj nastala.

Ka'ska zdziwiona podnosi glowe.

Czyz to rzeczywi'scie Marynka odzywa sie do niej tak przyjaznym glosem? Przyzwyczajona slysze'c od tej dziewczyny tylko drwiny i dokuczliwe zarty, nie moze zrozumie'c przyczyny tej zmiany. Nie wchodzi jednak w szczeg'oly, widzi tylko przed soba twarz przychylna, slyszy uprzejmy d'zwiek glosu i uszcze'sliwiona odwraca sie ku swej nieprzyjaci'olce, zapominajac o doznanych zniewagach. Jest teraz tak nieszcze'sliwa, ze kazde slowo wypowiedziane przychylniej rozrzewnia ja i napelnia wdzieczno'scia wielka.

Marynka dostrzega wrazenie, jakie jej odezwanie sie wywarlo na Ka'sce, nie dozwala wiec upa's'c tej rozmowie.

— Panna bardzo sie tu zmarnowala — odzywa sie, zblizajac do Ka'ski — a to wszystko bez swoja glupote. Kto widzial, tak sie w jednym chlopie zaprzepa'sci'c, to zawsze taki koniec by'c musi!

Ka'ska uznaje za stosowne obroni'c sie przed podobnie 'smialymi zarzutami.

— Ja sie tam w nikim nie zaprzepaszczalam — odpowiada. — Zmarnialam, sama nie wiem czemu. Moze mnie kto urzekl…

Marynka u'smiecha sie ironicznie.

— Oj! Urzekl panne taki diabel, kt'ory nas wszystkie urzeka. Nie nowina to dla mnie, ale dla panny, ja wiem, ze to pierwszyzna. Dlatego mnie sie dziwi, ze panna nie wynalazla sobie kogo's z honorem na pierwszego, a padla od razu w rece takiemu nicponiowi jak Jan. Jak spada'c z konia to niechaj z dobrego!

Twarz Ka'ski pokryla sie ciemnym rumie'ncem.

U'smiecha sie z przymusem i biorac konewke, gotuje sie do odej'scia.

— Panna Marynia sobie zartuje — m'owi wolno. — Jan nic memu zmizerowaniu nie winien; haruje dzie'n caly po trzecim, to bez to harowanie zmarnowalam sie na nice.

Ale Marynka zatrzymuje ja, chwytajac za faldy sp'odnicy. Sama jest juz bezsilna, ale chce druga kobiete uzy'c za narzedzie swej zemsty. A moze — kto wie — lituje sie nad Ka'ska i pragnie otworzy'c jej oczy i ukaza'c zdrade Jana w calej nago'sci. Nerwowe fantazje kobiet sa tak niedo'scignione, a sluga ma jednakowa ilo's'c nerw'ow jak kazda inna kobieta.

— Panna Ka'ska nie spostrzegla, ze Jan sie sprzeniewierza, ze musi mie'c inna, za kt'ora lata?

Ka'ska, slyszac to pytanie, zatrzymuje sie nagle. Czy ona nie spostrzegla chlodu swego kochanka! Alez tak, od dawna my'sl ta dreczy ja dniami i nocami calymi. Marynka musi wiedzie'c blizsze szczeg'oly, ona jej powie cala prawde. Szybko wiec obraca sie ku dawnej rywalce, kt'ora drzacymi z oslabienia rekami trzyma ciagle faldy jej sp'odnicy. Gwaltownym ruchem Ka'ska wydziera sp'odnice z rak dziewczyny i staje tuz przed nia, schylajac twarz swoja tak blisko, ze goracy jej oddech owiewa Marynke.

— Panno Marynko! — zaczyna cicho, urywanym prawie glosem. — Panno Marynko, je'sli panna ma Boga w sercu, prosze, gadaj… gdzie sie ta psiakrew chowa… Juz ja szukalam wszedzie… chodzilam za nim… po szynkach, po ulicy i nic znale'z'c nie moglam…

Oddychala ciezko, serce bilo w niej tak gwaltownie, ze az uderzenia te odbijaly sie jej w glowie, w skroniach, w uszach.

Marynka patrzyla na nia dluga chwile, a na jej wybladlej twarzy zaczela sie malowa'c lito's'c wielka. Nie m'owila wszakze nic — zdawala sie walczy'c ze soba.

Ale Ka'ska na nowo zaczela prosi'c goraco i teraz przyklekla juz prawie, aby sie zr'owna'c z siedzaca na studni dziewczyna.

— Panna Marynka nie wie — m'owila, goraczkowo zaciskajac pie'sci — Jan obiecal sie ze mna zeni'c. I bylby dotrzymal, gdyby nie ta szelma, co mi go zabrala… Ja mam do niego prawo, jak do 'slubnego, bo inaczej nie bylabym sie nigdy zgodzila na niepoczciwe kochanie i na ludzka poniewierke… Panno Marynko zlota, powiedz mi, kogo on ma teraz, a ja sobie z nimi rade dam i Jana na powr'ot dostane. Ale niech ino wiem, kt'ora!… niech wiem, kt'ora!… niech wiem!

Rozpacz szalona ja ogarniala. Tego ranka byla glodniejsza niz kiedykolwiek, to ja doprowadzalo takze do w'scieklo'sci i podbudzalo w dziwny spos'ob. Rozdraznienie jej doszlo do punktu kulminacyjnego; prosila jeszcze Marynke o wyjawienie tajemnicy, znizala sie do pro'sby, gdyby jednak ta odm'owila uczyni'c zado's'c jej blaganiom, gotowa byla rzuci'c sie na nia i sila zmusi'c do odkrycia prawdy.

Ale Marynka nie miala zamiaru doprowadzi'c do tej ostateczno'sci. Teraz juz byla zdecydowana powiedzie'c wszystko. Gdy Ka'ska przyznala sie, ze Jan uczynil obietnice ozenienia sie, Marynka poruszyla sie niecierpliwie. Cho'c wiedziala, ze mezczy'zni czynia czesto podobne obietnice i nie dotrzymuja r'ownie czesto, oburzala sie na postepek Jana, kt'ory doprowadzil do zguby latwowierna Ka'ske. Teraz — gdy razem z cierpieniem fizycznym zaszla w niej zmiana moralna, gdy inaczej zaczela patrze'c na kobiety, a znienawidzila mezczyzn, doszla do przekonania, ze Ka'ska musiala by'c uczciwa dziewczyna, a Jan oszukal ja haniebnie, „nabrawszy na zeniaczke”. Postanawia wiec nie oszczedza'c str'oza i pochylajac sie ku kleczacej Ka'sce, wskazuje wysoko, az na tr'ojkatne okienka strychu czerniace sie pustymi otworami na tle szarawego dachu.

— A tam! — m'owi szybko — Tam nie ma to panna Ka'ska przyjaci'olki, co to caly dzie'n siedzi w schowanku jak takie, co ryje i tylko je a pije, co jej panny Jan po calych dniach znosi. To panna sie nie domy'slila, ze oni sie zwachali i tam romanse wyprawiaja…

Ka'sce wszystka krew uderzyla do glowy. R'ozia? — Alez to by'c nie moze! Jak to? Wiec wtedy, gdy ona odejmowala sobie chleb od ust i glodzila sie, aby tylko ja ocali'c od ha'nby, tamta zabierala jej kochanka, meza… Nie! To chyba klamstwo! Marynka albo klamie, albo sie jej zdaje tylko… To byloby zanadto podle! Zanadto niegodziwe. Ale Marynka teraz pragnie dowie's'c, ze ma sluszno's'c, ze sie nie myli wcale i wie dobrze, co m'owi. I z cala okrutna szczero'scia opowiada Ka'sce wszystko, co podsluchala, co podpatrzyla w ciagu tych ostatnich tygodni.

Zreszta niech tylko Ka'ska uda, ze nie wie o niczym, przyczai sie, a pilnie 'sledzi — odkryje sama cala prawde i przekona sie, ze ona, Marynka, wcale nie klamie. Ale Ka'ska juz nic nie slucha. Wierzy teraz wszystkiemu, zaslona spada jej z oczu, przypomina sobie teraz wiele rzeczy dokladnie i rozumie, dlaczego R'ozia nie chce opu'sci'c strychu, a Jan zawsze ucieka, skoro go Ka'ska u przyjaci'olki zastanie. I to ona! Ona sama wprowadzila R'ozie do domu i prosila Jana, aby pozwolil jej nocowa'c na strychu…

I nagle jak zranione dzikie zwierze porywa sie Ka'ska z ziemi i rzuca ku schodom. Nie zwaza na wolanie Marynki, kt'ora pragnie ja uspokoi'c, biegnie jak szalona po schodach, czepiajac sie mur'ow, poreczy, drac w przystepie szalu odziez, wyrywajac wlosy…

Jak burza wpada na poddasze, kierujac sie prosto ku schowanku. Marynka nie klamala. Cho'c drzwi schowanka zamkniete, ale ona przez szczeliny desek widzi doskonale R'ozie oparta poufale na piersi Jana. Siedza tak spokojnie, zatopieni w trywialnych pieszczotach, kt'orych oboje nigdy nie sa syci, rozumiejac sie bardzo dobrze w swej chorobliwej namietno'sci. Ale gwaltowne wstrza'snienie calej 'sciany przerywa im niczym dotad niezakl'ocony spok'oj; jaka's pie's'c konwulsyjnie bije w cienkie, 'zle pospajane deski… Oboje zrywaja sie tknieci jedna my'sla. To nikt inny, tylko Ka'ska musi by'c z tamtej strony 'sciany. Tak! To ona w przystepie szalonej rozpaczy czepia sie desek i wstrzasa nimi, pragnac rozwali'c 'sciane i dosta'c sie do wnetrza schowanka. Straszny, urywany krzyk wydobywa sie z jej piersi. Jest co's zwierzecego w tym glosie, kt'ory z przerazajaca ostro'scia rozlega sie po pustym strychu.

Jan decyduje sie otworzy'c schowanko, gdyz slusznie obawia sie, ze krzyk Ka'ski i wstrzasanie 'sciany sprowadzi'c moga przerazonych lokator'ow. Otwiera drzwiczki i posuwa sie ku Ka'sce, kt'ora nieprzytomna prawie, zsiniala, z poszarpana odzieza, rzuca sie ku niemu ze zdwojona w'scieklo'scia. On wysuwa rece, pragnac sie zasloni'c przed spodziewanymi razami, ale ona odtraca go z nadzwyczajna sila i wpada do schowanka, gdzie stoi drzaca i przelekniona R'ozia.

W jednej chwili Ka'ska chwyta swa przyjaci'olke za wlosy i obala o ziemie. Rozpacz, zaw'od doznany dodaja jej sily. Grad uderze'n spada na glowe i plecy R'ozi, Ka'ska traci miare i 'swiadomo's'c swych czyn'ow. Caly b'ol i cierpienie dni ostatnich odzywaja sie w niej ze zdwojona gwaltowno'scia.

Te kobiete, kt'ora szukala dniami i nocami calymi… Ma ja! Ma teraz pod reka, nie wypu'sci ja zywa! Spelni swa gro'zbe — zabije!… zabije!..

Jeki kaleczonej R'ozi rozlegaja sie dokola. Jan usiluje oderwa'c Ka'ske od jej ofiary, jakkolwiek jest silny, przychodzi mu to z trudno'scia. Krzyk Ka'ski przemienia sie w ryk prawdziwie zwierzecy; kobieta cicha, lagodna, pod wplywem cierpienia zamienia sie w hiene; Ka'ska robi w tej chwili wrazenie dzikiego zwierzecia draznionego w jego wlasnym gnie'zdzie.

Wpredce poddasze zaczyna sie napelnia'c lud'zmi. Krzyki dziewczyn rozlegly sie po kamienicy i podw'orku, a przy tym Marynka, widzac biegnaca ku schodom Ka'ske, domy'slila sie, ze cala ta sprawa nie zalatwi sie w spokoju. Pobiegli wiec wszyscy, i slugi pani hrabiny, i sklepiczarka, i nia'nka od tapicer'ow, mamka od stolarza, nawet sama stolarka i tapicerka. Poddasze pelne bylo samych prawie kobiet, dlatego nikt nie odwazal sie zblizy'c do schowanka, w kt'orym wil sie klab zlozony z trzech cial ludzkich maltretujacych sie wzajemnie. Na koniec udalo sie Janowi oderwa'c Ka'ske od R'ozi i wywlec ja na 'srodek strychu. Z wielkim swym wstydem zobaczyl caly tlum ciekawych i pobladlych ze strachu kobiet tloczacych sie przy wej'sciu i patrzacych szeroko rozwartymi oczami na poszarpana i krwia oblana Ka'ske. R'ozia, broniac sie, oddawala Ka'sce wszystkie uderzenia, uzywajac w potrzebie paznokci, a nawet zeb'ow. Jan mial takze odziez porwana i 'slady krwi na twarzy. Teraz jego ogarnela w'scieklo's'c i niepowstrzymana che'c zbicia Ka'ski. Jak to? Wiec ona 'smiala go wystawi'c na po'smiewisko ludzkie? Ten tlumok, od kt'orego nie wie, jakim sposobem odczepi'c sie… I z cala furia rzuca sie ku swej kochance, a schwyciwszy ja za szyje, oklada pie'scia w glowe, wolajac przy tym:

— Na[30] tobie 'slub, ty psia krew sobacza!… Zeni'c sie bede moze? Na tobie zeniaczke!…

Ale, rzecz dziwna, Ka'ska nie oddaje mu raz'ow — rece jej opadly wzdluz korpusu, a glowa pod sila uderze'n przechyla sie to na jedno, to na drugie ramie. Usta jej szepcza teraz cicho, ze lkaniem, ze lzami:

— Janie! Nie bij! Nie krzywd'z mnie tak ciezko!…

Ale on nie slyszy tego glosu, nie widzi jej lez. Ta dawna uleglo's'c w przyjmowaniu jego brutalno'sci, zamiast ulagodzi'c, podnieca go tylko w nadzwyczajny spos'ob. Zn'ow gra „jezuitke”, ale on wie, czym jej ten „jezuityzm” wygna'c z glowy.

U drzwi gromada kobiet patrzy, nie rozumiejac przyczyn calej tej historii. R'ozia zamknela sie w schowanku i upadlszy na siennik, skryla sie zupelnie w cieniu. Widza wiec tylko Jana bijacego Ka'ske, wiedza, ze w schowanku jest jeszcze kobieta, ale kto ona i skad sie wziela — nie rozumieja tego zupelnie.

Teraz Ka'ska pod razami Jana upadla na podloge strychu, a on kilkoma kopnieciami noga zadowoliwszy swa zemste, obciera twarz skrwawiona i przyprowadza odziez do porzadku. Przerywanym jeszcze glosem mruczy ciagle:

— Na tobie 'slub! Ty jezuitko! — gdy nagle urywa i zmarszczywszy brwi, spoglada ku wej'sciu.

Pomiedzy tlumem kobiet ukazuja sie nagle dwa ciemne mundury blyszczace podw'ojnym rzedem guzik'ow i zlota blacha p'olksiezyc'ow policyjnych. To Marynka w przystepie gorliwo'sci pobiegla po policje, widzac w rzadowej interwencji najwla'sciwsze rozwiazanie calej tej sprawy. Kobiety rozsunely sie ze szmerem, a obaj „policaje” postapili na 'srodek strychu. Jan, w pierwszej chwili niezmiernie zmieszany, odzyskal przytomno's'c. Policaje byli jego dobrzy znajomi i nieraz wypili bruderschaft, pomimo odmiennych zapatrywa'n Jana. Kieliszek jednak godzil ich wyznania wiary — cesarsko-kr'olewscy sludzy przyznawali sie do przyja'zni w wiecznej opozycji bedacego str'oza.

Poniewaz jednak „skandal” mial miejsce, a oni byli reprezentantami wladzy, trzeba bylo wymierzy'c sprawiedliwo's'c i zabra'c kogo's na „inspekcje”. Taki byl naturalny bieg rzeczy.

Jan wpredce zrozumial, co mu czyni'c wypada. Szybko wskazal na lezaca na ziemi Ka'ske, dodajac, ze ta dziewczyna, upiwszy sie, przyszla na strych, wszczela z nim kl'otnie i porwala sie do bicia…

— Niech pan podkomisar we'zmie ja do bezyrku, to sie wytrze'zwi, bo to taka psia noga, ze ludziom spokojnie przej's'c nie da — zako'nczyl, trafiajac w slaba strune starszego policjanta, kt'orego zatytulowal nieistniejaca nazwa „podkomisara”.

Poglaskany w swej pr'ozno'sci policjant skinal uprzejmie glowa w strone str'oza i kopnawszy Ka'ske, nakazal jej podnie's'c sie natychmiast.

Ona usluchala w milczeniu i podniosla sie z najwyzszym wysilkiem, zwracajac ku swemu kochankowi pobita i pokrwawiona twarz, na kt'orej nie pozostalo juz 'sladu niedawnej w'scieklo'sci. Tylko najwyzszy b'ol i cierpienie zarysowaly sie w jej oczach, gdy policjanci, otoczywszy ja, popchneli ku wyj'sciu. Zrozumiala wpredce, ze prowadzi'c ja beda „na policje” — prowadzi'c w'sr'od zbiegowiska gawiedzi, jak pijaczke, jak ostatnia z ostatnich, wzieta z b'ojki ulicznej!

I z cala trwoga i reszta dobrej wiary w serce mezczyzny, kt'oremu oddala wszystko, co miala najdrozszego w zyciu, wyciagnela rece, jakby szukajac ratunku i pomocy u tego, kt'ory przed chwila katowal ja nielito'sciwie.

— Janie! — zawolala drzacym od wysilku glosem. — Janie, nie daj mnie bra'c!… ja nie moge i's'c na policje, nie daj mnie!…

Ale glos jej zamarl predko i lkanie ucichlo pod strychem.

Policjanci gwaltownymi 'srodkami przymuszali ja do opuszczenia poddasza i uderzajac ja to w plecy, to kopiac bez lito'sci, przepchneli przez tlum zgromadzonych kobiet. Jeszcze u progu Ka'ska obr'ocila zbolala glowe w strone Jana. Ale on stal w'sciekly z gniewu, 'scierajac ciagle krew z twarzy. Mial w swych oczach i upornie[31] zacietych ustach te zacieklo's'c mezczyzny, kt'ory rozumie podlo's'c swego postepku, a mimo to nie chce przyzna'c sie do wlasnej winy. Slyszal dobrze wolanie Ka'ski; nawet ten jek oporny, to blaganie o pomoc szarpnelo nim w pierwszej chwili, ale szybko sie opamietal — glucha nienawi's'c zajela miejsce chwilowego odezwania sie serca i dlatego stal na 'srodku poddasza gluchy i 'slepy na wszystko, co sie dokola niego dzialo.

Stracona ze schod'ow Ka'ska poslyszala poza soba cichy szmer kobiet, szmer jej wrogi, pelen ironii i niedwuznacznych zart'ow. Cala nienawi's'c zywiona ku uczciwej dziewczynie przez te gromade pobladlych od rozpusty kobiet, zawrzala w szmerze wlokacym sie poza nieszcze'sliwa, maltretowana przez policjant'ow.

We drzwiach kuchennych, otwartych szeroko stala Budowska, przerazona, wp'olsenna, bledsza niz kiedykolwiek. Ka'ska, zobaczywszy ja, krzyknela rado'snie. O! Pani obroni ja przed policja, nie pozwoli poprowadzi'c do cyrkulu, nie odda na inspekcje. I pelna ufno'sci wyrywa sie z rak policjant'ow, pragnac czym predzej dosta'c sie do kuchni. Ale wyrachowanie ja zawodzi. Budowska szybko cofa sie w glab, zamykajac drzwi wchodowe, drzac z trwogi i obrzydzenia przed pokrwawiona i zbita dziewczyna. Ka'ska z jekiem przypada do drzwi i wstrzasa klamka.

Na pr'ozno!

Budowska zasunela rygiel i w ten spos'ob zniweczyla nadzieje zrozpaczonej Ka'ski.

Policjanci juz sa przy niej — chwytaja ja za ramiona. Jeden z nich, szarpiac, odrywa caly prz'od i rekaw kaftanika. Nagie ramie Ka'ski bieleje w'sr'od ciemno'sci. Szybko przeciez czarne linie przecinaja to biale tlo. Krew plynie obficie z szyi i twarzy i zalewa ciemna struga caly tors dziewczyny. Ona nie broni sie teraz, sama kieruje sie ku wyj'sciu — zrozumiala, ze w nieszcze'sciu kobieta nie ma obro'nc'ow.

Przyjela te prawde — i gdy wiosenne slo'nce oblalo zlotymi strugami jej zakrwawiona posta'c, zakryla tylko twarz rekami, aby nie widzie'c ludzi, slo'nca i wiosny, bo ta rozkosz zycia, rozlana dokola, zdawala sie uraga'c jej nedzy i rozpaczy.

Bandy ulicznik'ow, jakby wyrosle spod ziemi, otaczaja ja dokola. Obszarpane Zydziaki biegna przed nia, wykrzykujac z rado'scia:

— Hajde! lajde! zy a pijaczkes!

Na progach sklep'ow zjawiaja sie przekupnie, przechodzacy przystaja, patrzac na ten tlum niesforny, hala'sliwy, zalewajacy szeroka fala ulice. Jaka's dama delikatnych nerw'ow przymyka szybko okno i zapuszcza blekitne firanki. Z wysoko'sci pierwszego pietra dostrzegla pomiedzy tlumem zakrwawiona, obszarpana kobiete — i zrobilo sie jej slabo. Nie wie, czy zdola sko'nczy'c swoja czekolade. Policjanci tymczasem nie pr'oznuja. W tej chwili czuja sie bohaterami. Wysuwaja naprz'od waskie klatki piersiowe i przechylaja czarne czaka na lewa strone. Rzucaja gro'zne spojrzenie dokola i nie szczedza kulak'ow chwiejacej sie z oslabienia Ka'sce.

— Oto frajla (panna) — m'owi jeden z tych ulicznych rycerzy — poszlagowala ludzi, a teraz my'sli, ze bedziemy z nia kunirowa'c…

— Feca jedna! — dodaje drugi, szarpiac odziez Ka'ski.

Ona idzie pomiedzy nimi niepewna, drzaca, nie widzac drogi, tak oczy ma lzami zalane. Slyszy przeciez wszystko, czuje kazde szarpniecie, posiada cala 'swiadomo's'c swej niedoli. Wiosenne slo'nce oblewa jej schylona glowe, z kt'orej splywaja geste, ciemne wlosy, pozlepiane przy czaszce ciemna posoka krwi. Olbrzymim swym wzrostem przerasta tlum caly i ponad ta fala gl'ow ludzkich widnieje jej ksztaltna, pelna wdzieku glowa, zmaltretowana i schylona ku ziemi.

Przejezdzajacy dorozkarze z glo'snym 'smiechem wskazuja na Ka'ske, obsypujac ja gradem obelg; jeden z nich nawet, dostawszy sie w sam 'srodek tlumu, uderzyl dziewczyne batem po plecach.

Dlatego Ka'ska doznala ulgi, gdy wtracono ja w ciemna brame policyjnego gmachu. Wrzeszczace zydostwo pozostalo poza brama, czepiajac sie ciezkich la'ncuch'ow i kamiennych lw'ow, kt'orymi gmach jest obstawiony. Ka'ske poprowadzono na tak zwana „inspekcje”, majaca swe gniazdo w dolnej cze'sci lewego skrzydla kamienicy.

Ciemna i brudna izba, pelna zaduchu i stechlizny, zastawiona byla cala szafami i stolami i zalozona masa papier'ow, polamanych krzesel, pustych kalamarzy i zniszczonymi, a nieuzytymi paczkami gesich pi'or.

Kilku Zyd'ow i dw'och chlop'ow zabranych na targu — jaka's kobieta w lachmanach, wybladla i wynedzniala — mlody, moze czternastoletni chlopak w niebieskim fartuchu — zapelniali niewielkie wnetrze inspekcyjnej izby. Przez uchylone drzwi wida'c bylo widny i czysty pok'oj, wyfroterowany, w kt'orym siadywal zwykle urzednik dyzurny.

W pierwszej izbie panowala wzorowa cisza. Sama obecno's'c kilku policjant'ow zmuszala zgromadzonych do milczenia. Nawet wymowni zwykle Zydzi przylepili sie do pieca, czerniac sie jak plamy atramentu na sinawym tle kafli. Chlopi pozdejmowali czapki i stali pokornie, patrzac z nienawi'scia czystej krwi Rusin'ow na pejsatych swych nieprzyjaci'ol. Blada kobieta do's'c obojetnie przypatrywala sie brudnej podlodze, a terminator od czasu do czasu pociagal nosem, dajac do zrozumienia, ze chustke wykluczyl od dawna ze swej garderoby. Z drugiego pokoju dolatywal glos kobiecy, d'zwieczny i mily.

Pan urzednik przyjmowal wla'snie jedna z dam zamilowanych w hodowaniu piesk'ow. Piesek owej damy, olbrzymi dog o tygrysich pregach, rzucil sie na dziecko str'oza i obalil je tak nieszcze'sliwie, iz dziecko zranilo sie ciezko w glowe. Wskutek tego urzednik zostal zmuszony zawezwa'c osobi'scie wla'scicielke Cezara dla 'sciagniecia z niej kary za puszczanie psa bez kaga'nca. Uczynil to z przyjemno'scia wielka — dama byla ladna, wiedzial o tym. Widywal ja czesto na ulicy, gdy szla wolno, szeleszczac czarnymi jedwabiami i prowadzac na rzemiennym pasku Cezara.

Pan urzednik lubil kobiety. Nosil rzadka grzywke, jeszcze rzadsza br'odke i bardzo biale gorsy u koszul. Byl malego wzrostu, ale mial za to olbrzymie uszy. Uszy te sterczaly po obu stronach glowy jak dwa olbrzymie, z'olte wachlarze i czynily z pana Rimotata osobisto's'c wielce oryginalna i zwracajaca uwage og'olna. On jednak byl z siebie zadowolony. Lubil fiolki i mial zawsze kilka bukiecik'ow w zapasie. Nawet w tej chwili ofiarowal wiazanke tych kwiatk'ow siedzacej przy jego biurku kobiecie. Wysuwal naprz'od pier's zdobna w nieposzlakowanej bialo'sci koszule i chudymi rekami igral to z wezlem krawatki, to z grzywka, to z uszami. Ponad nim, na 'scianie wylepionej jasnym obiciem rozkladaly sie dwa wyblakle oleodruki. Mezczyzna w mundurze, przepasany blekitna szarfa, a kobieta strojna w biala suknie, z brylantowym diademem na czarnych wlosach. Oba te obrazy przysloniete byly kawalkiem z'oltej gazy. Natomiast na biurku, na ceratowej sofce i takichze fotelach nie bylo ani 'sladu pylu lub brudu.

Wla'scicielka Cezara, u'smiechajac sie zlo'sliwie, gryzla listki fiolk'ow i sluchala banalnych komplement'ow cesarsko-kr'olewskiego urzednika. Dokola niej unosila sie delikatna wo'n heliotropu i tysiace dzet'ow blyskalo w obszyciach okrycia. Wszystko to zachwycalo niezmiernie pana Rimotata, a wskutek tegoz zachwytu uszy jego zabarwialy sie lekko r'ozowa barwa. Woniejaca i dzetami obsypana dama z jaka's przekorna zlo'sliwo'scia wpatrywala sie w zmiany kolorytu tych nadzwyczajnych uszu i nie my'slala tak predko opuszcza'c kancelarii. Bawila sie czy obserwowala. Jedno z dwojga.

Urzednik podwajal grzeczno'sci. Z uprzejmo'scia najwyzsza wyjal pudeleczko kapsulek smolowych, czestujac nimi dame.

— Niech pani we'zmie, prosze — nalegal ze staropolska go'scinno'scia — mnie to zawsze dobrze robi. Gdy mam po przepiciu katzen-jammer i uczuje sie mat[32], zaraz wezme kapsulke. To moze sie zdawa'c zart, ale to juz tak jest. Zreszta, ja pani nie sekuje, niech pani we'zmie, albo nie…

A przechylajac sie, dodal ze znaczacym zmruzeniem oczu:

— Czasem sie czlowiek zalampartuje, c'oz robi'c? To nie grzech…

Tymczasem w pierwszej izbie powoli zaczal wzrasta'c szmer wcale niedwuznaczny. Znudzeni dlugim milczeniem Zydzi poczeli szepta'c pomiedzy soba, a slowo „cham” brzeczalo jak natretna mucha w powietrzu.

Stojacy w poblizu chlopi, jakkolwiek pelni rezygnacji i apatii, kt'ora im nadawala wszelkie kwalifikacje na posl'ow sejmowych, zaczeli strzyc uszami i obrusza'c sie na szwargotanie zydowskie, kt'orego gl'ownej tre'sci domy'slali sie latwo. Zreszta slowo „a cham” we wszystkich zargonach ma jedno znaczenie, a ton pogardliwy nie uszedl ich baczno'sci. Policjanci nie zwracali w tej chwili wielkiej uwagi na gromade swych je'nc'ow. Wchodzili i wychodzili, trzaskajac drzwiami i potracajac co chwila Ka'ske, kt'ora przytulala sie do 'sciany, pragnac zajmowa'c jak najmniej miejsca.

Jeden z chlop'ow, dotkniety wreszcie do zywego, wpakowal czapke na kudlaty leb i wziawszy sie pod boki, postapil ku Zydom.

— A z widkiz tobie Zydu przyszlo mene chamom nazywaty? — poczal gro'znie, zaciskajac pie'sci w spos'ob wcale niedwuznaczny.

Zainterpelowany w ten spos'ob Polak wyznania mojzeszowego poskoczyl naprz'od, machajac dziwacznie rekami:

— A ty kudlaty paskudnik! Ty Rusiu proklaty! Ty nawet kaiserliche Policei sie nie boisz? Ny ty bedziesz i tu na mnie nastepowa'c… Herr Policei! Herr Policei, der cham macht a kl'otnies!

Wezwani policjanci wkroczyli pomiedzy „dzieci jednej matki ziemi”, uzywajac dozwolonej w tym wypadku interwencji kulakowej, a chcac zaznaczy'c, ze wyznaja r'ownouprawnienie, jednakowa doza kulak'ow obdarzyli tak Polaka wyznania mojzeszowego, jak i Rusina.

Zydzi jednak nie dawali za wygrana — rozpoczeli gwarliwa rozmowe i B'og wie, na czym by sie sko'nczylo, gdyby nie drzwi otwierajace sie z impetem i wpuszczajace do wnetrza izby cala gromade jakich's mezczyzn i policjant'ow.

Jeden ze 'swiezo przybylych zwraca og'olna uwage swa komiczna powierzchowno'scia. Kr'otki, gruby, z twarza jowialna, oblana purpurowa fala krwi, zda sie, tryskajaca spoza sinego nask'orka, idzie na czele calej gromady, gestykulujac i rozprawiajac zwawo.

Czarne jak smola wlosy i takiez oczy, biegajace po'sr'od zakrwawionych bialek, nos krogulczo zakrzywiony nadawaly mu posta'c wloskiego bandyty. Ale olbrzymia tusza, a zwlaszcza wyraz dobroduszno'sci i jowialnej wesolo'sci rozlanej na wygolonej twarzy przeczyly krwiozerczemu powolaniu. 'Smial sie nawet glo'sno, serdecznie, szerokim, porywajacym 'smiechem, odslaniajac dwa rzedy sczernialych zeb'ow i trzymajac sie za boki. Wszedl z gola glowa, bez kapelusza, a teraz, nie przerywajac 'smia'c sie, wyciagnal z kieszeni olbrzymia, pasowa w kraty chustke i zawiazal ja sobie kolo glowy, tworzac w ten spos'ob rodzaj turbana.

Drugi z pojmanych byl zupelnym przeciwstawieniem wesolego jegomo'scia. Dlugi, chudy, rasowy, z energicznie markowana maska twarzy, starannie wygolony, wygladal na czlowieka dobrego rodu, straconego chwilowo w kaluze pija'nstwa i rozpusty. Blady jak 'sciana, wodzil blednymi oczami po obecnych i chwial sie na nogach, nie mogac odzyska'c utraconej r'ownowagi. Na twarzy mial 'slady ceglastej, tlustej farby, a na jednym policzku rudy, ze scenicznej krepy, nalepiony mastyksem kawalek brody.

Suknie tych obydw'och ludzi zniszczone, powalane kurzem i tysiacem plam nieokre'slonego pochodzenia, rece brudne, pokryte sinawa barwa na zgieciach palc'ow 'swiadczyly dowodnie o zamilowaniu w spedzaniu nocy na milych i uzytecznych rozrywkach, kt'ore przewazna cze's'c artystycznej druzyny tego miasta do obledu, nedzy i strasznego ko'nca doprowadzaly. Ludzie ci widocznie nalezeli do inteligencji umyslowej, a mimo to nie wahali sie macza'c swych rak w brudzie szynkownianym, tarza'c sie w blocie rynsztok'ow pelnych nocnych 'sciek'ow i traci'c talent, godno's'c osobista, zapiera'c sie swego „ja” czlowieczego, aby na r'owni ze zwierzeciem rzuca'c sie w grozace 'smiercia plomienie.

Dama w dzetach przemknela teraz szybko przez zbita gromade policjant'ow, dozwalajac w ten spos'ob urzednikowi inspekcyjnemu zaja'c sie wymierzaniem sprawiedliwo'sci w imieniu cesarsko-kr'olewskiej policji.

Pan Rimotat odprowadzil dame az do drzwi, u'smiechajac sie i wysuwajac zapadle piersi tak, ze az sztywny gors od koszuli zatrzeszczal ze zdziwienia.

Gdy Ka'ska ujrzala te wspaniala posta'c meska, zadrzala z boja'zni, sadzac, ze jej ostatnia godzina sie zbliza. Powaga, nieodlaczna od policyjnego austriackiego urzednika, zaimponowala jej niezmiernie. Lecz on z najwyzszym podziwieniem zwr'ocil sie ku 'swiezo wprowadzonym, a serdecznie pijanym wie'zniom i grzecznym gestem zaprosil ich do swego gabinetu. Gdy weszli, pan Rimotat po'spieszyl do biurka, a siadajac z powaga na fotelu, podsunal nieznacznie pod siebie gruba ksiege zawierajaca przepisy policyjne. Pragnal wyda'c sie wyzszym i zaimponowa'c niezwyklym go'sciom, zapomnial przeto o uszanowaniu naleznym prawu i traktujacym o nim ksiegom.

Poza pojmanymi stanal tlum policjant'ow, widocznie wzburzonych, zaalarmowanych, niezwykle poruszonych. Tworzyli oni w ten spos'ob gesta, ciemna 'sciane, na kt'orej tle rysowaly sie dwie dziwaczne postacie, chwiejace sie lub podtrzymujace sie wzajemnie.

Mniejszy jegomo's'c 'smial sie ciagle. 'Smiech jego przeciagly, serdeczny jest szczerze zara'zliwy. W pierwszej izbie zaczynaja 'smia'c sie chlopi, nawet blady wyrostek zatyka sobie usta zatluszczona czapka. I Ka'ska czuje, ze gdyby nie byla tak smutna i nieszcze'sliwa, 'smialaby sie z tym czerwonym jegomo'sciem, tak laskotliwie dziala na nia szeroki, wspanialy 'smiech, rozlegajacy sie jak dzwon pod brudnym sufitem izb policyjnych.

Pan Rimotat zmuszony zostal skry'c sie na chwile za biurko. Czuje, ze nie zdola utrzyma'c dluzej swej powagi i wybuchnie w oczach policjant'ow glo'snym 'smiechem, porwany zara'zliwa wesolo'scia tej twarzy czerwonej, 'smiesznej, wykrzywionej jak rozbawieni mnisi na karykaturalnych obrazkach.

Policjanci jedni nie 'smieja sie wcale. Maja wzburzone twarze, a jeden z nich do's'c energicznie wstrzasa trzymanym w reku czakiem, kt'orego sukno, kula przedziurawione, ma stanowi'c corpus delicti calego przestepstwa. To zastanawiajace wzburzenie calej trupy cesarsko-kr'olewskich str'oz'ow porzadku przywoluje pana urzednika do przytomno'sci.

Przymruza oczy, naklada binokle i rozpierajac sie w fotelu, obejmuje obowiazki.

Dla formy pyta o nazwiska. Dla formy tylko, bo obu tych ludzi zna dobrze. Ilez razy 'smial sie szczerze serdecznie razem z tym wesolym aktorem, kt'ory stojac kolo budki suflera, wstrzasal tlumy i doprowadzal do szalonych wybuch'ow wesolo'sci. A ten drugi, blady, ponury, czyz wczoraj jeszcze jako Uriel Acosta nie miotal piorunujacych przekle'nstw z cala potega olbrzymiego talentu wspartego niepospolitym wyksztalceniem i inteligencja?

Urzednik poznaje nawet jeszcze szczatki brody, kt'ore w dzie'n bialy martwota swoja odbijaja dziwnie od zywej, cho'c wybladlej sk'ory.

Na zapytanie urzednika nie ma wszakze stosownej odpowiedzi.

Uriel Acosta milczy chwile, po czym grobowym glosem wyglasza, co nastepuje:

— Ja sie nazywam Warschauer, a to m'oj przyjaciel, Bamberger; pan dyrektor wie, ten, co wyszedl ze szpitala.

Nazwany Bambergerem 'smieje sie tak glo'sno, ze fioletowe pregi wystepuja mu na twarz.

— Psiaga! — wola w'sr'od spazm'ow wstrzasajacych jego rozlanym cialem — ja jestem Ziomek, pan Buli, kt'orej wczoraj u Pa'nkowskiego w leb strzelilem. Juz i ta suka niczym by wiecej na tej ziemi nie byla, wiec namy'slilem sie i psiaga tylko oczami lypnela… Zawsze, panie komisarzu, lepiej niech zdycha, niz zeby sie miala z nami do rana wl'oczy'c… To nie wypada dla uczciwej suki… jak pan komisarz my'sli?… ha?!

Uriel Acosta nie przerywal wcale.

Teraz z niezmierna uwaga wpatrywal sie w uszy pana Rimotata, mruczac od czasu do czasu:

— Nadzwyczajnie! Parole d'honeur[33], nadzwyczajne!

W'owczas na rozkaz urzednika wystapil z gromady policjant, kladac na stole przedziurawione czako i rozpoczal akt oskarzenia.

Wedlug tegoz aktu, obaj arty'sci, przepedziwszy noc cala na zwyklej hulance, powracali do domu, aby na lonach rodziny odpocza'c po calonocnych trudach. Pomieszane trunki podzialaly przeciez w niezwykly spos'ob na ich m'ozgi, tak, ze w ostatniej kawiarni wszczeli pomiedzy soba zajmujaca rozmowe, rozbierajac swa warto's'c moralna i szacujac sie wsp'olnie z dokladno'scia taksator'ow bankowych. Zapewne byl to rozrzewniajacy dow'od pokory chrze'scija'nskiej, ale alkohol nie wplywa nigdy umoralniajaco. Dlatego, gdy obaj skruszeni koledzy wyszli z knajpy i zataczajac sie skierowali swe kroki w strone policyjnego gmachu, powstala w umy'sle Uriela my'sl niezwykla, mogaca sie zrodzi'c w przekrwawionym m'ozgu szale'nca.

— Sluchaj — wyrzekl ponuro, zatrzymujac sie przed brama policyjna — namy'slilem sie; tacy grandziarze jak my dwaj niewarci zy'c na 'swiecie. Mam przy sobie rewolwer sze'sciostrzalowy; odm'ow litanie, pale ci w leb jak ty wczoraj twej suce; potem palne sobie i bedzie juz raz koniec…

I dla dowiedzenia szczero'sci swego zamiaru z bocznej kieszeni palta wyciagnal rewolwer, istotnie nabity, rewolwer, kt'ory od pewnego czasu nie opuszczal go dniami i nocami calymi.

Wesoly kolega zastanowil sie chwilke. Byl bardzo pijany, ale moca przyzwyczajenia zachowal pewna 'swiadomo's'c tego, co sie wkolo niego dzialo. Zakrwawionymi oczami spojrzal na blyszczaca lufke rewolweru, polyskujaca w porannym slo'ncu blekitnawym blaskiem stali. Wiedzial, ze Uriel Acosta jest w prywatnym zyciu dziwnie uparty, a zwlaszcza w nietrze'zwym stanie. Jakkolwiek sam przed chwila ze lzami w oczach dziwil sie, dlaczego 'swieta ziemia ma tyle cierpliwo'sci i nosi tak pelna wad figure na swym grzbiecie, to przeciez, gdy lufa zamigotala tuz przed oczami, zapragnal instynktowo ochroni'c swe zycie. Z najwyzsza wiec lagodno'scia wskazal koledze spokojnie opartego o brame policjanta i zaproponowal usuniecie ze 'swiata podobnie szkodliwego indywiduum. Po czym mial odm'owi'c zadana litanie i spokojnie wyczekiwa'c slusznie wymierzonej kary.

Uriel nie dal sobie powt'orzy'c po raz drugi tak niezwyklej propozycji. Postapiwszy zaledwie o pie'c krok'ow, wymierzyl rewolwer w glowe policjanta i… strzelil. Drzaca od trunku reka chybila i kula, prze'swidrowawszy sukno czaka, uwiezla w bramie.

Zrobil sie alarm nieopisany. Przy pomocy nadbieglych ze wszystkich stron policjant'ow ujeto obu artyst'ow i zaprowadzono na inspekcje. Rewolweru jednak nie znaleziono. Uriel zrecznie rzucil go w tlum; i teraz, stojac przed urzednikiem policyjnym, spokojny, podziwia wspaniale uszy pana Rimotata i zapewnia, ze nosi nazwisko jednego z bohater'ow wesolej opery, noszacej tytul Tr'ojka hultajska.

Sytuacja pana urzednika stala sie cokolwiek trudna. Wzburzeni policjanci tloczyli sie przez otwarte drzwi, powtarzajac ciagle wyraz „attentat[34]”, nadajac calemu zaj'sciu poz'or strasznej zbrodni. Gl'ownego dowodu, to jest broni, nie znaleziono, zachowanie sie za's obu przestepc'ow zdradzalo stan tak zwany „niepoczytalny”, co gl'ownie odnosilo sie do tak zwanego Ziomka, kt'orego 'smiech bezustannie cala kaskada ton'ow oblewal glowe i uszy zaklopotanego komisarza. Pu'sci'c jednak bezkarnie winnych nie dozwala powaga urzedu i szacunek nalezny reprezentantom wladzy. Pan Rimotat zatem, wezwawszy Boga na pomoc, zawolal swego sekretarza i nakazal 'sciagna'c z obwinionych protok'ol.

Manipulacja ta przedwstepna pobudzila jednak Ziomka do takiej wesolo'sci, ze trzymajac sie za boki, usiadl na podlodze, powtarzajac bezustannie swoje zwykle:

— Psiaga!…

Nazwiska podyktowal pan komisarz, obcierajac spocona twarz, gdyz takie jawne naigrawanie sie z jego wladzy zaczynalo go drazni'c w dziwny spos'ob. Niezaprzeczenie obaj pojmani byli nadzwyczaj zabawni, ale pan Rimotat pragnal zachowa'c w oczach swych podwladnych nalezny mu szacunek i winny respekt. Marszczac wiec czolo i gladzac grzywke, zwr'ocil sie do Uriela, kt'ory nie przestawal przypatrywa'c sie bacznie uszom pana komisarza.

Niezwykle rozwiniete czlonki, rozkladajace sie z'olta masa w szarawym 'swietle zimowym, zdaly sie przykuwa'c cala uwage pojmanego i absorbowa'c go zupelnie.

Pan Rimotat przybral juz dostatecznie imponujaca poze i zabieral sie do rozpoczecia badania, gdy nagle jak piorun spadlo na niego nastepujace pytanie, w do's'c zreszta grzecznej uczynione formie.

— Za pozwoleniem pana komisarza — m'owil Uriel, zblizajac sie z uklonem i wskazujac w kierunku uszu nieszcze'sliwego urzednika — czy to pana wlasne?…

— Jak to? Co pan przez to rozumiesz? — wolal w oburzeniu, zrywajac sie z fotela, Rimotat.

— Nic, nic! Drobnostka — wyrzekl, nie tracac kontenansu, artysta — my'slalem, ze to przyprawne[35], ale skoro pan komisarz twierdzi, ze wlasne, moge powinszowa'c!… Wspaniale okazy! Parole d'honeur, wspaniale!…

Rozpacz Rimotata dosiegla punktu kulminacyjnego. W oczach wlasnych podwladnych zostal wyszydzony i o'smieszony w taki spos'ob. Jak w'sciekle zwierze rzucil sie na fotelu i nie patrzac na policjant'ow, nakazal sekretarzowi spisa'c akt oskarzenia.

Pojmani zachowywali sie przez ten czas do's'c spokojnie. Ziomek tylko zapragnal sie podnie's'c z ziemi, czyn ten jednak okazal sie polaczony z niekt'orymi trudno'sciami. Wreszcie przy pomocy Uriela, dw'och policjant'ow i biurka pana Rimotata d'zwignieto te mase cielska rozkladajacego sie juz za zycia, pelnego zepsutych sok'ow i alkoholu.

Pan sekretarz, wodzac nosem po papierze, pisal zawziecie protok'ol dyktowany przez samego pana Rimotata, a uzupelniany komentarzami policjant'ow. Juz cala stronica zapisana gestym pismem szarzala na stole, l'sniac 'swiezym jeszcze atramentem, gdy nagle Ziomek, odbywszy kr'otka a cicha narade z Urielem, przystapil do biurka.

— Panie komisarzu dobrodzieju, psiago laskawa — zaczal, przewracajac oczami — po kiego diabla pan komisarz tak brzydka sprawe kaze rozmazywa'c?

— Panowie wszczeli'scie burde uliczna! — odpowiedzial Rimotat, prostujac sie majestatycznie. — Naruszyli'scie spok'oj uliczny i godzili'scie na zycie cesarskiego slugi. Nie moge pu'sci'c podobnych rzeczy bezkarnie!

Ziomek machnal reka.

— Ha! Psiaga, moze to i prawda, ale wedlug mnie, zamiast rozmazywa'c, nalezy taka sprawe lepiej… zamaza'c!

I szerokim, brudnym palcem umaczanym w 'slinie zamazal szybko cala stronice, czyniac z pieknego pisma pana sekretarza wspaniala plame szaro-brudnego koloru.

Ujrzawszy bohaterski czyn swego kolegi i Uriel wybuchnal szalonym 'smiechem i rzucil sie w objecia przyjaciela. Ziomek zawt'orowal mu triumfujaco i tym samym dal znak do og'olnej wesolo'sci.

'Smieli sie policjanci, zatykajac przez uszanowanie usta czakami; 'smieli sie w drugiej izbie Zydzi, nie wiedzac, o co chodzi; rechotali sie chlopi, mnac czapy w czerwonych lapach; u'smiechala sie blada kobieta, zanosil sie od 'smiechu wyrostek, nawet sam pan Rimotat ukryl sie poza stosy ksiazek, azeby nie straci'c swej powagi.

Tylko Ka'ska nie 'smiala sie wcale. Przytulona do 'sciany, dziwila sie nie po malu[36] tej wielkiej wesolo'sci panujacej w tych ponurych izbach, kt'ore, wedlug jej wyobrazenia, same lzy i smutek mie'sci'c powinny.

Gdy w kilka minut p'o'zniej, po spisaniu nowego protok'olu, wyprowadzono aktor'ow, ostatnie gamy 'smiechu skonaly wraz z ich wyj'sciem, cisza i ple's'n wysunely sie z ciemnych kat'ow, w kt'ore sie skryly przed niezwyklym go'sciem — wesolo'scia, jaka sie z czelno'scia intruza w te wilgotne mury wcisnela.

Pan Rimotat byl teraz w szalenie zlym usposobieniu. Uriel Acosta zepsul mu duzo krwi swym dziwacznym zapytaniem, odnoszacym sie do uszu pana urzednika. Wyjal wiec z kieszeni male lusterko i zaczal przyglada'c sie tym nieszcze'sliwym wachlarzom, z kt'orych jedno dostatecznie zakrywalo cala przestrze'n zwierciadelka. Odbywszy ten przeglad, nakazal zawola'c dalszych winowajc'ow — i srogi, gro'zny, z grzywka rozczochrana, postanowil by'c nieublagany i pelny niewzruszonej surowo'sci.

Na dany znak przez jednego z policjant'ow podniosla sie z ziemi Ka'ska i drzac z trwogi, gotowala sie stana'c przed srogim obliczem komisarza. Ale policjant opiekujacy sie wyrostkiem odepchnal ja i wziawszy za kark swego protegowanego, zawl'okl go do drzwi i wepchnal do pokoju pana Rimotata. Chlopak, skrzywiony, blady, z wypietnowanym na twarzy wystepkiem i przedwczesna dojrzalo'scia, stanal nagle przed gro'zna fizjonomia urzednika, garbiac sie dziwacznie i duszac w brudnych rekach obszarpany fartuch, kt'ory, na jednej szelce zawieszony, nie zakrywal lachman'ow stanowiacych odziez chlopca. Bylo to uosobienie nedzy fizycznej i moralnej, nedzy dziedzicznej, przekazywanej z ojca na syna, a znanej 'swiatu pod nazwa… terminatora! Chlopak domagal sie swym wygladem i wewnetrznym ustrojem odzienia, pozywienia, logicznej i odpowiedniej nauki — slowem, tego wszystkiego, co z istoty poniewieranej przez policjant'ow czlowieka uczyni'c moze. Tak — bylo to tylko zwierze, zniszczone juz, nawet niezdatne jako sila robocza, 'zle wyro'sniete i znajace doskonale droge do gmachu cesarsko-kr'olewskiej policji.

— Nazwisko i imie? — zapytal ostro pan Rimotat, wlepiajac swe male oczka w idiotyczne 'zrenice chlopca i starajac sie nada'c swemu wzrokowi przenikliwo's'c wla'sciwa najbystrzejszym agentom policyjnym.

— Piotrek Szarzak.

— Lat?

— Pietna'scie.

— Zonaty? Wolny?

— Ale skadze, panie komisarzu!

— Karany policyjnie?

— A jakze!

— Za co?

— Nie wiem!

Indagacja prowadzona w ten spos'ob trwala do's'c dlugo. Szarzak uparcie wypieral sie kradziezy postronk'ow, kt'ora mu zarzucano, pan Rimotat z r'ownym uporem wmawial we'n ten wystepek, obsypujac chlopca gradem obelg i wymysl'ow.

Wreszcie Szarzak umilkl. Blednym wzrokiem powi'odl po 'scianach i na koniec wyrzekl zmeczonym glosem:

— Niech tak!

Od wczoraj nie jadl nic, ginal ze znuzenia i glodu. Pod wplywem tych dw'och czynnik'ow wzial na siebie czyn, kt'orego moze nie popelnil. Kradziez kilku lokci zbutwialych postronk'ow nie byla tak ciezkim przestepstwem, azeby przez nie mlody chlopak zatracal poczucie godno'sci osobistej, bedac traktowany przez urzednika i policjant'ow na r'owni z dojrzalymi, zatwardzialymi przestepcami. Nie pytano go o pow'od kradziezy, nie badano przyczyny, kt'ora, kto wie, moze byl gl'od, — ale m'owiono mu: „lajdaku! zlodzieju!”, bito go w kark jak zwierze, popychano, nadawano mu pietno kryminalisty — pasowane na zbrodniarza.

W'sr'od panujacej teraz w obu izbach ciszy slycha'c bylo tylko skrzyp pi'ora pana sekretarza spisujacego akt oskarzenia wraz z dodatkiem, ze przestepca przyznal sie do winy.

Blady chlopak nie oponowal, nie przeczyl. Powiedzial „niech tak!” i nie cofal tego slowa. Nagle pod oknem zagrala katarynka. Wesoly walczyk wdarl sie przemoca przez zamkniete okno.

Maloletni przestepca rozja'snil twarz. U'smiechnal sie na odglos tej melodii. Nawet usta zlozyl jakby do gwizdania, ale gwizda'c nie 'smial.

W tej samej chwili komisarz podpisywal protok'ol i surowym glosem nakazal odprowadzenie „zlodzieja” do wiezienia karnego, gdzie mial, wedlug juz woli sedzi'ow, przebywa'c czas dluzszy lub kr'otszy, stosownie do humoru i stanu organ'ow trawienia tychze reprezentant'ow sprawiedliwo'sci.

Chlopak z najwyzsza obojetno'scia przyjal ten rozkaz. Chwile jeszcze sluchal glosu katarynki, pokrecil glowa jak szczygiel, spojrzal spode lba na pana Rimotata, a mruknawszy przez zeby:

— A to piernik! — zwr'ocil sie ku wyj'sciu.

Za chwile znikl we drzwiach, popychany i potracany przez policjanta, kt'ory sie 'spieszyl na nowa oblawe.

Teraz nadeszla kolej na Ka'ske.

Z ciemnego kata podniosla sie straszna, wstretna od smug krwi zasklepionych na szyi i twarzy. Gdy stanela przed panem Rimotatem, obracajac ku niemu swa twarz pokrwawiona, wzdrygnal sie cesarsko-kr'olewski urzednik i siegnal czym predzej po kapsulke Guyota.

Szybko rozpoczal badanie.

Ona odpowiadala cicho, gdyz nerwowe kurcze zaciskaly jej gardlo. Powiedziala przeciez, jak sie nazywa i gdzie mieszka. Gdy wszakze pan Rimotat zapytal o przyczyne kl'otni i bijatyki, zamilkla, patrzac ponuro w ziemie.

Dokola niej snuli sie policjanci, wprowadzajac coraz to nowych je'nc'ow. Mialaz ona wobec tego calego tlumu opowiada'c o swej niedoli, o nieszcze'sciu, jakie ja spotkalo — o zdradzie Jana i nikczemno'sci R'ozi?

Pan Rimotat doszedl do kulminacyjnego punktu rozdraznienia nerw'ow. Dzi's wszystko sprzysiegalo sie przeciw niemu. Teraz jeszcze ta dziewka milczy jak skala i drazni go swym uporem. I bez namyslu nazywa Ka'ske „wl'oczega, lajdaczka”… nakazujac policjantom odprowadzenie dziewczyny do „furdygi” i zamkniecie jej na trzydzie'sci sze's'c godzin o chlebie i wodzie. Jest to do's'c lagodna kara, ale pan Rimotat musial uwzgledni'c poprzednie przyzwoite prowadzenie sie Ka'ski, kt'ora do tej chwili nigdy nie byla karana.

Furdyga byla to dluga i waska izdebka opatrzona maluchnym, zakratowanym okienkiem. Tam umieszczano tymczasowo przestepc'ow, kt'orzy nie kwalifikowali sie do wiezie'n lub mieli wyznaczona kare kilkugodzinna. Opr'ocz trzech tapczan'ow pokrytych zniszczonymi derkami, dzbanka z woda i drewnianego zydla w kacie, nic wiecej w izdebce nie bylo.

Przez okienko wpadal gwar miasta zbudzonego na dobre do zycia, do ruchu. Pod tym okienkiem przesiedziala Ka'ska caly dzie'n i noc nastepna, nieruchoma, zapatrzona w przestrze'n, z ustami spalonymi goraczka, z rekami splecionymi w nerwowym skurczeniu. Przestala my'sle'c, czu'c, nawet cierpie'c. Odretwiala pod wplywem nieszcze'scia i fizycznej niemocy, kt'ora nekala ja w przykry spos'ob. Tylko w lewym boku, wiecej ku 'srodkowi, czula b'ol dojmujacy, jakby jedna wielka rane, kt'ora bolala ja strasznie przy kazdym nabraniu oddechu. Reszta cierpie'n laczyla sie ze soba i zlewala w chaos, kt'orego Ka'ska rozr'ozni'c nie mogla. Pila tylko wode, nie dotykajac chleba sczernialego, suchego, kt'ory rozkladal sie ciemna masa na poplamionym i brudnym zydlu.

Szcze'sliwym trafem dla Ka'ski, nie wpuszczono nikogo wiecej do furdygi. W ciszy i milczeniu zaczela powoli przeciez uspakaja'c sie i rozumie'c swoje polozenie. W tej chwili zalowala juz swego postepku. Uniosla ja niepohamowana zlo's'c — i nie zyskala nic, a stracila wiele. Postanowila wiec zle naprawi'c. Nawet czula, ze moglaby przebaczy'c Janowi zdrade i oddanie na pastwe policjant'ow. Cala nienawi's'c zwr'ocila ku R'ozi z ta dziwaczna, a niczym nieuzasadniona w'scieklo'scia, jakiej doznaja wszystkie opuszczane kobiety. Kochanek u nich zyskuje latwiejsze przebaczenie, natomiast rywalka staje sie przedmiotem zacieklej zemsty. Ka'ska byla kobieta, wiec i postepowaniem nie r'oznila sie od plci swojej.

Gdy wypuszczona z furdygi znalazla sie wreszcie na ulicy doznala nagle jakby ol'snienia. Poczatkowe odretwienie, kt'ore ustapilo cichemu przezuwaniu my'sli, ukolysalo ja stopniowo. Zrywala sie wprawdzie chwilami z bolesnym jekiem, zwlaszcza gdy obraz R'ozi stanal jej przed oczami, ale to odosobnienie od 'swiata ulge jej wielka czynilo.

Na ulicach panowal ruch wielki, prawdziwy ruch popoludnia niedzielnego. 'Sciemnialo sie juz nawet, a podw'ojna fala ludzi plynela w strone gmachu teatralnego. Jedni powracali z popoludniowego przedstawienia, drudzy dazyli na wieczorne. Szli, 'smiejac sie, pelni pustoty zaczerpnietej z wesolej operetki, kt'orej walce drgaly gwizdane w powietrzu.

Ka'ska stala chwile na 'srodku ulicy, niepewna, w kt'ora i's'c strone, wychodzac z wiezienia, obmyla twarz i starla 'slady krwi zakrzeplej na skroniach. Pomimo to jednak wygladala odrazajaco, posiniaczona i podrapana, a poszarpana odziez odbijala dziwnie od 'swiatecznej czysto'sci przeciagajacego tlumu. Ten i 'ow popatrzyl na te wielka, barczysta dziewke, zbita i obszarpana, stojaca samotnie na 'srodku ulicy. Niekt'orzy 'smieli sie, inni krzywili znaczaco. Ka'ska uczula, ze zej's'c tym ludziom z drogi musi i ze i's'c powinna. Ale gdzie? Dokad?

Policja zrobila swoje. Zapewne — wziela kobiete robiaca burdy i zamknela ja dla poprawy w ciemnej izbie, dajac za pozywienie cuchnaca wode i chleb twardy. Po czym wyrzucono winowajczynie na ulice, a na pozegnanie dano tegiego kulaka i poslano za nia jedno slowo dla wzmocnienia i utrwalenia w dobrym:

— Lajdaczka!

Slowo to brzmialo dokola jej glowy, wciskalo sie natretnie w uszy i pozostawalo w niej uparcie. Uczula sie bardzo spodlona i sponiewierana ta pierwsza publiczna chlosta, jaka otrzymala. Spojrzenia przechodni'ow dopelnialy reszty. Nie miala nawet chustki, aby ukry'c swe potargane wlosy zlepione krwia, kt'ora sie zimna woda zmy'c nie dala.

Z wnetrza szynku wychodzili lub wchodzili bezustannie mezczy'zni, kobiety, dzieci, niosac ze soba pragnienie rozpusty, pija'nstwa, znizenia sie do rzedu bydlat. Ten i 'ow potracil Ka'ske, nazywajac „pijaczka”. Ona kurczyla sie coraz bardziej, nie majac sily powsta'c i p'oj's'c dalej. Ale i do tego zostala zmuszona.

Szynkarz, wyszedlszy przed pr'og swego sklepu, dostrzegl siedzaca na ziemi kobiete. Zblizyl sie ku niej i nakazal jej ostro, aby wstala i nie „zawalala wej'scia porzadnym go'sciom…

Przebijajac sie przez tlumy, skierowala sie w bardziej opuszczona i mniej zaludniona dzielnice miasta. Z poczatku szla szybko, gromadzac w sobie resztki silnej woli i energii, powoli przeciez sily ja opu'scily i nogi zaczely ugina'c sie pod ciezarem korpusu. Wlokla sie wiec wzdluz nedznych domostw, na progu kt'orych siedzialy wybladle kobiety lub nedznie odzywiane dzieci. Tu nikt sie juz nie dziwil obszarpanej dziewczynie. Byla to jedna nedzarka wiecej. Czemuz sie dziwi'c miano?

Powoli zmrok zmienil sie w ciemna noc, kt'ora chlonela w siebie resztki slonecznych blask'ow. Ka'ska upadla ze znuzenia przed drzwiami jakiej's brudnej szynkowni i tak przesiedziala dluga chwile. Odurzajaca wo'n prostej, ordynarnej w'odki wybuchla z drzwi otwartych. Ka'ska przez samo wciaganie tego zapachu uczula sie pijana; skurczona w bezksztaltna mase, kryla sie w cieniu; doznajac dziwnego uczucia, jakby naglego zmniejszenia sie, zej'scia do wieku dzieciecego. Chciala plaka'c i skarzy'c sie jak male dziecie, i tuli'c zbolala glowe do jakiej's przychylnej piersi. Kazdy czlowiek przechodzacy ciezkie chwile ma takie pragnienie. Najbardziej zahartowane natury upadaja czasem pod brzemieniem niedoli, a kobieta, cho'cby miala najwspanialszy tors i najsilniejszy szkielet, nie stanowi pod tym wzgledem wyjatku.

Poniewaz Ka'ska nie mogla od razu uczyni'c zado's'c zadaniu szynkarza, kilka uderze'n oraz energiczne kopniecie noga zmusily ja do powstania. Drzac cala, skierowala sie ku rogatce, kt'orej wysoko podniesiona bariera widniala juz z daleka w mdlawym 'swietle latarni. Powoli przebyla te droge i wydostala sie na pola ciagnace sie wzdluz miejskich wal'ow. Odetchnela swobodnie, nie widzac ludzi, i powlokla sie w strone Ogrodu Inwalid'ow. Po czym zwr'ocila sie w bok i idac wciaz kretymi 'sciezkami, znalazla sie w krzakach pokrywajacych stromy brzeg Wysokiej G'ory.

Ciemno juz bylo zupelnie. W gestwinie trzeszczaly suche galezie pod ostroznie stawianymi stopami. Szepty, urywane slowa, niekiedy przekle'nstwa wydobywaly sie z szczelnie posplatanych galezi okrytych nocnymi cieniami. U st'op g'ory miasto polyskiwalo tysiacem 'swiatel, strzelajac w g'ore czarna masa wiez lub krzyz'ow. Gdzieniegdzie na stromym stoku g'ory bielal jeszcze 'snieg nieroztopiony, a gesto ustawione pnie drzew tworzyly miejscami formalne kryj'owki zasnute bezlistnymi jeszcze krzakami. Wilgo'c i przenikliwe zimno wydzielalo sie jeszcze z tej ziemi rozmoklej, nieogrzanej promieniami slo'nca. A przeciez co chwila Ka'ska potykala sie o jaka's istote ludzka przytulona do wilgotnej ziemi, drzaca w podartych lachmanach, skurczona pod pniem drzewa. Czasem byla to wieksza grupa ludzi, szeptajacych[37] miedzy soba, naradzajacych sie w'sr'od tej nocnej ciszy nad sposobami zdobycia moze… kesa chleba. Pomiedzy drzewami blakaly sie postacie kobiece, schylone, obszarpane, straszne w swym zbydleceniu, ohydne, niegodne miana kobiety. Od czasu do czasu przeciagal patrol zlozony z kilku zaspanych zolnierzy. Patrol ten byl 'slepy i gluchy na to, co sie dokola niego dzialo. Pomijal rzeczywistych zbrodniarzy, napadajac na istoty mniej szkodliwe, a nedza i glodem do wl'oczegi zmuszone.

Byla to jedna wielka jaskinia zbrodni i rozpusty, kt'orej za plaszcz sluzyly nocne cienie, a za siedlisko krzaki leszczyny. Zlodzieje, rozpustnice, nedzarze tloczyli sie, kl'ocili, zabijali, kochali nawet w tych kryj'owkach, staczajac ze soba walke o byt, o kawalek chleba, o suchsze miejsce dla zlozenia glowy…

Ka'ska wsunela sie takze w te krzaki i usiadla na obalonym pie'nku. Glodna byla i dopiero teraz gl'od poczula. Nie miala ani grosza, a zreszta gdyby nawet miala pieniadze, czula, ze trudno jej bedzie wsta'c i p'oj's'c dalej. Do Budowskich wr'oci'c nie mogla; czula, ze stracila miejsce, do kt'orego wstyd nie dozwalal jej powraca'c. Nie znala wiecej nikogo i nie miala zadnych drzwi, do kt'orych zapuka'c by mogla. Przechodzacy patrol przejmowal ja strachem, przytulala sie do pnia drzewa, kryjac sie o ile mozno'sci w cieniu. Wiedziala, co ja spotka, gdy policja zastanie ja obszarpana, sama, siedzaca w'sr'od gestwiny. Dojmujace zimno przenikalo cale jej cialo, zeby dzwonily, uderzajac o siebie. Wlozyla w usta palec, pragnac umniejszy'c przykro's'c podobnego drzenia. Z glodu chwytaly ja mdlo'sci i 'slina plynela do ust. Oddalaby w tej chwili kilka lat zycia za kawalek chleba.

Siedziala tak dluga chwile, gdy nagle drgnela, zobaczywszy wysoki cie'n przed soba. Byla to kobieta chuda, okryta szmatami, z rozczochrana glowa i strasznym wyrazem twarzy. Tylko dwa rzedy wspanialych, bialych zeb'ow blyskaly z warg bezkrwistych, zeschlych jak cale cialo prze'swiecajace spod dziurawej odziezy.

— Czego tu chcesz, wied'zmo jedna? — wyszeptala ochryplym glosem. — Id'z stad, to m'oj plac…

Ka'ska podniosla glowe.

— Pozw'olcie mi troche posiedzie'c, pniaka wam nie ugryze — odpowiedziala wolno, z najwyzszym wysilkiem — chora jestem, jak odejdzie ode mnie, to p'ojde…

Kobieta wziela sie pod boki.

— Jake's chora, to gnaj do 'spitala, a porzadnym ludziom drogi nie zawalaj!

Ka'ska nie usuwala sie przeciez, pomimo braku go'scinno'sci, jakiego doznala.

— Jeste'scie przeciez kobieta, to musicie mie'c lito'sne serce — wyszeptala — pniak duzy, pomie'scimy sie obie.

Kobieta postala chwile, jakby namy'slajac sie nad tym, co zrobi'c miala. Wreszcie lito's'c przemogla zle usposobienie, bo machnawszy reka, nieznajoma usiadla kolo Ka'ski, maczajac swe 'zle obute nogi w roztopionej ziemi.

— A skad ze'scie sie tu wzieli, bo'scie frajerka, wida'c to zaraz, bo mordy dobrze uzy'c nie potraficie. Inna to by dopiero na mnie peronele wywarla. No, gadaj, kiedy dobrze z toba kuniruje, co cie tu nanioslo?

Ka'ska wahala sie z odpowiedzia. Ta cuchnaca kobieta, od kt'orej zalatywala ostra wo'n w'odki i blota, budzila w niej odraze. Od'or alkoholu wzmacnial jej nudno'sci i odurzal do reszty. Trzeba jednak bylo co's odpowiedzie'c.

— Jestem teraz przez miejsca i nie mam gdzie spa'c…

— Owa! — odparla nieznajoma — to ci termedyja[38]! Ja tu cztery roki nocuje, a dobrze mi. Lokal fraj[39], a po'scieli pra'c nie trza.

Zamilkla na chwile, po czym, wyjawszy chleb zza pazuchy, je's'c zarlocznie poczela.

Ka'ska odwr'ocila szybko glowe. Nie mogla spojrze'c na jedzaca. Doznawala strasznych cierpie'n; zdawalo jej sie, ze wszystkie wnetrzno'sci skrecaja sie w niej w jeden wezel. Lzy oczy jej zaciagaly mgla, przez kt'ora nic rozr'ozni'c nie mogla.

— Ja to znam, ze cie taka pierwsza noc'owka w piety trze — m'owila dalej kobieta — ale jak sie nie ma zatabaczonego krajcara, to dobry psu i gnat. A byla's juz w furdydze?…

— Bylam — odparla cicho Ka'ska.

— Ha! No, to bez stalunku juz masz prawo do placu. Jakby cie jaki hetnik chcial stad gna'c, to zaraz gadaj, co's w furdydze byla. Nikt cie juz nie ruszy!…

Ka'ska ukryla twarz w obu rekach. Tak! Niezaprzeczenie, byla juz wl'oczega nocna, karana policyjnie; ta straszna, obszarpana kobieta przyznala jej to stanowisko, a bytno's'c w policji nadawala jej prawo do zajmowania kryj'owek na Wysokiej G'orze. A wiec i tam byly prawa, byl pr'og, kt'ory trzeba bylo przekroczy'c, zanim sie dostalo kawalek ziemi wilgotnej i szmat nieba nad glowa!

Kobieta patrzyla teraz na pochylona Ka'ske, nagle tracila ja w bok, m'owiac:

— A c'oze's ty zmalowala? 'Swistnela's co? Sujke komu dala's? Grzebnela's kogo? No, gadaj, morowa lalu!

Ka'ska potrzasnela glowa.

Nie — nie zabilam nikogo. Przeciez nie chciala sie spowiada'c ze swoich postepk'ow przed ta kobieta. Tak jak przed panem Rimotatem w inspekcyjnej izbie zamilkla, tlumiac w sobie b'ol i przyczyny tego b'olu. Nieznajoma uczula sie obrazona.

— Ho! Jaka mi marmuzela[40], sekretnica! Nie chce wydusi'c, boi sie! C'oz to ja wyzieram na prze'spiegaczke? A dawno's wyszla z furdygi?

— Popoludniu!

— Zarla's co?

— Nic.

— Na, zryj! A nie obetkaj sie zanadto i nie polam zeb'ow: hu! ha! To ci ananasy taki chleb. Wojtek forspan[41] mi go dal… wiesz, ten Wojtek polamany… to m'oj kochanek.

M'owiac to, podawala kawalek sczerstwialego chleba. Rece trzesly sie Ka'sce, gdy uchwycila to nedzne pozywienie, kt'ore poniosla do ust z zarloczno'scia wyglodzonej bestii.

Kobieta patrzyla chwilke, po czym, wyjawszy z wlos'ow dwie pogiete szpilki, rozrzucila dokola resztki zrudzialych kosmyk'ow.

— Leb boli, szelma — zaczela, wyciagajac nogi w kaluzy i klapiac nimi po blocie — jak sluzba psia jucha nadejdzie, to kaze im ugotowa'c czarnej kawy i poda'c sobie w l'ozku. Tylko taladajstwo sie powloklo i dzwonka nie mam!

Nagle poczela sie 'smia'c serdecznie.

— Wiesz ty, kolko cholerna, ze ja mialam 'ctery pokoj'ow i sluge. Caly dzie'n ja po pysku walilam, a w nocy to 'cterdzie'sci razy kazalam jej wstawa'c i kawe czarna gotowa'c. Ot tak, prost bez zlo's'c. I ja bylam sluga, to jak mnie potem los spotkal, to sie pomstowalam na kim wlazlo. Potem sama zeszlam na wycierke, ale com uzyla, tom uzyla!

Przeciagala sie teraz, przechylajac w tyl glowe. Chude ramiona podawala w tyl i przymykala oczy. Po czym tracila zn'ow Ka'ske i spytala:

— A ty masz kochanka?

Ka'ska przestala je's'c, bo kurcz nerwowy zacisnal jej gardlo, nie byla w stanie odpowiedzie'c na rzucone sobie pytanie.

Nieznajoma nie czekala na odpowied'z.

— Masz pewnie jakiego smarowoza, co cie w trabe pu'sci… znam ja to, znam! We'zmie porzadna dziewke, a potem ja wykieruje na 'smiecie. I mnie tak jeden maszkara zrobil. Niech go pomsta spotka! Ot, raz to najtrudniej, potem to juz sie otrzaska i tak juz na przepadle… I ty tak zejdziesz.

Ka'ska porwala sie z pniaka.

Co? ona mialaby zosta'c tym samym, czym ta kobieta? Mialazby sie zwala'c do tego stopnia i upa's'c bez powstania? Czyz dla niej nie ma ratunku? Nie ma juz wyj'scia?

— A patrz, zeby's dziecka nie miala — skrzypial dalej glos nieznajomej. — To szczenie musialaby's gdzie zdusi'c albo podrzuci'c jak ja moje, bo w sluzbe cie z dzieciakiem nikt nie we'zmie, a fundusz'ow na mamke nie masz. To najgorsza cholera i bez to my wszystkie idziemy na marne.

Na marne! Tak! Ka'ska nie pomy'slala o tym nigdy. Dziecko. Zimny dreszcz przebiegl ja na to slowo; szuka'c musi innej sluzby, bo'c ja Budowscy juz nie przyjma.

— Chlop kazdy lajdak, nawet ci szmaty nie zaplaci — ciagnela dalej kobieta — turbacja na twoim lbie, a potem to jeszcze pluja i na dziecko sobacza. Tak to juz!…

Ka'ska porzucila trzymany w reku kawalek chleba i poczela przedziera'c sie przez krzaki, kierujac sie ku miastu. Pedzil ja jaki's szalony strach, nieokre'slona trwoga… chciala zobaczy'c Jana i upadlszy mu do n'og, prosi'c o przebaczenie za to, co zrobila.

Wszystko, byle nie to! Byle nie zosta'c taka kobieta jak ta, kt'orej chleb przed chwila jadla.

— A c'oze's tak wyciagnela swoje giczaly, chorobo czeska? Nawet mi za zarcie nie podziekujesz? — wolala nieznajoma. — Gnaj, gnaj! przyjdziesz nazad! Nie takie jak ty stad dralowaly… a nazad lazly, oj, oj!

I rozciagnawszy sie na pniu, gwizda'c poczela.

Ka'ska tymczasem, brnac w blocie i osuwajac sie na kolana, wydostala sie na droge okalajaca dokola podstawe g'ory. Waskie, 'scie'snione uliczki rozchodzily sie promieniami, a wszystkie blyskaly rzedem jasno o'swietlonych okien przecinajacych 'sciany nedznych i zapadlych w ziemie domostw. Bandy obdartych mezczyzn przeciagaly przez ulice, zagladajac do tych okien, z kt'orych wydobywaly sie wybuchy 'smiechu i d'zwieki rozstrojonych skrzypiec. Byl to przedsionek piekla, to nagromadzenie jaski'n rozpusty i zbrodni. Otwarte drzwi zachecaly przechodni'ow. Chwilami wybuchaly z wnetrza domostw straszne krzyki. Czasami zn'ow wypadala nagle gromada bijacych sie mezczyzn i kobiet i napelniala powietrze wrzaskiem i przekle'nstwami. Caly ten klab cial tlukl sie o szpiczaste kamienie, czerwieniac krwawa posoka nier'owny bruk. Po czym nikli zn'ow we drzwiach i za chwile odzywal sie przejmujacy glos skrzypiec. Tylko krwawe plamy pozostawaly jako 'slad 'swiezo odbytej walki.

Ka'ska pedem przebiegla jedna z tych uliczek, jaka's nadludzka wola wzbudzila sie w niej w tej chwili. Niedlugo wydobyla sie w inna dzielnice miasta, pozostawiajac za soba zaulki, zionace pija'nstwo i zbrodnie. Ciemno's'c nocy kryla jej brud i zaniedbanie, przechodnie nie odwracali juz za nia glowy. Ona 'spieszyla, nurkujac pod murami dom'ow, nabierajac powoli przyzwyczajenia skrywania sie przed oczami ludzi. Nareszcie stanela na ulicy, przy kt'orej mieszkali Budowscy. Rzad slabo plonacych latarni o'swietlal 'zle szeroka i dluga przestrze'n. Tej nocy magistrat zrobil umowe z ksiezycem, aby dopom'ogl mu w o'swietleniu miasta. Ksiezyc wszakze zaslonily chmury i dlatego to ciemno'sci zalegly ulice i zaslaly czarna szmate na brukach ulicznych.

Ka'ska przeciez pomimo ciemno'sci przebywa szybko przestrze'n. Jest juz u bramy; nie namy'slajac sie dlugo, chwyta za galke od dzwonka i szarpie ja z nerwowym niepokojem. Wszakze tu powinna mimo wszystko znale'z'c przytulek i obrone przed nedza. Zbila R'ozie, ale Jana mimo to sie nie wyrzekla, wyrzec sie nie mogla. Dzwoni raz drugi, bo furtka nie otwiera sie jeszcze. Miejskie zegary bija pierwsza godzine urywanym, przeciaglym jekiem, kt'ory drga w powietrzu. Sp'o'zniona dorozka walesa sie, napelniajac ulice turkotem nier'ownym, szarpiacym uszy halasem. Po kr'otkiej chwili poza brama daja sie slysze'c ciezkie kroki bosych n'og. Ka'ska ze wzruszenia opiera sie o 'sciane. Poznaje ch'od Jana, wie, ze to on jest tak blisko niej, oddzielony tylko warstwa drzewa. Furtka otwiera sie, a w glebi bieleje posta'c str'oza w nocnej odziezy. Stoi zly i rozespany, klnac w duszy sp'o'znionego przechodnia, ale reke moca nalogu wyciaga do odebrania naleznej sz'ostki. Tymczasem zamiast spodziewanego lokatora, zjawia sie przed nim wysoka, obdarta istota, w kt'orej w mgnieniu oka poznaje Ka'ske.

Czeg'oz chce jeszcze ta dziewka? Czy przyszla robi'c nowe awantury, drapa'c go i bi'c po nocy? Do tego nie dopu'sci — musi raz z nia sko'nczy'c. I zanim Ka'ska zdolala wej's'c do wnetrza bramy, otrzymuje silne pchniecie, kt'ore ja przymusza cofna'c sie z progu. Znalazlszy sie na ulicy, wyciaga mimo to blagalnie rece i wola zdlawionym glosem:

— Janie! Janie! Posluchaj!…

Ale on nic nie slucha. Potok obelzywych sl'ow wym'owionych p'olglosem wylewa sie z wnetrza bramy. Czuje, ze z ta dziewka sko'nczy'c musi, inaczej czepia'c sie go bedzie jak rak. Zbil ja, a ona wr'ocila! Najlepiej ostro, a musi przeciez ustapi'c.

Drzac caly ze zlo'sci, zatrzaskuje brame i obraca kluczem z najwyzsza pasja i oburzeniem. Tamta druga ze strychu wygnal takze. Znudzily mu sie obie: Ka'ska swymi placzami, R'ozia bezustannym chichotem, jest teraz „wolny” i dobrze mu z tym.

Poza brama zostala teraz Ka'ska. Stala chwile jeszcze, nie zdajac sobie dokladnej sprawy z calego polozenia. Wpredce jednak zrozumiala, co ja spotkalo. Ostatnia nadzieja polaczenia sie z Janem przepadla razem z loskotem zamykajacej sie bramy.

I nagle pod sercem kobiety poruszylo sie co's slabo, ale mimo to wyra'znie. Szarpnelo nia to poruszenie w dziwny spos'ob, drgnela cala i instynktowo wyciagnela rece w strone bramy. Nowe zycie budzilo sie w niej, druga istota niepewnymi ruchami dawala zna'c o swym istnieniu… ozywiala sie w te noc chmurna, ciemna, pod wplywem nedzy i cierpienia.

Ka'ske pomimo zimna pokryl pot — zeby zaciela konwulsyjnie… pomimo swego niedo'swiadczenia, instynktem wla'sciwym samicom odgadla i zrozumiala, co sie w niej dzialo. Miala zosta'c… matka!

Stala tak dlugo na 'srodku chodnika, czerniac sie jak slup wbity w ziemie. Nie ona jedna teraz cierpiala nad niegodziwo'scia Jana. Miala towarzysza niedoli, kt'ory wstrzasal jej lonem, rwac sie na 'swiat do cierpie'n i glodu…

Poza brama zalegla cisza.

Jan znuzony upadl na poslanie i chrapal, 'spiac smaczno. Ka'ska przedstawiala go sobie w tej ciasnej a przeciez zacisznej kom'orce, otulonego w ciepla derke, kt'ora sie na noc owijal. Ona przeciez drzala z zimna i wewnetrznego wzruszenia. Znuzona glowa bezwiednie szukala oparcia, ochrony. Szeroko rozwartymi oczami wpatrywala sie w czarna mase bramy, rece jej kurczowo przyciskaly drgajace lono. Spoza zaci'snietych warg wybiegalo tylko jedno slowo powtarzane z uporem graniczacym z obledem:

— Dziecko! Dziecko!


*


I zaczely sie teraz dla Ka'ski dnie najstraszniejszej nedzy i niedoli. Budowski, powiadomiony o wszystkim, napisal jej odpowiednie 'swiadectwo w ksiazeczce sluzbowej, pietnujac ja tym samym na najnikczemniejsza istote. Nie zastanawial sie nad powodami bledu, nad okoliczno'sciami, kt'ore ten blad stworzyly. Nie rozumowal r'owniez, ze podobnym 'swiadectwem straca dziewczyne w przepa's'c, a odbierajac jej mozno's'c zarobku, zmusza niejako do zapisania sie w rzedy prostytutek lub zlodziejek ulicznych.

Budowska r'owniez nie troszczyla sie o dawna swa powiernice. Gdy Ka'ska przyszla wreszcie zabra'c sw'oj kuferek i upomniala sie nie'smialo o ksiazke sluzbowa i reszte zaslug, Julia schowala sie szybko do saloniku, bojac sie widoku dziewczyny, wzgledem kt'orej miala obowiazki. Sam Budowski wreczyl Ka'sce ksiazeczke, co za's do reszty zaslug, wykazal jej bardzo zrecznie, ze to ona wla'sciwie winna mu jeszcze doplate za szkody, kt'ore poczynila w gospodarstwie.

Ka'ska, milczac, zabrala swa po'sciel i przy pomocy Marynki zniosla ja na d'ol. Marynka bowiem pozostala jej przyjaci'olka i ona to powiadomila Ka'ske o zaszlych wypadkach.

— I te bestie z kom'orki Jan wygnal takze na cztery wiatry. Juz on taki dla wszystkich jest. Ot… chlop! C'oz dziwnego!

Ka'ska nie odpowiedziala nic, jakkolwiek wiadomo's'c, ze i R'ozie podobny los spotkal, sprawila jej niejaka ulge. Obejrzala sie tylko wkolo, czy nie zobaczy gdziekolwiek Jana — ale na pr'ozno! Str'oz, widzac wchodzaca do kamienicy dziewczyne, uciekl do szynku, nie chcac sie z nia spotka'c. Teraz, po dniu, czul, ze nie m'oglby 'smialo spojrze'c jej w oczy. Przyjal wiec system wla'sciwy wszystkim prawie mezczyznom zrywajacym z kochankami — postanowil ucieka'c od Ka'ski i nie spotka'c sie z nia nigdy.

Ka'ska przeniosla sw'oj kuferek do znajomego dawno mularza, kt'ory, ozeniwszy sie, odnajmowal teraz stancje — katem. Za pieniadze uzyskane ze sprzedazy po'scieli wegetowala jeszcze Ka'ska blisko dwa tygodnie. Przez ten czas szukala zajecia dziennego, bo zle 'swiadectwo w ksiazce sluzbowej nie dozwalalo jej znale'z'c stalego miejsca.

Prala wiec w pobliskiej pralni, biorac po kilka cent'ow dziennie i dostajac nedzne pozywienie, kt'ore jej teraz zadowoli'c nie moglo. Stan jej, rozwijajacy sie do's'c prawidlowo, ale nad wyraz uciazliwie, jak zwykle u kobiet zbyt silnie rozroslych, sprawial jej wiele cierpie'n i przykro'sci. Zewnetrznie nie zmienila sie wiele, wypelniala jeszcze i zdawala sie teraz olbrzymka, gdy z zawinietymi rekami, w koszuli spadajacej z ramion, prostowala sie ponad balia, otoczona klebami bialej, gestej pary. Tylko twarz wybladla, podkrazone oczy 'swiadczyly o wewnetrznym cierpieniu tej istoty, niedawno jeszcze mlodej i zdrowiem tryskajacej.

Teraz, gdy zrozumiala stan sw'oj i przeczula dziecko ukryte w lonie, troszczyla sie dnie cale nad przyszlo'scia i nieunikniona nedza, w jaka popa's'c miala. Slowa obdartej kobiety, rzucone za nia tej chlodnej, smutnej nocy, kiedy wypuszczona z furdygi jak zwierze bezdomne blakala sie po Wysokiej G'orze, slowa te brzeczaly jej ciagle w uszach, nie dajac jej ani na sekunde spokoju. Co zrobi z dzieckiem, skoro na 'swiat przyjdzie? Czy ma je porzuci'c na ulicy lub polozy'c pod pr'og szpitala, jak to inne kobiety robia? Nie ona tego nie zrobi, bo'c suka szczenie swe tuli i zabiera'c nie dozwala. Do sluzby jednak z dzieckiem nikt ja nie przyjmie. Moglaby odda'c dziecko na wie's do mamki, ale na to trzeba mie'c troche pieniedzy, cho'c kilka gulden'ow, a ona zaledwie pare cent'ow dziennie zarobi'c moze…

I noce cale lezy bezsennie, wpatrzona w przestrze'n, rozmy'slajac nad zebraniem pieniedzy dla opedzenia koszt'ow. Ona sama — to mniejsza! Ale dziecko! Dziecko p'ojdzie na marne, jak to przepowiedziala ta ohydna kobieta spotkana na Wysokiej G'orze podczas pamietnej dla Ka'ski nocy.

Dokola niej, w ciasnej izdebce, w'sr'od zaduchu i ciemno'sci 'spia jej wsp'ollokatorowie, oddychajac ciezko. Nawet w'sr'od nocnego spoczynku trapia ich sny meczace. We 'snie ko'ncza prace rozpoczeta na jawie. Mieszaja wapno, roznosza szafliki, podaja cegle, spinaja sie na rusztowania. Niekiedy w kolysce zaplacze niemowle lub zaskomli pies drzemiacy w kaciku. Wszyscy przeciez 'spia twardo, tym snem wla'sciwym tylko spracowanym nedzarzom.

Ka'ska niemniej spracowana, przeciez czuwa. Wsparta na reku trawi sie cala w bezsilnej i pr'oznej checi wydobycia grosza. Goraczka ja ogarnia. Sprzeda'c cokolwiek?

Nie ma juz nic na sprzedaz. Po'sciel i troche bielizny przeszly na wlasno's'c mularzy. Niedostateczna strawa w pralni zmusza ja do zakupywania drobnych wiktual'ow, kt'ore spozywa z zarloczno'scia zwierzecia. Nie ona temu winna. Jest w niej druga istota, lakoma, chciwa, niewyrozumiala, niepojmujaca niedostatku, nieznajaca jeszcze braku 'srodk'ow dla zaspokojenia glodu.

I to stworzenie nasyca'c Ka'ska, bad'z co bad'z, musi. Nieublagane jest, gdy gl'od mu dokuczy… nie waha sie zadawa'c najprzykrzejszych meczarni.

Ka'ska ma jeszcze jeden towar na sprzedaz. Tym towarem jest jej wlasne cialo. Ale wrodzona uczciwo's'c wzdryga sie przed ta ostateczno'scia. Serce w niej zamiera na my'sl podobnego ponizenia.

Pralnie, w kt'orej Ka'ska znajdowala do tej chwili zarobek, nagle zamknieto. Wskutek niedozoru lub z wlasnej woli wla'scicielki zginelo kilka koszul feldfebl'ow i podoficer'ow.

Ka'ska znalazla sie zn'ow na bruku po dwutygodniowej pracy. Mularze, u kt'orych mieszkala, widzac ja bez zajecia i nie widzac zadnych korzy'sci z lokowania u siebie tej nedzarki, wym'owili jej „kat”, oddajac innemu lokatorowi. Wszystkie nieszcze'scia walily sie na jej glowe, popychajac na dno przepa'sci.

Ona wszakze walczyla jeszcze, podnoszac glowe, pomimo ogromu niedoli.

Glodna, obszarpana, powlokla sie na miasto, szukajac „roboty”, do kt'orej reszte sil oddalaby chetnie za prosty kawalek chleba.

Dzie'n wiosenny 'smial sie w rozkosznej pelni. Jeszcze 'snieg lezal nad rynsztokami, a przeciez u g'ory 'swiecilo jasne slo'nce pokryte delikatna, przejrzysta zaslonka. Okna dom'ow, zamkniete szczelnie podczas zimy, otwieraly sie leniwe jak oczy Argusa, jedno po drugim, chlonac w ciemne wnetrze mieszka'n jasno's'c i wo'n wiosenna. Kobiety migaly lakierowanymi bucikami i pomalowanymi twarzami spod gestych welon'ow. Mezczy'zni, drzacy w zbyt lekkich wiosennych okrywkach, nadawali sobie miny zwyciezc'ow. Wystawy sklepowe wylewaly ze swych okien cale gamy jasnych barw 'smiejacych sie w faldach lekkich tkanin i kulistych zgieciach parasolek… I cale to przedpoludnie wiosenne zdawalo sie jakim's preludium do harmonijnej melodii, kt'ora miala rozlega'c sie niedlugo w przestrzeni i trwa'c zaledwie… jedna wiosne.

Ka'ska wlokla sie bezmy'slnie po ulicach zaciskajac na piersiach faldy podartego kaftanika. Zaczepila juz kilka podobnych sobie nedzarek, pytajac, czy nie moga jej nastreczy'c zarobku. Wzruszyly ramionami i odpowiedzialy, ze same dni kilka nic w ustach nie mialy. P'o'zniej wszakze mialy nadzieje dosta'c zarobek przy budowie lub reparacji dom'ow, albo przy roznoszeniu kwiat'ow po ulicach miasta. Magistrat potrzebowal dawniej takze kobiet dla uprzatania 'sniegu na ulicach, teraz czynno's'c te pelnia wie'zniowie pod straza dozorc'ow. Odpadl wiec w ten spos'ob dobry zarobek, bo przynoszacy dziesie'c cent'ow dziennie.

Ka'ska powlokla sie dalej. Na niebieskiej tablicy rozkladal sie napis „Pralnia zagraniczna”. Ka'ska przesylabizowala pierwsze slowo i wsunela sie w brame. Na dziedzi'ncu krecily sie kobiety, wylewajac blekitna wode lub szumiace mydliny. Z niskiej oficynki dochodzily wybuchy 'smiechu lub kleby pary. Ka'ska wkr'otce stanela na progu pralni. Cichym i urywanym glosem prosila o zajecie, cho'cby o pozwolenie noszenia wody.

Ale wpredce musiala sie cofna'c. Sama wla'scicielka, przy pomocy swych pracownic, obrzucila ja calym potokiem obelg, mianujac ja „obdarta wl'oczega czyhajaca tylko na cudza wlasno's'c”. Rzeczywi'scie, lachmany Ka'ski nie wzbudzaly zaufania, a kazdemu z patrzacych na te dziewczyne ludzi nasuwalo sie jedno pytanie:

— Dlaczego taka silna i rosla, a na poz'or zupelnie zdrowa kobieta wl'oczy sie bez zajecia po ulicach, zamiast wzia'c sie do pracy?…

Nikomu wszakze nie przyszlo na my'sl, ze droga pracy byla dla Ka'ski zamknieta. Sluzba — przez zle 'swiadectwo nakre'slone w ksiazce, inne zajecia — dla braku miejsca lub przez lachmany okrywajace jej cialo.

Spoza wystawy rze'znickich sklep'ow, pomiedzy zielenia i r'ozowa barwa azalii pietrzyly sie stosy miesiwa, trzesly z'oltawe galarety, mienily sie rozmaitymi kolorami salcesony. Byla to czysta ironia, jakby uragowisko dla nedzarzy stojacych na waskim trotuarze i patrzacych na 'swieze mieso, kt'orego smak i zapach odgadywali poza przejrzysta tafla lustrzanej szyby.

Ka'ska przylaczyla sie obecnie do tej gromadki i popychana przez przechodni'ow znalazla sie w pierwszej linii. Patrzyla dluga chwile na rozlozone szynki i ozory, a dotkliwy kurcz 'sciskal jej wnetrzno'sci. Jak blyskawica przemknela przez jej glowe my'sl, aby wybi'c szybe i porwa'c kawalek miesa, aby nasyci'c sie cho'cby chwilowo. Ale juz policjant rozganial ten tlum obdarty, tamujacy przej'scie w zacie'snionej i niezmiernie ruchliwej ulicy. Ka'ska na widok ciemnego czaka i l'sniacego p'olksiezyca uciekla szybko — bala sie nad wyraz wszelki policji i jej reprezentant'ow. Idac wciaz wzdluz ulic, znalazla sie nagle przed drzwiami ko'sciola benedyktyn'ow. Tak, tu przeciez spocznie cho'cby chwile. Ko'sci'ol dla wszystkich otwarty! Niedawno str'oz jaki's spedzil ja z kamienia stojacego u bramy wysokiej, trzypietrowej kamienicy. Powiedzial, ze tu nie miejsce dla wl'oczeg'ow — w ko'sciele przeciez pozwola jej posiedzie'c spokojnie…

B'og! — Zapomniala o nim! Tak dawno nie modlila sie — nie byla w ko'sciele! Od chwili upadku co's ja wstrzymywalo, ile razy chciala przestapi'c pr'og 'swiatyni. Zdawalo sie jej, ze co's ja ciagnie za odziez i przykuwa do miejsca. Bylo to z samego poczatku, bo p'o'zniej nawet nie pr'obowala zachodzi'c do ko'sciola. Dzi's przeciez weszla bez przeszkody, bez tego dziwnego uczucia, kt'ore wytracalo ja dawniej z przedsionka 'swiatyni. Ko'sci'ol nie zmienil sie zupelnie. Ta sama wilgo'c spadajaca z wysokich sklepie'n, tez same cienie snujace sie wzdluz filar'ow, te same szepty ciche, gorace, czepiajace sie zloconych szat aniol'ow, caly ten chlodny, a mimo to jaka's namietno'scia dewotki drgajacy spok'oj owional nagle wchodzaca dziewczyne i zrobil na niej przygniatajace wrazenie. Machinalnie prawie osunela sie przed najblizszym oltarzem i zrobiwszy znak krzyza, modli'c sie poczela. Ale modlitwa nie szla jej zupelnie. My'sli plataly sie jak nici 'zle pomotanej przedzy. Gl'od szarpal jej wnetrzno'sci. Oczy zaslaniala mgla.

Nagle Ka'ska poslyszala poza soba ciche, przytlumione lkanie; placz ten wyplywal z kacika, w kt'orym czernil sie skurczona masa konfesjonal, blyskajacy ze swego wnetrza biala komezka siedzacego tam ksiedza.

Jaka's kobieta, czarno ubrana, kleczala u kratek, zanoszac sie z placzu.

Z ust ksiedza wybiegaly slowa rzucane po'spiesznie, przyciszonym glosem. Chwilami przeciez szept ten stawal sie glo'sniejszy i mozna bylo rozr'ozni'c kilka wyraz'ow:

— W Bogu szukaj pomocy!… B'og pociecha jedyna…

Ka'ska pochylila glowe.

Tak! Ona byla winna bardzo. Nie do's'c, ze zgrzeszyla — zamiast oczy'sci'c sie z grzechu, ona trwala w swej ha'nbie, odwracajac sie od Boga, kt'ory m'ogl da'c jej pomoc i pocieche.

W prostym a praktycznym umy'sle glodnej i opuszczonej dziewczyny pomoc ta rysowala sie w dora'znym otrzymaniu jakiejkolwiek pracy, a przede wszystkim cieplej strawy, kt'ora moglaby zaspokoi'c gl'od trapiacy ja od kilkunastu godzin. I pod tym wrazeniem postanowila przystapi'c do konfesjonalu, aby zlozy'c u st'op ksiedza ciezar swych grzech'ow, a natomiast otrzyma'c jaka's pocieche i pomoc w swej niedoli.

Zaplakana dewotka po kilkakrotnym ucalowaniu tlustej reki spowiednika usunela sie w glab kaplicy, wydajac ciagle przytlumione westchnienia.

B'og pociecha jedyna!…

I pod ta dewiza, z ta my'sla przewodnia, rozpoczela Ka'ska swa spowied'z. Uklekla na niewygodnych stopniach, drzac cala ze wzruszenia. Tak dawno nie wsuwala sie do ciemnej glebi konfesjonalu! Tak dawno nie zblizala sie do kratek, kt'ore przejmowaly ja zawsze jakim's nieokre'slonym uczuciem przestrachu. Dzi's przeciez przestrach ten lagodzilo o wiele rzewniejsze uczucie, jaka's che'c opowiedzenia swej niedoli, cierpie'n przebytych, pragnienie dobrego slowa, porady, pomocy, kt'ora u st'op oltarzy jeszcze od dziecka jej ukazywano. I z sercem przepelnionym zalem, ze szczera i prawdziwa skrucha za blad popelniony rozpoczyna swa spowied'z w prostych slowach, nie kryjac nic az do chwili swego upadku… Powoli przeciez milknie, zmrozona dziwnym upartym milczeniem, jakie panuje z drugiej strony kratki. Silny zapach mietowych pastylek polykanych przez ksiedza odurza ja i sprawia zawr'ot glowy. Spowiednik jej milczy znuzony ta gadanina chaotyczna, szeptana drzacym, urywanym glosem, nie mogac zrozumie'c jeszcze dokladnie, czego chce ta dziewczyna, wyrazajaca sie niejasno i tak cicho, ze prawie doslysze'c jej nie moze.

Gdy Ka'ska opanowana nagle uczuciem wstydu milknie wobec koniecznego przyznania sie do winy przed tym obcym czlowiekiem, kt'ory mimo sutanny jest przeciez mezczyzna, ksiadz rzuca zwykle w takich razach pytanie:

— Co wiecej?

Ach! Tak! Co wiecej! — Latwo wym'owi'c takie slowa, ale jakze trudno opowiedzie'c to „wiecej” bez pomocy, bez dobrotliwej zachety koniecznej dla niewyzutej ze wstydu kobiety. I po dlugim wahaniu, zdlawionym glosem, naglona przez zniecierpliwionego ksiedza przyznaje sie do nieprawnego zwiazku z Janem, cierpiac w tej chwili podw'ojnie. Raz w pogwalceniu tajemnicy swej ha'nby — po wt'ore w ciezkim, bolesnym wspomnieniu chwil, kt'ore wtracily ja w przepa's'c niedoli i rozpaczy.

Ale nowy pocisk spada na jej schylona glowe. To piorunujace, potepiajace ja slowa ciskane z ust kaplana. Gromi ja, przejety caly fanatycznym oburzeniem. Obrzuca ja wyrzutami za zbladzenie z prawej drogi, po kt'orej winna byla kroczy'c do ko'nca zycia. Pieklo ja czeka! Pieklo i szatani, kt'orym wpadla w rece, oddajac sie wystepkom i grzechom nieprzebaczanym, chyba po najstraszniejszej pokucie…

Ksiadz jest w swym prawie. Spelnia obowiazek gorliwie, wyprowadzony ze zwyklych, kilkugodzinnych drobnych grzeszk'ow kobiecych tym wielkim wystepkiem zha'nbionej dziewczyny.

Pokuta i jeszcze raz pokuta!

U st'op konfesjonalu osuwa sie prawie bezprzytomna z b'olu i glodu Ka'ska. Pokuta? Ale czyz ona w tej chwili nie przechodzi najsrozszych meczarni? Czyz nedza, gl'od i to dziecko szarpiace sie w jej lonie nie jest dostatecznym cierpieniem do zmazania jej winy? Czyz jeszcze wiecej cierpie'n fizycznych i moralnych ma spotka'c ja za chwile fikcyjnej rozkoszy, kt'ora w jej nedznym zyciu za'swiecila jak bledny ognik w'sr'od trzesawiska?

Ksiadz odmawia jej rozgrzeszenia i ostrym glosem naznaczajac pokute, kaze modli'c sie i blaga'c Boga o milosierdzie. Po czym wychodzi z konfesjonalu, nie spojrzawszy nawet na skurczona na schodkach dziewczyne. Ona mimo woli wyciaga za nim reke i ze 'sci'snionego gardla wymykaja sie slowa:

— Prosze ksiedza!… Prosze ksiedza!…

Chce go prosi'c o jaka's robote, chce mu powiedzie'c, ze doba cala uplywa, a ona w ustach nie miala nic opr'ocz wody, ze…

Ale na pr'ozno. Ksiadz odchodzi w strone zakrystii wyprostowany, sztywny w swej sutannie i bialej komezce, oszytej[42] szeroka koronka. Spelnil sw'oj obowiazek. Odm'owil rozgrzeszenia grzesznicy, poza tym nie ma nic do spelnienia.

Ka'ska pozostala sama.

A wiec i B'og jej nie chce! I B'og ja odtraca przez usta ksiedza rzucajacego jej, zamiast pomocy i pociechy, jedno straszne slowo:

Pokuta!…

W umy'sle kobiety powstaje nagle chaos nieopisany. Gdziez jest ten B'og milosierny, kt'ory zalujacym przebacza, nagich przyodziewa, glodnych karmi? Wszak ona, zalujaca, obdarta, glodna przywlekla sie w mury 'swiatyni, aby tu, w'sr'od zloconych aniol'ow i puszek z napisami „dla biednych”, znale'z'c lekarstwo na swe cierpienie. Pomimo przeciez zalu i skruchy odtracono ja, uznajac jej cierpienia jako kare niedostateczna za danie zycia jeszcze jednej istocie, za wypelnienie celu, do kt'orego stworzona zostala. Kazano jej pokutowa'c, zapomniawszy, ze w urodzeniu dziecka lezy najsrozsza meczarnia, pokuta za grzechy calego zycia. Jeden krzyk konajacej w b'olach rodzenia grzesznicy czyz moze sie r'owna'c z cala kwarta lez wylanych w samolubnym zamknieciu przez pokutujaca dewotke?

Z okien 'swiatyni padaly promienie 'swiatel, rozkladajac sie r'oznokolorowa struga na kamiennej posadzce.

Ka'ska, podni'oslszy glowe, lzawymi oczami wpatrywala sie w te wesole 'swiatelka mieniace sie barwa teczy. W uszach jej brzmiala ilo's'c pacierzy wyznaczona przez ksiedza jako pokuta. — Siedem Ojczenasz'ow, siedem Zdrowasiek, jedno Wierze. C'oz bylo to bezmy'slne klepanie wyuczonych sl'ow w por'ownaniu z meczarnia, jaka nosila w swym lonie?

Na kleczkach posunela sie do oltarza i wsparla glowe o wygieta tegoz podstawe. Bialy, cieniuchny obrus dotykal jej rozpalonej twarzy. Moczyla go lzami, kt'ore teraz goraca struga plynely po jej policzkach. Ponad oltarzem wybladla i zmeczona twarz Chrystusa w cierniowej, ze zlocistej blachy ukutej koronie ukazywala sie z ciemnego tla jak uosobienie b'olu i znekania. Na bialej plycie, pomiedzy lichtarzami, na stopniach nawet oltarza z'olcily sie drobne figurki z czystego wosku, tak zwane „ofiarki”. Dziwaczne te krzyzyki, laleczki, rece lub nogi, pokrzywione, nieksztaltne, skladane w chwili rozpaczy lub wdzieczno'sci za otrzymane dobrodziejstwo, sluzyly p'o'zniej na 'swiece, kt'ore, po stopieniu wosku z tychze ofiarek, z latwo'scia byly wyrabiane.

Za dobrych czas'ow Ka'ska niejedna taka ofiarke zlozyla u st'op oltarza. Dzi's kleczy wpatrzona mimo woli w ten wosk z'olty, przezroczysty, kt'ory czesto gryzla i polykala, dziwiac sie, ze ma smak nieokre'slony.

— Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj!… — szepcza jej spieczone goraczka usta.

Jest to milionowa czastka pacierzy, kt'ore odm'owi'c ma za popelnione grzechy.

— Chleba naszego!…

Szum w uszach dziewczyny powieksza sie z kazda chwila, a reka nerwowym ruchem wysuwa sie w strone „ofiarek”.

— I odpu's'c nam nasze winy!

Ka'ska popelnia w tej chwili 'swietokradztwo. Ze st'op oltarza chwyta z'olty, drobny krzyzyk i gniecie go kurczowym ruchem w palcach. Po czym podnosi kawalki wosku do ust i zuje go, ludzac sie, iz posila sie jaka's strawa. I zn'ow zaczyna odmawia'c szczerze pacierze, ale ogarnia ja nagla senno's'c, kt'orej oprze'c sie nie moze. Oczy jej zamykaja sie mimo woli, serce bi'c przestaje i Ka'ska osuwa sie na ziemie zemdlona, nieprzytomna cisnac w reku okruchy wosku.

Padajac na ziemie, szepcze jeszcze:

— Odpu's'c nam nasze winy…

Pro'sba ta pokorna rozbrzmiewa w'sr'od sklepienia jak rozpaczliwy jek zanadto dreczonej istoty. Ka'ska lezy wciaz nieruchoma, straszna swa blado'scia i nedza, kapiac obdarte lachmany w r'oznokolorowych promieniach 'swiatla za'scielajacych posadzke. Ponad nia Chrystus surowy, wybladly, z twarza ascety zdaje sie powtarza'c slowa swego slugi:

— Pokuta! Pokuta!


*


— Teraz juz panna mozesz i's'c do domu.

Ka'ska podnosila sie z kuferka, na kt'orym siedziala, i postawila wypr'ozniony talerz na ziemi.

Stojacy przed nia staruszek brzakal niecierpliwie pekiem kluczy trzymanych w pokreconych od reumatyzmu palcach. Znalazl Ka'ske na podlodze ko'scielnej nieprzytomna, martwa prawie. Przyszedl wla'snie zamyka'c ko'sci'ol, gdy potknal sie o te dziewczyne lezaca na podlodze jak kawalek drzewa. Przy pomocy dw'och poslugaczy kazal ja przenie's'c do swej izdebki i otrze'zwil po dlugich staraniach. Staruszek mial dobre serce, kt'ore nie zasklepilo sie w fanatycznym, a samolubnym zyciu i klepaniu pacierzy. Talerz cieplej zupy i kawalek chleba byl najlepszym dla oslabionej dziewczyny lekarstwem. Podzielil wiec sw'oj obiad na dwie cze'sci i jedna wlal prawie przemoca w zaci'sniete gardlo Ka'ski. Ona, pod wplywem ciepla panujacego w izdebce, przyszla powoli do siebie; odpoczela, a teraz, milczac, zabierala sie do odej'scia. Wiedziala, ze byl to przytulek chwilowy i ze predzej czy p'o'zniej opu'sci'c ten kacik musi.

Staruszek wpatrywal sie w nia uwaznie, po czym wzruszyl znaczaco ramionami.

— Czemu ty do roboty nie idziesz?… Taka wielka dziewka, zeby glodem marla!…

Ka'ska podniosla na m'owiacego zalzawione oczy.

— Od tylu dni szukam roboty i nie moge znale'z'c. Bylam w pralni, zamkneli ja bez jakie's oszustwo. Teraz ani ugry'z znale'z'c nic nie moge.

— A do sluzby?

Ka'ska u'smiechnela sie smutnie.

— Kto by takiego obszarpa'nca wzial? — zaczela, wskazujac na swoje lachmany — Na stancji tak sie wydarlam, nawet na wodziarke by nie pu'scili do porzadnych pa'nstwa!

Nie wspomniala o zlym 'swiadectwie. Chciala sobie, bad'z co bad'z, zaskarbi'c laske tego poczciwego staruszka, kt'ory pierwszy ulitowal sie nad jej nedza i podal jej lyzke strawy.

Lecz on teraz zamy'slil sie dluga chwile. Widocznie nie chcial ograniczy'c swej pomocy na jednorazowym wsparciu. Szukal jakiego's zajecia, kt'ore m'oglby powierzy'c tej nedzarce zglodnialej, padajacej ze znuzenia, a mimo nedzy niekalajacej sie w wystepku i rozpu'scie.

Z wprawa wla'sciwa kazdemu mezczy'znie ocenil mlodo's'c i niezuzyte cialo Ka'ski — zrozumial, ze gdyby ta dziewczyna miala zle instynkty, moglaby z najwyzsza latwo'scia zapewni'c sobie byt i dostatnie utrzymanie. Je'sli mdleje z glodu u st'op oltarza, musi by'c bad'z co bad'z uczciwa. I nie rozumujac, nie badajac, nie rzucajac grom'ow na glowe nieszcze'sliwej, nakazuje jej stawi'c sie za trzy dni w zakrystii tegoz ko'sciola do pomocy w myciu podlogi, okien i oczyszczania schod'ow w calym zabudowaniu.

— Dostaniesz kilka groszy, tylko pracowa'c trzeba… wiesz!

Ka'ska, podziekowawszy, wyszla na ulice, nie mogac przeciez pozby'c sie smutku i znekania. Zakrystian dal jej nadzieje zarobku, ale zarobek to chwilowy i oddalony jeszcze dlugim przeciagiem kilkudziesieciu godzin. Co robi'c teraz bedzie? Gdzie glowe zlozy?

Slo'nce mialo sie ku zachodowi. Miasto chlonelo w siebie reszte 'swiatla i ciepla, wysuwajac ze siebie ponure i smutne cienie. Bezlistne drzewa Plantacji, wal'ow przecinajacych miasto, wznosily sie jak szkielety czekajace na oslone. Ka'ska szla bezustannie z glowa schylona, okrazajac place, sznurkujac wzdluz ulic, przeciskajac sie przez ciasne zaulki. W wedr'owce tej podobna byla do hieny zamknietej w klatce, do Zyda tulacza krazacego bez celu, bez 'swiadomo'sci spoczynku. Nie patrzyla na ludzi — byli jej obojetni; czula tylko, ze noc sie zbliza, a z nia konieczno's'c ukrycia sie pod jakim's dachem. Nie czula chwilowo glodu, ale lek przed nadchodzaca noca dreczyl ja niewypowiedzianie. I szla, szla wciaz, spogladajac na ciemne okienka piwnic, czerniace sie wzdluz mur'ow. O! Gdyby dosta'c sie do wnetrza takiej piwnicy i pozosta'c tam noc cala! Bezwarunkowo byloby to rzecza niewatpliwie najbezpieczniejsza.

Ciemnawo juz bylo, gdy Ka'ska znalazla sie nagle pod parkanem okalajacym Politechnike. Pusto bylo w tej cze'sci miasta, zamieszkanej przewaznie przez arystokracje. Wysokie, biale kamienice wznosily sie jak rzeczywiste pobielane groby, mieszczac w sobie trupy gnijace w bezczynno'sci lub rozpu'scie. Groby te blyskaly rzedami okien czarnych, smutnych jak jamy oczne w nadpr'ochnialej czaszce. Tu dogorywaly wielkie rody kraju, stawiajac sobie za zycia grobowce. Tylko w'sr'od tego cmentarzyska wznosil sie gmach Politechniki jaki's zdrowszy, czerstwiejszy, otwarty szeroko dla przyjecia odglos'ow, kt'ore wiosenne fale z miasta przynosily.

Ka'ska mimo woli usiadla pod parkanem i oparla zmeczona glowe na powalonym pniaku. Wiedziala, ze dlugo tak siedzie'c nie moze, cho'c nigdzie nie wida'c bylo czarnej sylwetki policjanta. Postanowila tylko odpocza'c kr'otka chwile i p'oj's'c dalej… dalej…

Nagle kto's szarpnal ja za ramie.

Byl to gluchoniemy chlopak, ucze'n Wodnickiego. Wychodzil z pracowni po wieczorny posilek. Za chwile mial wr'oci'c, gdyz spal tam zawsze u st'op 'Switezianki lub Mojzesza, 'smiejac sie przy przebudzeniu z nieksztaltnych st'op 'Sw. Apostol'ow.

Poznal Ka'ske od razu. Wzbudzila w nim pewien rodzaj uwielbienia, pomimo obszarpanych lachman'ow, jakimi byla okryta. Wzr'oslszy pomiedzy powiekszanymi postaciami posag'ow, patrzac na te wielkie torsy, biodra, potezne uda, olbrzymie karki — pogardzal drobnymi istotami, wpadajac w rodzaj ekstazy na widok zolbrzymialych czlonk'ow. Ka'ska ze swym rozro'snietym cialem wyr'ozniala sie w'sr'od tlumu i od razu zyskala aprobate gluchoniemego. Usiadl wiec przy niej, wydajac dzikie krzyki i ciagnac ja za reke. Ona poznala go r'owniez i patrzyla na niego, nie m'owiac wszakze slowa. Wiedziala, ze sie to na nic nie zda — kaleka jej nie zrozumie. Powoli widok tego chlopca obudzil w niej bolesne wspomnienia. Wszakze to byla u rze'zbiarza tego samego dnia, w kt'orym wpu'scila R'ozie na strych i poznala ja z Janem. Dwie wielkie lzy splynely z podsinialych oczu dziewczyny i toczyly sie z wolna po wychudlych policzkach.

Lecz gluchoniemy porwal sie nagle i przyklakl tuz przy niej. Brudna i gipsem powalana reka obtarl te lzy l'sniace jasna bruzda wzdluz twarzy kobiety. Chlopak mial serce niezmiernie wrazliwe na cudze cierpienia. Czesto psy nie znosza lez i placzu czlowieka. Ten niemy chlopak mial taka psia lito's'c nad nieszcze'sciem Ka'ski. Wrzaski pawia, jakie wydawal dla wyperswadowania dziewczynie zbytniego smutku, mogly rzeczywi'scie rozweseli'c niejednego.

Ale Ka'ska nie u'smiechala sie pomimo komicznych grymas'ow, jakie chlopak wyprawial. Patrzyla na'n wciaz przez lzy, kt'ore zeszklily jej 'zrenice. Kaleka wykonywal teraz nadzwyczajne skoki ku uciesze kilku obszarpanych dzieciak'ow. Te wyrosly nagle jakby spod ziemi i staly ponad rynsztokiem brudne, blade, a mimo to szczerze roze'smiane z malpich min gluchoniemego. Ka'ska spojrzala na te grupe obdartus'ow, z kt'orych najmlodsze liczylo zaledwie rok zycia. Trzymala je na reku kilkoletnia dziewczynka, a dziecko wybladle, wynedzniale zwieszalo glowe duza, o nagiej prawie czaszce, nieksztaltna, wielka jak bania, glowe prawdziwego idioty. Ka'ska doznala dziwnego 'sci'snienia — dziecko takie i ona mie'c bedzie, a cho'c to jeszcze do tej chwili daleko, przyjdzie dzie'n, w kt'orym glowa taka uparcie pojawi sie na 'swiecie i je's'c domaga'c sie pocznie.

'Sciemnialo sie juz zupelnie. Gromadka dzieci powlekla sie do domu, a w oknach pobielanych grob'ow blyskaly mdle, niepewne 'swiatla lamp — jakie's niezdrowe, anemiczne blaski, o niewyra'znych, r'ozowych lub niebieskich cieniach. Budzilo sie tam sztuczne zycie, powolne, trwajace zaledwie kilka godzin nocnych, nieprzynoszace nikomu pozytku.

Gluchoniemy siedzial wciaz skurczony przy nogach Ka'ski — teraz juz nie wydawal swych nadludzkich wrzask'ow. Z nadzwyczajnym natezeniem 'sledzil pojawienie sie 'swiatel w oknach, wydajac za kazdym blyskiem przytlumiony, chrapliwy d'zwiek, majacy zapewne wyraza'c zachwyt.

Gdy wedlug jego oblicze'n ostatnie 'swiatelko zablyslo, porwal sie nagle z ziemi, ciagnac Ka'ske za reke. Gestami zapytywal, czy idzie do domu; dziewczyna u'smiechnela sie smutnie. Potrzasnela glowa i wskazala na parkan jako na ostatni sw'oj przytulek. Gluchoniemy z dziwna przenikliwo'scia pojal sytuacje. Zrozumial, ze Ka'ska nie miala domu, nie miala dachu, pod kt'orym by zmeczona glowe skloni'c mogla. Czyz on sam nieraz nie bywal w podobnym polozeniu? I stal chwile zaklopotany, nie chcac opu'sci'c tej wielkiej dziewczyny, do kt'orej czul poniekad sympatie.

Nagle wydal triumfalny krzyk. Porwal Ka'ske za reke i pociagnal ja w strone Politechniki. Dlaczeg'oz ona nie mialaby nocowa'c w pracowni Wodnickiego? Odstapi jej swego sienniczka i przykryje kocem — on sam polozy sie gdziekolwiek. Czyz nieraz nie zabieral juz wl'oczacego sie bez pana psa i nie dozwalal mu spocza'c obok siebie? Tylko musial sie wtedy przekrada'c cicho wraz ze swym towarzyszem, przemykajac sie szybko wzdluz cichych i wysokich korytarzy. Byl to rodzaj kontrabandy, ta nedza przemycana przez kaleke do wnetrza gmachu, kt'orego posadzka l'snila sie nieposzlakowana czysto'scia szlifowanych plyt kamiennych.

Ka'ska z dziwna latwo'scia dala sie uprowadzi'c chlopcu. Wiedziala tylko, ze wiedzie ja pod dach i ochrania od mozliwego spotkania z policja. Na progu pracowni zawahala sie przeciez.

W wzrastajacym zmroku bryly mokrej gliny nakryte wilgotnymi szmatami blyszczaly jak fantastyczne zwierzeta. Olbrzymie posagi rysowaly sie niepewnym matem, znikajac pod cieniami sklepienia.

Gluchoniemy przeciez wepchnal dziewczyne prawie sila i zamknal starannie drzwi. Po czym zapalil zapalke i wydostal z kieszeni ogarek 'swiecy. Ogarek ten umie'scil na wystajacym kancie podstawy 'Switezianki i zapalil knot. Slabe z'oltawe 'swiatlo rozlalo sie po kaciku pracowni. 'Swiatlo to objelo gl'ownie nogi bialego posagu spowinietej w siatke rusalki. Ka'ska spojrzala z trwoga na te biala, nieruchoma kobiete wyciagajaca w g'ore rece. Tak, poznala ja dobrze. To byla taka sama sluga jak ona, dziewczyna, kt'ora pozbywala sie wszelkiej oslony i pozwalala lepi'c sie z gliny za kilka sz'ostek.

Kilka sz'ostek!…

W umy'sle Ka'ski powstal chaos wielki. I jej ofiarowywano podobny zarobek, odrzucila go przeciez, dumna w swa sile robocza, w te wieczna prace reczna, w jaka sie wprzegna'c chciala…

Dzi's przeciez, kto wie! — Gl'od i nedza, to twarda szkola. Dzi's nie oburzylaby sie, gdyby 'ow maly pan zaproponowal jej to samo. Moze bylaby sie zgodzila, gdyby pozwolil zachowa'c jej jakakolwiek oslone, stanelaby tak samo z wyciagnietymi rekami jak ta kobieta bielejaca w niepewnym 'swietle dogasajacej 'swiecy…

Gluchoniemy rzucil Ka'sce u st'op posagu sw'oj biedny sienniczek i 'smiejac sie, wskazywal to nedzne poslanie. Ka'ska skinieniem glowy podziekowala mu za go'scinno's'c. To biedne nieme dziecko wyrzadzalo jej przysluge wielka, dajac jej schronienie. Chlopak 'smial sie i gryzl sobie palce z wielkiej uciechy, gdy Ka'ska wreszcie, znuzona, polozyla sie na sienniczku. Stal jeszcze dluga chwile nad nia, patrzac, jak przymykala zmeczone powieki. Dogasajaca 'swieca drgala w ostatnich konwulsjach, rzucajac co chwila ta'nczace blaski. Z podartego kaftanika Ka'ski wychylalo sie gole ramie, bielac sie w urywanych blaskach. Ramie to rysowalo sie jasna plama w'sr'od ciemnych galgan'ow, wystepujac w 'swietle lub znikajac w cieniu.

Kaleka nachylil sie nad zasypiajaca dziewczyna. To biale cialo zyjacej kobiety pociagalo go ku sobie i dopraszalo dotkniecia. Do tej chwili dotykal sie tylko marmurowych lub gipsowych ramion posag'ow — nie m'ogl sie oprze'c pokusie. Wyciagnal reke i posunal palcami po ramieniu Ka'ski. Cho'c cialo bylo chlodne, chlopiec poczul zar przebiegajacy mu palce — zmieszany cofnal sie w przeciwlegly kat, mruczac jak dzikie zwierze. C'oz, u diabla, miala ta dziewczyna pod sk'ora, aby tak parzylo?

Ka'ska tymczasem spala twardo, zapadajac w stan graniczacy z bezwladno'scia. Ponad nia posag 'Switezianki unosil sie lekki i smukly jak wodna lilia. 'Spiaca u st'op posagu dziewczyna pelnym swym korpusem stanowila zupelne przeciwstawienie do tej dziewiczej postaci bielejacej w'sr'od ciemno'sci. Niemniej przeciez ta potezna szyja, pelne ramiona, wspaniale piersi i silne biodra stanowily pyszny material dla stworzenia typu kobiety-olbrzymki, kobiety roboczej, kobiety matki.

Gasnaca 'swieca rzucila jeszcze jeden blask, obejmujac razem tym przelotnym promieniem martwa 'Switezianke i zyjaca Kariatyde.

Za chwile obie utonely w ciemno'sciach.


*


— Pociagnij wyzej to prze'scieradlo, niezgrabo jedna!

Ka'ska usluchala i drzaca reka wciagnela na obnazone biodra cienka zaslone.

Stala tak na wp'ol naga w blasku dziennym, spowinieta od pasa w zwoje przybrudzonego, bialego perkalu. Nogi cale miala zasloniete, tylko ko'nce palc'ow nabrzmialych wida'c bylo spod nie'zle ulozonej draperii. U pasa spieto perkal na kilka szpilek, kt'orych czarne ostrza odbijaly od bialej tkaniny. Tylko tors dziewczyny o'slepial prawie swa wielka, wspaniala nago'scia, odbijajac dziwnie wobec marmurowych biust'ow i gipsowych posag'ow. Jasna struga 'swiatla splywala z okna i oblewala nagie plecy dziewczyny, srebrzyla czystym blaskiem linie piersi, linie 'smiale, potezne, wzmocnione macierzy'nstwem, prawdziwy gors Kariatydy rozwinietej w calej pelni.

Przed nia Wodnicki, zachwycony, u'smiechniety, rozgoraczkowany suwal szybko rekami po olbrzymiej bryle gliny, modelujac wspaniala kobiete, kt'ora rysowala sie tak wyra'znie w tym jasnym 'swietle dziennym. Twarz Ka'ski obchodzila go malo — spostrzegl, ze byla wychudla i zmieniona, toz samo szyja, kt'orej sk'ora wyciagnela sie znacznie. Ale zawsze mimo wszystko byl to jeszcze wspanialy model podatny do utworzenia kobiety-olbrzymki, w kt'orej wdzieki niewie'scie mialy zgrubie'c i zolbrzymie'c, nie zatracajac uroku. Draperia kryla biodra i tylko dozwalala zarysowa'c sie konturom ud i lydek. Rze'zbiarz poprawial nature, bral, co bylo jeszcze piekne w tej dziewczynie i tworzyl arcydzielo. Rece Ka'ski podniesione w g'ore, zalozone ponad glowa drzaly juz ze znuzenia, gdyz stala tak blisko godzine — nie 'smiala odezwa'c sie przeciez. Gl'od zaczynal jej dokucza'c, bo gluchoniemy sam nie jadl 'sniadania, a wiec nie poczestowal go'scia. Widocznie kiesze'n Wodnickiego znajdowala sie w smutnym stanie i trudno bylo w niej znale'z'c potrzebna na wyzywienie adept'ow sztuki kwote. Pomimo to rze'zbiarz pracowal ze zdwojona energia; uszcze'sliwiony znalezieniem 'spiacej w jego pracowni dziewczyny, nam'owil ja do pozowania.

Przyszlo mu to latwiej, niz sie spodziewal, ale Ka'ska wskutek glodu i nedzy stracila energie. Opierala sie czas jaki's — p'o'zniej wspomniala dziecko, chorobe i przystala na czyniona jej propozycje.

Zaciela zeby i powoli zesuwala ze siebie swoje lachmany, oblewajac sie fala krwi, kt'ora gwaltownie bila jej do glowy. Wreszcie gdy stanela wp'ol naga przed Wodnickim, chwile jeszcze trzymala spuszczona glowe, walczac z reszta wstydu, jaki jej lzy do oczu cisnal. Obawiala sie tego wesolego czlowieka; sadzila, iz zacznie z nia zartowa'c i zechce traktowa'c ja w spos'ob, na jaki wedlug swego mniemania zasluzyla. Ale Wodnicki, caly przejety swa praca, nie widzial w niej „kobiety”, byl to dla'n model tylko, model dobry, prawdziwa, rzadka okazja trafiajaca sie w znacznych odstepach u nas, gdzie pozowanie jeszcze nie ma zadnego pomiedzy zarobkami miejsca. Do tej chwili Wodnicki musial pomiedzy kolegami szuka'c meskich modeli, kobiece za's postacie zbiera'c w zaulkach i brudnych knajpach, pomiedzy kontyngensem ostatniego rzedu istot, jedna tylko le'sna rusalke wykul z ubogiej dziewczyny pelniacej obowiazki sluzacej u jego bratowej, dzi's druga kobieta w osobie Ka'ski staje na podwyzszeniu skleconym z lichych desek i czerwieni sie zywa sk'ora w blaskach wiosennego poranka. Goraczkowo wiec zabiera sie do roboty i pracuje juz cala godzine; Ka'ska, widzac go tak rozsadnym, uspakaja sie powoli. Widocznie ten pan jest bardzo rozsadny, gdy nie krzywdzi jej, pomimo ze tak naga stoi przed nim i bez zadnej obrony.

Nagle drzwi pracowni otwieraja sie z trzaskiem. Do wnetrza wchodzi czlowiek, kt'ory od progu zaznacza sw'oj dziwaczny charakter i che'c pozowania na oryginala. Kapelusz przekrzywiony na jedno ucho, rece w kieszeniach od kr'otkiego sakpalta, nastrzepione pod nosem wasiki, wzrok niepewny, biegajacy z jednego przedmiotu na drugi — slowem, cale dziwactwo, wysilone, sztuczne nadaje mu ceche jakiej's marionetki poruszanej sprezynkami.

Ten pan wszedl nagle do pracowni, gwizdzac i 'spiewajac oklepanego walczyka. Przekrzywiwszy lepiej kapelusz, zblizyl sie do Wodnickiego, a podajac mu protekcjonalnie chuda reke, wyrzekl kr'otkim, urywanym glosem:

— He! C'oz? Pomnik dla historyka? Zrobiony? Sko'nczony? Przychodze obejrze'c… gdziez jest?

W calym wzieciu, w formie wyslowienia sie zna'c bylo che'c imponowania tlumowi. Te kr'otkie, urywane frazesy mialy ol'sniewa'c sluchaczy jak promieniste bomby wyrzucane w'sr'od nocnej pomroki.

Wodnicki wszakze nie przerywal swej pracy. Krzyknal tylko na Ka'ske, kt'ora na widok obcych chciala naciagna'c na siebie jaka's firanke, i szybko wskazal stojacemu przed nim mezczy'znie odlegly kat pracowni.

— Tam jest medalion!

Dziennikarz — gdyz niezawodnie 'ow pan z pokrzywionym kapeluszem musial by'c dziennikarzem — posunal sie drobnym kroczkiem we wskazanym kierunku.

— To? — zapytal, przymruzajac oczy i marszczac sie jak stara cytryna — To? C'oz to ma by'c?

Wodnicki u'smiechnal sie nieznacznie.

— Nie wiesz pan?

— No tak! Niby… ale po c'oz te dzioby, po c'oz ta bruzda pod okiem? W sztuce nalezy szuka'c idealu, inaczej brud i kal nas owionie.

Stal sam brudny i skalany naprzeciw tej twarzy, cho'c pooranej bruzdami, a przeciez pieknej szlachetnym wyrazem rozumnej powagi i pelnej ducha pomimo szpetoty zewnetrznej. On nie widzial w maloduszno'sci swej tego wyrazu, tej prawdy pieknej, czystej jak krysztal, kt'ora, odbijajac zmazy, uwidocznia i piekno; brudna dusza szukal tylko kalu i brzydoty, a znalazlszy jej cho'c odrobine, wyciagal na wierzch i staral sie przy'cmi'c nia rzucajace sie w oczy piekno. Mial kilka utartych frazes'ow o ideale, o estetyce, o jakim's dziwacznym, a wynalezionym przez siebie konserwatyzmie i bryzgal nimi co chwila z mina pyszalka i rzeczywistego znawcy.

Wodnicki zaprzestal na chwile swej roboty i spojrzal z lito'scia na te drobna posta'c, tak nedzna, tak mala wobec jego prac i jego olbrzymiego talentu. Medalion historyka byl oparty o podstawe Mojzesza. Wspaniala, wielka posta'c biala, surowa, wznosila sie ponad glowa malego dziennikarza o przekrzywionym kapeluszu i zdawala sie kamiennymi 'zrenicami mierzy'c z pogarda wykrzywione usta znawcy.

— Czy pan my'slisz, ze daleko zajdziesz na tej drodze, po kt'orej kroczysz? — zaczal zn'ow ironiczny jegomo's'c — Utworzyli'scie sobie nowa szkole i wojujecie w niej brudem i blotem. Piekno przede wszystkim, panie! Piekno! Ideal, a nie rzeczywisto's'c, bo do's'c juz jej dokola mamy. W sztuce musimy szuka'c wytchnienia…

Wodnicki poruszyl sie wreszcie niecierpliwie.

— Alez, panie, komitet, zajmujacy sie budowa pomnika, wyra'znie polecil mi odtworzy'c wiernie podobizne zmarlego. Jakze wiec?

— Dobrze! Dobrze! — odparl zoil[43] z przekrzywionym kapeluszem. — Podobizna jest, ale po c'oz te dzioby?

— Nieboszczyk byl dziobaty!

— Tak, ale nalezalo te rzeczy lagodzi'c, gazowa'c[44], przyslania'c! Piekno! Panie, piekno przede wszystkim!

Wodnickiemu wystapily dwie male, ciemne plamki na policzki. Mloda krew kipie'c zaczynala wobec tego 'slimaka 'sliniacego jego prace.

— Czyz przez to wyraz twarzy ucierpial? Czyz nie widzisz pan tej zadumy, kt'ora tak pieknie lagodzila szpetote jego oblicza? Patrz pan na wykr'oj ust, na ten u'smiech bolesny, kt'ory udalo mi sie pochwyci'c tak szcze'sliwie; na te zmarszczke niby gro'zna, a przeciez tak lagodna… powiedz pan, czyz to nie jest piekno, chwycone z zycia? Czyz to nie ideal czlowieka, kt'ory w pracy zyl i w pracy umarl, w pracy dla kraju, dla potomno'sci…

Glos mlodego rze'zbiarza plynal teraz d'zwiecznie, zapalal sie i ozywial, m'owiac o swoim dziele, wykazujac jego zalety.

Maly dziennikarz przeciez nie zdawal sie by'c przekonany.

— Dobrze, ale te dzioby, te dzioby!

Wodnicki machnal reka.

Czlowiekowi temu wbila sie w oczy jedna rzecz szpetna i zaciemnila mu wszystko inne. Na up'or nie bylo lekarstwa.

— Dalsze cze'sci pomnika? — pytal dalej dziennikarz, postepujac kilka krok'ow naprz'od.

Wodnicki w milczeniu wskazal kamienne chlopie, kt'ore szarzalo w jasnym 'swietle porannym, wylewajacym sie szeroka struga z otwartego okna.

Dziennikarz wykrzywil usta.

— Jaki's chlop? C'oz za mania was ugryzla z tym chlopstwem. Prawdziwie, teraz ludziom w porzadnym surducie przej's'c nie mozna bedzie po ulicy. Kazdy czlowiek z lepszej sfery jest dla was wyrzutkiem, a obdarty nedzarz doskonalo'scia. Dziwne, doprawdy, dziwne!

Byl przeciez sam czlowiekiem nie z wyzszej sfery, a nawet z do's'c niskiej klasy spolecze'nstwa. Odkad przeciez ozenil sie z baron'owna, glowe nosil wysoko i plul na wszystko, co biedne.

— Trzeba bylo umie'sci'c aniola z zaga'snieta pochodnia lub co's podobnego — cedzil dalej, przestepujac z nogi na noge.

Wodnicki zacisnal pie'sci. Musial milcze'c i znosi'c podobnego rodzaju indywidua.

Od pewnego czasu dziennikarz ten wyrobil sobie jakie's quasi stanowisko w kilku brukowych pisemkach. Tlum te pisemka chwytal i czytal przy szklance herbaty.

Wodnicki byl mlody i pragnal doj's'c do rozglosu — rozsadek nakazywal mu milczenie. Tlumaczy'c temu pyszalkowi bijaca w oczy my'sl, dlaczego bose, obdarte chlopie przypadlo do st'op pomnika zgaslego historyka, bylo praca zbyteczna. Dziennikarz widzial tylko koszule, odrapane kolana i rozczochrana glowe dziecka — i z tego wysnuwal swoje poglady. Byl to dziwny punkt wyj'scia dla inteligentnego czlowieka. Ale trudno! Widocznie to bylo najprzystepniejsze dla umyslu dostojnego przedstawiciela prasy.

I bylo w tym czlowieku jakie's zwierze drapiezne, blyskajace zlymi 'swiatelkami spoza przymruzonych powiek. Zwierze to budzilo sie w nim na widok jakiego's dziela noszacego na sobie oryginalne pietno. Sam nie bedac w stanie stworzy'c nic samoistnie, nie mogac wysnu'c nic z piersi przytloczonej ciasnym kolem zastarzalych idei, ciskal sie w bezsilnej zlo'sci na talenta mlode, rwace sie do pracy jak orly do slo'nca. Oplwa'c, obrzuci'c blotem, o'smieszy'c, zgnie's'c w zarodku — oto bylo zadanie zycia tego czlowieka.

I w tej chwili, przekrzywiwszy jeszcze wiecej sw'oj cylinder, rozsiada sie na odlamie kamienia, aby wyszukiwa'c powoli jakiekolwiek, cho'cby najdrobniejsze usterki w dziele Wodnickiego. Przy czym wzrusza ramionami i mruczy pod nosem urywane frazesy, kt'orych sam czesto zrozumie'c nie moze.

Wodnicki powr'ocil do pracy. Jakkolwiek przyzwyczajony do podobnego rodzaju odwiedzin, doznal przykrego uczucia, slyszac z ust dziennikarza zdanie, na kt'ore nie bylo repliki. Drzacymi rekami zabral sie do pracy, rzuciwszy smutne spojrzenie kamiennemu, chlopskiemu dziecieciu, kt'ore pomimo zgry'zliwych oczu dziennikarza nie przestawalo czyta'c mozolnie ksiegi dziej'ow narodu, kt'orego czastka i ono bez zaprzeczenia bylo.

W tej nieruchomo'sci posagu, w tym upartym milczeniu lezala najwymowniejsza odpowied'z na slowa jegomo'sci „w porzadnym surducie”. W schyleniu glowy dziecka byl chlopski up'or, kt'ory mimo wszystko doj's'c pragnie do celu.

Ka'ska przybrala na nowo raz ulozona poze, kt'ora opu'scila chwilowo podczas rozmowy rze'zbiarza z dziennikarzem. Ten ostatni dopiero teraz dostrzegl dziewczyne i przygladal sie jej ciekawie. Ona przymknela oczy, aby nie widzie'c spojrze'n tego czlowieka 'slizgajacych sie po jej obnazonym ciele. Doznawala po prostu fizycznego b'olu pod wzrokiem nieznajomego, kt'ory widzial ja p'olnaga w dziennym, jasnym 'swietle, zaledwie oslonieta kawalkiem perkalu.

— Skad pan to wziale's? — zapytal wreszcie dziennikarz, wykrzywiajac pogardliwie usta.

— Wspanialy szkielet… patrz pan tylko na ten tors, na ramiona — odparl Wodnicki.

— Tak! Ale ideal! Piekno!

— Och! — roze'smial sie Wodnicki. — Przeciez to tylko sluga… a potem nadaje sie do przedmiotu. Bedzie z niej Kariatyda!

— Tak? A no to co innego… I to pana… — urwal nagle, nie chcac ust kala'c wyrazem „kochanka”, podczas gdy cienkie nozdrza poruszaly mu sie szybko, a rece nerwowymi ruchem miely brzegi palta.

Wodnicki wzruszyl ramionami.

— C'oz znowu! — zaczal. — Pan wiesz, ja tego nie lubie… potem… kocham sie idealnie. Jezeli pan zechcesz, to mozesz wzia'c sobie te dziewczyne, cho'c zdaje mi sie, ze mialby's pan z nia teraz niepotrzebny klopot.

Ka'ska szybko otworzyla oczy. Och, zrozumiala dobrze, co w tej chwili m'owili o niej ci dwaj mezczy'zni. Skad ten maly rze'zbiarz ma prawo darowywa'c ja temu panu, kt'ory tak 'zle na nia spoglada? Byla biedna i glodna, to prawda. Zgodzila sie nawet z tej nedzy sta'c nago i lepi'c sie z gliny, ale przeciez nie zgodzilaby sie nigdy na tego rodzaju ha'nbiacy upadek.

Ale dziennikarz uspakaja wpredce jej oburzenie.

— Phi! — odpowiada po chwili, odwracajac oczy od nagiego ciala kobiety. — To za brudne, ja nie lubie wdawa'c sie z motlochem. Od czeg'oz sa damy?

I zalozywszy noge na noge, zagwizdal walca z Gasparone.

Nastala dluga chwila milczenia. Ka'ska mdlala prawie ze znuzenia, nie 'smiejac poruszy'c sie z miejsca. Krzepila ja my'sl spodziewanej zaplaty, za kt'ora kupi sobie troche cieplej strawy.

Nagle dziennikarz odezwal sie piskliwym glosem.

— Idziesz pan jutro do teatru?

— Zapewne — odparl rze'zbiarz — mam wstep wolny. A pan bedziesz?

— Nie!… recenzje juz napisalem, nie potrzebuje chodzi'c!…

— Jak to? — zapytal Wodnicki. — Recenzje napisale's pan przed przedstawieniem?

Dziennikarz 'sciagnal usta do pogardliwego u'smiechu.

— Spodziewam sie! Ja zawsze tak robie. Dostane egzemplarz, przewertuje, a potem ciach! ciach! i juz autor urzadzony. Na tego jutrzejszego to od roku sobie ostrze pi'oro. Totez mu przylozylem. Sztuka musi upa's'c… glupiec jaki's! Nic sobie ze mnie nie robi! Ja go naucze respektu!…

Wyciagal chuda reke, grozac w powietrzu niewidzialnemu wrogowi. 'Smieszny byl w tej chwili z tym zapalem karlim, z ta mina zniewazonego liliputa. Porwal sie z miejsca i wspinal sie na palce, aby by'c wiekszym, a glos nabrzmiewal sztucznym zgrubieniem.

— Czy pan pamietasz, co on mi o'smielil sie powiedzie'c rok temu? — wolal dalej zacietrzewiony. — Powiedzial, ze sie mnie nie boi i nie zlozyl mi wizyty. No! Teraz bedzie sie mnie bal… Ja, m'oj panie, jestem juz na grubym stanowisku! O mnie sie dobijaja, ja biore po czterdzie'sci groszy za wiersz, m'oj panie!…

Wodnicki nie przerywal. Stal teraz tuz przed dziennikarzem i powstrzymywal u'smiech gwaltem wydzierajacy sie na usta.

— Ot, teraz — ciagnal dziennikarz — napisalem nowelke Milostka aktorki… arcydzielo, panie!… Wzialem sto rubli i dobrze mi jest! Tu, panie, jest setka! Ekaterinka! Po czterdzie'sci groszy, panie, dostaje za wiersz, za jeden wiersz!… Przeczytaj pan te nowelke. Milostka aktorki! Pyszny tytul? Co?

Wodnicki zmarszczyl brwi i dolna warge przycial az do krwi.

Mial matke byla aktorke i sam kochal od dawna piekna dziewczyne wystepujaca na scenie, kt'ora chcial pod dach sw'oj jako zone wprowadzi'c. Zabolalo go to lekcewazenie aktorek. Nie m'ogl sie powstrzyma'c od troche ostrej odpowiedzi.

— Co pan mozesz wiedzie'c o milostkach aktorek? Skad pan do tego by's przyszedl!

Czlowiek w porzadnym surducie wyprostowal sie jak struna.

— Phi! M'oj panie! — zaczal znowu. — Jak palcem kiwne, bede mial wszystkie!

Szerokie kolo zakre'slil wyciagnieta reka. Kolo to objelo i kilka biu'scik'ow pieknej artystki u'smiechajacej sie z delikatnej oslony koronek. Ten maly, dziwaczny jegomo's'c nadawal sobie w tej chwili mine zwyciezcy, wydymajac wklesla pier's i mruzac dwuznacznie oczy. Rze'zbiarz przeciez nie pozwolil sobie imponowa'c tymi niezwyklymi objawami donzuanerii — oparl sie o podstawe jednego z posag'ow i wla'sciwym sobie ruchem skrzyzowal rece na piersiach.

— Chyba jaka's ostatnia statystke mozesz pan… mie'c… na kiwniecie palcem! Zechciej pan pamieta'c, ze matka moja byla artystka.

Dziennikarz zmieszal sie troche. Byl jednak juz na tyle czelny, ze zmieszanie to ukry'c szybko potrafil. Dla zatarcia wrazenia, zwr'ocil zn'ow swa uwage na Ka'ske, ale w glebi duszy wrzala w nim zlo's'c do malego rze'zbiarza, kt'orego postanowil w proch zetrze'c i to w jak najkr'otszym czasie.

Tymczasem Wodnicki powr'ocil powt'ornie do roboty, a Ka'ska, przybrawszy odpowiednia poze, stala zn'ow nieruchoma, czerwieniac sie w promieniach wiosennego slo'nca. Promienie te oblewaly jej obnazone plecy i podniesione, a nad glowa zalozone rece.

Dziennikarz stal teraz tuz obok podwyzszenia, na kt'orym umie'scil rze'zbiarz dziewczyne. Z dziwna zlo'sliwo'scia przypatrywal sie tej rozro'snietej kobiecie, spowitej od pasa w draperie bialej tkaniny. Z dolu patrzac zdawala sie jeszcze wieksza, a opalona twarz i kawalek sk'ory na szyi odcinaly sie ciemna barwa od reszty ciala. Rece po lokie'c byly tejze samej miedzianej barwy, zda sie zapozyczonej od rondli, kt'ore wiecznie szorowaly. Nie byl to ideal o marmurowo-atlasowej sk'orze, opiewanej tak chetnie przez salonowych romansopisarzy. Byl to jednak doskonaly okaz kobiety rozwinietej zupelnie prawidlowo, a cho'c steranej nedza i glodem, niezuzytej zmyslowo i wypelnionej macierzy'nstwem. Byla to Kariatyda, kobieta rodzicielka, d'zwigajaca w sobie przyszle istnienie ludzko'sci, prawdziwa podpora spolecze'nstwa. Stala w tym blasku wiosennym zdobna swa mlodo'scia, olbrzymia, nieskazona w swej nago'sci, majac u st'op swoich pigmeja o malej glowie i jeszcze mniejszym m'ozgu, powtarzajacego bezustannie i bezmy'slnie:

— Idealu w sztuce! Idealu szukajmy!…


*


Przez caly tydzie'n Ka'ska przychodzila co noc do pracowni Wodnickiego; przespawszy sie na gar'sci slomy zaszytej w obszarpany worek, wstawala wczesnym rankiem, aby stana'c na podwyzszeniu i przybiera'c wla'sciwa poze. Powoli oswajala sie ze swym polozeniem — 'sciagala, milczac, podarty kaftanik i zrzucala podarta sp'odnice. Po czym owijala sie draperia z perkalu pozostawiajac Wodnickiemu ulozenie fald'ow. Spokojne zachowywanie sie rze'zbiarza, przejetego do glebi tworzeniem nowego dziela, oddzialywalo na nia zbawiennie. Nie drzala juz febrycznie, wchodzac na podwyzszenie; zrozumiala, ze moze by'c spokojna wobec tego chlopca, kt'orego drobne, gorace rece dotykaly jej obnazonych czlonk'ow, nie sprawiajac jej przeciez uczucia przestrachu. On, caly oddany swej pracy, z goraczkowymi rumie'ncami na twarzy, zapominal o krwi i zmyslach. Nago's'c Ka'ski nie draznila go — pragnal tylko stworzy'c arcydzielo… drzal caly, pragnac wykona'c je jak naj'spieszniej.

Cale rano trawila Ka'ska na pozowaniu, popoludnie spedzala w zakrystii ko'scielnej, szorujac podlogi, myjac okna, zmiatajac ze 'scian pajeczyny.

Staruszek dotrzymal slowa, zapewniajac jej dziennie kilkana'scie cent'ow zaplaty. Musiala ciezko pracowa'c zgieta wp'ol, maczajac swe kolana w kaluzach brudnej wody. Wodnicki dal Ka'sce czterdzie'sci cent'ow po pierwszym posiedzeniu, reszta za's pozowania odbywala sie… na kredyt. Ka'ska upomina'c sie nie 'smiala, rze'zbiarz byl dla niej bardzo dobry, zartowal tylko czasem z jej glupoty — a zreszta bala sie straci'c tego noclegu, kt'ory miala w pracowni dozwolony. Byl to zawsze kat nad glowa — i to co's znaczy. A moze Wodnicki razem cala zaplate od razu uskuteczni? Kto to wiedzie'c moze!

W zakrystii spotykala czasem ksiedza, kt'ory ja spowiadal. Poznala go od razu po zapachu miety, kt'ora rozchodzila sie wiecznie dokola tego czlowieka. Brzydki, ospowaty, z twarza bezbarwna modlil sie, syczac, oparty o aksamitny, wytarty klecznik. Ka'ska szorowala w'owczas mosiezne ozdoby u szufladek szafy i reka jej drzala na sama my'sl, ze ksiadz moze ja pozna'c i zapyta'c, czy pokute odprawila w calo'sci. Ka'ska byla tak znuzona calodzienna praca, ze nie byla w stanie odm'owi'c niesko'nczonej ilo'sci pacierzy przepisanej przez ksiedza. Zreszta te nagie posagi bielejace w'sr'od nocnych cieni nie usposabialy ja do modlitwy. W polowie pacierza zasypiala, majac przed oczami majaczace posagi o wysmuklych, ksztaltnych konturach.

Pr'ozna jednak byla jej trwoga. Ksiadz nie zwracal na nia uwagi, szybko uchylal glowe i odchodzil w inna strone; czasami tylko spogladal badawczo na skurczona dziewczyne, a Ka'ska chylila sie coraz wiecej ku ziemi pod wplywem tego surowego, do glebi przenikajacego ja wzroku.

Tymczasem w pracowni rze'zbiarza powstala wspaniala Kariatyda szarzejaca w swych bialych, wilgotnych calunach, kt'orymi ja na noc przykrywano. Byla to Ka'ska, chwycona na goraco z cala wspaniala, olbrzymia budowa, z tym rozro'snieciem, kt'ore we wszystkich podziw budzilo. Rysy nawet twarzy pozostaly tez same, zlagodzone cokolwiek, zaostrzone, doprowadzone do delikatniejszych troche linii. Wskutek podobie'nstwa twarzy i wyraz ust tej Kariatydy byl jaki's inny, dziwny, rzec mozna — bolesny. Ka'ska zmeczona, oslabla, nie byla w stanie ukry'c cierpienia, kt'ore wyrylo sie bolesnymi liniami na jej twarzy. Rze'zbiarz bezwiednie bole's'c te utrwalil w posagu, p'o'zniej za's, spostrzeglszy te rzecz niezwykla, pragnal ja naprawi'c; namy'slil sie przeciez i zostawil swa Kariatyde jaka's smutnie u'smiechnieta. Miala wiec przetrwa'c tak wieki cale, ze 'sladami cierpienia na pieknej twarzy, miala kamiennymi 'zrenicami patrze'c na caly tlum mezczyzn, kt'orzy jak stado szakali rzucali sie na jej cialo, wyzyskujac ja na wszelkie sposoby. Maly dziennikarz nie m'ogl patrze'c 'smialo na te wielka, smutna dziewczyne. On przedstawial og'ol, a og'ol ten bal sie tej nagiej prawdy rzuconej mu z cala bezwzgledno'scia w oczy. Wolal rozmarza'c sie nieistniejacymi ksztaltami lubieznej Afrodyty rozlozonej ponetnie na odlamie skaly. Wedlug niego to bylo szczytem piekna, ostatnim slowem poezji. Taka gaza drazniaca zmysly dzialala na'n podbudzajaco, og'ol upijal sie rozkoszna poza mitologicznej bogini, oslaniajacej dwuznacznie swe wdzieki. Ka'ska naga, wspaniala, a wynedzniala, u'smiechajaca sie nie kokieteryjnie, ale bole'snie stawala nagle przed oczyma tlumu jak znak zapytania. Wolala: „jestem kobieta rozwinieta, kobieta-matka, a mimo to zmaltretowana jak zwierze za wypelnienie celu, do kt'orego mnie stworzono! Patrzcie, jak cierpie! Sp'ojrzcie na usta moje, jak gorzko skarza sie pomimo milczenia! Wina moja wielka, ale cierpienia nie mniejsze, a wy, kt'orzy'scie mnie pchneli w przepa's'c, gdziez jest kara wasza?”…

Ka'ska przez caly tydzie'n przychodzila do pracowni coraz spokojniejsza i pomimo obawy o przyszlo's'c sypiala czasem kilka godzin bez przerwy. Gluchoniemy przywiazal sie do niej na ksztalt psa wiernego i staral sie wszelkimi sposobami osladza'c jej dole. Wystaral sie dla niej o kawalek podartego koca i z uroczysta mina wreczyl jej to okrycie. Ka'ska nawzajem dzielila sie z nim pozywieniem, jakie przynosila ze soba — i tak te dwie nedze wspieraly sie wzajemnie. Chlopak sypial teraz w kaciku na golej podlodze, podlozywszy sobie tylko kulak pod glowe. Dop'oki ogarki 'swiecy ustawione na postumentach tlily, rzucajac niepewne blaski, dotad chlopak wpatrywal sie uporczywie w ukladajaca sie do snu Ka'ske. Obecno's'c tej wielkiej, tegiej dziewczyny niepokoila go dziwnie — krecil sie dlugo na podlodze, zanim zasnal. Nie dotknal sie jej przeciez wiecej — budzila w nim obawe i szacunek. Obawial sie jej silnej pie'sci, cho'c nieraz przychodzila mu ochota poglaska'c jej gladkie cialo r'ozowiace sie w'sr'od promieni wiosennego ranka. Ona zdawala sie nie dostrzega'c nawet tego niepokoju, jaki bezwiednie budzila swa osoba. Wstawala rano juz zmeczona jak ten kr'ol du'nski, kt'ory pytal codziennie otaczajacych go dworzan: „Wiec jutro dzie'n jeszcze?”.

Pewnego poranku dzdzysto i chlodno bylo na 'swiecie. Oziebilo sie nagle, a zimny deszcz bil w szyby pracowni. Ka'ska drzala z zimna, stojac nieoslonieta prawie niczym na 'srodku wielkiej i wysokiej izby. Wodnicki, jaki's chmurny i zamy'slony, pracowal leniwie, gdyz jako organizm bardziej wrazliwy byl niezmiernie czuly na zmiany powietrza. W kacie pracowni siedzial gluchoniemy smutny i skurczony jak pies, kt'oremu slota dobry humor odbiera.

Deszcz bil w szyby ze zdwojona sila. Strugi wody splywaly po taflach szklanych, znaczac sie l'sniacymi bruzdy. Z daleka dochodzil plusk wody spadajacej szumiaca kaskada z pobliskiej rynny. W calym gmachu Politechniki cicho bylo i pusto. Zdawalo sie, ze pracowite mr'owki pochowaly sie przed ta zimna szaruga wiosenna.

Nagle drzwi pracowni otworzyly sie szybko. Ka'ska drgnela i opu'scila rece. We wchodzacym mlodym czlowieku poznala dawnego kochanka Budowskiej. Zapamietala dobrze tego roslego blondyna o szerokim karku ujrzanego kilkakrotnie w z'oltawym blasku latarni. On spojrzal na obnazona dziewczyne i u'smiechnal sie rado'snie. Byla to dla niego wcale dobra gratka, niezla rozrywka w ten szary i dzdzysty dzie'n wiosenny. Do's'c mial martwych trup'ow, kt'ore ze wzgledu na swe studia kraja'c musial. To zywe, zabarwione krwia cialo kobiece pociagnelo go ku sobie.

Dlatego szybko zrzucil zmoczone palto i postapil na 'srodek pracowni. Przywital sie z Wodnickim; przynosil mu Anatomie, kt'orej potrzebowal na dni kilka. Polozywszy ksiazke na ziemi, usiadl na odlamie kamienia. Wyjal papiero'snice i zapaliwszy cienki, tani papieros, patrzyl, kiwajac glowa, na Ka'ske, kt'ora powoli odzyskawszy r'ownowage, przybrala dawna poze.

— Skad, u diabla, wytrzasnale's taka machine? — zapytal nareszcie Wodnickiego. — To gmach, nie kobieta!

Ale Wodnicki nie byl dzi's w usposobieniu do zart'ow.

— Kupilem ja na targu w wiazce marchwi — odparl sucho, nie odrywajac sie od pracy.

— Nie zawracaj! — zaczal zn'ow student. — Na targu moze's ja i znalazl, ale nie w marchwi.

I z najwyzsza uwaga zaczal sie przypatrywa'c dziewczynie.

Nie poznawal jej przeciez. Widzial ja kr'otko i przelotnie. Wprawdzie siegnal kiedy's po nia, gdy przyszla mu wypowiedzie'c zlecenie swej pani, ale on po tyle kobiet siegal, kt'orych twarzy nawet dostrzec nie m'ogl w p'olzmroku wieczornym. Dlatego wydaje mu sie zupelnie nowa i nieznana kobieta, a jego rozpasane zmysly z wielka lubo'scia 'sledza rozwiniete ksztalty dziewczyny.

Ka'ska doznawala pod tym wzrokiem niewypowiedzianych meczarni. Znala juz dobrze te oczy mezczyzn powleczone mgla bialawa. Wiedziala, ze jest to zapowied'z rozzwierzecenia sie czlowieka. Drzala na sama my'sl, ze moze pa's'c ofiara tego zbydlecenia.

Dlatego doznala niewypowiedzianej ulgi, gdy Wodnicki oznajmil jej koniec posiedzenia. Praca mu nie szla widocznie, wolal odlozy'c ja na p'o'zniej.

Gdy Ka'ska zeszla z podwyzszenia, na kt'orym pozowala, musiala przechodzi'c kolo studenta, siedzacego obok zrzuconej przez nia odziezy. Zakrywajac sie skrzyzowanymi na piersiach rekami, starala sie przesuna'c obok tego mezczyzny tak, aby nie dotkna'c jego n'og wyciagnietych.

Ale on porwal sie z miejsca i postapil kilka krok'ow. Szybko objal Ka'ske w p'ol i przysunal ku sobie — ona wyrwala sie z tych obje'c, odpychajac go z cala sila, na jaka zdoby'c sie mogla.

Student zachwial sie i wpadl na glaz, na kt'orym siedzial poprzednio. Nie znalazl przeciez innego slowa dla wyrazenia swego zdziwienia nad te wyrazy:

— A to bestia!

Wodnicki, ubierajacy sie do wyj'scia, odwr'ocil glowe.

— Daj jej spok'oj, to taka nedza!

Ka'ska spojrzala na malego rze'zbiarza z najwyzsza wdzieczno'scia.

Taka nedza!

O, tak! Mial racje ten poczciwy chlopak. Byla to nedza zbyt wielka, aby rozkosz od niej wzia'c bylo mozna.

Ale inaczej my'slal student. Ten op'or podniecil go i utrwalil w raz powzietym zamiarze. Taka nedzarka o'smiela sie opiera'c jeszcze! Jemu, kt'ory nawet w salonach umial wybiera'c kochanki. I ze zdwojona zlo'scia spoglada na ubierajaca sie Ka'ske. Wprawdzie lachmany, kt'ore naklada, nie sa zbyt pociagajace, ale dla roznamietnionego mezczyzny czyz jest co wstretnego?

Spod obszarpanego kaftanika prze'swieca nagie ramie… To wystarcza, aby zwierze nie usnelo… Kawalek bialego ciala! Oto wszystko, czego pragna mezczy'zni. Wychodzi wiec z Wodnickim, postanawiajac za chwile powr'oci'c. I na rogu ulicy zegna sie szybko z rze'zbiarzem, skrecajac w waska uliczke tworzaca rodzaj przesmyku. Za chwile wpada do pracowni, spotykajac sie w progu z wychodzaca takze Ka'ska. Szybkim ruchem reki zatrzymuje dziewczyne, kt'ora, zdziwiona i przerazona, cofa sie mimo woli pomiedzy posagi tak biale, jak jej twarz pobladla od przestrachu i wewnetrznego wzruszenia.

Wie dobrze, czego chce ten mezczyzna, kt'orego spojrzenia pala jeszcze jak otrzymana 'swiezo chlosta. I w nadmiarze przestrachu przyciska sie do zimnej podstawy posag'ow, jakby u niemych glaz'ow szukajac obrony przeciw ludziom napastujacym ja w nedzy i cierpieniu. Pracownie zalegla wielka cisza.

Tych dwoje ludzi stalo naprzeciw siebie dluga chwile, nie m'owiac ani slowa. Tylko ciezki, przy'spieszony oddech mezczyzny przecinal powietrze, laczac sie z pluskiem wody 'sciekajacej wzdluz szyb. Kobieta zaparla dech w sobie, patrzac rozszerzonymi 'zrenicami, zaciskajac pie'sci, gotowa juz do walki, przyuczona do niej jak bezdomne, wiecznie gnane po rozstajach zwierze.

Mezczyzna pierwszy posunal sie naprz'od, w kilku krokach stanal przy dziewczynie, u'smiechajac sie jako's dziwnie, konwulsyjnie prawie. I wyciagnal reke jako pan stworzenia, aby zagarna'c te istote rzucona mu na pastwe i na zuzywanie wieczne. Ale ona wstrzasnela sie nagle w swych lachmanach i obydwoma rekami starala sie pow'sciagna'c napastnika. Cala trywialno's'c jej rys'ow znikla pod wyrazem szalonego gniewu i wstretu, jaki 'sciagnal jej rysy. Cala pogarda zebrana przez kr'otkie, a tak smutne zycie, skoncentrowala sie w tej chwili w jej zwykle przygaslych 'zrenicach. Patrzyla wprost w oczy mezczy'znie, a usta skrzywila nerwowo. Miala wyglad lwicy broniacej sie od napa'sci ludzi.

Lecz on nie zwracal na to zadnej uwagi. Krew bijaca mu do glowy pozbawiala go przytomno'sci, szedl na o'slep, pragnac tylko dopia'c celu. Namietno's'c dodawala mu chwilowo sily. Szybko odsunal wyciagniete rece dziewczyny i przyciagnal ja ku sobie. Rozpoczela sie teraz straszna walka, walka na zycie i 'smier'c. Byla to walka ohydna, najnikczemniejsza, jaka kiedykolwiek czlowiek m'ogl prowadzi'c — co's, co lodem krew w zylach 'scina'c powinno. Kobieta bronila samej siebie, swego „ja”, swego ciala, wszystkiego, co bylo jeszcze jej wlasno'scia, mezczyzna kaleczyl ja, bil, szarpal, nie zwazajac na jeki nieszcze'sliwej, dlatego tylko, aby ja zbezcze'sci'c i porzuci'c z ha'nba i niezatartym nigdy ohydnym wspomnieniem.

Nagle spoza odlam'ow kamieni i plyt poustawianych porwala sie drobna istota; straszny i dziki wrzask rozlegl sie w powietrzu. Byl to gluchoniemy, kt'ory jak dziki ptak spadl na tych dwoje ludzi maltretujacych sie wzajemnie. Cienkimi, dlugimi palcami porwal bujne wlosy mezczyzny i poczal ciagna'c je z calej sily, nie przestajac krzycze'c bezustannie. Szalony b'ol, jaki poczul nagle kochanek Julii, zmusil go do opuszczenia Ka'ski, kt'ora w tej chwili bezwladna osunela sie na ziemie. Gluchoniemy rzucil sie teraz z cala w'scieklo'scia na odurzonego tym niespodziewanym wrogiem studenta. Z malpia zreczno'scia skaczac do twarzy, ranil go bole'snie, drapiac paznokciami. Spos'ob ten nie zawi'odl — bo piekny blondyn opu'scil szybko pracownie, trzaskajac silnie drzwiami. Pod strugami zimnej wody powr'ocil do r'ownowagi i postawszy chwilke na dziedzi'ncu, posunal szybko w strone domu. Twarz mial podrapana i pokrwawiona, zaslanial sie starannie parasolem, bojac sie jakiego spotkania. Tymczasem w pracowni lezala na ziemi Ka'ska, drgajac konwulsyjnie i jeczac cicho. Cala ta walka wyczerpala jej sily i wstrzasnela jej organizmem do glebi.

Kolo niej kleczal gluchoniemy, usilujac uspokoi'c i pocieszy'c nieszcze'sliwa. Wyl jak pies wierny, rozumiejacy cierpienie swego pana. Lzy szklily mu sie w oczach, a cala twarz wyrazala nieklamane wsp'olczucie. Obnazone cialo kobiety prze'swiecalo przez podarta odziez, chlopak przeciez nie dotknal ciala. Owszem, delikatnie, spokojnie zesunal potargane szmaty i kleczal tak dalej, placzac rzewnie.

Byl to jeden mezczyzna spotkany na drodze zycia przez Ka'ske, kt'ory nie zazadal ostatecznie wyzyskania jej nieszcze'sliwej istoty. Ten mezczyzna mial dla niej lze wsp'olczucia i zjawil sie przed nia nie ze zwierzeca namietno'scia. Wyznajmy jednak smutna prawde. Ten mezczyzna byl przeciez tylko… idiota!


*


Nazajutrz po opisanym zdarzeniu Ka'ska czula sie tak chora, ze nie byla w stanie zaja'c miejsca na podwyzszeniu i przybra'c zwyklej pozy. Dojmujace kurcze, jakie 'sciskaly jej wnetrzno'sci, zmuszaly ja do tlumienia w sobie jek'ow wydzierajacych sie gwaltownie na usta. Przy tym cierpiala b'ol glowy i silne oslabienie krzyza.

Chwile stala milczaca i zgnebiona tym swoim stanem, trzymajac w reku 'sciagniety z siebie kaftanik.

Wodnicki siedzial na malym, drewnianym koziolku, takze chmurny i zdenerwowany. Slota przeciagala sie ciagle, a nerwy mlodego chlopca rozprzegaly sie pod wplywem tej wilgoci. Popatrzyl chwilke na Ka'ske, po czym odrzucil mokre platy, okrywajace projekt Kariatydy.

— Mozesz juz i's'c sobie — wyrzekl po chwili, zakrywajac zn'ow swa prace; — nie masz tu po co przychodzi'c, juz jeste's niepotrzebna!

Niepotrzebna!

Tak — zaprawde, byla niepotrzebna. Jeszcze jeden wyzysk jej ciala, 'sciagniecie tego, co sie dalo z najlepszych cze'sci jej istoty, a potem zimna odprawa.

Odejd'z! — Jeste's niepotrzebna!

Zostawila tu wszystko, co miala najlepszego, najpiekniejszego w sobie ta nedzarka; cialo jej da moze slawe, kto wie, moze duzo pieniedzy, ale ona sama, ona, ten szkielet, to rusztowanie, na kt'orym wznoszono arcydzielo, odej's'c precz moze — bo juz niepotrzebna! Ka'ska, milczac, zbierala sie do odej'scia.

Zn'ow uciekal jej z rak zarobek, jakiego sie spodziewala, bo rze'zbiarz nie mial widocznie zamiaru oplaci'c swej modelki cho'cby szumnie przyobiecanymi trzema sz'ostkami.

Siedzial teraz, pogwizdujac walca z Gasparone i lupiac tafelke miki ostrym paznokciem.

— A nie przychod'z wiecej tu na noc — dodal, przestajac nagle gwizda'c. — Zarzadzajacy gmachem widzial cie i robi mi wym'owki. Mozesz mnie narazi'c na podejrzenie.

Ka'ska nic nie odpowiedziala. Tracila zn'ow przytulek na noc, wiedziala, ze zn'ow tula'c sie bedzie po rowach lub krzakach Wysokiej G'ory. Przymknela oczy, jakby razona nagle widokiem czego's strasznego, co ja oczekiwalo. Powoli przeciez zebrala resztki sil i postapila w strone drzwi.

Wodnicki w tej jej powolno'sci upatrzyl oczekiwanie slusznie naleznej zaplaty.

— Sluchaj, ty maszkaro — zawolal, wyciagajac wspanialym gestem reke — przyjd'z do mnie za tydzie'n albo za miesiac, to ci dam kilka gulden'ow. No c'oz, przyjdziesz?

Byl w tej chwili zupelnie szczery. Zalowal tej nedzarki, obdartej i bosej, kt'ora szla w taka szaruge w 'swiat, bez grosza i pewnego zarobku. Tylko tego ranka byl diabelnie goly, bo — jak sie wyrazal — „flota mu nie dopisala”.

Gdyby mial pieniadze, rzucilby je bez watpienia tej biednej dziewczynie, kt'ora teraz, stojac kolo drzwi, lzawymi oczami wpatrywala sie w przestrze'n.

— Moze ci nawet znajde u kogo zajecie — dodal, u'smiechajac sie dziwacznie — tylko, ze ty co's diabelnie wychodzisz z formy.

Spojrzeniem dom'owil reszty.

Ka'ske oblala goraca fala krwi. Zartu nie rozumiala wcale, ale u'smiech, spojrzenie, gest, pojela w jednej chwili. Nerwowym ruchem zacisnela dokola siebie swe lachmany. Jak to? Wiec to juz zna'c tak bardzo, ze ludzie spostrzegaja i wy'smiewaja sie z niej, rzucajac jej te ha'nbe w oczy?

Jak szalona wybiegla z gmachu Politechniki, nie ogladajac sie nawet poza siebie. Nigdy nie czula tak swego upadku jak w tej chwili. Dotad sadzila, ze stan jej jest widomy tylko jej samej, ludzila sie, ze przeciez nie ma swej ha'nby wyrytej na czole. A teraz juz wiedza! Wszyscy wiedzie'c beda! Gdziez sie ukryje przed szyderstwem i pogarda ludzi? A gdy dziecie przyjdzie na 'swiat, co z nim pocznie? W jaki spos'ob wychowa'c je potrafi?

Cale dlugie dwa tygodnie pracowala jeszcze Ka'ska w ko'sciele, szorujac podlogi korytarzy, myjac kamienne posadzki lub wysokie okna zakrystii. Byl to wiosenny porzadek 'swiatyni, przygotowanie do miesiaca Marii, kt'ory sie zblizal z cala zielono'scia i wonia wiosenna. Deszcz przestal pada'c i dokola czu'c bylo nadchodzaca wiosne.

W zakrystii czyniono wielkie przygotowania. Wyjmowano wysokie, biale, drewniane lichtarze, a skurczone dewotki przyozdabialy je li's'cmi z zielonej kitajki. Cale stosy nadzwyczajnych, bialych i zielonych r'oz zalegaly stoly zakrystii. Chwilami pobozna cisze przerywal szept dewotki, kt'ora w nadmiarze goracej 'swietobliwo'sci przylepila sie czarna suknia do 'swiezo polakierowanego lichtarza. W jednym z takich wypadk'ow zawezwano pracujacego w kaplicy malarza, aby naprawil uszkodzenia, a malarz zapotrzebowal bialego lakieru zostawionego w skladzie kolo izdebki zakrystiana.

Ka'ska powracala wla'snie z ko'sciola z szaflikiem brudnej wody i 'scierka pod pacha.

— Hej! Dziewczyno! — zawolal malarz. — A przynie's no bialy lakier z kom'orki pod schodami. Id'z tylko zywo!

Dewotki podniosly glowy i spojrzaly na Ka'ske. Pomiedzy nimi znajdowal sie ospowaty ksiadz, spowiednik Ka'ski. Stal okolony girlandami 'snieznych r'oz, czerniac sie w swej sutannie jak wielka atramentowa plama na czystej 'cwiartce papieru. Uko'sne jego oczy pobiegly w kierunku dziewczyny i obrzucily szybko jej posta'c. Musial przeciez spostrzec teraz co's, za czym 'sledzil od dawna, bo zmarszczyl brwi i gniewnie poruszyl sie tak, ze bibulane r'oze zaszele'scily dokola jak li'scie jesienne.

Gdy Ka'ska opu'scila zakrystie, ospowaty ksiadz wyszedl po chwili tymiz samymi co ona drzwiami. Czekal na nia widocznie w korytarzu, bo Ka'ska spotkala sie z nim w ciemnym przej'sciu tak, ze wymina'c go niepostrzezenie bylo niepodobie'nstwem. Zblizala sie wiec wolno, spuszczajac oczy w ziemie. Zle przeczucie szarpnelo jej sercem; czula, iz spotka ja nowe jakie's cierpienie. Ksiadz stal tymczasem wyprostowany, surowy, z brwia zmarszczona, rekami na piersiach zalozonymi. Gdy dziewczyna zr'ownala sie z nim prawie, zatrzymal ja jednym slowem:

— St'oj!

Ka'ska stanela jak wryta, opierajac sie o 'sciane.

— Jak sie nazywasz?

— Ka'ska Olejarek.

— Jeste's zamezna?

Ka'ska milczala, oddychajac ciezko. Klama'c nie chciala, nie mogla — i to jeszcze przed ksiedzem!

— A wiec „jeste's dziewczyna”! — ciagnal dalej ksiadz z niewzruszona powaga — Jak 'smiesz kreci'c sie tu po Domu Bozym, bedac w podobnym polozeniu? Czy nie boisz sie Boga i gniewu Jego?

Unosil sie powoli, sadzac sie by'c[45] w konfesjonale.

— Jeste's zwierze nieczyste, owca parszywa, kt'ora odbiegla od trzody… Id'z stad precz i nie zanieczyszczaj Pa'nskiej 'Swiatyni. Tu tylko wierni maja przystep.

I odebrawszy z rak drzacej jak li's'c dziewczyny garnek z lakierem, zwr'ocil sie w strone zakrystii, skad dobiegaly szepty dewotek i szelest r'oz bibulanych.

Gdy Ka'ska wyszla na ulice, ciemno juz bylo zupelnie. Dlugi czas przesiedziala skurczona na ziemi, nie 'smiac wyj's'c i spojrze'c ludziom w oczy. Gdy przeciez znalazla sie w'sr'od ulicznego gwaru, musiala powzia'c juz jakie's postanowienie, bo z po'spiechem goraczkowym skierowala sie w strone zamieszkanego dawniej przez nia przedmie'scia. Szla szybko, roztracajac ludzi, z twarza rozpalona, zaciskajac dokola siebie lachmany. Wkr'otce stanela tuz przed brama domu tak jej znanego i drogiego w dawnych czasach. Wzrok zapu'scila w ciemna glebie bramy, kt'orej przeciez przestapi'c nie 'smiala. Szukala widocznie Jana w swym podraznieniu najwyzszym, moze chciala zem'sci'c sie za doznawane od chwili poznania go krzywdy. Zaci'sniete konwulsyjnie usta nie wr'ozyly nic dobrego. Wyraz twarzy miala ten sam, z jakim porwala R'ozie za wlosy, tam wysoko, w ciemnej komorze poddasza. Wreszcie dlugo maltretowane zwierze podnioslo glowe — szukala sprawcy swych nieszcze's'c, czaila sie na'n jak zwierze drapiezne ranione bole'snie.

Szcze'sciem przeciez dla Jana, z bramy domu wybiegla Marynka i przy bladym 'swietle latarni zwr'ocila uwage na te wielka posta'c w lachmanach stojaca nieruchomo przed brama. Obdarta kobieta przypomniala Marynce Ka'ske. Zblizyla sie szybko i od razu poznala „tlumoka z trzeciego”, jak dawniej Ka'ske w kamienicy nazywano. Ka'ska, nierada temu spotkaniu, odwr'ocila szybko glowe, ale Marynka chwycila ja za sp'odnice.

— Ka'sko, to ty? C'oz ty tutaj robisz?

Nie m'owila jej jak zwykle „panno” — czula, ze nazwa ta bylaby 'smieszna wobec lachman'ow okrywajacych cialo spotkanej. Ka'ska spojrzala na m'owiaca ponuro, spod brwi zsunietych, ale nie odpowiedziala ani slowa.

— Je'sli czekasz na tego urwipolcia Jana — zaczela m'owi'c Marynka, zgadujac z przenikliwo'scia wla'sciwa kobietom pow'od zjawienia sie Ka'ski — to nie doczekasz sie tak predko. Mamy juz innego str'oza, a ten lajdak poszedl sluzy'c gdzie indziej. Takie ciagle romanse po pietrzakach prowadzil, to z ta, to zn'ow z inna, ze furtem byly awantury. Bez to go wygnali i recht mieli… niech kobiet nie zaprzepaszcza ten postrunek szubieniczny.

Ka'ska opu'scila glowe na piersi.

Cala goraczkowa che'c zemsty rozwiala sie w jednej chwili. W sercu czula tylko b'ol dojmujacy na my'sl, ze Jan balamucil sie ciagle, podczas gdy ona cierpiala tak bardzo, bardzo…

Marynka pociagnela Ka'ske we framuge bramy. Zaczela od opowiadania o sobie, o swym zdrowiu, kt'ore psulo sie z dniem kazdym, o przykrym, suchym kaszlu dreczacym ja po nocach. Potem z szybko'scia wla'sciwa tej zmiennej naturze zwr'ocila swoja uwage na Ka'ske i starala sie dowiedzie'c o wszystkim, co spotkalo dziewczyne od chwili p'oj'scia do cyrkulu.

Ka'ska osunela sie na ziemie i powoli goracy potok lez splynal jej z oczu. Siedziala teraz na tym samym miejscu, na kt'orym oddala sie Janowi owego pamietnego jesiennego wieczoru, gdy zbita i zmoczona jak zwierze przypadla do st'op niby kochajacego ja czlowieka.

— Glupia! Ja sie z toba ozenie!…

I szept ten zdawal sie unosi'c jeszcze w powietrzu pod sklepieniem bramy, ten szept, kt'ory owional ja wtedy razem z goracym oddechem mezczyzny i uczynil bezwladna wobec jego woli. Marynka pochylila sie nad placzaca i cierpliwie wydobyla z niej cala prawde. Ka'ska powoli wyspowiadala sie z calej nedzy swojej, szcze'sliwa, ze ma przed kim wydali'c sie i opowiedzie'c swe cierpienia. Nawet stanu swego nie zataila przed Marynka, kt'ora wiadomo's'c te przyjela jako rzecz zupelnie naturalna.

— A jakze chciala's, zeby mialo by'c? — zapytala z cala bezczelna naiwno'scia. — To mus, to juz takie pokaranie na kobiety za to, ze nie sa porzadne, jak nalezy.

Po czym zamy'slila sie chwile.

— A c'oz ty teraz zrobisz ze soba? — spytala.

Ka'ska wzruszyla ramionami.

— Nie wiem! Chyba sie do wody cisne, bo juz nie mam zadnego obrotu wedle siebie i nie wiem, gdzie sie zadzie'c!

— Do wody! — zawolala Marynka. — Jaka ty madrala! Do wody by's nie poszla! O, nie!

— Bez co?

— Bez strach! Ja bylam juz raz nad stawami, wiesz, tam za Kamienna Wola, ale takem sie wody zlekla, ze gnalam co sil do domu. Ty by's tak samo dralowala, bo woda czarna jak szuwaks i az w pietach drze, jak sie na nia spojrze'c.

Ka'ska, nie zaprzeczala; by'c moze — Marynka miala sluszno's'c. M'owi sie chetnie o 'smierci, a jak na to padnie, to strach czlowieka zbiera. Zapewne i ona nie mialaby odwagi skoczy'c do wody, skoro Marynka jej nie miala. Milczaly chwile jeszcze, po czym Marynka pierwsza zaczela rozmowe.

— To ksiadz cie z ko'sciola wygnal?

— A jakze — odparla Ka'ska.

— No, recht bo mial — dowodzila Marynka. — To nie wypada po ko'sciele sie wl'oczy'c w takim grzechu, jak ty jeste's. Ksieza tego 'scierpie'c nie moga.

Ka'ska pomy'slala chwile. Wiec wtedy, gdy padala w objecia kochankowi, gdy ciepla jeszcze od rannego powitania wpadala do ko'sciola, aby przezegna'c sie przed oltarzem Marii, wtedy nikt nie wypedzil jej ze 'swiatyni, nikt nie poczytywal jej za grzesznice przekleta. Dzi's wszakze, gdy zostala matka, wytracaja ja poza pr'og ko'sciola jak zwierze nieczyste, kalajace swa obecno'scia po'swiecane mury.

I ta sama Marynka, kt'orej zniszczone cialo nosi widome 'slady rozpusty, dowodzi z calym prze'swiadczeniem o „grzechu” Ka'ski uosobionym w dziecku rzucajacym sie w lonie dziewczyny.

Marynka przeciez umyslem praktycznym zastanawiala sie nad dalszym losem Ka'ski. Chciala koniecznie dopom'oc tej nieszcze'sliwej istocie, kt'ora zmeczona i zgnebiona drzala w kacie bramy.

Wypytawszy sie o stan kasy i inne drobne szczeg'oly, Marynka powziela nagle my'sl, kt'ora w tej chwili okazywala sie jedyna deska zbawienia.

— Zaprowadze cie do Sznaglowej.

Ka'ska spojrzala na rozpromieniona przyjaci'olke.

— Kto to Sznaglowa?

— To bardzo porzadna kobieta, mieszka na Gliniankach, chod'z tylko. Juz ona cie do choroby przechowa i wyzywi.

— Nie mam jej czym zaplaci'c — wyjakala Ka'ska.

— Ach, ty balwanico jedna… Sznaglowej tylko panie placa. My idziemy w dlug. Jak bedziesz juz zdrowa, p'ojdziesz na mamke i dlug Sznaglowej za ciebie ci, co cie wezma, zaplaca. No, rozumiesz?

Tak! Teraz Ka'ska zrozumiala cala kombinacje. Mniejsza z tym, p'ojdzie „w dlug” do Sznaglowej, byleby miala tylko dach i kawalek chleba, a dla dziecka jaka szmacine. Potem, kto wie — moze sie znajda lito'sciwi ludzie, kt'orzy pozwola jej zabra'c dziecko ze soba i nie rozlacza'c sie z nim wcale.

Chetnie wiec powstaje z ziemi i kieruje sie na ulice. Do Glinianek z przedmie'scia niedaleko. Marynka podejmuje sie przeprowadzi'c przyjaci'olke i zarekomendowa'c Sznaglowej. Pani jej wyszla, dziewczyna wiec ma wolny wiecz'or przed soba i spozytkuje go dla poprawienia doli nienawidzonej dawniej przez siebie rywalki. Obie kobiety wydostaly sie szybko na waly okalajace miasto. Wieczorna wiosenna wo'n rozlewala sie w powietrzu. Na walach cicho bylo i spokojnie. Tylko rozkochane pary szybko mknely w cieniu wzdluz row'ow kopanych przez zolnierzy. Ciemno bylo dokola, a byla to ciemno's'c wioskowa, nieprzerywana z'oltym 'swiatlem gazu. Gdzieniegdzie blyszczaly tylko 'swiatelka spoza krzak'ow. To male okienka domk'ow ukrytych w gestwinie. Domki te rosly nad droga jak grzyby niskie, o plaskich pokrywach. Bylo ich wiele, caly szereg wiekszych lub mniejszych, stosownie do zamozno'sci wla'sciciela.

Przed jednym z tych domk'ow zatrzymala sie Marynka. Poniewaz stal na wzg'orzu, drewniane schodki ulatwialy mozno's'c dostania sie do wnetrza. Domek byl maly, niski, zapadniety w ziemie. Okolony caly drzewami, tonal prawie w wiosennej delikatnej zielono'sci.

W oknach 'swiecilo sie slabo. Jedno z tych okien starannie bylo przysloniete podarta jaka's szmata. Przez rozdarte tkaniny przedzieraly sie smugi bladego 'swiatla, formujac rodzaj krzyza na tle ciemnym.

Ka'ska zauwazyla to okno, wstepujac po drewnianych, na wp'ol przegnilych schodach. Wpatrzyla sie w to rozdarcie zaslony tak dziwnie tworzace krzyz 'swietlany i oczu od tych jasnych smug oderwa'c nie mogla. Dwie postacie staly przy samym wej'sciu do domku. Dwie kobiety rozmawialy pochylone ku sobie. W nocnej ciszy do uszu dziewczyn dolecialy nastepujace slowa wypowiedziane jakim's dziwnie ostrym szeptem:

— Wypi'c po polowie rano i wiecz'or, potem trzy dni czeka'c… jak nie poskutkuje, przyj's'c zn'ow. Dam jeszcze raz tyle.

— To sama Sznaglowa — wyrzekla Marynka, ciagnac Ka'ske za sp'odnice, a potem dodala podniesionym glosem — Dobry wiecz'or, pani Sznagiel, prowadze pani dobry interes, bedzie pani kontenta.

Rozmawiajace kobiety odsunely sie szybko. Jedna pozostala u drzwi domu, druga zaczela i's'c ku schodkom. Otarla sie o wchodzaca wla'snie na plaszczyzne Ka'ske. Byla ubrana strojnie, w dolmanie[46] ubranym dzetami, kt'ore w ciemno'sci za'swiecily jak 'swietoja'nskie robaczki. Twarz zaslaniala starannie reka ubrana w dluga, ciemna rekawiczke.

Gdy przeszla, Marynka u'smiechnela sie pogardliwie.

— Jaka's marmuzela, niechby tylko Sznaglowa dobrze zdarla, bo to placi'c moze taka diablica.

Tymczasem Sznaglowa wysunela sie z cienia i stanela obok o'swietlonego okna. Ka'ska ujrzala wtedy szczupla, niska kobiete o czarnych oczach, czarnych wlosach i 'sniadej cerze. Ubrana skromnie, nawet biednie, miala powierzchowno's'c spokojnej, cichej zony rzemie'slnika oczekujacej na powr'ot meza. W reku tylko 'sciskala mala flaszeczke, pelna brunatnego plynu. Flaszeczke te starala sie ukry'c przed przenikliwymu oczami Marynki.

— Kog'oz mi to panna prowadzi? — zapytala wolno, starajac sie rozr'ozni'c cokolwiek w'sr'od ciemno'sci.

— Moja krewniaczke — odparla Marynka. — We'z ja pani do siebie na wikt i stancje, a to ona pani odsluzy. Zreszta, patrz pani, jaka to machina… to bedzie dobra mamka i we'zmie pani za nia grube pieniadze.

Sznaglowa nie poruszyla sie nawet z miejsca.

— Chod'z panna tu blizej — wyrzekla do Ka'ski.

Marynka popchnela przyjaci'olke i w mgnieniu oka Ka'ska znalazla sie tuz przed Sznaglowa. 'Swiatlo bijace z okna oblalo jej wynedzniala posta'c. Drzaca i pokorna, stala, blednac pod badawczym wzrokiem Sznaglowej. Mogla by'c zn'ow wypedzona i niewpuszczona do tego domku, w kt'orym przeciez musialo by'c ciszej i spokojniej niz na Wysokiej G'orze.

Ale Sznaglowa zmyslem znawcy pojela, ze ta wielka, tega, pysznie zbudowana kobieta moze przedstawia'c dla niej 'swietny interes. Jako mamka Ka'ska mogla by'c nieoplacalna[47] teraz, gdy dobrych, silnych mamek brakowalo coraz bardziej. Dlatego po chwilowej pauzie zwr'ocila sie ku drzwiom, a roztwierajac je, wyrzekla niemal rozkazujaco:

— Wejd'z panna!

I Ka'ska wstapila poza ten pr'og, kt'ory przeby'c goraco pragnela. Na samym wstepie przeciez cofnela sie mimowolnie. Stlumiony, bolesny kobiecy jek powital ja w progu. Jek ten wydostawal sie z izdebki, kt'orej drzwi szczelnie byly zamkniete. Wedlug wyrachowania Ka'ski okno przysloniete rozdarta zaslona nalezalo wla'snie do tej izdebki. Kt'oz m'ogl jecze'c tak zalo'snie poza tymi drzwiami, poza tym oknem, kt'ore pokrywal rodzaj 'smiertelnego calunu, znaczonego 'swietlanym znakiem krzyza?… Ka'ska stala w progu, wsluchujac sie w te jeki.

Instynktem wrodzonym kazdej kobiecie zrozumiala znaczenie tej bolesnej skargi. Sznaglowa rozmawiala jeszcze z Marynka, stojac we drzwiach, zwr'ocona twarza na zewnatrz.

Nagle drzwi izdebki otwarly sie z trzaskiem. Mlode, zaledwie czternastoletnie dziewcze, bose i odziane nedzna, podarta sp'odniczka, wypadlo na 'srodek sieni. Nie uwazajac na Ka'ske, pobiegla ku Sznaglowej, a pociagnawszy ja za suknie, zawolala:

— Matka! Chod'z!… Niezywe.

Sznaglowa odwr'ocila sie szybko.

— Czego wrzeszczysz! — wyrzekla, kierujac sie w strone izdebki. — Masz klucz od komody, id'z po papier i po szpilki, a nastaw tez garnuszek rumianku dla chorej.

Dom'owiwszy tych sl'ow, podala malej dziewczynie niewielki kluczyk i znikla we drzwiach izdebki.

Dziewczyna z szelestem i halasem otworzyla drugie drzwi po przeciwleglej stronie i wbiegla do drugiej polowy domu. Ka'ska, zapomniana przez wszystkich, oparla sie o 'sciane i patrzyla strwozona przed siebie.

Cicho bylo teraz dokola. Jeki ustaly, slycha'c bylo tylko krzatanie sie Sznaglowej po izdebce.

Niezywe!

Zapewne dziecko, kt'ore kobieta ukryta poza tymi drzwiami rodzila, skarzac sie tak bole'snie.

Niezywe!

Trup wital Ka'ske w progu tego domu, trup dziecka, kt'ore nigdy 'swiata oglada'c nie mialo, a przeciez juz zylo w lonie matki, cierpialo z nia wsp'olnie i wsp'olnie sie cieszylo!…

Ka'ska mimo woli rece przycisnela do lona. Czyz i ona po to cierpi i tak dlugo nosi swe dziecie w sobie, aby urodzi'c tylko trupa?

Halas otwieranych drzwi i szelest papieru zbudzil ja z zadumy. Mala, bosa dziewczyna przeleciala jak strzala i zapukala do drzwi izdebki. W reku miala wielki arkusz z'oltawej bibuly i kilka szpilek wetknietych w mala, aksamitna poduszeczke.

Drzwi uchylily sie, ale opr'ocz Sznaglowej ukazala sie w nich jeszcze jedna posta'c. Byla to wysoka, tega, dobrze zbudowana dziewczyna, ubrana w splowiala, r'ozowa suknie. Nogi miala bose, ale za to wlosy uczesane wysoko zdobila kokarda z niebieskiej wstazki. W reku trzymala ksiazke z'olta, mala ksiazczyne ozdobiona czarnym rysunkiem na karcie tytulowej.

Przeszla przez sie'n z mina zdeterminowanej kr'olowej.

— Nawet Izabelli doko'nczy'c nie moge przy tych waszych halasach — wyrzekla skrzeczacym glosem; moglyby'scie sie tez ciszej obie zachowa'c i nie przeszkadza'c mi w czytaniu.

Ale ani mala dziewczyna niosaca papier, ani Sznaglowa, nie zwracaly teraz uwagi na zadasana bosa elegantke. Sznaglowa szybko pochwycila papier i szpilki i przymykajac za soba drzwi izdebki, wyrzekla do swej mlodszej c'orki:

— Id'z, Madi, na ogr'odek, podam ci przez okno!

Lubowniczka powie'sci hiszpa'nskich weszla tymczasem do dalszych cze'sci domu. Mala za's dziewczyna, nazwana imieniem Madi, wybiegla przed dom, nie zwracajac uwagi na Ka'ske, przytulona wciaz do 'sciany. Po uplywie jednak kilku minut Ka'ska uczula budzaca sie w niej ciekawo's'c, tak wla'sciwa kazdej kobiecie. Wysunela sie ostroznie z sieni i spojrzala na zewnatrz. Przed okienkiem pokrytym zaslona stala Madi, pogwizdujac walca. Czekala widocznie na co's, bo obnazone ramiona wyciagala przez przyzwyczajenie przed siebie, a palcami poruszala niecierpliwie. Po chwili otworzylo sie okienko i zaslona uniosla sie u dolu cokolwiek. Madi wyciagnela rece i porwala jaki's przedmiot do's'c duzy, owiniety w z'oltawy papier i owiazany cienkim szpagatem. Przedmiot ten wysunal sie tuz spod st'op 'swietlanego krzyza blyszczacego na ciemnym tle zaslony.

— Na Glinianki, tylko do tych nowych dol'ow — dal sie slysze'c przyciszony szept Sznaglowej.

Madi szybko ukryla zbyt jasny pakunek pod podartym fartuchem i nie przestajac gwizda'c walca, pobiegla jak koza i znikla w zaro'slach otaczajacych domek dokola.

Okienko sie zamknelo, zaslona zapadla, a Ka'ska stala dlugo wpatrzona w ten jasny krzyz, spod st'op kt'orego ukazal sie pakiet owiniety w z'oltawy papier. Co bylo poza ta zaslona?

Czy tylko nieszcze'scie i ha'nba, czy i zbrodnia takze?

Ka'ska powoli przestala sie dziwi'c wszystkiemu, co ja teraz otaczalo. W pierwszych dniach chodzila jak oblakana, potykajac sie co chwila o jakie's wybladle, schorowane kobiety uwijajace sie po domu. Byla to cala procesja snujaca sie nawet w nocy, procesja niosaca jako choragiew — niedole i cierpienie.

W tlumie tych kobiet nierzadko pojawialy sie strojne damy woniejace z daleka heliotropem, kryjace twarz pod delikatna gazowa zaslona. Przestepowaly wysoki pr'og domu, unoszac szeleszczace sukienki, a ich zlotawe wiosenne buciki migaly na ciemnym tle sieni jak skrzydelka motyli. M'owily do Sznaglowej „kochana pani” i glos drzal im lekko, gdy sie z nia zegnaly. M'owily „do widzenia”, ale czu'c bylo w tym slowie che'c niepowr'ocenia wiecej do malego domku na Gliniankach.

Sznaglowa odprowadzala te strojne pacjentki az do samych schod'ow, a zginajac sie prawie az do ziemi, wolala swym ostrym, syczacym glosem:

— Niech pani bedzie tylko spokojna!

Z biedniejszymi kobietami mniej zadawala sobie trudu. Niejedna blada i schorowana dziewczyne odpedzila bez lito'sci.

— U mnie nie szpital! — wolala, przyrzadzajac jakie's proszki i przesypujac je do r'owno pocietych z'oltych papierk'ow.

Sznaglowa musiala pochodzi'c z Niemiec, gdyz nawet akcent mowy zdradzal to pochodzenie. Imiona c'orek, Madi i Fina, r'owniez byly w uzyciu tylko na wiede'nskim bruku. Skad sie tu wziela ta kobieta, kt'ora w bardzo kr'otkim przeciagu czasu zdolala naby'c na wlasno's'c domek i kawalek gruntu? — Nikt o tym nie wiedzial.

Przyszla biedna i nedzna — z dwiema drobnymi dziewczynkami i wynajawszy domek, wywiesila szyld z wyplowialym okiem Opatrzno'sci na niebieskim tle. Pod spodem widnial napis F. Sznagiel Hebamme[48] — to byla cala jej rekomendacja.

Powoli przeciez 'sciagnela do siebie znaczna klientele i, jak ludzie opowiadali, zarabiala grube pieniadze. Ukrywala wstyd i ha'nbe ludzka, nie wahala sie nigdy przed spelnieniem zbrodni — na prawo i na lewo rozdawala zab'ojcze 'srodki. Wszystko jej bylo jedno, co sie stanie potem, byle zaplata byla sowita i z g'ory wyliczona.

Niekiedy zjawiala sie w domku jaka stara, siwowlosa kobieta chcaca swe dziecie uchroni'c od jawnych dowod'ow ha'nby. Sznaglowa wyporzadzala wtedy szybko jedna ze swych izdebek, a nocna pora wracala zn'ow na Glinianki nieszcze'sliwa matka, prowadzac ze soba blada i zrozpaczona dziewczyne. Zostawiala ja na czas dluzszy, a po uplywie kilku miesiecy zabierala, aby ja p'o'zniej w mirtowym wie'ncu i niepokalanej zaslonie dziewiczej odda'c silnie wierzacemu czlowiekowi na zone. I cala ha'nba i niedola kobieca, caly upadek kobiet i podlo's'c mezczyzn, cale rozwiazanie komedii milosnej mie'scilo sie pod dachem tego domku tonacego teraz w zielono'sci wiosennej. Kobieta o spokojnych, ciemnych oczach i gladko przyczesanych wlosach rozsiewala stad mord i zbrodnie, w nocy wysylala tajemnicze pakunki pod fartuchem swej nieletniej c'orki, zabijala istoty zyjace w lonach swych matek; a czynila to wszystko za stosowna oplata, kt'ora miala w przyszlo'sci stanowi'c posag jej wlasnych dzieci.

A dziewczyny te byly to istoty zupelnie wyjatkowe. Jedna z nich, starsza, odznaczala sie niezwykla uroda, ol'sniewajaca na pierwsze wejrzenie. Pelna, o bogatym gorsie brunetka, miala wszelkie wady i upodobania kobiet stworzonych do upadku. Dnie cale trawila nad ksiazka, zanurzywszy pulchne rece w zafryzowanej, gestej grzywce. Lubila chodzi'c boso i wacha'c bez lub r'oze. Wypijala zwykle polewki winne przygotowane dla bogatszych chorych i z czystym sumieniem chrupala ich kurczaki. Czytala przewaznie niezwykle powie'sci Borna, cho'c i tkliwe romanse angielskie w lichym przekladzie wzruszaly ja do glebi. Gdy wychodzila na ulice, stroila sie jak lalka i malowala brwi chi'nskim tuszem. Brzydzila sie rzemioslem matki, cho'c bardzo czesto ko'nczyla najspokojniej ostatni tom jakiego's romansu przy przejmujacych jekach jakiej konajacej kobiety. Nazywano ja Fina i nie cierpiano w domu za dume i samolubstwo. Ona wzruszala ramionami — uwazala ten dom za rodzaj przedsionka do palacu, w kt'orym wedlug jej mniemania zycie jej mialo uplywa'c. Tymczasem pila wino, kradla chorym wode kolo'nska, zmieniala codziennie kolory podwiazek i czytala romanse.

Madi, ta mloda dziewczynka, kt'ora gwizdala walca owego pamietnego dla Ka'ski wieczoru, byla zupelnym przeciwstawieniem swej siostry. I ona zapowiadala na przyszlo's'c niezwykla piekno's'c, lecz dzi's bylo to jeszcze chude, 'zle wyro'sniete dziewcze, najcze'sciej bose i oberwane. Nadzwyczaj zywa, caly dzie'n czynna, pelna pomysl'ow, wiecznych projekt'ow, wtajemniczona przez matke we wszystkie sekreta, uwijala sie przez dzie'n caly po domu, gwizdzac jak konik polny. Z dziwna w tak mlodym dziecku energia zajmowala sie chorymi, dozorujac je, przepisujac diete, a nawet 'srodki uzdrawiajace. Sznaglowa ufala zupelnie c'orce, w trudnych jakich wypadkach przywolywala ja do pomocy, a gdy wychodzila z domu, uspakajala wszystkich slowami:

— Madi zostanie przy was.

I rzecz dziwna — chore kobiety przywiazywaly sie niezmiernie latwo do tej 'sniadej dziewczynki, kt'ora z pustota, figlem, 'smiechem zblizala sie do ich loza.

W chwilach najwiekszych cierpie'n Madi stawala przed pobladla z b'olu kobieta i pytala, 'smiejac sie serdecznie:

— Chcecie zobaczy'c kauczukowego czlowieka?

I wyginala sie najkomiczniej, lamiac sie w najdziwaczniejszych pozach, jakby rzeczywi'scie zrobiona byla tylko z kauczuku.

Madi nie znala r'oznicy pomiedzy pacjentkami swej matki. Nieraz okradala bogatsze na korzy's'c biedniejszych, chwytajac pomara'ncze lub buteleczki z sokiem i wciskajac je pod siennik najbiedniejszej i najbardziej opuszczonej. Znajac wszelkie tajemnice sztuki uprawianej przez matke, dopomagala czasem w najwyzszym sekrecie jakiej biednej nedzarce, dzialajac na wlasna reke i tylko dla zadowolenia serca. Zrodzona w tej atmosferze zbrodni, uwazala podobny czyn za dobrodziejstwo i gwizdala dwa razy glo'sniej, gdy udalo sie jej sfabrykowa'c na sw'oj rachunek flaszeczke sporyszu. Siostre nienawidzila, nazywajac ja „grandesa” i palac romanse, gdy je spotkala na drodze.

Opr'ocz tych dw'och dziewczyn, mie'scilo sie jeszcze w domu troje dzieci, troje biednych, opuszczonych sierot, zrodzonych w ha'nbie i na pastwe ludzi porzuconych.

Sznaglowa podjela sie widocznie wychowania tych istot, z kt'orych najstarsze zaledwie trzy lata wieku liczylo — najmlodsze, kilkumiesieczne, blade i wynedzniale lezalo ciagle w kolysce stojacej przy piecu. Skrzeczalo czasem cichutko jak 'slepe szczenie, pomimo ze cieszylo sie najwiekszymi wzgledami Sznaglowej i jej c'orki. Sznaglowa dogladala baczniej dziecka dla tej przyczyny, ze placono za'n regularnie, a matka przychodzila co niedziele i przesiadywala cale popoludnie u kolyski dziecka. Byla to mloda i wynedzniala nauczycielka, uwiedziona przez swego chlebodawce; dziecko kochala i pragnela dba'c o nie. Placila niemal polowe swych miesiecznych dochod'ow i kazda wolna chwile po'swiecala tej drobnej istocie. Sznaglowa na niedziele zmieniala po'sciel dziecka i kapala je w cieplej wodzie. W niedziele na kom'odce stalo przygotowane 'swiezuchne mleko, cukier i woda ryzowa. W zwykle dnie dziecku podawano nie'swieze mleko, zaprawne rumiankiem, a czysto's'c gumowego smoczka pozostawiala wiele do zyczenia. Sznaglowa wiedziala przeciez, ze biedna nauczycielka w dzie'n powszedni nie zajrzy na Glinianki, a dziecko poskarzy'c sie jeszcze nie moze. Madi miala tyle do czynienia w calym domu, ze specjalnej uwagi biednemu niemowleciu po'swieci'c nie mogla. Chwytala je czasami tylko i hu'stala wysoko jak lalke, 'spiewajac przy tym wiede'nskie piosenki. Dwoje innych dzieci radzilo sobie za to, jak moglo, wl'oczac sie po calym domu, blade, bezkrwiste, z wielkimi brzuchami i glowami podobnymi do dyni. O najstarszym, trzyletnim chlopczyku matka zapomniala zupelnie. Odjechala z miasta, urodziwszy to dziecko i nie dala wiecej znaku zycia o sobie. Byla to c'orka jakiego's rzemie'slnika, kt'ora p'o'zniej zapewne wyszla za maz i byla wzorowa matka rodziny. Sznaglowa zlo'scila sie nieraz po swojemu na ten ciezar rzucony jej na rece, cho'c bardzo czesto zapominala zupelnie o egzystencji chlopca. Dziecko bylo ciche, nie'smiale, jakby przybite jaka's wielka troska, kt'ora mu m'ozg tloczyla. Radzilo sobie samo, zywiac sie obierzynami, ko's'cmi, ogryzkami owoc'ow, jedzac wszystko, co sie po ziemi walalo, jak mlode szczenie tulajace sie bez pana. O jedzenie nie upominalo sie nigdy, jakby czujac, ze w domu tym obcym nie bylo dla'n przy stole miejsca ani prawa. Nie 'smial sie nigdy ten blady chlopczyk o wielkich niebieskich oczach i tulil sie zawsze w najciemniejsze katy, aby nie spotka'c Finy, nienawidzacej go wyjatkowo. Gdy czytala Marcina podrzutka, kopnela go silnie za to, ze wlazac na schodki, uczepil sie jej sukni. Chlopiec spadl ze schodk'ow i od tej chwili unikal tej panny, kt'ora tak 'zle na'n patrzyla. 'Srednie dziecko, dziewczynka jasnowlosa, skrofuliczna i 'zle zbudowana, siedziala dnie cale na piasku ogr'odka, grzejac w slo'ncu swe wykrzywione nogi i obrzeknieta szyje. Byla to sierota — matka jej zmarla w tym samym domku po strasznych i dlugich meczarniach. Dziecko cudem utrzymalo sie przy zyciu, a ze kobieta byla osamotniona, a co wiecej, otaczala sie tajemnica, nie wiadomo bylo, dokad dziecko odesla'c. Trzymano je w nadziei, ze moze sie kto's wreszcie zjawi i zaplaci koszta nedznego wyzywienia dziewczynki. Doz'or nad ta gromadka trzymala Madi — ona to kierowala ich wychowaniem, wydzielala galgany okrywajace te bezkrwiste, biedne cialka. W chwilach wolnych od zaje'c kolo chorych, z calym wla'sciwym sobie zapalem, zajmowala sie dzie'cmi. Byly to, szcze'sciem, rzadkie bardzo chwile, bo wtedy przejmujace krzyki dzieci rozlegaly sie po calym domu. Madi szorowala je cegla lub piaskiem, zawijala im papiloty tuz przy samej sk'orze lub usilowala gwaltem wyprostowa'c n'ozki skrofulicznej dziewczynce. Czynila to wszystko w najlepszych zamiarach, ale rzadzac sie zawsze niezwykla fantazja, sprawiala biednym dzieciom meczarnie Tantala. Gdy kt'ore bylo chore, pr'obowala na nim swych nadzwyczajnych 'srodk'ow domowych, o kt'orych miala wysokie wyobrazenie. Wobec tak zastosowanej medycyny, nieraz trujacych zi'ol wlewanych przemoca w gardlo dziecka, zaliczy'c trzeba bylo do cud'ow, ze biedne te istoty dotad wlokly sw'oj nedzny zywot. Byly to marionetki zdane na laske i nielaske narwanej dziewczyny, psiaki karmione ogryzkami, sznurkujace pod 'scianami, 'spiace na lichych sienniczkach, z kt'orych sloma na wp'ol przegnila zanieczyszczala powietrze.

Nieraz spod lachman'ow na'sladujacych koldre wychylala sie gl'owka przystrojona w papiloty zawiniete kilka dni temu przez Madi w przystepie dobrego humoru.

Sznaglowa zajmowala sie takze umieszczaniem dzieci urodzonych w jej domu lub przyniesionych w tym celu z miasta. Zjawialy sie wtedy, jakby wywolane czarodziejskim zakleciem, wiejskie opalone kobiety z piersiami zapadlymi i wyschlymi od braku pokarmu. Niemniej przeciez Sznaglowa oddawala im bez wahania powierzone swej pieczy niemowleta, targujac sie o zaplate, kt'orej polowa pozostawala zwykle w jej kieszeni. Kobiety odchodzily, unoszac placzace dzieciny i paczki z cukrem lub tez kawa. Zjawialy sie potem rzadko, przynoszac w plachcie 'zle odzywione, brudne i smutne dzieci. Sznaglowa przeciez nie robila im nigdy w tym wzgledzie zadnych wym'owek. Rzucala przelotne spojrzenie na te drobne, wynedzniale istoty, kt'ore milczeniem swoim skarzyly sie przeciez bole'snie, i odprawiala szybko kobiety, ui'sciwszy im zaplate. Dla niej wystarczal fakt, ze dziecko zyje. Byla jednak bardzo przezorna i nie placila nigdy nalezno'sci z g'ory, przewidywala fakt 'smierci dziecka, zdarzajacy sie na dziesie'c najmniej sze's'c do siedmiu razy. W'owczas obliczala skrupulatnie dnie, umiejac z nadzwyczajnym sprytem wyciagna'c z chcacej ja oszuka'c chlopki cala prawde. Ona przeciez nie zawiadamiala o tej prawdzie osoby opiekujacej sie zmarla dziecina — ta biedna istotka spala nieraz dawno pod mogilka, gdy pensja placona za jej utrzymanie powiekszala sume posagowa Madi lub Finy. Historia o prawdzie i oliwie nie sprawdzila sie pod dachem tego domu — wszystko sie to krylo z dziwna przebieglo'scia. W nocy wyrzucano trupy noworodk'ow w rowy okalajace Glinianki; nierzadko umierala kobieta sina i zgangrenowana, straszny dow'od naduzycia trujacego 'srodka; bito i glodzono zyjace istoty, za kt'ore matki placily grosz ciezko zapracowany; wysylano dzieci na zaglade i 'smier'c pewna do nedznych chat przepelnionych zab'ojczymi miazmatami i wilgocia; targowano miesem zywym w postaci mamek trzymanych na uwiezi przez 'ow „dlug” tradycyjny — a mimo to cicho bylo i spokojnie dokola tego malego domku.

Bez kwitl bialy i niepokalany, zagladajac do drobnych okienek, poza kt'orymi dzialy sie te straszne rzeczy. Dokola drzewa szumialy, potrzasajac mlodziutkimi li's'cmi, a ptaszki 'swiegotaly przy wschodzacym slo'ncu.

Zdawalo sie, ze jest to jaki's odrebny, zaczarowany 'swiatek, wolny od wszelkich przepis'ow policyjnych, wyrzut'ow sumienia i my'sli o kryminale. Sznaglowa na wzmianke o c. k. policji[49] u'smiechala sie dwuznacznie, a Madi gwizdala wtedy z cala zapamietalo'scia i piekny, i powazny hymn grywany przez Burgmusick.

Ka'ska powoli wpatrzyla sie i przyzwyczaila do tego, co ja otaczalo.

Sznaglowa zdjela z niej lachmany i dala jej koszule Finy i swoja sp'odnice zniszczona i za kr'otka z przodu, wlokaca sie z tylu, ale przynajmniej cala i czysta. Madi dolozyla ze swej strony jaki's dziwaczny kaftanik, kt'ory okazal sie za ciasny na szerokie plecy dziewczyny. Wstawiono wiec na plecach late z czarnego kamlotu, kt'ora dziwacznie odbijala od czerwonej flaneli kaftanika.

Madi jednak byla zachwycona swym dzielem i przysiegala Ka'sce, ze nic podobnego nawet w Wiedniu nie noszono. Ka'ska u'smiechnela sie i z wdzieczno'scia przyjela ofiarowane stroje. Byla tak szcze'sliwa, zrzuciwszy te wstretne lachmany, ze hecarski kaftanik Madi zdawal sie jej kr'olewska szata. Sznaglowa zaczela teraz odzywia'c dziewczyne, dajac jej pozywienie zdrowe, odpowiednie do stanu, w jakim sie Ka'ska znajdowala. Ona i Madi przyrzadzaly to jedzenie w wielkiej misce, mieszajac rozmaite potrawy i zalewajac to wszystko wrzacym mlekiem.

— Na! jedz! — m'owila Sznaglowa, stawiajac miske na lawie.

Podczas gdy Ka'ska jadla, Sznaglowa stala nieruchoma, milczaca, 'sledzac kazdy ruch dziewczyny. Gdy Ka'ska nasycona podnosila glowe, Sznaglowa rozkazujacym gestem zmuszala ja zn'ow do jedzenia. Z drugiej strony Madi z garnkiem, w kt'orym dymila resztka mleka, stala baczna na kazde skinienie matki, dolewajac i mieszajac bezustannie w misie, z kt'orej jadla Ka'ska.

Mialy miny gospody'n, dogladajacych tuczenia nierogacizny. Czymze dla nich innym byla ta dziewczyna? Prostym towarem, kt'ory za kilka miesiecy stosownie do wagi i tuszy zby'c nalezalo.

Ka'ska powoli zrozumiala ten stan rzeczy. Poczatkowo jadla chetnie i duzo, wyglodzona od dawna, bo nawet u Budowskich nie miala odpowiedniego pozywienia. Powoli przeciez natarczywo's'c Sznaglowej i jej c'orki zaczela ja zmienia'c i sprawia'c jej przykro's'c. Nie rozumiala tego gniewu wobec braku apetytu, kt'ory ja czasem napadal. Sznaglowa zacinala wtedy usta i syczacym glosem nakazywala jej poslusze'nstwo. Bylo w tym glosie tyle gro'zby, ze Ka'ska mimo woli schylala glowe i przymuszala sie do jedzenia. Madi przeciez nie ukrywala przed Ka'ska celu, dla kt'orego zywiono ja tak obficie. Za pierwszym slowem Ka'ska pojela sytuacje i poddala sie jej z cala rezygnacja. Zreszta byla to jedna z najmniejszych przykro'sci. Gl'od i nedza byly o wiele dokuczliwsze. Ka'ska pozwolila sie pa's'c i tuczy'c z wielka uleglo'scia. Ale tuczenie to nie wypadalo pomy'slnie. Sznaglowa, patrzac na dziewczyne, krzywila sie z niezadowolenia. Ka'ska mizerniala i bladla z dniem kazdym. Blado's'c ta miala odcie'n z'oltawy i trupi prawie. Widocznie ta trywialna, prosta dziewka miala jaka's moralna chorobe, kt'ora podkopywala jej organizm, obracajac w niwecz starania madrej i przezornej pani Sznagiel. Na to cierpienie nie bylo 'srodka w podrecznej apteczce akuszerki. Mogla jej nakaza'c je's'c i spacerowa'c po ogr'odku, ale przerwa'c bieg jej my'sli — obr'oci'c w nico's'c wspomnienia, zatrze'c przebyte walki lub zakry'c przyszle cierpienia, na to uczona dama poradzi'c nie mogla. Ka'ska nikla z dniem kazdym.

A przeciez Ka'ska nie byla bohaterka sentymentalna, roztkliwiajaca sie nad wlasna niedola. Nie! Ona byla tylko smutna, bo inna by'c nie mogla wobec tego, co ja spotykalo i co dalo jej zycie, 'swiat i ludzie. Nie plakala teraz wcale, chodzila milczaca, wykonywajac wszelkie polecenia Sznaglowej. Stracila swa wole — zreszta, ona nie miala jej prawie nigdy. O Janie my'slala teraz cze'sciej niz dawniej, moze dlatego, ze miala wiecej wolnego czasu. Rozpamietywala jego zdrade i chwilami zaciskala pie'sci, jakby chcac rzuci'c sie na te mary wywolane wlasna wyobra'znia. Czasami zn'ow ogarnialo ja glupie rozrzewnienie. Byla to kobieta przecietna, czyniaca wszystko w polowie. Nie umiala przebaczy'c zupelnie, lecz szamotala sie miedzy nienawi'scia i przywiazaniem serdecznym.

Stala sie zn'ow nabozna, pomimo nielito'sciwego obej'scia, jakie ja ze strony ko'sciola spotkalo. Uznawala sw'oj grzech i odmawiala codziennie przepisana przez ksiedza ilo's'c pacierzy. Szeptala je bardzo glo'sno, kleczac w kaciku kuchenki, obok siennika, na kt'orym sypiala. Czesto krzyki chorej zagluszaly te bezmy'slna modlitwe. Ka'ska, drzac z przestrachu, tulila sie do 'sciany, zatykajac rekami uszy — jeki te rozdzieraly jej serce i napelnialy szalona trwoga.

I ona tak cierpie'c bedzie, i ona tak w'sr'od nocy jecze'c bedzie, wzywajac lito'sci boskiej i ludzkiej pomocy! Och! Gdyby ta chwila nie nadeszla nigdy…

Nic bardziej przejmujacego groza jak jek kobiety rodzacej, gdy rozlegnie sie nagle po'sr'od nocnej ciszy. Ka'ska oblana potem, blada z przerazenia, cierpiala bardzo, slyszac te glosy, podobne raczej do wycia zwierzecia. Do izdebek zajmowanych przez chore nie wpuszczano jej nigdy. Sznaglowa obawiala sie wzruszenia i ograniczala poslugi Ka'ski na przynoszeniu wody, gotowaniu zi'olek lub praniu bielizny. Zreszta zamozniejsze chore mialy „dyskrecje zapewniona”. Wskutek tego sama Sznaglowa i Madi wystarczaly.

Ka'ska przywiazala sie bardzo do dzieci, do tych opuszczonych, schorzalych sierot, wl'oczacych sie dzie'n caly po domu jak male kocieta bez matki. Uczucie to, bardzo wla'sciwe w kazdej kobiecie majacej zosta'c matka, odezwalo sie w niej z wielka sila. Pomimo zakazu Sznaglowej, aby dzieci nie brala na rece, wyprowadzala je do ogr'odka i tam godzinami calymi hu'stala lub bawila. Patrzac na te biedaki okryte lachmanami, glodne i opuszczone, doznawala 'sci'snienia serca. Wiec taka dola podobnych istot? Wiec i jej dziecko moze tak poniewiera'c sie bedzie pomiedzy lud'zmi?!

I nagle przyszla jej my'sl o mozliwej 'smierci, tym bardziej, ze wczoraj wyniesiono z domu trupa dziewczyny, silnej i zdrowej, kt'ora urodziwszy niezywe niemowle, we dwie godziny p'o'zniej zmarla. Czy i ona mialaby zamrze'c tutaj jak pies, bez ksiedza i modlitwy, zostawiajac moze zywe dziecko na laske ludzka?

Pragnienie zobaczenia raz jeszcze Jana zbudzilo sie w niej w tej chwili. Chciala go tylko prosi'c, aby pomy'slal o dziecku na wypadek jej 'smierci. Zwierzyla sie z tym Marynce, kt'ora odwiedzala ja od czasu do czasu. Marynka wy'smiala jej trwoge, m'owiac:

— Kazda kobieta tak sie stracha. To stara rzecz. Ty nie bad'z glupia i nie fasonuj. Juz cie Sznaglowa 'smierci nie da. Baba kuta na cztery nogi, zna sw'oj interes. Wie, ze jakby's umarla, to dlug by diabli wzieli. Juz ona cie i wypasie, i od zlego uchroni.

Ka'ska umilkla nieprzekonana wcale. Marynka my'slala jeszcze chwilke nad zadaniem Ka'ski, po czym rzekla:

— Ty nie wypatruj za tym wyrwipieta, co cie w taki kram zapedzil. Juz ja ciebie znam: ty mu niby o dziecku gada'c chcesz, a o co innego ci chodzi. Ot! Boze sie pozal, co te kobiety maja we lbach. Zmizerowane to, na nogach sie utrzyma'c nie moze, a jeszcze za nim patrzy.

Splunela i zaczela zu'c kwiatki bzu. Ona teraz byla bardzo rozsadna i nie ogladala sie za mezczyznami: nawet wpisala sie do bractwa r'oza'ncowego, kucharka od pani hrabiny nam'owila ja do tego kroku.

Ka'ska powinna takze to zrobi'c po wyj'sciu od Sznaglowej. Zawsze to lepiej i przyzwoiciej dla dziewczyny. I ta nowo nawr'ocona Magdalena ciagnie dalej umoralniajace kazanie, wygrzewajac w slo'ncu swe wychudle cialo dawnej rozpustnicy. Ka'ska siedzi tuz obok niej i patrzy smutnie oczami w przestrze'n. Nie! Marynka ja 'zle osadzila, ona nie miala zlego zamiaru w checi zobaczenia Jana, szlo jej tylko o dziecko. Ale Marynka tego poja'c nie moze. Za chwile, gdy Madi zawolala Ka'ske do wieczornego posilku, dziewczyna pozegnala przyjaci'olke jeszcze smutniej niz zwykle. Marynka, poruszona tym smutkiem, zatrzymala ja chwile.

— Ka'ska, nie bad'z ty glupia! Nie przypuszczaj sobie do glowy zgryzoty; jeszcze bez to Sznaglowa cie wygna od siebie i gdzie sie potem obr'ocisz?

Ka'ska spojrzala na m'owiaca i ciemno jej sie w oczach zrobilo. Prawda, Marynka miala racje. Gdyby ja Sznaglowa teraz wygnala, gdziezby poszla, kto przygarnalby pod dach sw'oj podobne stworzenie?

Dnia tego Sznaglowa byla zadowolona — Ka'ska jadla z po'spiechem, patrzac sie przy tym w oczy swej pani z uleglo'scia psa bitego. Sznaglowa pochwalila ja za to, glaszczac nawet po glowie, a Madi wywinela koziolka, kt'ory w oslupienie wprawil skurczone w kacie kuchenki dzieci…

Uplynelo kilka miesiecy od tej chwili. Termin slabo'sci Ka'ski zblizal sie z dniem kazdym. Ona sama blada, wystraszona wl'oczyla sie bezczynnie prawie, pilnowana na kazdym kroku przez Sznaglowe. Ta ostatnia 'swietne pokladala nadzieje i wziela nawet zadatek z zamoznego bankierskiego domu, w kt'orym takze za kilka tygodni spodziewano sie potomka. Tam miala Ka'ska po urodzeniu dziecka wej's'c w sluzbe jako mamka, a Sznaglowa pobiera'c pensje, niby dla umorzenia dlugu, zaciagnionego przez Ka'ske w przeciagu tych kilku miesiecy. Sznaglowa zabierala w ten spos'ob caly doch'od Ka'ski i otrzymywala odpowiednie wynagrodzenie za nastreczenie mamki, wynagrodzenie tak sowite, ze samo moglo szczodrze wystarczy'c jako zaplata za koszta utrzymania i wyzywienia dziewczyny. Ka'ska czula, ze zaprzedala sie w niewole, ale stala sie nieczula na to, co ja tu spotykalo. Wobec przykrych cierpie'n fizycznych, strasznego oslabienia, dojmujacych bole'sci, jakie przeszywaly jej wnetrzno'sci, wobec trwogi na my'sl o ostatecznej chwili, wszystko inne zdawalo sie jej drobnostka. Madi starala sie doda'c jej otuchy po swojemu, to jest, opowiadajac o strasznych cierpieniach i meczarniach kobiet, jakich byla 'swiadkiem.

— Powiadam ci, Ka'sko, to kolosalne podobno, ale zreszta przekonasz sie sama, czy to prawda, i powiesz mi p'o'zniej. Mnie sie zdaje, ze one wszystkie troche przesadzaja!

Ciszej bylo teraz w domu, bo Fina pojechala do ciotki na miesiace letnie, zabrawszy ze soba wszystkie romanse — a 'srednia, skrofuliczna dziewczynka zmarla po prostu z wycie'nczenia.

Nikt opr'ocz Ka'ski nie zwracal uwagi, ze dziecko niklo coraz bardziej, chylac gl'owke jak uwiedly kwiatek. Pewnego poranku znaleziono ja martwa na brzegu sienniczka. Spala zwinieta w klebek, blada, z zaci'snietymi rozpaczliwie piastkami. Miala, tak jak zwykle, wyglad zabiedzonego kociaka. Usunieto czym predzej Ka'ske z kuchenki i zabrano sie do chowania dziecka. W kilka godzin juz wynoszono biedna, biala trumienke, nieoznaczona zadnym nazwiskiem.

Dziecko to nie nazywalo sie wcale.

Byla to piekna, sloneczna niedziela. Ka'ska powlokla sie powoli poza ogr'od okalajacy domek. 'Sliczne slo'nce letnie ja'snialo na szafirowym tle nieba, rozsiewajac dokola ol'sniewajace blaski. Domek Sznaglowej stal na wzg'orku spadajacym z jednej strony ku walom miejskim, z drugiej chylacym sie ku stromym brzegom dol'ow nazwanych Starymi Gliniankami.

Wyw'oz gliny potworzyl w tych miejscach formalne przepa'scie, na dnie kt'orych z'olcila sie rozwodniona ziemia.

Ogr'odek okalajacy dom Sznaglowej wznosil sie ponad jednym z najglebszych dol'ow. Stroma 'sciana zaczynala sie, jakby odcinajac r'owna linie w'sr'od zielonej 'swiezej trawy. Malo ludzi krecilo sie w tych stronach. Wszyscy 'spieszyli na waly prowadzace za rogatki; tylko rozkochane pary pragnace samotno'sci szly Starymi Dolami. Przy rogatkach spotykali sie wszyscy, a kazdy chwalil sie wyborem lepszej drogi.

Ka'ska przywlokla sie na sam skraj pag'orka i polozyla sie na trawie. Sznaglowa poszla za trumienka dziecka, chmurna i niezadowolona z tej 'smierci, kt'ora ja o koszta przyprawiala. Madi siedziala przy kolysce niemowlecia, bo lada chwila spodziewano sie zwyklej wizyty niedzielnej owej bladej nauczycielki. Ka'ska w ten spos'ob uzywala rzadkich teraz chwil wolno'sci i swobody. Okrywszy sie chustka Sznaglowej, lezala teraz na trawie, bardziej smutna i znekana niz kiedykolwiek. Ten rozkwit letni, to cieplo, te ol'sniewajace blaski, razily i b'ol jej sprawialy. Czula sie bardzo nedzna, chora i opuszczona wobec tego przepychu natury, jaki ja otaczal. Spodziewala sie przybycia Marynki i wygladala jej z niecierpliwo'scia. Zawsze to byla jedna przyjazna dusza, kt'ora do niej przemawiala dobrym slowem. Nagle zaszele'scily galezie drzew. Od sasiedniego ogr'odka przedzieralo sie kilku mezczyzn, 'smiejac sie i rozmawiajac glo'sno. Czasem spacerujacy niedzielni go'scie skracali sobie w ten spos'ob droge, idac przez ogr'odki tych malych domk'ow. Ploty niskie nie stykaly sie z brzegiem przepa'sci i w ten spos'ob latwo przej's'c mozna bylo z jednej posiadlo'sci do drugiej. Byl to nawet rodzaj utartej 'sciezki, niezbyt uczeszczanej, ale niekt'orym dobrze znanej. W ogr'odkach siedzialy czesto postrojone 'swiatecznie dziewczeta i one to sklanialy wypomadowanych lowelas'ow do obrania powyzszej drogi.

Ka'ska, przychodzac dzi's do ogr'odka, zapomniala o tych nieproszonych go'sciach. Gdy poslyszala szelest poza soba, za p'o'zno bylo juz ucieka'c, musiala pozosta'c, lezac na trawie, okrywajac sie o ile mozno'sci najszczelniej chustka. Sadzila, ze ludzie ci przejda i pozostawia ja w spokoju. Pomylila sie jednak w rachubie. Byla to gromadka jakich's mlodych zuch'ow noszacych z fantazja swe surduty 'swiateczne. Olbrzymie fontazie w jaskrawych kolorach zdobily ich szyje, a gorsy u koszul tych pan'ow uderzaly z daleka 'sniezna bialo'scia. Szli, 'smiejac sie i rozmawiajac glo'sno, pewni siebie, zadowoleni, jakby wyruszali na podbicie 'swiata. Nadzwyczajne krawaty powiewaly szerokimi szarfami pod 'swiezo wygolonymi brodami tych pan'ow. Szli z fantazja, pogwizdujac i 'smiejac sie glo'sno. Przeszli mimo Ka'ski, patrzac w strone Glinianek i plujac w glebokie doly. — Jeden wszakze oderwal sie od gromadki. Dostrzegl dziewczyne i podbiegl ku niej z gotowym zartem na ustach. Ta tega dziewka lezaca w trawie, ukryta prawie w faldach chustki, zaciekawila go. U'smiechniety, rozbawiony, stanal przed nia, oblany cala struga blyszczacego w g'orze slo'nca i pochylil sie nawet, aby uszczypna'c 'spiaca na poz'or dziewczyne, bo Ka'ska zamknela oczy, jakby czujac zblizajace sie niebezpiecze'nstwo. Lecz zart zamarl mu na ustach, gdy nagle ujrzal twarz dziewczyny. Chwilowo zmieszal sie nawet, a wyciagnieta reka opadla wzdluz ciala.

Stal tak chwilke jakby wro'sniety w ziemie, pomimo ze towarzysze znikneli juz poza plotkiem przyleglej posesji. Tylko ich mlode, a juz chrapliwe glosy wybiegaly spomiedzy drzew tworzacych poza plotem do's'c gesta zielona 'sciane.

Ka'ska, sadzac, ze wszyscy juz znikli, otworzyla oczy. Wzrok jej padl na stojacego przed nia mezczyzne. Fala krwi uderzyla jej do glowy. Poznala Jana.

Oczy ich spotkaly sie. 'Zrenice kobiety czerwone od lez wylanych podczas bezsennych nocy, podkrazone sinymi obw'odkami wpatrzyly sie w 'swiecace zdrowiem i zyciem oczy mezczyzny. W oczach tych byla zapisana cala historia tych kilku miesiecy: jej meki, jej cierpienia, niepok'oj, smutek, tesknota — i jego r'ownowaga, dobre trawienie, sen, odzywianie sie i spok'oj moralny, najlzejszym niezakl'ocony wyrzutem.

Dziewczyna wpatrzyla sie uporczywie w twarz swego dawnego kochanka. Miala go! Miala nareszcie tuz przed soba, mogla mu wypowiedzie'c wszystko, co ciezylo jej na sercu. Ale on ocknal sie teraz z chwilowej bezwladno'sci. Szybko odwr'ocil sie, pragnac ucieka'c. Przypomnial sobie scene na strychu i bal sie jej powt'orzenia.

Lecz Ka'ska porwala sie szybko z ziemi i obiema rekami uchwycila sie jego ramienia. Drzala cala jak w febrze, a blade policzki zabarwil rumieniec. Chustka zsunela sie jej z ramion i stanela przed nim w calym majestacie macierzy'nstwa, nie zwazajac na reszte 'swiata, na ludzi, kt'orzy lada chwila nadej's'c mogli. On szybkim rzutem oka obrzucil cala jej posta'c i zrozumial jej polozenie. Szarpnal sie gwaltownie, pragnac uciec czym predzej od tej matki-kobiety, on — ojciec-mezczyzna! To lono, w kt'orym ukrywalo sie w tej chwili jego wlasne dziecie, wydalo mu sie ohydne, wstretne, przerazajace.

Ale Ka'ska z dziwna sila przykuwala go do miejsca. Palce jej zacinaly sie kurczowo dokola reki Jana, sprawiajac mu b'ol dotkliwy. Przeciez nie chciala mu czyni'c zadnej krzywdy. Chciala mu tylko powiedzie'c, ze ona lada chwila umrze'c moze i pozostawi'c na 'swiecie sierote. Dla tej sieroty zadala slusznej opieki.

Czyz nie byla w swym prawie?

— Janie! — rzekla przerywanym glosem. — Jak to dobrze B'og zrobil, ze's sie o mnie natknal. Tak cie chcialam zobaczy'c…

— Pu's'c mnie! Czego szarpiesz! — przerwal str'oz do's'c opryskliwie. — Jeszcze mi pysk pazurami rozorzesz, jak wtedy na strychu.

— Nie! O, nie! — odrzekla Ka'ska, zaciskajac coraz mocniej palce. — Ja ci nic zlego nie zrobie… Chcialam ci tylko powiedzie'c…

Urwala nagle, nie mogac doko'nczy'c rozpoczetego zdania. Zdawalo sie jej, ze bedzie jej bardzo latwo wypowiedzie'c mu wszystko przy spotkaniu, a przeciez glos zamieral w jej piersi, a slowa konaly na jej ustach. Widziala go zn'ow! Widziala zdrowego, czerwieniacego sie w promieniach slo'nca jak dawniej, jak przed rokiem!… Mial nawet ten sam lila krawat i kamizelke w paski, wlosy l'snily sie, wyziewajac ze siebie wo'n topolowej pomady. Byl tak piekny, silny, strojny, gdy stal przed nia z glowa, wedlug zwyczaju, odkryta, z kapeluszem nowym, slomkowym w rece pokrytej tombakowymi pier'scionkami. I nagle Ka'ska zawstydzila sie swej nedzy, swego ub'ostwa, a przede wszystkim stanu, kt'ory ja tak oszpecal.

I rece jej mimo woli opadly wzdluz ciala, uwalniajac Jana z wiez'ow. Szybko pochwycila lezaca na trawie chustke i owinela sie nia, zakrywajac p'ol ciala.

Jan przez ten czas postapil juz kilka krok'ow, pragnac przej's'c do sasiedniego ogr'odka, ale Ka'ska zastapila mu droge. Stali teraz prawie nad samym brzegiem przepa'sci, tuz ponad Starymi Dolami, kt'ore z'oltym dnem lyskaly w promieniach slo'nca.

— Janie! Poczekaj chwilke… tak p'oj's'c nie mozesz! — rzekla zn'ow kobieta. — Widzisz, jestem bardzo biedna i odsiaduje w dlug tu stancje. Ale niedlugo moze juz to sie sko'nczy, tylko ze nie wiem, jak to B'og pokieruje…

Jan rzucil sie niecierpliwie.

— Czego ty chcesz ode mnie? Nie zaczepiaj! – syknal przez zeby. — Ja do ciebie nic nie mam. Takie jak ty wl'oczegi, co sie bija i co je po furdygach policaje prowadza, to tylko dyshonor dla porzadnych ludzi. Odstap z drogi, m'owie, dobrze, a jak nie posluchasz, to ci jeszcze dam rade!…

Ona, zgoraczkowana, nie sluchala prawie gr'o'zb jego.

Jedna teraz miala my'sl tylko — chciala mu przeciez powiedzie'c o dziecku, kt'ore moglo glodem zamiera'c jak ta sierotka, kt'ora ponie'sli teraz na cmentarz.

— Ja nic nie chce dla siebie — zawolala szybko — ja nie mam zadnego zadania, jeno wedle dziecka…

Zamilkla, spuszczajac glowe.

Wyrzucila wreszcie to slowo, te zbrodnie, to przestepstwo, kt'ore popelnila, dajac zycie, przyoblekajac w cialo rozkosz, jaka odbieral od niej stojacy przed nia mezczyzna. On popatrzyl na nia z jaka's malpia zlo'sliwo'scia, gdyz stopniowo odzyskiwal utracona fantazje.

— Fiu, fiu! — zagwizdal. — A to pieknie; no, no! Dziecko!… Ta'ncowala Malgorzatka!…

Ka'ska podniosla glowe.

Jak to, wiec on tak przyjmuje wiadomo's'c o dziecku? Nie martwi sie wcale. Owszem, pogwizduje wesolo, u'smiecha sie nawet… Kto wie? moze sie namy'sli — ozeni!

I pelna rado'sci chwyta go ponownie za ramie, wolajac:

— Ach, Janie, jaki ty dobry, ze mnie za to nie lajesz! Ja temu niewinna, ale i tak biedna jestem taka…

Jan wzrusza ramionami…

— A za co, u diabla, lajalbym cie? He! Dzieciak to twoja rzecz. Miej go sobie, czy nie, to mnie ni parzy, ni ziebi…

Teraz przeciez Ka'ska nie moze sie myli'c co do intencji wypowiedzianej w tych slowach. Chwilowe za'slepienie znika z jej oczu. On nie chce slysze'c o dziecku, kt'orego jest ojcem. M'owi, ze to go nie ziebi ni parzy!… Wiec na nia, na nia jedna spada to dziecko, kt'ore sie w tej chwili szarpie rozpaczliwie w jej lonie, jakby przeczuwajac, ze rodzony ojciec wypiera sie go i na poniewierke w 'swiat rzuca. Jaki's szal ogarnia Ka'ske. To nagle przej'scie z rado'sci do rozczarowania napelnia ja strasznym rozdraznieniem. Chustka ponownie spadla z jej ramion, ona nerwowo chwyta sie Jana i patrzy mu prosto w twarz rozszerzonymi 'zrenicami. Caly b'ol, caly ogrom przebytych i spodziewanych cierpie'n uosabia sie dla niej w tej chwili w tym czlowieku, kt'ory jest przyczyna wszystkich jej nieszcze's'c i nedzy, do kt'orej doszla.

Przez chwile stala milczaca. Nagle wyprostowala sie, a w oczach jej zapalily sie ponure blaski, usta otwarly, ukazujac dwa rzedy ostrych zeb'ow. Bunt nieprzeparty tryskal z jej calej postaci, tak zwykle lagodnej i uleglej.

— Ty! Ty! — zaczela. — Dlaczego gadasz, co dziecko cie nie obchodzi? Gadaj, czemu cie to ani ziebi, ani parzy?

Jan spojrzal na Ka'ske i przerazil sie wyrazem jej twarzy. W blaskach slo'nca zionela cala jakim's dzikim gniewem, kt'ory m'ogl zle pociagna'c za soba nastepstwa. Postanowil sie od niej uwolni'c i uciec jak najpredzej. Robila na nim wrazenie wariatki. Pochwycil wiec szybko jej rece i silnym ruchem odtracil ja od siebie.

— Abo to m'oj dzieciak! — zawolal gniewnie, uciekajac jak szalony w kierunku sasiedniego ogr'odka.

Ka'ska wydala straszny krzyk, jeden, lecz przejmujacy do szpiku ko'sci. Potracona silna reka mezczyzny, zachwiala sie na nogach i zatoczywszy kilka krok'ow w tyl, spadla z wysoko'sci kilku metr'ow na dno Starych Dol'ow. Z'olta, miekka ziemia przyjela bezwladne cialo kobiety, kt'ore wydatna masa zaczernilo sie na jasnym tle gliny.

Jan tymczasem podazyl szybko przez ogr'odki, aby polaczy'c sie z towarzyszami, kt'orzy uszli juz spory kawal drogi, dziwiac sie, co moglo zatrzyma'c najweselszego z ich grona i op'o'znia'c w ten spos'ob partie kregli przygotowana dla nich w rogatkowej bawarii.

Gdy Jan zjawil sie nareszcie, powitano go gradem dwuznacznik'ow i tlustych koncept'ow. On nie zapieral sie wcale, dajac do poznania, ze go spotkala na drodze jaka's przygoda milosna, kt'ora zabrala mu cokolwiek czasu. Towarzysze zazdro'scili mu tych latwych milostek, kt'ore slaly mu sie pod nogi w dzie'n bialy, po drodze do bawarii.

Wzdychali tylko, m'owiac:

— Ten szelma ma szcze'scie!


*


— Ja ciebie chrzcze, Mario, w Imie Ojca! Syna! I Ducha!…

Dziecko jeknelo raz jeszcze pod tym strumieniem wody, kt'ora Madi wylewala mu na gl'owke i… kona'c zaczelo.

Mala naftowa lampeczka migoczaca w kacie izdebki oblewala mdlym blaskiem sinawy trup dziecka, lezacy na koldrze, pod kt'ora spoczywala Ka'ska.

W nogach l'ozka stala Sznaglowa, chmurna, milczaca, w'sciekla na te wielka dziewke, kt'ora znaleziono bezprzytomna w rowie, tuz pod brzegiem ogrodu. W jaki spos'ob spadla, nie mogla sobie Sznaglowa wytlumaczy'c zadna miara. Ka'ska, jakkolwiek przyszla do przytomno'sci, nie odpowiadala na zadne pytanie. Cierpiala strasznie, wydajac przeciagle jeki. Byl to przedwczesny por'od, niweczacy cale nadzieje Sznaglowej, zrywajacy jej uklady z Ka'ska i uniemozebniajacy odebranie dlugu. Dlatego prawie wszystkie konieczne poslugi kolo chorej zdala na Madi, zadowalajac sie rola biernego 'swiadka. Od czasu do czasu wyrzekala tylko glo'sno, mruczac po niemiecku i obrachowujac wszystkie wydatki poniesione na utrzymanie Ka'ski.

Madi podzielala zmartwienia matki. Wchodzac w stan jej interes'ow, widziala takze ruine do's'c pieknych projekt'ow i zysk'ow, jakie mozna bylo wyciagna'c z tej tegiej mamki. I dlatego Ka'ska pozostawiona prawie samej sobie meczyla sie blisko czterna'scie godzin, gryzac palce, rwac wlosy i drac bielizne. W ciasnej, zadusznej izdebce brakowalo powietrza, a okna zaslonietego podarta zaslona nie otwierano, nie chcac, aby przechodzacy slyszeli jeki meczacej sie kobiety.

Zmrok zapadl, a Ka'ska ciagle lezala na l'ozku sina, z oczyma gleboko wpadnietymi, z czolem pokrytym kroplami potu. Jeden wyraz tylko wybiegal z jej warg pobladlych. Wolala ciagle: „o Jezu!”, znajdujac ulge w wolaniu tego imienia, kt'ore od dziecka w niebezpiecze'nstwach i smutkach przyzywa'c zwykla. Chwilami zdawalo jej sie, ze umiera, a wtedy opanowywal ja lek straszliwy na my'sl o 'smierci w tej ponurej, smutnej izdebce, z kt'orej tyle trup'ow wyniesiono. O dziecku, kt'ore mialo przyj's'c lada chwila na 'swiat, nie my'slala juz teraz, cala przejeta swym cierpieniem strasznym, zupelnie dla niej nieznanym.

W p'olzmroku, na tle ciemnej zaslony ja'snial jeszcze krzyz utworzony przez rozdarcie tej szmaty. Ka'ska obr'ocila glowe i wpatrywala sie w te smugi. Tak! Teraz jej kolej przyszla, teraz ona lezy poza tym krzyzem, jeczac tak jak inne kobiety, kt'orych glosy takim strachem przejmowaly ja w'sr'od nocnej ciszy. Czy sie ta meczarnia sko'nczy, jak i kiedy? — Nie wiedziala, nie 'smiala zapyta'c. Gdy Madi zapalila lampke i postawila ja na komodzie na wprost l'ozka, przestrach Ka'ski powiekszyl sie jeszcze. Ta czarna noc oslaniajaca ziemie trwozyla ja nad wyraz wszelki. Zdawalo sie jej, ze lezy juz w trumnie, w jakim's dole wsp'olnym rzucona jak zdechle zwierze. Przygotowania, kt'ore Madi czynila, pek szmat rzuconych kolo l'ozka, jaka's ciemna flaszeczka, a zwlaszcza arkusz papieru, wielki, silny, szeleszczacy na rogu komody za kazdym ruchem opartej o komode Sznaglowej, powiekszal jej rozdraznienie. Co sie z nia sta'c mialo w te noc ciemna? Czy jutro jeszcze zobaczy slonko boze? Czy zdechnie marnie bez ratunku i pomocy? Tymczasem zegar ochryplym glosem wydzwanial godziny. Madi drzemala, skurczona na podlodze, zniechecona, zmartwiona pieniezna strata, jaka je spotkala. Sznaglowa zachowywala obojetna maske akuszerki, kt'orej nie wzruszaja nawet najstraszniejsze ludzkie cierpienia. Nie drgnela ani razu, cho'c krzyk Ka'ski przechodzil teraz w ryk zwierzecia pasujacego sie ze 'smiercia. Droga snujaca sie pod domkami przeciagaly gromady ludzi pijanych, 'spiewajacych szynkownianie piosenki lub grajacych na harmonijkach. Wesole nuty polki lub sztajera mieszaly sie z jekami Ka'ski, a slowo „o Jezu!” dziwnie odbijalo na tle tanecznego akompaniamentu!

Potem ucichlo wszystko i 'swietujace gromady powr'ocily do miasta, a droge wzdluz wal'ow zalegla cisza. Tylko krzyk Ka'ski rozlegal sie teraz podw'ojna moca, ten straszny krzyk pokuty za kr'otka chwile fikcyjnej rozkoszy kobiecej.

Ona, coraz bardziej zmieniona, straszna, podobna do widma, z glowa w tyl cofnieta, rekami skurczonymi chwytala brzegi koldry, szarpiac je nerwowo. Powoli nawet krzyk zamieral w jej piersi, rozpoczelo sie chrapliwe rzezenie, przechodzac w drzacy, ciagly jek podobny do jeku jesiennego wichru. Wtedy Sznaglowa ocknela sie ze swej nieruchomo'sci i oderwawszy sie od komody, zblizyla sie do l'ozka.

Ka'ska oblakanym wzrokiem patrzyla na nia, odpychajac jej rece, to zn'ow chwytajac sie jej sukien jakby deski zbawienia!

Madi stanela obok zaspana, przecierajac klejace sie mimo woli oczy.

W kilka minut p'o'zniej jeden straszny krzyk wstrzasnal 'sciany izdebki, a jak slabe echo krzykowi temu odpowiedzial cichy, ledwo doslyszalny placz dziecka.

Ka'ska wstrzasala sie nerwowo.

Co's nieokre'slonego przebieglo cale jej cialo i 'scisnelo serce. Instynktowo wyciagnela naprz'od rece, dziwne rozrzewnienie opanowalo ja cala. To zwierzece przywiazanie do dziecka tak targnelo jej cala istota. Ale sily ja opu'scily, wyciagniete rece opadly wzdluz ciala — i wyczerpana nienaturalnym przebiegiem porodu osuwala sie bezprzytomnie na poduszki.

Tymczasem Madi zajela sie dzieckiem. Byla to dziewczynka o'smiomiesieczna, pomarszczona, a cho'c dobrze zbudowana, nierokujaca dluzszego zycia nad kilka minut, w najlepszym razie — godzine.

Sznaglowa zajeta trze'zwieniem Ka'ski, rzucila wzrokiem na dziecko i wymownym ruchem ramion wydala o nim sad stanowczy. Wtedy Madi przystapila do zwyklej ceremonii, kt'ora spelniala zawsze w takich wypadkach. Naczerpnawszy w prawa reke wody, zblizyla sie do konajacego dziecka, a nalawszy mu wody na glowe, wyrzekla dobitnie nastepujace slowa:

— Ja ciebie chrzcze, Mario, w Imie Ojca i Syna, i Ducha 'Swietego!

Dziecko otworzylo blekitne oczy, wpatrzylo sie w sufit izdebki — po czym powoli bardzo zasunelo powieki i zostalo juz tak straszne, martwe, sine w niepewnym 'swietle lampy. Lekki oddech poruszyl maluchna piersia i zn'ow jedna dusza uleciala na powr'ot w kraine wiecznej tajemnicy.

Tymczasem banda sp'o'znionych i dobrze podchmielonych mezczyzn powracala od rogatek, krzyczac i halasujac po drodze. 'Smiechy ich i 'spiewy przecisnely sie do izdebki, w kt'orej lezala Ka'ska. Ponad wszystkimi g'orowal glos Jana. Ten 'spiew pijacki ojca wpadl nagle w'sr'od nocnej ciszy i owional ochryplymi tony siny trup dziecka i bezprzytomna z b'olu i cierpienia matke.


*


— Niech pania Sznagiel szlag trafi!… Ja dam na trumienke, a dziecka w papierze wyrzuca'c na cegly nie dam.

— Phi! Jak panna Marynka taka dama, to prosze. Mozna jeszcze i karawan zam'owi'c z pi'orami i liberia!

— Niech pani Sznagiel nie kpi. A dziecko trza w 'swieconej ziemi pochowa'c, bo to nie szczenie, jeno ludzkie cialo.

— Dobrze, dobrze! daj tylko panna na trumne i miejsce na cmentarzu.

— To sie wie, ze dam, i jak sie nalezy!

Ka'ska z wdzieczno'scia spojrzala na poczciwa dziewczyne. Byla przeciez tak oslabiona, ze m'owi'c jeszcze nie mogla. Marynka siedziala przy niej na l'ozku zaperzona, czerwona, zirytowana niegodziwym postepowaniem Sznaglowej. Ta ostatnia bowiem, nie czekajac nawet na polepszenie zdrowia Ka'ski, dreczyla chora od samego rana bezustannie wym'owkami, a Madi pobiegla po Marynke, raportujac jej, co sie stalo.

Trup dziecka pozostal jeszcze w domu, bo Madi bala sie w niedziele po nocy chodzi'c na Glinianki. Bandy pijanych rzemie'slnik'ow wl'oczyly sie wzdluz cegielni, poniedzialkujac w'sr'od row'ow i kretych 'sciezek. Marynka dala Sznaglowej trzy re'nskie, upominajac, aby trumienka byla „porzadna” i lakierowana na niebiesko.

Akuszerka z drwiacym u'smiechem ubrala sie i wyszla, zaciskajac w dloni trzy brudne papierki. Za nia wysunela sie cicho Madi i dopedzila matke na zakrecie ulicy. Zamienily kilka zda'n urywanych i dziewczyna, podskakujac, pu'scila sie z powrotem do domu.

Wpadlszy do sionki, skrecila na lewo i zabieglszy do pokoju, odsunela cicho szuflade komody. Z szuflady tej wyjela arkusz papieru i polozyla go na 'srodku kulawego stolu. W trykotowy stanik wpiela sobie kilka szpilek i usiadla spokojnie na krzeselku, pogwizdujac tylko od czasu do czasu.

Tymczasem Marynka z nieklamanym wsp'olczuciem wpatrywala sie w twarz Ka'ski. Znalazla ja wiecej zmieniona, niz sie spodziewala; cala twarz chorej zdawala sie posypana popiolem, a rysy wydluzyly sie w nadmierny spos'ob. Ona sama nie przechodzila przez to nigdy, ale musialo to by'c cierpienie niemale, skoro tak zmieni'c moglo w przeciagu nocy jednej kobiete.

Na dworze dzdzysto i pochmurno bylo dnia tego. Szara barwa wpadala przez rozdarta firanke, oblewajac jakim's trupim blaskiem posta'c chorej. Trup dziecka zimny, sztywny, odznaczal sie pod cienka, podarta serweta, jaka byl przykryty. Marynka zblizyla sie wolno i uchylila serwety. To drobne, niewyksztalcone zupelnie stworzenie, zamarle jeszcze w lonie matki, ukazalo sie nagle w smutnym blasku, skarzac sie niemo na 'smier'c swa przedwczesna.

Ka'ska wpatrzyla sie w sczerniale cialo dziecka i wstrzasala sie konwulsyjnie.

— Powiedzial, ze to nie jego! — wyszeptala prawie nieprzytomna.

Marynka zaslonila trupa.

— Kto ci to powiedzial? — zapytala, nachylajac sie nad chora.

— On! Jan!

Marynka porwala sie gwaltownie.

— Gdzieze's te psiewiare widziala? — zawolala.

Ale Ka'ska juz umilkla. Nie chciala widocznie m'owi'c wiecej. Byla tak nieszcze'sliwa, ze czula, iz sl'ow jej zabraknie, aby sw'oj b'ol opisa'c. Cierpiala przy tym bardzo, dojmujace bole'sci przeszywaly jeszcze jej wnetrzno'sci, a wzdluz krzyza przebiegaly straszne dreszcze. Drzala cala jak w febrze, a zeby dzwonily, uderzajac jedne o drugie. Widocznie meka jej ko'nca nie miala. Marynka postala jeszcze dluga chwile kolo chorej, starajac sie przynie's'c jej ulge. Okrywala ja wszystkimi szmatami, kt'ore napotka'c mogla, i obiecala przynie's'c araku, kt'ory ukradnie swej pani ze 'spizarnianej szafki.

Czula wielka lito's'c dla tej nieszcze'sliwej istoty, tym nieszcze'sliwszej, ze opuszczonej jak pies, kt'orego pan wypedza od siebie, przeznaczajac na zaglade.

Powoli przeciez zdawalo sie jej, ze Ka'ska uspakaja sie, cicho wiec wyszla z izdebki, obiecujac sobie powr'oci'c za kilka godzin. Gdy schodzila ze schodk'ow, spotkala sie ze Sznaglowa powracajaca z miasta. Sznaglowa powiedziala, ze trumienke zaraz przyniosa, niebieska i wi'orami napelniona. Kosztowa'c miala p'oltora guldena. Marynka zgodzila sie na cene, ale kazala Sznaglowej wstrzyma'c sie z wlozeniem trupa do trumny az do chwili, w kt'orej ona bedzie obecna. Sznaglowa przyrzekla jej to solennie i Marynka poszla, o ile mogla naj'spieszniej, w strone miasta.

Idac, zatrzymywala sie wszakze kilkakrotnie dla nabrania oddechu — choroba piersiowa rozwijala sie w niej, niszczac caly organizm.

Tymczasem Sznaglowa weszla do domku i skierowala sie ku izdebce Ka'ski. Zastala chora lezaca z zamknietymi oczami, wstrzasana cala dreszczami febrycznymi. Sznaglowa jak kot przysunela sie do l'ozka i wyciagnela rece. W nagromadzonym stosie lachman'ow znalazla szybko trup dziecka i pochwyciwszy za n'ozki wysunela sie, unoszac dziecko z izdebki. Ka'ska nie otworzyla nawet oczu, a drzacy jek wybiegal gama chromatyczna z jej obolalej piersi.

Sznaglowa weszla teraz do przeciwleglego pokoju, w kt'orym siedziala Madi. Szybko podala trup dziecka c'orce, kt'ora, ciagle gwizdzac, zblizyla sie z nim do stolu. Potem zrecznie ulozyla sczerniale cialo na arkuszu papieru i zawinawszy je z wprawa sklepowej panny, zapiela caly pakiet szpilkami. Podczas tej operacji matka i c'orka nie przem'owily do siebie ani slowa. Gdy Madi porwala pakiet i ukryla go jak zwykle pod fartuchem, Sznaglowa odezwala sie, radzac dziewczynie wzia'c przynajmniej chustke dla lepszego ukrycia do's'c duzego pakunku. Madi wszakze wzruszyla ramionami. Nie! Ona nie p'ojdzie zwykla w tych wypadkach droga, zna inna 'sciezke i inne doly, tam z pewno'scia teraz nikogo nie spotka, a wreszcie robotnicy juz przestaja o poludniu wl'oczy'c sie po Gliniankach.

Sznaglowa wzruszyla ramionami i ustapila do'swiadczonej dziewczynie. Chwilke jeszcze sluchala, jak Madi gwizdala walca, przedzierajac sie przez krzaki. Przez otwarte okno wpadal ten gwizd czysto i dono'snie, az powoli stopniowo uciszal sie w miare oddalenia. Byl to pogrzebowy dzwon dla dziecka zmarlego tej nocy, grzebanego jak szczenie, kt'ore wyrzucaja na rozstajne drogi.

Tymczasem Sznaglowa zblizyla sie do komody, a otworzywszy szuflade, wyjela z kieszeni trzy re'nskowe papierki, te same, kt'ore jej dala Marynka, i wlozyla w po'nczoche gruba, granatowa, szeleszczaca cala od schowanych we wnetrzu pieniedzy. Po czym z u'smiechem ukryla po'nczoche pod stosem bielizny i zamknawszy starannie szuflade, wziela sie do preparowania czarnej malwy, dzielac wiekszy zapas na drobne torbeczki, kt'ore fabrykowala napredce z arkuszy bibuly.

Marynka mogla teraz przyj's'c bezpiecznie — ona powie, ze dziecko wlozono do trumienki i pogrzebano, bo psu'c sie zaczelo. Marynka nie ma czasu, aby p'oj's'c i 'swieza mogilke oglada'c, p'o'zniej zapomni, a trzy guldeny powieksza posag Finy i Madi.

Gdy Madi powr'ocila wreszcie zmoczona i zablocona, opowiedziala, ze dziecku bardzo bedzie dobrze w wygodnym dole, kt'ory przysypala ziemia. Po czym zabrala sie do smazenia konfitur z listk'ow r'ozy, kt'ore pasjami lubila.

Cale poobiedzie minelo cicho i spokojnie. Marynka nie zjawila sie wcale, Ka'ska, kt'orej dano troszke rumianku, lezala, jeczac ciagle w goraczce i oslabieniu. Przytomno's'c przeciez miala zupelna. Kilka razy poruszyla sie niespokojnie, szukajac zmarlego dziecka. Nie pytala sie wszakze o nie i bala sie Sznaglowej, kt'ora chmurna i zla podala jej nap'oj. Madi, zajeta konfiturami, nie pojawila sie wcale. Z zakasanymi rekawami krecila sie ciagle kolo komina, 'smiejac sie i oblizujac na widok r'ozowych szumowin, jakie zbierala starannie. Nagle porwala sie z krzykiem. Zabraklo jej cukru, caly stos listk'ow r'ozy czekal jeszcze swej kolei. Szybko jak strzala odstawila rondelek i wybiegla z domu. Lecz zeskoczywszy ze schod'ow, stanela jak wryta. Niezwykly widok uderzyl jej oczy. Wzdluz drogi wijacej sie pod domkami stalo kilkunastu ludzi ubranych w zniszczone surduty lub palta, z minami na wp'ol obojetnymi, na wp'ol przebieglymi. Stali po obu stronach drogi, z rekami zalozonymi, odcinajac swe wychudle profile na szarym tle horyzontu. Pomiedzy nimi blyskaly z'olte p'olksiezyce i czerwienily sie ciemne mundury policjant'ow. Z domku oddalonego o jakie sto krok'ow od domku Sznaglowej wychodzili jacy's mezczy'zni w liczbie pieciu, z kt'orych dw'och bylo po cywilnemu, reszta za's nosila ubiory komisarzy policji. Jeden z policjant'ow stojacych na drodze trzymal w reku duzy pakiet oblocony, rozmokly, ciekacy blotnista woda. Madi otworzyla szeroko oczy. Pakiet ten poznala natychmiast — byl to trup dziecka Ka'ski, ten sam trup, kt'ory kilka godzin temu przywalila wilgotna ziemia w dole na Gliniankach. Dzi's ten trup zmartwychwstaje po to, aby je moze zgubi'c — bo nic innego, tylko policja musiala znale'z'c to sczerniale cialo, a teraz robia poszukiwania za chora, poznawszy, ze dziecko musialo by'c wczoraj zrodzone.

Nie chodzi tu o policje, bo tej Madi nie obawia sie wcale, ale ci lekarze jej nieznani, kt'orzy od dawna 'sledza, kto udziela kobietom te straszne trucizny niszczace zycie plodu, zabijajace istoty jeszcze w lonach matek. Madi wie, ze Sznaglowa ma wielu nieprzyjaci'ol. Gdy znajda Ka'ske, jakkolwiek jej por'od przedwczesny wywolany zostal tylko wypadkiem, na niej zbuduja caly akt oskarzenia i, kto wie, gotowi jeszcze upatrzy'c na trupie dziecka oznaki gwaltownej 'smierci.

Co czyni'c? Przytomna zwykle dziewczyna traci glowe — juz tylko trzy domy oddzielaja grupe rewizyjna od domu jej matki. Jeden z policjant'ow, dobry jej znajomy, oddzielil sie od swych towarzyszy i niepostrzezenie daje jej znaki ostrzegajace o bliskim niebezpiecze'nstwie. Ona chwile jeszcze stoi na miejscu, namy'slajac sie, lamiac nerwowo rece, zar'ozowione jeszcze sokiem konfitur. Nagle jak strzala wpada do domu, a otworzywszy drzwi, krzyczy od progu:

Mutter! Revision[50]!

W wypadkach nadzwyczajnych poslugiwano sie rodzinnym jezykiem, Sznaglowa wiec r'owna miara odplacila, wrzasnawszy:

Ach, Gott[51]!

I obie, jakby pchniete jaka's sila, wpadly do izdebki zajmowanej przez Ka'ske. Madi rzucila sie pierwsza do l'ozka chorej.

Sie muss weg[52]!

Sznaglowa nie odpowiedziala nic, tylko drzacymi rekami zaczela zrywa'c z Ka'ski kryjace ja szmaty.

Ka'ska przerazona, drzaca spogladala na obie kobiety jak zwierze ranione 'smiertelnie, szarpane jeszcze przez zgraje ps'ow.

— Ty! Wstawaj! — wolala Madi. — Policja idzie po ciebie, musisz stad p'oj's'c, bo inaczej wezma cie do wiezienia.

Ka'ska zrozumiala tylko jedno slowo — policja. Wiec zn'ow ja 'scigaja? — Nawet teraz, w tej chwili nie dadza jej spokoju? Przy tym czula, ze ja wypedzaja; rozumiala, ze te dwie kobiety nie dozwola jej zosta'c ani sekundy dluzej pod swym dachem.

I nadludzka sila woli wla'sciwa tylko zrozpaczonym kobietom podniosla sie z l'ozka i stanela na podlodze. Sznaglowa zarzucila na nia obszarpana sp'odnice, a Madi jakie's porwane i objedzone przez mole futerko, pokryte trzesacymi sie lachami. Na bose nogi wtloczyly jej wielkie kalosze — i chwiejaca sie, straszna, blada jak chusta wyprowadzily poza pr'og domu.

Jeszcze byl czas. Krzaki zakrywaly schodki od strony rozstawionych po drodze lapaczy, kt'orzy wolnym krokiem posuwali sie naprz'od. Ka'ska mogla zej's'c na droge niepostrzezenie i przesuna'c sie pomiedzy gromada policjant'ow. A zreszta, c'oz to obchodzilo Sznaglowa? Jej szlo tylko o usuniecie chorej z mieszkania, o nic wiecej. Gdy ten gl'owny dow'od byl usuniety, nic jej zarzuci'c nie mozna bylo. Gdyby nawet Ka'ska, zlapana, przyznala sie do wszystkiego i wskazala jej dom jako miejsce swego pobytu, ona mogla sie wyprze'c wszystkiego. Kt'oz widzial u niej Ka'ske? Jedna Marynka — ale Marynka musialaby milcze'c dla rozmaitych wzgled'ow…

Tymczasem Madi zajela sie szybko uporzadkowaniem pokoju i poslaniem l'ozka. Szmaty wyniesiono do piwnicy i w kilka prawie sekund nie pozostalo ani 'sladu bytno'sci Ka'ski. Madi stala, smazac konfitury i gwizdzac walca, oblana cala jasnym 'swiatlem ogniska; opodal Sznaglowa cerowala bielizne, z wyrazem anielskiej dobroci na z'oltawej twarzy. Ka'ska przeciez schodzila wolno ze schod'ow, trzymajac sie poreczy. Z najwyzszym wysilkiem stanela na dole i oparla sie o bariere. Kazdy krok sprawial jej cierpienie wielkie. Zdawalo sie jej, ze tysiace nozy przeszywa jej wnetrzno'sci. Czerwone pasma migaly jej przed oczami, zaslaniajac wzrok i o'slepiajac ja prawie. Widziala tylko kilkana'scie ciemnych postaci postepujacych wolno wzdluz obu brzeg'ow drogi. My'sli wszakze zaczely wikla'c sie w jej m'ozgu. Kto sa ci ludzie? Czego chca od niej? Czy zycia? Wiedziala tylko, ze jej i's'c kazano.

I's'c wiec pragnela — musiala.

I's'c dalej, bez ko'nca! Bez celu!

Spoza chmurnego nieba zablyslo nagle kilka z'oltych, niezdrowych promieni. I w tym mdlym blasku oczom policjant'ow i lapaczy ukazala sie wystepujaca nagle spoza krzak'ow posta'c kobieca, tak straszna nedza i cierpieniem, tak blada ta bezkrwista blado'scia trupa, ze wszyscy ci mezczy'zni poznali w niej od razu matke sczernialego, martwego plodu, kt'ory szarzal w'sr'od podartych szmat z'oltawego papieru. Ale wielka musiala by'c nedza tej kobiety, strasznym — cierpienie wiejace z jej zgarbionej postaci, przerazajacym — wyraz tych oczu zalzawionych, wpadnietych gleboko, a wpatrzonych w przestrze'n z wyrazem bezmiernego b'olu i trwogi, skoro w sercach tych ludzi zakamienialych i zahartowanych na wszelkiego rodzaju cierpienia ozwala sie lito's'c i che'c dopomozenia tej nieszcze'sliwej. Prawie wszyscy odwr'ocili glowy lub spu'scili w ziemie, aby ulatwi'c Ka'sce przej'scie, zanim komisja rewizyjna wyjdzie z pobliskiego domku. Ona postapila jeszcze kilkana'scie krok'ow, wlokac drzace nogi, taczajac sie jak pijana. Nie widziala juz postaci mezczyzn otaczajacych ja dokola. Ciemnialo jej w oczach, wszystko krecilo sie przed jej wzrokiem. Nagle wyciagnela rece i bez jeku, bez krzyku osunela sie zn'ow na wilgotna ziemie, tuz u n'og policjanta trzymajacego na rekach trup jej dziecka.

W tej samej chwili drzwi domu sasiedniego z domkiem Sznaglowej otworzyly sie i wyszedl z nich komisarz, a za nim doktorzy. Dw'och urzednik'ow op'o'znialo sie jeszcze w glebi sieni, zasiegajac blizszych informacji. Komisarz pierwszy dojrzal lezaca na 'srodku drogi Ka'ske. Szybko zbiegl po schodach i stanal obok zemdlonej. Kilku policjant'ow zblizylo sie powoli. Komisarz porwal zimna i sztywna reke Ka'ski i szarpnal nia mocno. Obszarpane futerko zsunelo sie z kobiety, odslaniajac jej nagie ramiona. Twarzy wida'c nie bylo, gdyz Ka'ska lezala zwr'ocona twarza do ziemi. Blade, wielkie uszy komisarza zabarwily sie r'ozowa barwa i poruszyly sie wachlarzowato. Pan Rimotat zwietrzyl zwierzyne i tak latwo pu'sci'c jej nie chcial. Kto wie, podobne wykrycie moze stanowi'c niezla kreske w spodziewanym awansie. Blade swe oczka przenosil bezustannie z martwych zwlok dziecka na lezaca na ziemi kobiete. Rzec mozna, ze szukal pomiedzy nimi jakiego's podobie'nstwa i z tych dw'och nieruchomych cial chcial wyciagna'c lacznik, jaka's sp'ojnie, kt'ora by go naprowadzila na dobra droge.

Jeden z policjant'ow pochylil sie nad Ka'ska i dotknal sie jej ramiona. To mlode, zanedzone stworzenie budzilo w nim lito's'c wielka. Zapragnal ja ocali'c, jakkolwiek wechem sobie wla'sciwym odgadl cala prawde.

— To jaka's pijaczka, panie komisarzu, trzeba ja wzia'c do furdygi.

Ale pan Rimotat wstrzasnal glowa.

Nie! Ona nie byla pijana ta wielka dziewczyna, padajaca w'sr'od dnia bialego juz pod nogi komisji rewizyjnej i calej zgrai policjant'ow. Bylo w tym co's innego, co's wiazacego sie z tym trupem dziecka znalezionym przed dwoma godzinami w dole tuz kolo cegielni. Chlopcy bawiacy sie sypaniem sza'nc'ow, odkryli sczerniale cialo 'zle przysypane ziemia i zanie'sli obwiniete w papier, tak, jak znale'zli, na inspekcje policyjna, szcze'sliwi, ze sta'c sie moga bohaterami dnia.

Teraz do lekarzy nalezy wyda'c wyrok, czy dziewczyna, kt'ora padla tak nagle, jest pijaczka lub istota poszukiwana przez te cala zgraje mezczyzn, istota, kt'ora w ich mniemaniu popelnila zbrodnie.

Za chwile nadeszli lekarze i pochylili sie nad Ka'ska. Przez kilka minut trwala wielka cisza, przerywana tylko szmerem galezi gnacych sie za powiewem wiatru. Slo'nce ukrylo sie zn'ow za chmury, jakby zasmucone ta nedza ludzka, kt'ora o'swiecilo zlotym swym blaskiem. Posepnie bylo i chmurno dokola.

Nareszcie podnie'sli sie lekarze i jeden z nich, czlowiek siwy, o zimnym i obojetnym wyrazie twarzy spojrzal na trup dziecka, trup smutny, bezbarwny, zmarszczony — po czym wyrzekl, wskazujac na Ka'ske:

— To matka!

— Janie! Janie! — jeczala Ka'ska.

Od chwili podjecia jej przez policje ze 'srodka drogi nie odzyskala przytomno'sci. Odwieziona z rozporzadzenia lekarzy i wladzy do szpitala miejskiego i umieszczona w oddziale polozniczym, lezala nieruchoma, nieprzytomna, z twarza palajaca, z oczyma wpatrzonymi w przestrze'n z jaka's straszna, bezmierna rozpacza. Nie wym'owila nic wiecej nad imie Jana, kt'ore powtarzala z uporem szale'nca, nadajac jednak co chwila odrebne intonacje temu jekowi. Lekarze, po do's'c usilnej checi ocalenia jej, odstapili zupelnie od jej loza. Wiele chor'ob skomplikowanych, gro'znych zapale'n, polaczylo sie ze soba. Poslugaczki m'owily, ze pokarm uderzyl Ka'sce na m'ozg, kazdy komentowal jej chorobe w rozmaity spos'ob.

Ona przeciez nie rozumiala swego stanu i lezala, wciaz jeczac cicho, skazana na 'smier'c, trup za zycia, jeszcze zywa, a przeciez umarla. Powoli przestano sie nia interesowa'c, choroba przeciagala sie, 'smier'c sp'o'zniala sie widocznie. Mlode, silne cialo walczylo ze zgonem, nie chcac przej's'c w stan rozkladu. Umieszczono ja w wielkiej sali operacyjnej, na l'ozku z k'olkami dla latwiejszego usuniecia w razie 'smierci. Sala ta, nieuzywana od dawna, wychodzila na korytarz obwodowy, laczacy wszystkie sale i pokoje pierwszego pietra. Po tym korytarzu snuly sie we dnie postacie mlodych dziewczat obleczone w szare jednostajne suknie, przepasane paskiem sk'orzanym i kryjace swe twarze w chustki zwiazane pod broda. Dziewczyny te, uzywane do poslug kolo chorych, mialy w swych ruchach jaka's bezczelno's'c, co's, co je odr'oznialo od innych kobiet i pietnowalo wla'sciwym im mianem. Chodzily wolno jak uparte woly w jarzmie, zle, nachmurzone, teskniac za swoboda i rozpusta, z jakiej wyrwane zostaly. Czasem pomiedzy nimi mignela czarna suknia dozorczyni lub gumowy fartuch dyzurnej akuszerki. Byl to caly 'swiat kobiet przeciety tylko od czasu do czasu ciemna sylwetka lekarza 'spieszacego do sali z instrumentami pod pacha lub czarna sutanna ksiedza cisnacego do piersi puszke z olejami. I tylko dzwonek jeczal, wzywajac do rannej lub wieczornej modlitwy, lub zwiastujac, ze jeszcze jedna meczennica, spelniajac swe przeznaczenie, odchodzi ze 'swiata na zawsze. I tylko chwilami jek straszny wybiegal spoza zamknietych szczelnie drzwi, przy kt'orych jakby na warcie staly nosze na k'olkach, oczekujac na martwe cialo, kt'ore nalezalo do prosektorium. A byl to straszny zwierz, nigdy nienasycony, wiecznie glodny, pozadajacy trup'ow jak hiena padliny, a szpital wyplacal swa danine, rzucajac mu stosy tych cial kobiecych, wymeczonych choroba, strasznych cierpieniami, kt'ore przebyly. Z nadej'sciem nocy milklo wszystko. Szaro ubrane dziewczyny szly na g'orne pietra, aby tam przemrucze'c litanie i pewna ilo's'c pacierzy. Potem, milczac, rozbieraly sie ze swych parcianych sp'odnic i ukladaly sie na wysokich tapczanach stojacych rzedami wzdluz 'scian bielonych.

W salach tak zwanych goraczkowych pojawialy sie szare suknie Si'ostr Milosierdzia, kt'ore z marmurowymi kulkami w wyschlych dloniach zblizaly sie do rozpalonych i zmeczonych chorych. Chlodzac dlonie, kladly je p'o'zniej na plonacych zarem skroniach bezprzytomnych kobiet, pelne po'swiecenia, zaparcia sie swego ja — cale oddane na uslugi ludzko'sci. Nieraz te prawdziwe anioly pochylaly sie dobrotliwie nad lozem skalanej rozpusta dziewczyny, ale mala ich liczba nie zdolala nastarczy'c wszystkim potrzebom. Robily, co mogly, czuwajac noc cala. I byla to prawdziwa modlitwa taka noc bezsenna, spedzona w'sr'od jek'ow i skarg cierpiacych istot.

Po korytarzach zalegaly cienie. Tylko male lampki wiszace u stropu rzucaly mdlawe blaski na 'sciany bielone, na kt'orych gdzieniegdzie czernil sie krzyz drewniany. Tylko czasem w'sr'od tej ciszy otwieraly sie z wolna drzwi kt'orejkolwiek sali i wysuwal sie orszak zlozony z kilku os'ob niosacych owiniete w prze'scieradlo, sztywne i martwe cialo. Zwloki te skladano na noszach, do kt'orych dorobiono k'olka, i ten w'oz pogrzebowy posuwano cicho wzdluz korytarza po wojlokowym chodniku. Trup przesuwal sie przed zamknietymi drzwiami sal, zegnajac sie milczaco z towarzyszkami niedoli, a w bladym 'swietle lamp rysowaly sie ostre kontury wychudlych czlonk'ow zakrytych prze'scieradlem. Byl to pogrzeb opuszczonych, zapomnianych nedzarek, o kt'ore nikt sie nie troszczyl i za kt'orymi nikt plaka'c nie mial…

— Janie! Janie!

W tej pustej, ciemnej prawie sali strasznie rozlegal sie jek oblakanej. Ona, kt'ora sama przed soba wstydzila sie przyzna'c do przywiazania dla czlowieka, kt'ory ja zgubil, w tej strasznej chwili skonu wolala go bezustannie. Imie jego powracalo ciagle na jej drzace wargi, przechodzac chwilami w przeciagle wycie konajacej samicy. Imie to zagluszalo Psalmy pokutne, kt'ore pr'obowano czyta'c przy lozu tej bezprzytomnej grzesznicy — dominowalo ono nad wszystkim, przytlaczalo wszystko i ciagle, ciagle wzbijalo sie w g'ore, jakby oznajmiajac ten wieczny triumf mezczyzny nad kobieta, nawet w chwili ostatnich jej meczarni.

Z glowa w tyl pochylona, z wlosami rozrzuconymi na twardej, ceratowej poduszce, z oczyma wlepionymi w przestrze'n, ten trup zyjacy, ta wspaniala istota, zdruzgotana i unicestwiona dla igraszki meskiej, wolala go przeciez, wolala go jeszcze!… przebaczajac mu cierpienia, oszalala w swym przywiazaniu jak pies zbity przez swego pana, a wyjacy za reka, kt'ora go do krwi chlostala.

I wreszcie przyszla noc, kt'ora miala uciszy'c ten jek i kaza'c zamilkna'c wolajacym ustom. Poslugaczka czuwajaca zwykle przy Ka'sce, zmeczona, usnela twardo w przeciwleglym kacie sali. Ka'ska wiec lezala sama, opuszczona od wszystkich, tak wycie'nczona ta dluga walka z zyciem, ze nie pozostawalo jej wiecej sil opiera'c sie 'smierci. Niepewne 'swiatlo lampki migotalo opodal. Reszta sali tonela w cieniu. Ka'ska lezala prawie nieruchoma, tylko rece odzyskaly nagle wladze. Zdawala sie nimi odpycha'c co's, co sie cisnelo ku niej, co's widocznego tylko dla niej samej… Oczy otworzyla szeroko, a z piersi jej dobywal sie jek chrapliwy, rzezacy, ten ostatni oddech martwiejacego ciala.

Na twarz jej zdawala sie spada'c zaslona z szarej krepy, wydluzajac rysy, zaostrzajac nos i brode. Wychudle policzki wpadaly coraz wiecej, tworzac glebokie doly w obu stronach twarzy. Wlosy nawet tracily polysk i stawaly sie coraz bardziej matowe, a oczy szklily sie jakby emaliowana powloka. Wszystko zamieralo powoli, szarzejac i blednac; kobieta powoli przetwarzala sie w zimna, zlodowaciala bryle, niezdolna do spelnienia ani dobrego, ani wystepnego czynu.

Nogi prostowaly sie same, zlodowaciale, z wyciagnietymi stopami, juz zupelnie bezwladne i zimne. Rece tylko, wychudle, cienkie jak ramiona szkieletu, poruszaly sie w powietrzu kr'otka chwile. Po czym opadly na l'ozko, wydluzajac sie wzdluz ciala, przybierajacego juz bezwiednie ksztalt odpowiedni do wlozenia w trumne. Ka'ska konala.

W pustej, ciemnej sali nie bylo nikogo, ona jedna zyla tu jeszcze, je'sli to zyciem zwa'c bylo mozna. Na 'scianie czernil sie krzyz drewniany, wystepujacy chwilami w migotliwym blasku lampki. Ale Ka'ska nie widziala tego krzyza, nie widziala juz nic zgola.

Usta jej tylko poruszyly sie jeszcze i cichy, ledwo doslyszany szept wybiegl z jej zbielalych warg:

— Janie! Janie!

Potem pozostala juz sztywna, nieruchoma, straszna zielonawa blado'scia trupa, kt'orego rozklad zaczyna sie niemal w pierwszej chwili. Wielka i wydluzona jeszcze 'smiercia, bielala pod prze'scieradlem jak olbrzymi posag szary, kamienny, z szeroko rozwartymi 'zrenicami wpatrzonymi w dal z wyrazem skargi sierocej.

Szare 'swiatlo poranka leniwo przedarlo sie przez grube szyby i oblalo kamienne stoly i porozstawiane na nich narzedzia. Kilku mezczyzn w paltotach, w zmietych koszulach, o twarzach pobladlych od bezsennych nocy, stalo na 'srodku sali, rozmawiajac p'olglosem. Czu'c w nich bylo birbant'ow calonocnych, kt'orzy wprost z kawiarni, od filizanki czarnej kawy szli do pracy, aby drzaca reka uja'c ostre narzedzia lub 'srubowa'c hermetyczne wanienki z preparowanymi cze'sciami trup'ow. Nagie, wysokie 'sciany sali wznosily sie powaznie, ciemne, ponure. Okna, osadzone wysoko, byly zakratowane jak w wiezieniu. Wzdluz izby ciagnely sie stoly, a raczej bufety kryte kamiennymi plytami. Kazdy st'ol opatrzony byl z obu stron rynienka blaszana i mial przytwierdzona olbrzymia, stara, zniszczona, niemal cuchnaca gabke. Nie bylo to przeciez wla'sciwe prosektorium, ale sala przeznaczona dla studi'ow wakacyjnych i otwarta tylko podczas lata. Do tej sali schodzili sie studenci przebywajacy podczas wakacji w mie'scie i ciagneli dalej swe studia, zamawiajac ku temu trupy w szpitalu.

Na wp'ol uchylone drzwi ukazywaly w amfiladzie caly szereg sal utrzymanych z wzorowa czysto'scia; podloga woskowana l'snila sie jak w sali balowej, a cale rzedy szaf blyskaly setkami najciekawszych okaz'ow. I cisza byla w tych salach, istna cisza zakrystyjna. Brakowalo tylko woni jalowca lub mdlego zapachu kadzidla. Te potwory szare, smutne, skurczone w zbyt ciasnych slojach, te ko'sciotrupy ustawione w pozach manekin'ow sklepowych, te czaszki l'sniace jak marmury, ko'sci poukladane symetrycznie, ozdobione karteczkami, slowem, to wszystko, co sie zostaje z ludzi po przewalczeniu zycia, szarzalo w porannym 'swietle, straszne w swej nieruchomo'sci, jak resztki jakiej's uczty ludozerc'ow, kt'orzy, mieso przelknawszy, zostawili ko'sci swych wrog'ow na wieczna pamiatke. W izbie, tak zwanej wakacyjnej, nie bylo wzdluz 'scian szaf napelnionych „okazami”, byly tam natomiast krany i 'scieki, wiazki szmat zastepujacych reczniki, a na stolach, na podstawkach mosieznych staly dlugie szklane naczynia, z ksztaltu do retorty podobne. W tych naczyniach mienily sie r'oznymi barwami jakie's stale ciala przecinane bialymi nitkami. Na boku, na warsztaciku z mocnych drut'ow, suszyla sie blona oplucna, rozpieta na ksztalt nietoperza. W kilku wanienkach za szklana tafla zamknieta hermetycznie czerwienily sie preparowane nogi, rece ludzkie, moknace w glicerynie.

Mezczy'zni stali na 'srodku salki, rozmawiajac ciagle. Nie 'spieszyli sie do pracy, opowiadali sobie anegdotki, pelni znuzenia i niecheci do zycia. W kacie sali sczernialy, okurzony ko'sciotrup kobiecy pochylil sie, jakby sluchajac tych zwierze'n milosnych, kt'ore dziwnie rozbrzmiewaly w tym przybytku 'smierci. Ko'sciotrup ten zapomniany, zepsuty, stal juz na tym miejscu lat wiele i slyszal niejedno, chylac sie coraz wiecej, 'zle po'sciagany drutami, i 'smiejac sie tym strasznym u'smiechem, wla'sciwym tylko trupim glowom. Czy ta kobieta 'smiala sie z nich, z tych mezczyzn, kt'orzy w zarozumialo'sci swej rozpowiadali sobie wzajemnie milosne podboje — czy ze samej siebie i z dawnej latwowierno'sci swojej — bylo to jej wlasna tajemnica. Nagle rozmawiajacy ucichli. Poza 'sciana odezwal sie glos dzwonka, dobitny, czysty jak dzwonek klasztorny wzywajacy na obiad lub wieczerze. Mlodzi ludzie rzucili sie w tym kierunku, a 'slady znuzenia znikly z ich twarzy. Przetworzyli sie, rzec mozna, zupelnie. Ten odglos dzwonka powolal ich z krainy knajpiarskich milostek do pracy i rzeczywisto'sci.

Dzwonek odezwal sie raz drugi i jaki's szum, loskot dal sie slysze'c poza 'sciana. W'owczas jeden z mlodych ludzi, wysoki blondyn o szerokim r'ozowym karku, zblizyl sie ku 'scianie i palcem nacisnal duzy drewniany guzik.

'Sciana rozsunela sie z wolna, pozostawiajac duzy kwadratowy otw'or. W otworze tym wida'c bylo rodzaj komory ciemnej z platforma drewniana, spuszczona na szerokich pasach drucianych. Na platformie tej lezaly dwa trupy owiniete grubymi szarymi prze'scieradlami.

Blondyn pochylil sie naprz'od i patrzyl chwile na martwe ciala.

— Dziecko i kobieta! — wym'owil wreszcie i r'ownocze'snie wyciagnal reke w strone wiekszego, pelniejszego trupa, kt'orego kolosalne prawie rozmiary podnosily faldy pl'otna.

— Kobieta! Moja!

Nikt mu nie zaprzeczyl prawa tej wlasno'sci. Zartowano nawet. Jak to, wiec nawet i umarle chcialby wzia'c wylacznie dla siebie? Ale on nie sluchal, zajety wydobyciem zwlok z otworu przy pomocy garbatego slugi, kt'ory r'ownocze'snie z odglosem dzwonka pojawil sie w sali. Trup byl niezwykle ciezki! Piekny okaz! Gdy wyprawi ko'sci, moze mie'c wspanialy ko'sciotrup w swym mieszkaniu. Ustawi go pod fotografiami kochanek, kt'ore zajmuja juz polowe 'sciany jego izdebki. Ko'sciotrup stanie tuz pod fotografia Julii, tej bladej zony skapego i starego urzednika, z kt'ora je'zdzil tak czesto za rogatki. Bedzie to pyszny kontrast! Julia tak okragla, mala, tlusta, dobrze odbija'c bedzie od wielkiego szkieletu.

Ale na c'oz, u diabla, mogla umrze'c tak pieknie zbudowana kobieta?

Trup Ka'ski lezy juz na kamiennym stole, a reka kochanka Julii zdziera z niej szybko ostatnia oslone. I jeszcze raz ostatni imponuje to pyszne cialo swa wielka piekno'scia, a cho'c oszpecone choroba, cho'c wyniszczone niemal do szczetu, jeszcze resztkami dawnej 'swietno'sci zadziwia obecnych. Dokola stolu zgromadzili sie niemal wszyscy studenci, nie szczedzac dowcipnych uwag, ale lezaca pomiedzy nimi kobieta nie oblewa sie juz wiecej rumie'ncem wstydu. Ona, skamieniala w swym cierpieniu, patrzy wciaz w przestrze'n szeroko rozwartymi i nieruchomymi 'zrenicami i lezy spokojna mimo swej nago'sci w'sr'od tej gromady mezczyzn jeszcze pobladlych od nocnej rozpusty.

Dreczona zycie cale jak zwierze, wyzyskiwana moralnie i fizycznie, zdradzona, oszukana, sponiewierana, wyglodzona, ofiarowuje jeszcze wymeczone cialo swoje na potrzeby ludzko'sci, ofiarowuje je pod skalpel, kt'ory lada chwila zanurzy sie w jej lonie.

Kariatyda!

O, tak, istotnie, prawdziwa Kariatyda spolecze'nstwa, ta nedzna dziewczyna z ludu, ten mul roboczy w rekach kobiet, mul 'zle karmiony, 'spiacy na ziemi, dreczony dniami i nocami calymi. Bez promyka 'swiatla, d'zwiga ta Kariatyda cale brzemie pracy i niedoli, a gdy zapragnie by'c kobieta, gdy spelni poslannictwo, jakie natura jej nakazuje, rodzi'c swe dzieci musi w nedzy i opuszczeniu, podrzuca'c po rozstajnych drogach jak szczenieta lub co gorsza, nie mogac znale'z'c 'srodk'ow do zycia, morduje sw'oj pl'od wlasnymi rekami.

Mezczyzna jak pies go'nczy 'sciga nieszcze'sliwa, wtracajac ja dla swego kaprysu lub dla zadowolenia chwilowej zadzy w przepa's'c ha'nby i rozpaczy. A wpredce zapomina nawet rys'ow, postaci tej, kt'ora brutalnie zmusil do wystepku, walac na jej ramiona wszystkie nastepstwa podobnego kroku.

Kariatyda!

Alez to Kariatyda schowana w cieniu, Kariatyda ubrana w lachmany, Kariatyda, kt'ora wielkim glosem domaga sie 'swiatla i chleba. Istota ta zajmuje wybitne miejsce w kazdym domu, przebywa ciagle niemal z dzie'cmi, ma wplyw na ich charakter, a jest przeciez tylko niewolnica o szerokich barkach, o kt'orej cierpienie, postepki nikt sie nie troszczy, nikt sie nie spyta!

Stojacy przy trupie Ka'ski blondyn polozyl reke na nagiej piersi kobiety.

Bylo co's w tym ruchu z pana i wladcy stworzenia, kt'ory kladzie dlo'n swa na prawej swej wlasno'sci, czy zywej, czy umarlej. Kr'otka chwile patrzyl na ten tors oblany teraz promieniami wschodzacego slo'nca, kt'ore przez szyby okien wplywaly do sali. Zdawalo mu sie, ze widzial gdzie's te dziewczyne, ze trzymal raz jeden w objeciach ten tors potezny, kt'ory teraz mial twardo's'c marmuru.

— Widzialem gdzie's te machine! — mruknal, wyciagajac druga reke po skalpel.

Tyle tylko zapamietal z tej goracej walki, jaka stoczyl w pracowni Wodnickiego, chcac gwaltem zadowoli'c swa zadze — walki, kt'ora mu tak gorace rumie'nce pragnienia na policzkach wycisnela.

Skalpel blysnal w promieniach slo'nca i dotknal bialej piersi kobiety.

Ka'ska-Kariatyda raz ostatni oddala swe cialo na uslugi ludzko'sci.

muszcze — dzi's popr. forma 3 os. lp: muska.

indagacja — przepytywanie, badanie, 'sledztwo.

konkieta (z fr. conqu^ete: zdobycie, zdobycz) — sukces w zalotach, podb'oj milosny.

pogardliwszy — dzi's popr.: bardziej pogardliwy.

farmazon (ang. freemason; fr. znieksztalcone: franc-macon; daw.) — liberal, jakobin, mason; niedowiarek.

trzeciopietrowej — dzi's popr.: trzypietrowej.

kabanos — tu: kuba'nskie cygaro; od nazwy gatunku cygar Cabanos.

instynktowo — dzi's popr.: instynktownie.

hladyszka — dzban gliniany bez ucha.

Morituri te salutant (lac.) — Idacy na 'smier'c pozdrawiaja cie.

utile cum dulci (lac.) — przyjemne z pozytecznym.

zawiedla — dzi's popr. zwiedla.

Dawidson, Bogumil (1818–1872) — aktor dramatyczny polskiego pochodzenia, odnosil wielkie sukcesy na scenach niemieckich (w Dre'znie).

drzwi wchodowe — dzi's: drzwi wej'sciowe.

bawaria — piwiarnia.

instynktowo — dzi's popr.: instynktownie.

szyderski — dzi's popr.: szyderczy.

panem et circenses (lac.) — chleba i igrzysk.

kanonenfuter (z niem.) — mieso armatnie.

budny — powszedni.

Argus (mit. gr.) — olbrzym o stu oczach.

antre (z fr.) — wstep; wej'scie.

ubikacja (z lac.; daw.) — miejsce.

befel (z niem.) — rozkaz.

po malu — malo; por. po trosze.

pompier — strazak.

marrony (z fr.) — kasztany.

na (gw.) — tu: masz.

rychtyg (z niem.) — wla'snie, dokladnie.

na (gw.) — masz.

upornie — dzi's popr.: uporczywie.

mat (z niem.) — zmeczony.

parole d'honeur (fr.) — slowo honoru.

attentat (z fr.) — zamach.

przyprawne — dzi's popr.: przyprawione.

nie po malu — niemalo; por. forme: po trochu.

szeptajacych — dzi's popr.: szepczacych.

termedyja (z lac.) — klopot.

fraj (z niem.) — za darmo.

marmuzela — dama; od. fr. mademoiselle.

forspan (z niem.) — wo'znica.

oszyty — dzi's: obszyty.

zoil — zlo'sliwy krytyk, niesprawiedliwy w sadach.

gazowa'c — tu: zaslania'c gaza; tuszowa'c.

sadzac sie by'c (daw.) — dzi's: sadzac, ze jest.

dolman (z tur.) — szeroki, rozkloszowany plaszcz.

nieoplacalny — tu: nie do oplacenia; nie do przecenienia; bezcenny.

Hebamme (niem.) — akuszerka.

c. k. policja — policja cesarsko-kr'olewska tj. policja Austro-Wegier.

Mutter! Revision! (niem.) — Matko! Rewizja!

Ach, Gott (niem.) — Ach, Boze.

Sie muss weg (niem.) — ona musi sie wynosi'c.


Przedmowa | Kaśka Kariatyda |